/00000_0001.djvu

			miesięcznik poświęcony życiu chrześcijańskiemu w drodze w 11 (255) 1994
		

/0000_0001.djvu

			Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów »W drodze« ul. Kościuszki 99, 61-716 Poznań, tel. 52-31-34 Rada Wydawnictwa Marcin Babraj OP, Wojciech Giertych OP, Stanisław Górski OP, Jan Kłoczowski OP (przewodniczący), Krzysztof Krzywania OP, Jacek Salij OP, Wiesław Szymona OP, Maciej Zięba OP redaguje zespół Marcin Andrzej Babraj OP (redaktor naczelny), Roman Bąk, Jan Grzegorczyk Cum permissione auctoritatis ecclesiasticae ISSN 0137-480 X Nr indeksu 381004 \ Pozycjo subs^dioLuono przez ^ Fundację Kultury prenumerata 1995 rok Cena 1 egz. miesięcznika w prenumeracie krajowej wynosi zł 25 000,- krajowa półrocze zł 150 000,- zagraniczna opłacona w kraju ze zleceniem wysyłki pocztą zwykłą: półrocze zł 300 000,-; opłacona w kraju ze zleceniem wysyłki pocztą lotniczą: półrocze zł 420 000,-; opłacona za granicą (bez zmian): półroczna 24 USD (lub równowartość w przeliczeniu dewizowym); roczna 48 USD Wpłaty na konto PKO I O. Poznań, nr 63513-55606-136 Cena 1 egz. miesięcznika poza prenumeratą wynosi zł 29 000,-
		

/0001_0001.djvu

			miesięcznik poświęcony życiu chrześcijańskiemu wid rodzę nr 11 (255) rok 1994 treść zeszytu 3 św. Klemens Aleksandryjski HYMN DO CHRYSTUSA ZBAWICIELA 5 ks. Marek Jędraszewski LECZ DZISIEJSZY ŚWIAT... 21 abp Henryk Muszyński WOLNOŚĆ I SOLIDARNOŚĆ 27, 31 Józef Ratajczak WIERSZE 28 Jan Kłos DROGA SUMIENIA 32 Carlos G. Valles SJ OSWAJANIE PRZYSZ�?OŚCI 43 Andrzej Madej O MI ŚWI�?TO ZBUNTOWANYCH 47 Grażyna Filipiak „JAKAŚ INNA WIARA” Jarocin ’94 56 S0ren Ulrik Thomsen WIERSZE Nad Katechizmem Kościoła Katolickiego 57 ks. Tomasz Węcławski KATECHEZA O KOŚCIELE 63 ks. Marek Starowieyski ŚWI�?TY MARCIN I JEGO BIOGRAF
		

/0002_0001.djvu

			75 Jacek Okoń PASZCZ�?KA ZIEMI Orientacj e 81 TELEFON ODPOWIADA NA SAMOTNOŚĆ 86 Teresa M. Micewicz DLA BOGA I DLA ŚWIATA 90 Andrzej Klonowicz MARYJA JAKIEJ NIE ZNAMY — CZYLI POWRÓT DO ŹRÓDE�? 92 Dorota Kaczmarek DOŚWIADCZYĆ INNEGO ŚWIATA Kiedy się modlisz 97 Anna Marciniak HELIODOR ŚWI�?CICKI (1854-1923) 99 Adam Wrzosek MODLITWA JEST ODDYCHANIEM W BOGU Szukającym drogi 108 DLACZEGO MOJA WIARA JEST TAK MA�?A?
		

/0003_0001.djvu

			ŚW. KLEMENS ALEKSANDRYJSKI Hymn do Chrystusa Zbawiciela Wędzidło nieujeżdżonych źrebiąt, skrzydło nie błądzących ptaków, niezawodny sterze okrętów, pasterzu królewskich jagniąt — zgromadź twoje dzieci niewinne; niech ku świętej chwale opiewają szczerze bezgrzesznymi usty Chrystusa — przewodnika dziatwy. Słowo wszechpotężne Ojca na wysokościach, władco mądrości, podporo w trudach, radości wiekuista. Dla rodu śmiertelnych, Jezu, jesteś Zbawicielem, pasterzem i oraczem, sterem i wędzidłem, skrzydłem niebiańskim, przeświętą owczarnią. Rybaku istot ludzkich, ocalonych z morza nieprawości, tych ryb nieskalanych, które łowisz wśród wrogich odmętów na słodką przynętę Życia. Owieczki Słowa prowadź, pasterzu święty, królu dziatek zmazą nietkniętych.
		

/0004_0001.djvu

			4 KLEMENS ALEKSANDRYJSKI Ślady Chrystusa — Drogą do nieba. Słowo — nie wysychające źródło, Wiek — nie mający końca, Światłość wiekuista, Krynica miłosierdzia. Twórco cnót ludzi, których zbożne życie jest hymnem do Boga. Jezu Chryste! Z łaski Oblubienicy niebiańskie mleko sączy z jej słodkich piersi dar twej mądrości. A maluczcy tulą się tkliwymi usty do piersi Słowa, rosą Ducha nasyceni. Proste słowa chwały i szczere hymny dla Chrystusa Króla — tę zbożną zapłatę za naukę Żywota — śpiewajmy pospołem. Prowadźmy w orszaku Syna wszechmocnego — my chór pokoju, narodzeni w Chrystusie, — my lud roztropny. Wychwalajmy razem Boga pokoju. św. Klemens Aleksandryjski tłum. z greckiego Anna M. Komornicka
		

/0005_0001.djvu

			MAREK J�?DRASZEWSKI Lecz dzisiejszy świat... Campo di Fiori leży wciśnięte między domy, które jakimś cudem ocalały z bardzo odległych już czasów. Swoim kształtem dają wyobraże¬ nie tego, co zostało określone jako Roma sparita — „Rzym, który znik¬ nął”. Niewielki plac w sercu Wiecznego Miasta, który każdego dnia — z wyjątkiem świąt i niedziel — rozbrzmiewa rzymską gwarą stragania- rzy głośno zachwalających swój towar. Sprzedający i kupujący jarzyny, owoce i wino, mięso czy frutti di mare targują się o ceny, napełniając plac charakterystycznym śpiewem włoskiego języka. Jest on szczegól¬ nym dopełnieniem Pola Kwiatów — bo tak się właśnie tłumaczy nazwa tego placu. Popołudniami ludzki gwar cichnie, a plac pustoszeje. I wtedy dopie¬ ro wyłania się z jego środka potężny marmurowy cokół, a na nim spi¬ żowa postać zakapturzonego mnicha z lekko spuszczoną głową i księgą trzymaną w dłoni. Mnich góruje nad placem, nadając mu wyraz trudnej do wyrażenia posępności. W ciągu dnia mimo swej znacznej wysokości ginie pośród straganów. Zresztą nikt nie zwraca na niego uwagi. Kupu¬ jący, pochylając się nad wystawionymi rozgwiazdami, nie patrzą prze¬ cież w górę. Czasami, pod wieczór, przysiądą pod nim grupki młodych, Włochów i cudzoziemców, ale posępny mnich nie robi na nich większe¬ go wrażenia. Podobnie zresztą jak i na gościach okolicznych trattorii, którzy siedząc przy stolikach rozkoszują się zimnym białym winem z niezbyt odległych Castelli Romani. Ilekroć tu przychodziłem, nieodmiennie wracało to samo pytanie: Czy wszyscy ci ludzie zdają sobie sprawę z tego, że znajdują się w jed¬ nym z najbardziej dramatycznych miejsc nowożytnej Europy, a ów pa¬ nujący nad Campo di Fiori mnich to spalony właśnie tutaj w czwartek 17 lutego 1600 roku Giordano Bruno? Prawie trzy wieki później, 9 czerwca 1889 roku, już po upadku Państwa Kościelnego, państwo włoskie wzniosło mu pomnik. Jako ostrzeżenie i groźne przypomnienie. * Kilka lat temu, wędrując gorącymi, lipcowymi uliczkami Rzymu po¬ dzieliłem się tymi myślami z jednym z przyjaciół. Zapytał wtedy: „Czy znasz wiersz Miłosza Campo di FioriT’ Nie znałem. Przeczytałem go dopiero po powrocie do Polski.
		

/0006_0001.djvu

			6 MAREK J�?DRASZEWSK1 W Rzymie na Campo di Fiori Kosze oliwek i cytryn, Bruk opryskany winem I odłamkami kwiatów. Różowe owoce morza Sypią na stoły przekupnie, Naręcza ciemnych winogron Padają na puch brzoskwini. Tu na tym właśnie placu Spalono Giordana Bruna, Kat płomień stosu zażegnął W kole ciekawej gawiedzi. A ledwo płomień przygasnął, Znów pełne były tawerny, Kosze oliwek i cytryn Nieśli przekupnie na głowach. Wspomniałem Campo di Fiori W Warszawie przy karuzeli, W pogodny wieczór wiosenny, Przy dźwiękach skocznej muzyki, Salwy za murem getta Głuszyła skoczna melodia I wzlatywały pary Wysoko w pogodne niebo. Czasem wiatr z domów płonących Przynosił czarne latawce, �?apali płatki w powietrzu Jadący na karuzeli. Rozwiewał suknie dziewczynom Ten wiatr od domów płonących, Śmiały się tłumy wesołe W czas pięknej warszawskiej niedzieli. Morał ktoś może wyczyta, Że lud warszawski czy rzymski Handluje, bawi się, kocha Mijając męczeńskie stosy. Inny ktoś morał wyczyta O rzeczy ludzkich mijaniu, O zapomnieniu, co rośnie, Nim jeszcze płomień przygasnął. Ja jednak wtedy myślałem O samotności ginących. O tym, że kiedy Giordano Wstępował na rusztowanie,
		

/0007_0001.djvu

			LECZ DZISIEJSZY ŚWIAT... 7 Nie znalazł w ludzkim języku Ani jednego wyrazu, Aby nim ludzkość pożegnać, Tę ludzkość, która zostaje. Już biegli wychylać wino, Sprzedawać białe rozgwiazdy, Kosze oliwek i cytryn Nieśli w wesołym gwarze. I był już od rtich odległy, Jakby minęły wieki, A oni chwilę czekali Na jego odlot w pożarze. I ci ginący, samotni, Już zapomnieni od świata, Język ich stał się nam obcy Jak język dawnej planety. Aż wszystko będzie legendą I wtedy po wielu latach Na nowym Campo di Fiori Bunt wznieci słowo poety. * Gdy następnym razem byłem w Rzymie, poszedłem znowu na Cam¬ po di Fiori. Wczesnowieczomą porą plac był niemal zupełnie pusty. Na bruku walały się strzępy sałaty i grube, zielone skorupy arbuzów. Na cokole Posępnego Mnicha, pośród różnobarwnych graffiti, które niedaw¬ ną, barbarzyńską modą pokrywają ściany nawet najbardziej szacownych gmachów, odkryłem czarny napis: Ma il mondo d’oggi è anche privo di libertà — „Lecz dzisiejszy świat także jest pozbawiony wolności”. Był tu więc ktoś, kto dobrze znał wymowę tego miejsca. Komu nie była obca tragiczna historia Giordana Bruna. Kto miał też dość powo¬ dów, aby być rozczarowanym również dzisiejszym światem. Wziąłem niejako ze sobą ten plac, ten pomnik i ten napis. W mojej „rzymskiej pamięci” pojawił się jako nowy kwiat, który nieoczekiwanie zakwitł na Campo di Fiori. Swoją wymową — czyimś rozczarowaniem, może nawet rozpaczą — pobudzał do myślenia. Nie tylko nad przemija¬ niem, zapomnieniem i samotnością ginących, ale przede wszystkim nad przedziwnym powiązaniem wolności, świadectwa i prawdy. Na nowo dał o sobie znać duch Rzymu, w którego istotę od najdawniejszych cza¬ sów wpisane jest to właśnie powiązanie. Dzięki niemu z niezwykłą ostrością zarysowały się postaci zarówno z samych początków tworzące¬ go się w Rzymie chrześcijaństwa, jak i z czasów najbardziej nam bli¬ skich. Giordano Bruno przywołał postaci św. Justyna i Jana Pawła II.
		

/0008_0001.djvu

			8 MAREK J�?DRASZEWSKI * Po raz pierwszy Justyn przybył do Rzymu około 150 roku, może na¬ wet nieco wcześniej. Za drugim razem zamieszkał w pobliżu domu pewnego Marcina, nie opodal łaźni tymjotyńskich. Te bezcenne dla nas szczegóły zawdzięczamy zachowanym Aktom męczeńskim przedstawiają¬ cym przebieg procesu, który wytoczono Justynowi i jego towarzyszom i który zakończył się dla wszystkich wyrokiem skazującym. Działo się to za czasów Juniusa Rustikusa, prefekta stolicy Imperium w latach 163-167. W tym więc czasie dokonało się życie Justyna. Zycie niezwykłe! Możemy się o nim dowiedzieć z dość licznych wątków biograficznych, które Justyn porozrzucał w swych dziełach — w Apologii i w Dialogu z Żydem Tryfonem. Stało się tak, być może dlatego, że Justyn był świadom swego niekwestionowanego autorytetu, który wynikał z posiadanej przez siebie wiedzy. Poczucie osobistej wartości pozwalało mu mówić o sobie samym bez żadnej fałszywej skro¬ mności, zwłaszcza wtedy, gdy zabierał głos publicznie, przemawiając w obronie prześladowanych współbraci. Taki właśnie wydźwięk ma po¬ czątek jego Apologii: „Do Imperatora Tytusa Aeliusa Hadriana Antonina Pobożnego, Augusta, Cezara; jak również do syna jego Werissimusa, filozofa, oraz do Lucjusza, filozofa, naturalnego syna Cezarowego, a przybranego syna Pobożnego, przyjaciela nauk; wreszcie do Prze¬ świetnego Senatu i całego Ludu Rzymskiego, w sprawie ludzi ze wszy¬ stkich plemion niesprawiedliwie krzywdzonych, nienawidzonych i po- twarzanych, ja, jeden z nich, Justyn, syn Priskusa, a wnuk Bakchejosa, rodem z Flavia Neapolis z Syrii Palestyńskiej, z niniejszą zwracam się przemową i prośbą”. Flavia Neapolis w Syrii Palestyńskiej to Nablus, kwitnąca wówczas osada rzymska wzniesiona za Wespazjana, tuż obok ruin starożytnego samarytańskiego Sychem. Jednakże ani znaczna różnica co do geogra¬ ficznego pochodzenia (jakiekolwiek bowiem porównywanie Nablus, le¬ żącego w podrzędnej prowincji Imperium, z samym Rzymem w sposób oczywisty musiałoby budzić uśmiech pogardliwego politowania), ani tym bardziej różnica pochodzenia społecznego nie powstrzymywały Ju¬ styna od tego, by zwracać się do Imperatora i jego najbliższych jak do sobie równych. „Słyszycie — pisał w Apologii — jak was wszyscy na¬ zywają pobożnymi, filozofami, stróżami sprawiedliwości, przyjaciółmi nauk; okażcie, że nimi istotnie jesteście. Tym pismem nie zamierzamy jednak schlebiać wam ani zabiegać o wasze względy, domagamy się tyl¬ ko, byście o nas sąd wydawali dopiero po dokładnym i sumiennym zba¬ daniu sprawy, bez jakichkolwiek uprzedzeń czy chęci przypodobania się ludziom przesądnym — a nie wyrokowali pod wpływem ślepych na¬ miętności czy krążących na nasz temat pogłosek, sami sobie w ten spo¬
		

/0009_0001.djvu

			LECZ DZISIEJSZY ŚWIAT... 9 sób złe wystawiając świadectwo. Osobiście jesteśmy pewni, że nikt nam nic złego zrobić nie może, jeśli nam nie dowiedzie, że faktycznie dopu¬ szczamy się jakichś przestępstw, lub nie wykaże, że jesteśmy ludźmi z gruntu niegodziwymi. Oczywiście, możecie nas mordować, ale samo to jeszcze żadnej nam ujmy nie przynosi.” To poczucie równości, które niektórym mogło wydawać się przejawem zaślepionej zuchwałości, wy¬ nikało jednak nie z braków czy słabości charakteru Justyna, lecz z jego głębokiego zakorzenienia w prawdzie. „Prosty rozum powiada, że kto jest rzeczywiście pobożny, a do tego jeszcze uważa się za filozofa, ten kocha i ceni tylko prawdę, nigdy zaś nie kieruje się zapatrywaniami po¬ wszechnie utartymi, jeśli je sam uważa za błędne. Co więcej, tenże zdrowy rozum nie tylko zakazuje iść za takimi, co źle mówią i czynią, lecz także żąda, by przyjaciel prawdy wszędzie i zawsze, słowem i czy¬ nem dawał świadectwo sprawiedliwości, chociażby mu nawet za to śmierć groziła.” Justyn był, być może, przekonany nawet i o tym, że to jemu bar¬ dziej przysługuje tytuł pobożnego i filozofa niż cesarzowi Tytusowi Ae- liusowi Hadrianowi Antoninowi, któremu 10 lipca 138 roku Senat rzym¬ ski nadał tytuł „Pius” — „Pobożny”. Wynikało to z faktu, iż Justyn ostatecznie doszedł do pełni prawdy — czyli do chrześcijaństwa — podczas gdy cesarz chrześcijaństwo — a więc najwyższą prawdę — zwalczał. Długa była Justynowa droga do prawdy! Od najmłodszych lat lubił samotne przechadzki, kiedy to — jak wyznawał w Dialogu z Żydem Tryfonem — mógł „bez przeszkody rozmawiać z samym sobą” i samo¬ dzielnie dociekać prawdy. Jego zdaniem, owa samodzielność była czymś niezbędnym, by stać się prawdziwym filozofem, a nie zaledwie zwolen¬ nikiem czy uczniem jakiejś filozoficznej szkoły. Uczeń bowiem — tłumaczył Tryfonowi — woli jedynie „podziwiać moc ducha, powścią¬ gliwość i oryginalność myśli mistrzów oraz powtarzać tylko swym na¬ stępcom to, co słyszeli od swego nauczyciela”. Tymczasem dzieło pra¬ wdziwego umiłowania prawdy nie polega na dość mechanicznym powtarzaniu tego, co już zostało stwierdzone, ale na nieustannym drąże¬ niu drogi do niej prowadzącej. Tylko wtedy żaden, choćby największy, autorytet, nie stanie na przeszkodzie w dalszym poszukiwaniu prawdy. Owszem, tylko wtedy można zostać prawdziwym filozofem; wtedy też sama filozofia staje się „czymś cennym, ma też wielkie znaczenie w oczach Boga i stanowi jedyną do Niego drogę, filozofowie zaś to lu¬ dzie prawdziwie świątobliwi”. Do tego przekonania doszedł po pierwszych osobistych niepowodze¬ niach i zawodach. Stoik, do którego uczniów początkowo należał, nie potrafił mu powiedzieć niczego nowego o Bogu, „gdyż sam nic o Nim
		

/0010_0001.djvu

			10 MAREK J�?DRASZEWSKI nie wiedział i twierdził, że to niepotrzebne”. Perypatetyk, który zdawał się być mężem bystrego umysłu, zaledwie po kilku dniach zaczął dopy¬ tywać się o zapłatę za naukę. Widać pieniądze były dla niego ważniej¬ sze niż przekazywanie prawdy. Tą zachłannością zraził do siebie Justy¬ na. Tak nie mógł — jego zdaniem — postępować prawdziwy filozof. Z kolei pitagorejczyk, do którego się udał, zażądał od niego najpierw odpowiednio pogłębionej wiedzy z dziedziny muzyki, geometrii i astro¬ nomii. Ich znajomość miała być niezbędnym warunkiem, by móc duszę oderwać od zmysłów i poznawać rzeczy duchowe, i dzięki temu oglądać dobro i piękno w samej ich istocie. Studiowanie tych rzeczy wydawało się Justynowi zwykłą stratą czasu. On chciał jak najszybciej dotrzeć do prawdy. Przystał więc do jednego z najlepszych znawców Platona. Pod jego kierunkiem z zapałem zaczął rozmyślać o rzeczach bezcielesnych i w swej naiwności sądził, że już wkrótce dojdzie do bezpośredniego oglądu Boga. Pewnego dnia wybrał się do nadmorskiej miejscowości, by z dala od ludzi oddać się kontemplacji odwiecznych idei. Nieoczekiwanie spotkał tam starca „o ujmującej powierzchowności, zdradzającej łagodność i po¬ wagę”. Podjął z nim rozmowę, która szybko przerodziła się w rodzaj dyskusji, jaką przed wiekami prowadził na ateńskiej agorze wielki So¬ krates. Dotychczasowa pewność Justyna zachwiała się wobec pytania starca: „Czy jednak filozofowie mogą w ogóle coś pewnego wiedzieć o Bogu i coś prawdziwego o Nim twierdzić, skoro żaden z nich nigdy Boga nie widział ani nie słyszał o Nim od kogoś, kto Go oglądał?” Wyraźnie można było odczuć, że czcigodnego starca nie wzruszały żad¬ ne powagi — ani Platona czy Pitagorasa, ani też innych — jak mówił — pseudofilozofów. Zrozpaczony Justyn zapytał: „Do jakiego więc jesz¬ cze mam udać się mistrza, skoro nawet Platon i Pitagoras nie mówią prawdy?” Wówczas usłyszał odpowiedź, która zapoczątkowała prawdzi¬ wy przewrót w jego życiu: „Dawnymi czasy (...) żyli błogosławieni, sprawiedliwi i mili Bogu mężowie, którzy przemawiali z natchnienia Bożego i przepowiadali rzeczy przyszłe, jakie się teraz spełniają; zowią ich prorokami. Oni jedni prawdę poznali i ludziom ją oznajmili. (...) Pisma ich istnieją po dziś dzień, ku wielkiej korzyści czytelników, gdyż mówią o początku i końcu wszechrzeczy, oraz o wszystkim, co filozof wiedzieć powinien. Choć prorocy nie starali się swej nauki uzasadniać żadnymi dowodami, tym niemniej są oni całkowicie wiarygodnymi świadkami prawdy. Rękojmię prawdziwości ich słów stanowi historia oraz to, co się obecnie dzieje. Stanowią ją również cuda, jakie zdziałali wielbiąc Boga, Stwórcę i Ojca wszechrzeczy, oraz zwiastując Syna Je¬ go, Jezusa Chrystusa; takich czynów nie dokonują prorocy fałszywi. (...) Módl się więc, by i przed tobą otwarły się bramy światłości, gdyż nikt
		

/0011_0001.djvu

			LECZ DZISIEJSZY ŚWIAT... 11 niczego wiedzieć ani zrozumieć nie może, jeśli mu nie udzieli łaski zro¬ zumienia Bóg i Chrystus Jego”. Justyn nie miał już nigdy więcej zobaczyć tajemniczego starca z nad¬ morskiej miejscowości. Jednak spotkanie z nim dogłębnie zmieniło jego życie. Oddał się pilnemu studium Pisma Świętego, a jednocześnie dokład¬ nie przyglądał się postępowaniu chrześcijan. Widział, jak pod ich wpływem mieniali się mieszkający wraz nimi poganie. „Byli to gwałtownicy i tyrani — pisał później w Apologii — i zmienili się, a pokonało ich badanie cnot¬ liwego życia sąsiadów, widok niezwykłej cierpliwości krzywdzonych towa¬ rzyszów, a wreszcie doświadczenie zdobyte przy wspólnej pracy”. Justyn został więc chrześcijaninem. Chrześcijańska wiara stała się dla niego jedy¬ ną prawdziwą filozofią. Jej głoszeniu poświęcił całe swoje dalsze życie. Wiara zaprowadziła go ostatecznie do Rzymu i kazała mu stwierdzić wobec prefekta Rustykusa: „Nikt o zdrowych zmysłach nie przejdzie od wiary do bezbożności”. Tym samym wybrał męczeńską śmierć. Rusty- kus skazał go wraz z towarzyszami najpierw na ubiczowanie, a nastę¬ pnie na ścięcie. Już starożytna tradycja chrześcijańska nadała mu pod¬ wójny, niezwykle zaszczytny tytuł: „Filozofa i Męczennika” — miłośnika mądrości i jej wiernego świadka. * Tak oto poprzez życie i działalność Justyna nabierały wyrazistości właśnie w Rzymie — zapoczątkowane wiek wcześniej przez św. Pawła — dzieje europejskiej kultury pojmowane jako dialog między Atenami a Jerozolimą, między rozumem a wiarą. Dzieje pełne wewnętrznych, dramatycznych napięć, które ostatecznie zadecydowały o całej niezwy¬ kłości i oryginalności tej kultury. Jednym z kluczowych jej etapów jest okres Średniowiecza. Zdaniem José Ortegi y Gasseta, w czasie tym da się wyodrębnić pięć podstawo¬ wych swego rodzaju odsłon tego „rozległego ludzkiego dramatu”, który zwiemy historią. Pierwszą stanowi filozofia Augustyna, której istotą jest całkowity zwrot człowieka w kierunku Boga. Dla Augustyna istniały bowiem tylko dwie prawdziwe rzeczywistości: dusza i Bóg. Deum et animam scire cupio. Nihilne plus? Nihil omnino — „Boga i duszę znać pragnę. Nic więcej? Nic zgoła więcej”. Stąd „człowiek tylko wtedy żyje właściwie — pisał Ortega w książce Wokół Galileusza — kiedy zajmuje się Bogiem, kiedy pogrąża się w intelektualnej i miłosnej kontemplacji, czy podejmuje i dokonuje uczynków miłosierdzia będących wyłącznie aktami pod adresem Boga”. Druga scena rozgrywa się w XI wieku, kiedy to Anzelm z Canterbury zmienia dewizę Augustyna Credo ut intelligam — „Wierzę, aby zrozu¬ mieć” — na dewizę Fides quaerens intellectum — „Wiara potrzebuje zro¬
		

/0012_0001.djvu

			12 MAREK J�?DRASZEWSKI zumienia”. Ta zmiana oznacza prawdziwy przewrót. Zdaniem Ortegi, „człowiek, przedtem unicestwiony, zaczyna siebie afirmować, ufać swo¬ im naturalnym zdolnościom. (...) W ramy wiary poczyna wkraczać ludz¬ ki rozum. (...) Intelekt musi [bowiem] popracować nad wiarą, wewnątrz wiary, aby spowodować u siebie ową szczególną iluminację” — owo tak konieczne dla człowieka zrozumienie tajemnic wiary. W wieku XIII Średniowiecze osiąga swój szczyt. Tomasz z Akwinu uznaje dwa oddzielone, w pełni autonomiczne wobec siebie porządki ro¬ zumu i wiary. Na tym polega, według Ortegi, istota Tomaszowego hu¬ manizmu. „Zawsze wewnątrz absolutnej rzeczywistości, jaką jest Bóg, kryje się przestrzeń, w której stworzenie, człowiek, działa na swój ra¬ chunek. (...) Przyznaje się człowiekowi pewien status, przez co nabiera on świadomości swojej władzy i praw, a co więcej, ciąży na nim obo¬ wiązek potwierdzania swoich naturalnych zdolności, nade wszystko ro¬ zumu.” Jednakże później dochodzi do zwątpienia w potęgę rozumu. Żyjący na przełomie XIII i XIV wieku Duns Szkot wprowadza do swej teologii i filozofii elementy irracjonalności. Według niego, Bóg jest tylko i wy¬ łącznie czystą wolą, uprzednią nawet wobec rozumu. Irracjonalny Bóg nie da się więc ogarnąć ludzkim intelektem. Teologia staje się wiedzą czysto praktyczną. Rozumowi człowieka pozostaje zatem już tylko jedno — po wycofaniu się z dziedziny odnoszącej się do Boga otwiera się on na szerokie pole działania w samej tylko doczesności. „Wobec Boga człowiek jest zagubiony — pisze Ortega — ponieważ wiara jest czymś irracjonalnym. Lecz w zamian pozostaje mu świat.” Pół wieku później nastaje scena piąta. Wilhelm Ockham odrzuca ist¬ nienie uniwersaliów. Na skutek tego człowiek „zagubiony wobec Boga w nieokreślonym i zwyczajowym fideizmie, teraz gubi się także w świe- cie rzeczy, stając bezpośrednio wobec każdej z nich, będąc zmuszony żyć za pośrednictwem zmysłów, czyli czystego doświadczania tego, co zobaczy, usłyszy, dotknie”. Pozostaje mu jednak wiara w siebie. Jak zauważa Ortega, przeczuwa już on, że „w swoim wnętrzu odkryje no¬ we narzędzie, które mu pozwoli do końca doprowadzić walkę z oto¬ czeniem, że odkryje nowy rozum, nową naukę — la nuova scienza Galileusza. Powstaje nowożytna fizyka, w 1500 roku w Bolonii stu¬ diuje Kopernik”. Jest to już czas Giordana Bruna. Czas wielkiego duchowego kryzy¬ su, który trwał przeszło dwa wieki — od roku 1400 do 1650. W tym okresie rozgrywa się wielki kulturowy i jednocześnie ludzki dramat, „który wyda na świat człowieka nowego — człowieka nowożytnego”. Bruno staje się jednym z wielkich, a zarazem i tragicznych bohaterów tego dramatu.
		

/0013_0001.djvu

			LECZ DZISIEJSZY ŚWIAT... 13 * Urodzony w roku 1548 w mieście Nola koło Neapolu, w wieku sie¬ demnastu lat rozpoczął nowicjat w klasztorze dominikanów. Tam też spotkał się z dziełami Telesia, a poprzez niego Kopernika. Ich lektura sprawiła, że zaczął żywić poważne wątpliwości co do podstawowych prawd wiary. Oskarżony o herezję uciekł do Rzymu i schronił się w do¬ minikańskim klasztorze Santa Maria sopra Minerva. Nie przebywał tam jednak zbyt długo. Rzucił zakonny habit i rozpoczął tułacze życie, prze¬ mierzając całą niemal Europę. Trwało to trzynaście lat. W sierpniu 1591 roku przybył do Wenecji na zaproszenie Zuana Mocenigo, który pragnął pod jego kierunkiem wzbogacić swą wiedzę. Nauczyciel nie spełnił jed¬ nak oczekiwań ucznia. Co więcej, Mocenigo musiał wysłuchiwać od Bruna takich rzeczy, których żadnemu prawowiernemu członkowi Ko¬ ścioła słuchać nie było wolno. Stąd dnia 23 maja 1592 roku oficjalnie oskarżył Bruna o poglądy, które zdecydowanie odbiegały od katolickiej wiary. Sprawą zajęła się wenecka Inkwizycja. Bruna uwięziono. Proces toczył się do lutego następnego roku. Z zachowanych dokumentów prze¬ słuchań wynika, że oskarżony ostatecznie wyparł się swoich przekonań i uroczyście prosił sędziów Świętego Trybunału o przebaczenie wszy¬ stkich swych błędów, nałożenie stosownej pokuty i przyjęcie na powrót na łono Kościoła. Jednakże w sprawę wmieszała się Inkwizycja rzym¬ ska, która zażądała wydania Bruna. 27 lutego 1593 roku przewieziono go do Wiecznego Miasta. Proces trwał prawie siedem lat. W tym czasie Bruno jeszcze bardziej utwierdził się w swoich poglądach. Stąd nie dał się nakłonić do jakiejkolwiek ich zmiany, mimo iż usilnie starali się 0 to — z polecenia Inkwizycji — zarówno generał Zakonu Dominika¬ nów, jak i jego wikariusz. W dokumencie z 21 października 1599 roku czytamy: Bruno „oświadczył, że nie ma powodu do odwołania czego¬ kolwiek ani też nie wie nic, w związku z czym mógłby złożyć odwoła¬ nie lub okazanie skruchy”. 20 stycznia 1600 roku papież Klemens VIII zatwierdził wyrok śmierci. 17 lutego na Campo di Fiori „kat płomień stosu zażegnął”. * Ten właśnie stos — a nie tyle jego poglądy — unieśmiertelnił Bru¬ na. Do historii filozofii przeszedł jako prekursor Spinozowego panteiz- mu czy Leibnizowej monadologii. Jednakże w zbiorowej świadomości epoki nowożytnej i współczesnej zapisał się przede wszystkim jako nie¬ ugięty obrońca własnych poglądów, którym zaświadczył aż po swoją męczeńską śmierć. Dla niektórych stał się nawet symbolem walki z „ko¬ ścielnym obskurantyzmem”. Karl Jaspers zaliczył go — obok Sokratesa 1 Boecjusza — do „świętych w historii filozofii”. Mimo iż nie należał
		

/0014_0001.djvu

			14 MAREK J�?DRASZEWSKI do największych w tej historii, jednak — zdaniem Jaspersa — należy mu się tak zaszczytne miejsce, gdyż do końca pozostał wierny swej filozoficznej wierze. „Prawda, z której żyję — pisał w książce Der phi- losophische Glaube — istnieje tylko dlatego, że się z nią utożsamiam. Jako zjawisko jest ona historyczna, jako obiektywna wypowiedź nie jest powszechnie ważna, ale jest bezwarunkowa. [Natomiast] prawda, której słuszność mogę udowodnić, istnieje beze mnie; jest ona powszechnie ważna, ahistoryczna, ponadczasowa, ale nie bezwarunkowa, lecz raczej uzależniona od założeń i metod poznania związanego z tym, co skoń¬ czone. Byłoby rzeczą niestosowną chcieć umrzeć za coś, czego słusz¬ ność da się udowodnić. Gdzie jednak myśliciel, który wierzy, iż prze¬ niknął fundament rzeczy, nie może odwołać swych twierdzeń, nie raniąc przy tym prawdy, tam tkwi jego tajemnica. Żaden powszechny pogląd nie może żądać od niego, by został męczennikiem. A jeśli nim się staje, i to, jak Bruno, nie na skutek marzycielskiego entuzjazmu ani też w chwili przekory, ale po długim zmaganiu, by przezwyciężyć siebie samego, to jest to cechą prawdziwej wiary, której nie mogę dowieść tak, jak to jest w przypadku naukowego poznania rzeczy skończonych.” Różnica między prawdą osobistą, której oczywistości nie można udo¬ wodnić, a prawdą naukową sprawiła, że — zdaniem Jaspersa — los Bruna tak bardzo różnił się od losu Galileusza. Galileusz, broniący pra¬ wdy dającej się udowodnić, wobec Inkwizycji wyparł się swoich poglą¬ dów. Natomiast Bruno, wyznający swoją filozoficzną wiarę, pozostał wobec swych sędziów nieugięty. I dlatego zginął. * Z punktu widzenia doktryny katolickiej niewątpliwie Bruno głosił poglądy pozostające z nią w wyraźnej sprzeczności. Trybunał Inkwizycji rzymskiej oskarżył go o osiem heretyckich twierdzeń. Dokładnie nie wiemy, czego one dotyczyły, na pewno jednak były związane z tajem¬ nicą Eucharystii, a także z wiarą w Chrystusa jako Wcielonego Słowa Bożego. Bruno nie tylko odrzucał Chrystusa, ale usiłował Go wprost ośmieszyć w satyrycznym utworze Spaccio de la bestia trionfante (Wy¬ pędzenie tryumfującej bestii). Czy jednak same jego poglądy mogły usprawiedliwić wyrok rzym¬ skiej Inkwizycji? Jest to pytanie, które już stawiali sobie bezpośredni świadkowie tamtych wydarzeń i które będzie wracało niemal do dzisiej¬ szych czasów. Prof. Kacper Schoppe, w sam dzień egzekucji, 17 lutego 1600 roku, pisał z Rzymu do swego przyjaciela Konrada Rittershausena: „Chciałbym także dowiedzieć się od ciebie, czy pochwalasz takie postę¬ powanie, czy też uważasz, że każdemu winno być dozwolone myśleć i wierzyć w to, co mu odpowiada?”
		

/0015_0001.djvu

			LECZ DZISIEJSZY ŚWIAT... 15 Schoppe, co prawda, uważał, że tolerancja nie powinna iść aż tak daleko i że bluźnierców i bezbożników powinna dosięgać surowa kara, ale pytanie to będzie wracało przez całą epokę nowożytną. Wraz z nim nieodmiennie pojawiać się będzie pytanie o rolę, jaką w dziejach ów¬ czesnej Europy odegrała Inkwizycja, a także na ile działalność tej insty¬ tucji była w zgodzie z duchem Ewangelii i tym sposobem nauczania, ja¬ ki prezentował sam Jezus Chrystus. Są to zresztą sprawy, które dały o sobie znać już podczas procesu Bruna. Niewątpliwie, Bruno był głęboko przekonany o swej wielkości. „Nolańczyk — pisał o sobie w utworze La cena de le ceneri, czyniąc wyraźnie aluzje do Ewangelii i słów Jezusa — wyzwolił ducha ludzkie¬ go, a poznanie uczynił wolnym. Duch i poznanie wtrącone były do głę¬ bokiej ciemnicy, skąd z trudem przez nieliczne otwory można było wpa¬ trywać się w oddalone gwiazdy. Przy tym skrzydła ducha ludzkiego były podcięte, aby nie mógł wzlecieć, rozproszyć zasłon mgieł i ujrzeć, co się za nimi kryje, aby nie mógł uwolnić się od chimer stworzonych przez tych, którzy wydobywszy się z ciemnych pieczar łudzą, że przy¬ bywają jak Merkuriuszowie lub Apollinowie z nieba, napełniają świat niezliczonymi kłamstwami, mnóstwem niedorzeczności i występków pod pozorem cnót, religii i dyscyplin naukowych. Te chimery aprobują i wzmacniają mroczną ciemność sofistów i osłów, gaszą natomiast świa¬ tło, które czyniło dusze starożytnych naszych przodków boskimi i boha¬ terskimi. I oto Nolańczyk przeciął powietrze, przebiegł niebo, przeszedł między gwiazdami na krańce światów, obalił fantastyczne mury pier¬ wszej, ósmej, dziewiątej, dziesiątej i innych sfer, o których prawią kie¬ pscy matematycy oraz ślepi, wulgarni filozofowie. To on za pomocą klucza dokładnych badań rozwarł przed oczyma zdrowego rozsądku skrytki prawdy, które możemy odkryć; obnażył ukryte tajemnice natury, otworzył oczy kretom, ślepym przywrócił wzrok, aby mogli ujrzeć swe odbicie w zwierciadłach znajdujących się wokoło; niemym, którzy nie potrafili i nie śmieli wypowiedzieć zawikłanych swych uczuć, przywra¬ cał mowę; uzdrawiał kulawych, którzy nie potrafili posunąć swego du¬ cha o krok naprzód.” Poczucie osobistej wielkości Bruna wyrastało z jego przekonania o służeniu prawdzie. „Niechaj upaja mnie obraz prawdy, namiętnie po¬ żądanej, znalezionej i odkrytej. I jeżeli nawet nikt mnie nie zrozumie, wystarczy mi zupełnie to, że jestem mądry razem z naturą i że jestem pod jej opiekuńczymi skrzydłami.” Niezwykła pewność siebie Bruna zderzyła się z niepewnością jego sędziów. Niepewnością, która wyrasta¬ ła ze swoistego zwątpienia w prawdę. Było to najpierw zwątpienie dotyczące Boga i świata, tak charaktery¬ styczne dla tamtej epoki duchowego kryzysu, którą analizował Ortega
		

/0016_0001.djvu

			16 MAREK J�?DRASZEWSK1 y Gasset. „Nauczyciel naszych profesorów, genialny Ockham — pisał on w książce Wokół Galileusza — choć wzbudził liczne protesty, do¬ słownie tak się wyraził w swoim Centiloquium theologicum: «Non in¬ cludit contradictionem Deum assumere naturam asinam» — «Nie za¬ wiera w sobie sprzeczności przyjęcie przez Boga natury osła». I byłoby — rzecz jasna — wielką głupotą utrzymywać, iż Ockham nie był naj¬ szczerszym chrześcijaninem. Skoro możliwe jest coś takiego, to oczywi¬ ste, iż możliwe będzie także quod igni de potentia Dei absoluta potest recipere frigiditatem — że ogień absolutną boską mocą może nabrać chłodu. Wyjąwszy przeto to, co sprzeczne, wszystko, wszystko jest możliwe w przypadku absolutu lub — innymi słowy — nie istnieje żadna absolutna racja, aby istniało to, co istnieje, i aby było takie, jakie zdaje się być. (...) Naszą jedyną pewnością jest ufność pokłada¬ na w Bogu, co wyklucza jakiekolwiek próby poznania Jego bytu i za¬ miarów. (...) Otóż na tym polega nasz religijny pozytywizm. Niech będzie tak, jak chce Bóg, ponieważ Bóg jest właśnie tym: chceniem, absolutną wolą.” Drugi rodzaj niepewności sędziów Bruna wyrastał z ich — co jest zresztą swoistym paradoksem — zwątpienia w istotę Kościoła jako depozytariusza najwyższej i świętej prawdy. Przebija to z protokołu czwartego przesłuchania Bruna przed Inkwizycją wenecką. Kościół — zdaniem inkwizytorów — nie może, niestety, powoływać się obecnie „na tyle cudów, co w czasach Apostołów i w swoim pierwotnym okre¬ sie. Ale skoro dobroć Pana Boga nie dopuszcza, aby teraz działy się cu¬ da”, trzeba więc zgodzić się na konieczność działania Inkwizycji, która drogą kar pragnie „zabezpieczyć ludowi pozostanie na drodze zbawie¬ nia”. Inaczej mówiąc, inkwizytorzy byli przekonani, że w sytuacji, w której wiara chrześcijańska nie jest wspierana cudami, należy ją pod¬ trzymywać strachem przed surowymi karami. Ta swoista filozofia działania miała dalekie i bardzo smutne dla sa¬ mego Kościoła następstwa. Zwątpienie w moc Ewangelii proponowanej ludziom do dobrowolnego przez nich jej przyjęcia zrodziło bowiem prze-moc w postaci tortur i płonących stosów. Ewangelia, która w swej istocie jest orędziem wolności i miłości, stała się przyczyną zniewalania. Taka jest nieubłagana logika postępowania tych, którzy przestali być au¬ tentycznymi, do końca przekonanymi świadkami Ewangelii, a stali się jej zwykłymi urzędnikami. Przy tym urzędnik posługujący się przemo¬ cą jest w gruncie rzeczy przeniknięty wewnętrznym niepokojem i nie¬ pewnością. Ów niepokój obnażył Bruno, który w chwili odczytania mu skazującej sentencji, powiedział do swoich sędziów: „Zaprawdę, wy z większą trwogą ogłaszacie przeciwko mnie ten wyrok, aniżeli ja go wysłuchuję”.
		

/0017_0001.djvu

			LECZ DZISIEJSZY ŚWIAT... 17 * Ma il mondo d’oggi... — „Lecz dzisiejszy świat także jest pozbawio¬ ny wolności”. Od tragicznego wydarzenia z Campo di Fiori minęły już prawie cztery wieki. Giordano Bruno zwiastował nadejście nowożytnego świata. Obecnie mamy do czynienia z wyraźnymi objawami duchowego kryzysu wywołanego jego końcem. Koniec ten objawia się w kolejnym kryzysie prawdy. Jeśli wiek Oświecenia można uznać za szczytowy okres epoki nowożytnej, gdyż jest to czas niezwykłej wiary w potęgę autonomicznego rozumu ludzkiego, to wiek dwudziesty jawi się jako czas ostatecznej kompromitacji rozumu. Zrodził on bowiem różnego ro¬ dzaju współczesne totalitaryzmy. Ich budzącymi przerażenie symbolami stały się Auschwitz i Kołyma. Do nich dołącza się obecnie Kair — z jego ideą niesienia pomocy gospodarczej krajom ubogim pod warun¬ kiem legalizacji przez nie zabijania nie narodzonych dzieci. Na szczę¬ ście idea ta nie została przyjęta na kairskiej konferencji ONZ, ale sam taki pomysł i próba narzucenia go innym muszą stanowić groźne me¬ mento. Do holocaustów pierwszej połowy dwudziestego wieku, przepro¬ wadzanych w imię czystości rasowej lub klasowej, doszło usiłowanie wprowadzenia powszechnie zalegalizowanego holacaustu, charaktery¬ zującego schyłek tego wieku, przeprowadzanego w imię zagwaran¬ towania maksymalnej wygody dla już żyjących, zdrowych i silnych ludzi. Dla wszystkich totalitaryzmów typowe jest jedno przekonanie: aby zagwarantować pełną swobodę i wolność ludzkiego rozumu, nale¬ ży odrzucić Boga, a cały porządek życia społecznego oprzeć jedynie na kryterium, które określi rozum. Stąd w nowożytnej, a zwłaszcza we współ- czesnej Europie zaczęto żyć tak, jakby Boga w ogóle nie było. Boga wzięto w nawias lub Go nawet poza ten nawias wyrzu¬ cono. Kompromitacja rozumu oświeceniowego polega na tym, że śniono o pełnej wolności człowieka i ją obiecywano, a w efekcie zorganizowa¬ no państwa, które stały się jednym wielkim więzieniem. W ich pejzaż zostały wpisane — jako jego istotne elementy — krematoria i szpitale aborcyjne — jedne i drugie będące prawdziwymi fabrykami śmierci. W roku 1968 zakwestionowano rozum. Jednakże jego kontestacja przybrała zaskakującą postać, która jeszcze bardziej podkreśliła wielkość przeżywanego obecnie duchowego kryzysu. Współczesnej cywilizacji za¬ rzucono nie to, że zawisła w swoistej próżni, pozbawiając się jakiego¬ kolwiek transcendentnego oparcia, ale że ciągle jeszcze jest zanadto skrępowana i opresyjna. Opresyjność jej miała polegać — zdaniem przywódców duchowych roku 1968 — na władzy rozumu i wynikającej z niej moralności. Prawdziwe wyzwolenie powinno być osiągnięte drogą zastąpienia obowiązku przez przyjemność. Trzeba więc odrzucić ja¬
		

/0018_0001.djvu

			18 MAREK J�?DRASZEWSKI kiekolwiek ograniczenia — w imię wolności pojętej jako spontaniczność i nieustanna kreatywność. W konkretnym życiu przekładało się to na całkowitą swobodę seksualną i szukanie nowej — ponoć całkowicie autonomicznej i autentycznej — rzeczywistości za pomocą narkoty¬ ków. W istocie, obiecywana wolność, pojęta jako uwolnienie się od mo¬ ralności, okazała się mirażem. Samotna — bo pozbawiona odniesienia do prawdy — wolność siłą rzeczy złączyła się z kłamstwem o sobie sa¬ mej. W konsekwencji wolność złączona z kłamstwem nieuchronnie mu¬ siała rodzić zniewolenie. Zniewolenie przerażające, gdy chodzi o jego rozmiary. Potęga kłamstwa o istocie wolności stała się bowiem tak wielka, że miliony ludzi zaczęły dobrowolnie poddawać swego ducha całkowitemu skrępowaniu. Jednocześnie byli głęboko przekonani, że wybierają autentyczną wolność. Zachodnia kultura stanęła więc przed niebezpieczeństwem zatraty własnej tożsamości. Wolność pojęta jako całkowita do-wolność zakwe¬ stionowała prawdę. „Największym zagrożeniem, co w Stanach Zjedno¬ czonych zwłaszcza widać — pisał Leszek Kołakowski — jest inwazja mody umysłowej, która chce unieważnić kryteria poznawcze wiedzy i samą wartość prawdy w sensie ustalonym w kulturze naszej. (...) Chyba jednak po raz pierwszy mamy modę — czy raczej mody, które chcą nas przekonać, że żadne ogólne kryteria intelektualne nie istnieją, że wszel¬ kie sensy są dowolnie tworzone, a jednocześnie usiłują narzucić własne, czysto ideologiczne kryteria, na przykład feministyczne lub rasistowskie (według nie białego, lecz czarnego rasizmu). (...) W ostatnich latach ukazało się w Stanach Zjednoczonych kilka ważnych książek oskarżają¬ cych uniwersytety amerykańskie, nawet pierwszorzędne (jak dotąd), o korupcję umysłową i stopniowe zastępowanie normalnych zasad po- rządności naukowej i nauczycielskiej przez tzw. political correctness — «słuszność polityczną» (wyrażenie żywo przypominające żargon stalino¬ wski). Są to, w rzeczy samej, mody niepokojące. W imię tego, co nazy¬ wają pluralizmem i wielokulturowością, akademicy — z reguły trzecio¬ rzędni w skali wyników badawczych — usiłują narzucić wszystkim ideę wyzwolenia od rygorów akademickich, które są przecież także rygorami moralnymi; pluralizm i tolerancja wedle tej osobliwej interpretacji mają polegać na tym, że pewne uprzywilejowane segmenty społeczności aka¬ demickich nie mają już obowiązku uzasadniania ani wyjaśniania tego, co głoszą, ani też trzymania się reguł logicznych, jako że wszystkie te kryteria naukowej prawomocności zostały wymyślone przez białych heteroseksualnych mężczyzn; ci, którzy nie należą do tej części popula¬ cji, są zwolnieni ze stosowania się do tych kryteriów, a właściwie już wszyscy są zwolnieni.”
		

/0019_0001.djvu

			LECZ DZISIEJSZY ŚWIAT.. 19 * Rezygnacja z ogólnoludzkich reguł dobrego używania intelektu oznacza, w istocie, powrót do barbarzyństwa. Kulturze zachodniej po¬ trzebny stał się apel, a jednocześnie żywe świadectwo, o konieczno¬ ści integralnego powiązania na nowo ze sobą wolności i prawdy. Ta¬ ki apel popłynął z kolebki kultury europejskiej — z Rzymu. Od Jana Pawła II. W ten sposób zamknął się przedziwny bieg historii tego Miasta i tej kultury, który zaczął się od św. Justyna — Filozofa i Męczennika. Ju¬ styn domagał się wolności dla swych braci chrześcijan, ponieważ był całkowicie przekonany, że dotarł do prawdy, którą jest sam Jezus Chry¬ stus. O tej prawdzie zaświadczył też własnym życiem. W epoce schył¬ kowego Średniowiecza zwątpiono w rozumowe — w tej mierze, w ja¬ kiej jest to w ogóle możliwe — dotarcie do niej. Zamiast więc starać się ją drążyć i o niej świadczyć, zastosowano wobec ludzi aparat repre¬ sji, aby ich utrzymać w karbach prawdy. Stanowiło to całkowitą jej zdradę. W konsekwencji ewangeliczna prawda — która przecież w swej istocie niesie wolność: „Powołani zostaliście do wolności” pisał św. Pa¬ weł w Liście do Galatów — stała się podstawą przemocy. Historia Bruna pokazała ponadto, jak nieskuteczna była metoda in¬ kwizytorów. Przymus musiał rodzić bunt i sprzeciw. Zarysowujące się w końcu Średniowiecza pęknięcie między rozumem a wiarą przekształ¬ ciło się w przepaść. Stąd Bruno przeszedł do historii jako wielki świa¬ dek autonomicznego rozumu. Nie była to jednak tego rodzaju autono¬ mia, która — jak u św. Tomasza — pozostawiała również miejsce dla wiary. Bruno zapoczątkował bowiem dzieje rozumu nowożytnego, który — pozostając w otwartym konflikcie z wiarą — chciał się całkowicie obejść bez Boga. Niemal cztery wieki później staliśmy się świadkami jego olbrzymiej klęski. Autonomiczny rozum nowożytny okazał się ro¬ zumem zniewolonym. Nastał kolejny wielki duchowy kryzys. W tym właśnie czasie na Piotrowym tronie zasiadł w Rzymie Jan Paweł II. Jak mało kto rozumiał — on, filozof i etyk — że współczesny świat doma¬ ga się żarliwego — to znaczy w pełni osobistego — świadectwa (o) praw¬ dzie, która niesie autentyczną wolność. Że chodzi tu o tego rodzaju pra¬ wdę, która będzie się jawić nie jako administracyjny przymus, ale jako pokorna, a jednocześnie zdecydowana propozycja dla człowieczej wol¬ ności. Jako coś, co nie tylko prawdę uszanuje, ale wypełniając swą tre¬ ścią sprawi, że przestanie być ona samobójczo ślepa. Jan Paweł II rozu¬ miał to wszystko — i zaczął (sobą) to głosić. Stąd jego msza św. inauguracyjna z 22 października 1978 roku po¬ została w pamięci jej uczestników i świadków jako jeden wielki gorący apel i prośba o otwarcie drzwi Chrystusowi i o przyjęcie Jego zbawcze¬
		

/0020_0001.djvu

			20 MAREK J�?DRASZEWSKI go posłannictwa — ponieważ tylko On ma prawdę o człowieku, ponie¬ waż tylko On zna serce człowieka. Stąd też jego wielkie posłanie o wzajemnym powiązaniu wolności i prawdy — encyklika Veritatis splendor z roku 1993 — zaczyna się rozważaniem na temat spotkania Chrystusa z bogatym młodzieńcem, w którym do głosu dochodzi przede wszystkim doświadczenie osobistej wolności człowieka: Chrystus mówi: ,Jeśli chcesz...” W ten oto sposób Papież przypomina, że prawda ze swej istoty poszukuje wolności i opie¬ ra się na niej — veritas quaerens libertatem. Stąd też ta encyklika kończy się swoistym hymnem na cześć potęgi prawdy: prawdy tak wielkiej, że trzeba wszędzie i zawsze o niej dawać świadectwo — nawet jeśliby miało to być świadectwo najwyższe w po¬ staci dobrowolnego męczeństwa. W ten sposób Papież uczy raz jeszcze, że autentyczna wolność szuka swego najpełniejszego potwierdzenia w służbie prawdzie — libertas quaerens veritatem. Jednakże papieskie orędzie o potrzebie prawdy, która jest warunkiem zaistnienia autentycznej wolności, spotkała się z gwałtownym sprzeci¬ wem ze strony rzeczników współczesnych totalitaryzmów. 13 maja 1981 roku na Placu Św. Piotra zabrzmiały strzały, których echo rozeszło się po całym świecie. Polała się krew. Jej ślady są wzruszającym i pełnym wymowy potwierdzeniem wiernego świadczenia o Chrystusie, który jako najwyższa Prawda przyszedł wyzwolić człowieka i który — może właś¬ nie dlatego — dla wielu ludzi jawi się ciągle jako znak sprzeciwu. W tym momencie wraca wspomnienie napisu z pomnika Giordana Bruna: Ma il mondo d’oggi è anche privo di libertà — „Lecz dzisiejszy świat także jest pozbawiony wolności”. Także — i ciągle jeszcze... ks. Marek Jędraszewski NOWOŚCI WYDAWNICTWA Jakub i Raissa Maritain Kontemplacja w świecie Pierwsza część książki, autorstwa Morisa Maurina, małego brata Je¬ zusa, to biografia małżeństwa Maritainów. Autor ukazuje Jakuba, jako duchowego mistrza, człowieka wiary i modlitwy, a Raissę jako wierną towarzyszkę jego duchowych zmagań. W części drugiej, będącej wybo¬ rem tekstów z książki Wieśniak znad Garonny, Maritain zastanawia się nad życiem świeckiego chrześcijanina w dzisiejszym świecie. Część trzecia, to konferencja Maritaina, wygłoszona do małych braci w Tuluzie.
		

/0021_0001.djvu

			ABP HENRYK MUSZY�?SKI Wolność i solidarność Medytacja biblijna na kanwie Mt 25,31-46 1 Zarówno z literackiego punktu widzenia jak i ze względu na treść, tekst Mt 25,31-46 posiada znaczenie szczególne: kończy on bowiem tzw. mowę eschatologiczną (Mt 24-25), a jednocześnie zamyka działal¬ ność publiczną Jezusa, tworząc tym samym punkt kulminacyjny całej Ewangelii. W formie apokaliptycznej mowy objawionej odsłania również ostate¬ czną tajemnicę całego nauczania i osoby Jezusa Chrystusa. Z tego powo¬ du perykopa ta zasługuje na szczególną uwagę. Uwzględniając kluczowe sformułowania tekstu, narzuca się wyjaśnienie w trojakiej perspektywie: Sędziego, podsądnych, kryterium sądu. 1. Sędzia końca czasów U Mt 25,31-46 sędzia występuje pod potrójnym tytułem: jako Syn Człowieczy, jako Pasterz i jako Król. Syn Człowieczy — tajemniczy tytuł mesjański, a zarazem po prostu człowiek. Tytuł ten pozostaje w bezpośredniej relacji do każdego człowieka, niezależnie od języka, rasy, kultury, czy pochodzenia społe¬ cznego. Tym samym stanowi on trwały, uniwersalny fundament, obej¬ mujący wszystkich ludzi, fundament miłości, braterstwa i solidarności, wyrażający się w czynnej gotowości niesienia pomocy. Tytuł Pasterz — postrzegany na tle Starego Testamentu, wyraża jedną z najstarszych funkcji historiozbawczych Starego Testamentu. W za¬ stępstwie Boga Pasterz troszczy się o swoje stado, karmi głodne zwie¬ rzęta, poszukuje tych, które zginęły, wzmacnia słabe, leczy chore (por. Ez 34,11-22), a wreszcie oddaje za nie swe życie (por. J 10,11). Jako Zbawca i Sędzia oddziela On również kozły od owiec podług ich sto¬ sunku do darów zbawienia. Apokalipsa przedstawia laskę pasterską jako berło Króla i Sędziego (Ap 12,5). Siedząc na tronie Jego (Syna Człowieczego) chwały (por. Mt 25,31), ogłasza On wszystkim narodom, które zebrały się przed Nim, podwójny wyrok wybawienia lub potępienia: „Pójdźcie błogosławieni Ojca” albo „Idźcie w ogień wieczny”. Nieznany Pasterz staje się Sędzią, a postępowanie wobec najmniej znacznych i najmniejszych (i z tego po¬
		

/0022_0001.djvu

			22 HENRYK MUSZY�?SKI wodu z reguły najbardziej pogardzanych) jest jedynym kryterium sądu, od którego nie ma odwołania. 2. Podsądni Sąd końca czasów ma ogólnoświatowy zasięg i posiada uniwersalny charakter. „Wszystkie narody [panta ta etne: żydzi i chrześcijanie wespół] zgromadzą się przed tronem chwały Syna Człowieczego” (w. 32, por. także Mt 24,9; 28,19). To wyjątkowe zgromadzenie (sinago — „gromadzę”, stąd synagoga) wszystkich ludzi ówczesnej i dzisiejszej ekumeny — od neandertalczyka po ostatniego z narodzonych — oraz wydany wyrok stanowi ostateczną Epifanię, objawiającą pełny wymiar dobra i zła obecnego w dziejach, a ukrytego przed okiem człowieka. Uniwersalne powołanie wszystkich narodów do Królestwa Bożego (basi- leia tu Theou) jest konsekwencją równie powszechnej apostolskiej misji zbawienia do wszystkich ludów ziemi (Mt 28,18-19). Wszystkich razem i każdego z osobna osądza się w oparciu o jedno i to samo kryterium: pełnienie lub też zaniechanie dobrych uczynków na rzecz potrzebują¬ cych pomocy i wsparcia bliźnich. 3. Kryterium sądu Uniwersalnemu charakterowi sądu odpowiada równie powszechne kryterium sądu oparte na dziełach, uczynkach miłości: głodnych nakar¬ mić, spragnionych napoić, przybyszów w dom przyjąć, nagich przy¬ odziać, chorych nawiedzać, uwięzionych pocieszać. Wiara zatem mierzona jest dziełami miłości. Konieczność jej wyzna¬ nia wobec świata nie zostaje zniesiona, gdyż jedynie wiara potwierdzo¬ na czynem jest wiarą prawdziwą. Tekst wylicza przykładowo sześć uczynków miłosierdzia. Lecz to nie owe dzieła stanowią o istocie perykopy. Znane były one także w judai¬ zmie. Nadzwyczajność i wyjątkowość tego tekstu zasadza się na wyraźnej identyfikacji: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych [lub — nie uczyniliście], Mnieście uczynili”. To utożsamienie zaskakuje w jednakowym stopniu dobrych, jak i tych, którzy zaniechali dobrych uczynków. Jedni i drudzy stają nieoczekiwa¬ nie wobec nowej rzeczywistości, pytając: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym..., spragnionym..., przybyszem... lub nagim... chorym..., lub w więzieniu... i przyszliśmy do Ciebie” lub „nie usłużyliśmy Tobie?” Wynika z tego, że jedni i drudzy nie wiedzieli komu ostatecznie ofiarowali swą miłość lub jej odmówili. Dalej następuje wspaniały dia¬ log Sędziego, w którym identyfikuje się On wyraźnie z każdym spośród potrzebujących i cierpiących. Treść owego dialogu jest jądrem całej pe¬ rykopy. Zaimek osobowy (1 os. 1. poj.) „byłem głodny, byłem spragnio¬
		

/0023_0001.djvu

			WOLNOŚĆ I SOLIDARNOŚĆ 23 ny, byłem chory” itd. zostaje powtórzony w sumie 12 razy. Ta kompo¬ zycja zdradza wyraźnie intencję mówiącego czy też autora tekstu: pod¬ kreśla, że ukryty Syn Człowieczy obecny jest w każdym potrzebującym. Także ukryte Królestwo Boże, które przygotowane jest od stworzenia świata jako dziedzictwo wszystkich, stanie się udziałem jedynie tych, którzy są gotowi przyjść z pomocą cierpiącym. Epifania końca czasów objawia dzieła miłości jako jedyne kryterium sądu i pozwala dostrzec w każdym nieznajomym oblicze Zbawcy, Wybawiciela, lecz także Sę¬ dziego. Oto prawdziwe dziedzictwo tych, których wiara sprawdziła się w czynie. Miłość Zbawcy i Wybawiciela objawiła się nie tylko w Jego uniżeniu przed każdym cierpiącym człowiekiem, ale przede wszystkim w Jego obecności. Przez tę właśnie obecność spełniła się także uniwer¬ salna misja zbawcza Pasterza. Radosne przesłanie dla „błogosławionych Ojca” wyraża się w stwier¬ dzeniu: każdy dobry czyn antycypuje sąd ostateczny, najdrobniejszy na¬ wet, ale prawdziwie dobry czyn, stanowi jakby zadatek szczęśliwego i błogosławionego werdyktu Sędziego pod koniec dziejów, który objawi ostatecznie pełną miarę dobra obecną w świecie w sposób ukryty. To samo orędzie jest najpoważniejszym ostrzeżeniem dla tych, któ¬ rzy zaniedbali posługę i pomoc na rzecz cierpiących braci (w. 44). Epi¬ fania sądu ostatecznego objawia to, co było dotychczas zakryte, prawdę, że odmowa czynienia dzieł miłosierdzia jest równoznaczna z utratą wie¬ cznego zbawienia. Nie chcąc dostrzec i wyjść naprzeciw potrzebom naj¬ bardziej potrzebujących i biednych, w których ukrył się Bóg, nie mogą liczyć na wieczną wspólnotę z Bogiem, który z nimi identyfikował się już za życia. Nierozpoznanie biednego oznacza wieczne rozminięcie się z Bo¬ giem. Stąd wyrok: „Idźcie precz ode Mnie przeklęci, nie znam was”. Kluczowym słowem, które rozstrzyga o wiecznym przeznaczeniu, jest „czynić” albo też „nie czynić” używane zamiennie z diakoneiu, tzn. z gotowością służenia bliźniemu, który jest bratem. I nie chodzi przy tym o przypowieść (bo brakuje zwyczajowej formuły wprowadzającej), lecz o rzeczywistość. Najcięższym grzechem zaniedbania jest poznać prawdę i nie pozwolić się jej ogarnąć. Jakie konsekwencje wynikają z tej medytacji biblijnej dla naszego tematu Wolność i solidarność? W Mt 25,31-46 słowo „wolność” nie zostaje wypowiedziane wprost, jej istnienie się po prostu zakłada. Osobista wolność decyzji i wyboru pomiędzy dobrem a złem należy według Biblii do istoty człowieka bę¬ dącego obrazem Boga. Relacje o stworzeniu w Księdze Rodzaju stwier¬ dzają wyraźnie: być człowiekiem oznacza być skazanym na trud wyboru
		

/0024_0001.djvu

			24 HENRYK MUSZY�?SKI między dobrem a złem. Osobista wolność człowieka należy, obok zdol¬ ności miłowania, do jego najgłębszej istoty. Z tekstu Mt 25,31-46 możemy zarazem dowiedzieć się, jaki użytek ma robić człowiek ze swej wolności wyboru oraz jakie konsekwencje pociąga za sobą owa decyzja: człowiek jest wolny po to, aby kochać i aby wypełniać dzieła miłości bliźniego. Tylko taki użytek usprawiedli¬ wia postępowanie godne człowieka, przynosząc w rezultacie błogosła¬ wieństwo i zbawienie miast przekleństwa i odrzucenia. Apokalipsis, czyli odsłonięcie całej objawionej prawdy wyrażonej u Mt 25,31-46, zakłada znajomość religijnej i chrześcijańskiej koncepcji wol¬ ności, tak jak została ona przedstawiona w Listach św. Pawła. Wolność dzieci Bożych, do której wyzwolił nas Chrystus i którą On przynosi wszystkim jako zbawczy dar (Rz 8,21; Lumen gentium 9), obejmuje: wolność od grzechu ku łasce, od prawa ku miłości, od egoi¬ zmu ku służbie, od śmierci ku życiu. Jako pierwszy ową Ewangelię wyzwolenia przez Chrystusa przepo¬ wiadał w Europie św. Paweł: „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus” (Ga 5,1). Ta wolność zawiera w sobie wierność przymierzu i prawu. O tę wolność chodzi także dziś w nowej Europie. Jedynie „krzyż i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa objawiają, a przez łaskę Ducha Świętego udzielają tej wolności, której prawdziwie ta nazwa przysługu¬ je. Historia życia i śmierci Pana ukazuje, iż najwyższa wolność wyraża się w całkowicie dobrowolnym oddaniu się woli Ojca za życie świata”2. W jakiej relacji pozostaje wolność wewnętrzna do zewnętrznej wolności i rzeczywistości, która obecnie kształtuje oblicze Europy? Stosunek do wolności w Europie Środkowej i Wschodniej jest znaczony ambiWalen¬ cją. Dla jednych oznacza ona wyzwolenie z jarzma i niewoli komuni¬ zmu i jest postrzegana jako dar i nowe wezwanie. Wielu, być może na¬ wet większość, skłania się do pojmowania wolności jako wyzwolenia ze wszystkich więzów, a także norm moralnych. Do tej pory prawie wszy¬ stko było zabronione, teraz zaś wszystko jest dozwolone. Wolność za¬ tem pomylono z samowolą. Przeżywamy w Europie Środkowej i Wschodniej jeden z najwię¬ kszych możliwych paradoksów. Dziesiątki lat walczono o wolność, a dziś słyszy się prawie wyłącznie skargi i narzekania, które mogą być porów¬ nane z „szemraniem” Izraela podczas wędrówki przez pustynię. Z trwa¬ jącej pokolenia walki przeciwko totalitaryzmom wyszliśmy ze śmiertel¬ nymi ranami ducha. Coraz bardziej dochodzi do głosu mentalność społeczeństwa zniewolonego. Wielu marzy o tzw. „małej stabilizacji” (brak bezrobocia, bezpłatne nauczanie, służba zdrowia, bezpieczeństwo) i o pełnym garnku pozostawionym w Egipcie. W komunizmie absolutne i opiekuńcze państwo troszczyło się o wszy¬
		

/0025_0001.djvu

			WOLNOŚĆ I SOLIDARNOŚĆ 25 stko, lecz zarazem decydowało o wszystkim, gwarantując tym samym małą stabilizację. Jedyną cnotę stanowiła uległość i posłuszeństwo wo¬ bec przedstawicieli władzy (a nie wobec sumienia!). Najważniejszym zadaniem Kościoła w dzisiejszej skomplikowanej sytuacji Europy jest dalsze przepowiadanie Ewangelii wolności niezależ¬ nie od panującej koniunktury. „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwo¬ li” (J 8,32) — obiecuje Chrystus. Rozpoznanie owej prawdy oznacza dzisiaj przede wszystkim przepowiadanie tego, na czym polega zakorze¬ niona w orędziu Ewangelii wolność. Nie ma prawdziwej wolności bez wyzwolenia z grzechu (zwłaszcza zaś z egoizmu w sensie indywidual¬ nym i społecznym), stanowiącego źródło wszelkiego zniewolenia. Wol¬ ność polityczna musi być upodmiotowiona w wolności duchowej. Nie¬ wolnik posiadający wolne ręce i spętaną duszę nie jest w stanie zbudować społeczeństwa. Prawo, przykazania oraz oparta na nich hierarchia wartości moral¬ nych nie są przeciwstawieniem wolności, lecz są właśnie kryterium pra¬ wdziwej wolności. Na podobieństwo Izraela droga z domu niewoli ku pełnej wolności nie prowadzi obok (a tym bardziej nie przeciw prawu przymierza), ale wręcz zakłada jego przyjęcie i afirmację (por. Pwt 28,1-4; Joz 24,15). Nowe doskonałe i „królewskie Prawo wolności” (Jk 2,8.12), nie jest przecież niczym innym niż przykazaniem miłości. Mi¬ łość ta jest zarazem „warunkiem i owocem wolności”. Tylko „z tych źródeł — jak naucza Nadzwyczajny Synod Biskupów Europy — może zrodzić się kultura wzajemnej wymiany darów i komunii, która udosko¬ nala się także w ofierze i codziennej pracy dla wspólnego dobra. (...) Osoba bowiem, której najwyższą godnością jest wolność, udoskonala się udzielając się, a nie zamykając się w sobie” (por. �?k 17,33; Gaudium et spes 24) 3. Tak rozumiana wolność pozostaje w bezpośrednim związku z soli¬ darnością, która według Mt 25,31-46 winna być pojmowana właśnie ja¬ ko nieograniczone obdarowanie wszystkich, zwłaszcza zaś cierpiących ludzi w Kościele i na świecie. Solidarność jest kategorią ogólnoludzką, a zarazem także cnotą chrześcijańską przewyższającą znacznie rozmiary zwykłego braterstwa4. Zakorzeniona w chrześcijańskiej koinonia — tzn. „wspólnocie”, inspiro¬ wana miłością, kieruje się przykładem bezgranicznego oddania Syna Człowieczego, przede wszystkim ku potrzebującym i dotkniętym nie¬ sprawiedliwością. Jako przeciwieństwo zasady nieograniczonej walki uznanej przez marksizm za prawdziwe kryterium postępu, solidarność została niejako na nowo odkryta w czasach współczesnych. Będąc nową formą obecno¬ ści opartą na chrześcijańskim pojmowaniu wolności, solidarność zdaje
		

/0026_0001.djvu

			26 HENRYK MUSZY�?SKI się tworzyć stabilny fundament pluralistycznej wspólnoty. Współczesny świat rozdzierany sprzecznymi dążeniami i tragicznymi konfliktami, ży¬ wo odczuwa także potrzebę solidarności. Kościół głosi konieczność no¬ wej więzi jedności i uniwersalnej solidarności oraz „kultury solidarno¬ ści” 5. Należy ją rozumieć jako mocną i trwałą wolę zaangażowania dla dobra wspólnego i każdego z osobna oraz jako poświęcenie dla człowie¬ ka cierpiącego zgodnie ze słowami: ,Jeden drugiego brzemiona noście” (Ga 6,2). Zamiast walki „wszystkich ze wszystkimi” i „wszystkich dla wszystkich”. Jeśli walka, to nie przeciwko innym ludziom, lecz przeciw niesprawiedliwości, głodowi, nędzy, prześladowaniu i przeciwieństwom dzielącym ludzi oraz zaangażowanie na rzecz istnienia godnego człowie¬ ka. Przezwyciężenie tych sprzeczności oraz odmiennych, nierzadko prze¬ ciwstawnych interesów poszczególnych grup prowadzących często do wyniszczających walk, stanowi największą przeszkodę powszechnej lu¬ dzkiej solidarności. Solidarność przeciwko dyktaturze, tyranii i niesprawiedliwości dziś już nie wystarcza. Musi się ona stać solidarnością wzajemnego zaanga¬ żowania na rzecz konkretnych spraw. Jakie zatem idee mogłyby połą¬ czyć dzisiaj zwaśnionych ludzi i grupy? Według F. Gogartena „braterstwo jest jedyną jakością, dla której świat został stworzony. Jeśli świat poszukuje swego spełnienia w czymś innym niż braterstwo, wyrzeka się swego zdrowia” 6. To stwierdzenie może się wydawać przejaskrawione, lecz nietrudno zauważyć, że bez poświęcenia się dla współbraci i gotowości pomocy świat jest chory. Ponieważ „prawdziwa komunia rodzi się, kiedy każdy własną godność bliźniego i jego odmienność traktuje jako bogactwo, w nim też tę god¬ ność bez ujednolicania jej uznaje i jest gotowy dzielić się własnymi zdolnościami i darami” 7. Przedstawiony tutaj najgłębszy sens teologiczny solidarności można pojąć jedynie w kontekście wcielenia Chrystusa. Przez przyjęcie ludzkiej natury Chrystus „zgromadził całą ludzkość w braterskiej solidarności jednej rodziny i złączył ze sobą” (AA 8). Dzięki temu właśnie stosunek do drugiego człowieka jako brata staje się decydującym kryterium ostatecznego sądu. Jako brat wszystkich ludzi Chrystus „ogołocił samego siebie, przyją- wszy postać sługi” (Flp 2,7), wydając samego siebie na śmierć za in¬ nych. Przez to stał się niedoścignionym wzorem chrześcijańskiej solidar¬ ności dla wszystkich wyznających Go swoim Panem. „W porównaniu z pełnią tego ofiarowania staje się jasne, jak dalece człowiek stać się może sługą samego siebie i potrafi oddać się zniewa¬ lającym go siłom” 8. Im bardziej siły te stają się dzisiaj aktywne, tym większa musi być gotowość i wiara przyjęcia daru wyzwolenia przez
		

/0027_0001.djvu

			WOLNOŚĆ I SOLIDARNOŚĆ 27 Chrystusa: ,Jeżeli więc Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywi¬ ście wolni” (J 8,36). Wielka Epifania przedstawiona w Mt 25,31-46, objawia już dziś w potrzebującym bracie nie tylko oblicze cierpiącego Chrystusa, ale tak¬ że Boga i Zbawiciela oraz odsłania największy ze wszystkich możli¬ wych paradoksów, dostrzegalny jednak jedynie w wierze: „Widząc brata twego, widzisz twego Boga” (św. Klemens Aleksandryjski). arcybiskup Henryk Muszyński 1 Niniejsza medytacja biblijna została wygłoszona 11 września 1993 r. podczas sympozjum Rady Konferencji Episkopatów Europy w Pradze. Tłumaczył z niemieckiego Piotr Królikowski. 2 Nadzwyczajny Synod Biskupów, nr 4. 3 Tamże, nr 4. 4 Por. Sollicitudo rei socialis 38. 5 Por. AG 21; Nadzwyczajny Synod Biskupów, nr 10. 6 F. Gogarten, Der Schatz in irdenen Gefassen, Stuttgart 1960, s. 354. Nadzwyczajny Synod Biskupów, nr 4. 8 Tamże, nr 4. �?ódź Piotrowa �?upinko orzecha pełna ziaren piasku. Na jaką zanosisz nas plażę? Okręciku z papieru zabłąkany w kałuży. Do czyich rąk nas prowadzisz? Kawałku wydrążonej kory, scal nas ponownie z drzewem, z którego przecież pochodzisz. Józef Ratajczak
		

/0028_0001.djvu

			JAN K�?OS Droga sumienia Rzadko kiedy życie myśliciela jest tak ściśle związane z epoką, w której żył, jak życie kard. Newmana. Nawet ramy czasowe jego ziemskiej pielgrzymki niemal szczelnie wypełniają wiek dziewiętnasty. Urodził się bowiem w 1801 roku, a zmarł w 1890. Nie tylko czas histo¬ ryczny zgadza się z jego życiorysem, lecz także czas, rzekłbym, ducho¬ wy. Bo i burzliwe przemiany społeczne XIX wieku są także udziałem kardynała. Urodził się w anglikańskiej rodzinie bankiera Johna Newma¬ na, został księdzem w Kościele anglikańskim, a zakończył życie jako kardynał Kościoła rzymskokatolickiego. Sam Newman wyraźnie oddzie¬ la pewne daty jako przełomowe, jak choćby rok 1816, który uważa za moment swojego narodzenia się jako chrześcijanina, moment świado¬ mego wyboru swojego powołania. Druga ważna data to z pewnością rok 1845, czyli rok oficjalnego wystąpienia z Kościoła anglikańskiego i przejścia do Kościoła rzymskokatolickiego. Wiek XIX jest jakąś próbą odpowiedzi na oświeceniową wizję czło¬ wieka, której spustoszenie w życiu społecznym już zaczynało być coraz bardziej widoczne. Rewolucja przemysłowa końca XVIII wieku napełni¬ ła społeczeństwo wiarą w nieograniczone możliwości ludzkiego rozumu, podporządkowującego sobie przyrodę. Odpowiednia polityka ekonomicz¬ na umożliwiła szybki rozwój przemysłu oraz wzrost dobrobytu niektó¬ rych warstw. Życiem społecznym poczęły rządzić zâsady utylitaryzmu i liberalizmu. Utylitaryzm z jednej strony podkreślał to, co praktycz¬ ne i pożyteczne, co może ułatwić i usprawnić codzienne życie, co może uczynić ludzi szczęśliwymi. Liberalizm zaś niejako zwalniał człowieka od tego, co mogłoby go ograniczać, co stawiałoby granice jego rozumo¬ wi. Zasady liberalizmu, tak jak widział je Newman, to przede wszy¬ stkim: nie ma prawdy religijnej, jeśli rozum jej nie uznaje; nie należy wierzyć w to, czego się nie rozumie; człowiek nie powinien przyjmować na wiarę tego, co nie zostało udowodnione. Newman buntował się przeciwko takiej wizji człowieka jako bytu wyłącznie racjonalnego, który nie przyjmuje żadnych prawd, jeśli te ostatnie nie dają się zbadać jego przyrodzonym rozumem, czy wręcz są z nim sprzeczne. Odrzucał korzyść oraz praktycyzm jako jedyne zasady kierujące postępowaniem człowieka (jak widzieli je Bentham i Mili). Newman sprzeciwiał się takim tendencjom zwłaszcza w teologii, pod¬
		

/0029_0001.djvu

			DROGA SUMIENIA 29 kreślając na przykład rolę wyobraźni jako czynnika wpływającego na działanie ludzkie. Same bowiem konstatacje rozumowe, wedle Newma¬ na, nie są w stanie poruszyć woli do działania. Motorem tego ostatniego są przede wszystkim obrazy. Człowiek jest nie tylko bytem racjonalnym, a co za tym idzie, nie każde działanie ludzkie, czy tym bardziej boskie, musi znaleźć swoje ostateczne racjonalne wyjaśnienie. Do pewnego stopnia życie Newmana przypomina inną postać ducho¬ wą XVI-wiecznej Anglii, a mianowicie św. Tomasza More’a. Oczywi¬ ście ofiara, jaką musiały te dwie postaci ponieść za swoje decyzje, jest niewspółmierna. More poniósł śmierć męczeńską w 1535 roku, kiedy to sprzeciwił się uznaniu króla Henryka VIII głową Kościoła. Kard. New¬ man stanął wobec ryzyka alienacji, niezrozumienia i wrogości. Obaj jed¬ nak poszli nie za tym, co wedle rozumowej kalkulacji mogło być naj¬ bardziej racjonalne, najbardziej praktyczne, lecz za tym, co w opinii obserwatorów było nawet niezrozumiałe czy wręcz absurdalne. Skoro człowiek nie może do końca kierować się jedynie rozumem w swoich działaniach, to jaka zasada stanowi ostateczną sankcję jego postępowania? W swoich wyborach staje przecież wobec dobra i zła. Nie do wszystkiego, co się wybiera, należy przykładać jedną miarę. Są lepsze i gorsze wybory. Czym zatem człowiek powinien się kierować? Myślę, że zarówno dla Newmana jak i św. Tomasza More’a taką nie¬ podważalną zasadą jest sumienie. Sumienia należy słuchać bezwarunko¬ wo, niezależnie nawet od tego, czy jest ono prawe czy nie. Człowiek bowiem stając wobec siebie, nie znajduje w sobie innego nakazu, jak tylko głos sumienia. Jedynie postępowanie w zgodzie z tym wewnętrz¬ nym nakazem może prowadzić do właściwego rozwoju duchowego. Newman pisze o zasadach kształtowania prawego sumienia. Dwie z nich wydają się tu szczególnie ważkie. Pierwsza zasada brzmi: „nigdy nie należy igrać z własnym sumieniem”. Co to znaczy „igrać z własnym sumieniem”? To postępować tak, jakby sumienia nie było, to udawać, że się sumienia nie słyszy albo postępować inaczej, niż sumienie dyktuje. Dobry przykład takiego igrania znajdujemy w powieści Teodora Dreisera Amerykańska tragedia. Jest to historia typowa dla zachodniego społeczeństwa mieszczańskiego. Otóż bohater powieści, młody człowiek z nizin społecznych, powoli zaczyna się piąć po drabinie awansu społe¬ cznego. Na pewnym etapie tego procesu na jego drodze staje drugi czło¬ wiek, który w mniemaniu bohatera stanowi zagrożenie dla jego kariery. Młodego człowieka nie stać na odważną decyzję, bo nie chce zranić, bo za wszelką cenę chce zachować własną twarz. W końcu przyczynia się do śmierci drugiej osoby. Kiedy jednak wszystko stało się jasne, nadal nie potrafi podjąć odpowiedzialności, nadal udaje, że nie słyszy sumie¬ nia. Chciałby zapaść się w nicość, bo przecież podczas dokonywania
		

/0030_0001.djvu

			30 JAN K�?OS zbrodni on był właściwie „nieobecny”. Przekonuje sam siebie, że na do¬ brą sprawę nie jest w ogóle zdolny do popełnienia takiego czynu. A je¬ śli nawet sumienie mówi mu wyraźnie, że to właśnie on zabił, to taki głos sumienia nie może mówić prawdy, to widocznie jego stan obecny, przygnębienie z powodu oskarżenia, dyktują mu te ponure myśli. Boha¬ ter wprawdzie pragnął, żeby problem niewygodnej obecności drugiego człowieka został jakoś rozwiązany, sam jednak nie dopuszczał nawet myśli, aby to on mógł go zabić. Dlatego zaczął grać, jakby sam był nie¬ winny. Bohater kłamie wobec sumienia, czyli kłamie wobec siebie. Druga zasada kształtowania sumienia brzmi: „w kwestii sumienia pierwsza myśl jest zawsze lepsza”. Tutaj klasycznym przykładem wyda¬ je się Raskolnikow ze Zbrodni i kary. Raskolnikow napisał nawet swój własny scenariusz, wedle którego jednostki słabe, mało wybitne, nie¬ zdolne mają mniejsze prawo do życia niż inni. W związku z tym takie jednostki można unicestwić, jak się zabija owada, nie biorąc za to odpo¬ wiedzialności. Jednak po dokonaniu zbrodni Raskolnikow przekonuje się, iż sumienie inaczej wartościuje jego czyn. W momencie takiego uświadomienia, kiedy staje niejako twarzą w twarz z tą pierwszą myślą: „zrobiłeś źle”, bohater tłumaczy swoje postępowanie, bohater włącza ca¬ ły skomplikowany proces racjonalizacji. Stara się sumienie niejako za¬ głuszyć dobrymi uczynkami, szuka wytchnienia, dostrzegając wokół sie¬ bie „większe” zło i podłość. Sumienia nie można w ten sposób „pizekupić”. Zbrodnia nie uznana i nie wyznana nie da się unicestwić na zasadzie prostej przeciwwagi. Dobry uczynek nie „znosi” złego uczynku, dopóki nie uzna się tego złego świadomie za zły czyn, i nie podejmie za niego odpowiedzialności. W przeciwnym razie człowiek ucieka od siebie w coraz większe zakłamanie. Sumienie przekonuje człowieka, że życie nie jest sceną, na której po¬ jawiają się kolejni aktorzy, odgrywając przez siebie napisane role. Na scenie bowiem aktor tylko udaje życie, i nie odpowiada za swoje dzia¬ łanie. Sumienie przypomina, że człowiek nie jest sam wobec dobra i zła. Jan Kłos
		

/0031_0001.djvu

			JÓZEF RATAJCZAK Kana Galilejska Inni piją już wino, ja mam wciąż wodę w kielichu. To wcale nie jest ta uczta, o której była mowa. Inni zjedli już rybę, ja zbieram po nich ości. To pewnie nie jest to miejsce, gdzie miał się dokonać cud. Ktoś obok odzyskał wzrok — po jednym dotknięciu ręki. Ktoś drugi powstał z choroby, choć była to boleść śmiertelna. Ja powstać nie mogę z martwych — od jutra pochowany za życia.
		

/0032_0001.djvu

			CARLOS G. VALLES Oswajanie przyszłości Kiedy zaczniemy się bawić? To dosyć dziwne, że jesteśmy określeni nie tylko przez naszą prze¬ szłość, ale i przyszłość. To, kim chcielibyśmy być w przyszłości, pobu¬ dza nas i kieruje naszymi obecnymi działaniami. Większość czasu usiłu¬ jemy być kimś innym, co sprawia, że tracimy to, kim faktycznie teraz jesteśmy. Rozmyślamy o przyszłych doświadczeniach, co sprawia, że nie widzimy i nie cieszymy się dobrem, które mamy już teraz. Oczywi¬ ście, nie ma nic złego w planowaniu, marzeniu, lecz jeśli planowanie i oddawanie się marzeniom, sprawia, że tracimy kontakt z obecną rze¬ czywistością, nie jesteśmy ani tu, ani tam — jesteśmy obecni w ciele tam, gdzie nie jesteśmy obecni duchem, i obecni duchem, tam gdzie nie jesteśmy obecni ciałem. Większość z nas jest niezadowolona z tego, kim jest, świadoma, że mogłaby być lepsza, i zdecydowana stać się taką w mniej czy bardziej odległej przyszłości. Żyjemy pod znakiem przyszłości. Dziecko marzy, by dorosnąć, stu¬ dent marzy o absolutorium, absolwent uniwersytetu myśli o zatrudnie¬ niu, zatrudniony o ożenku, małżonek o posiadaniu dzieci i zobaczeniu, jak są już ^dorosłe i zakładają rodzinę — a wszyscy myślimy o przy¬ szłym życiu, w którym będziemy już na zawsze szczęśliwi, przebywając w otoczeniu świętych. Nasz wzrok zawsze jest skierowany ku przyszło¬ ści. Po każdym zakręcie czekamy, aż w nasze życie wejdzie coś nowe¬ go, i to właśnie nadzieja i tęsknota za czymś nowym sprawia, że posu¬ wamy się wciąż naprzód, dopóki tego nie osiągniemy i zaczniemy myśleć o kolejnym nowym zdarzeniu. Całe życie człowieka jest serią cząstkowych spełnień. Znajdując się na pewnym etapie, wierzymy, że ten kolejny będzie już tym naprawdę radosnym i ostatecznym. W ten sposób tracimy piękno i radość każdego etapu, myśląc tylko o pięknie i radości, jakie ma przynieść etap następny. Wydumana chwała jutra spowija mgłą dzisiejszą rzeczywistość. Kiedy Mulla Nasruddin skończył pięć lat, jego matka urządziła wiel¬ kie przyjęcie. Były czapki urodzinowe, balony, gwizdawki, batoniki, sło¬ dycze i napoje oraz różnego rodzaju zabawy dla dwójki, trójki lub całej grupy z muzyką i zabawkami. Wspaniała uroczystość. W punkcie kul¬
		

/0033_0001.djvu

			OSWAJANIE PRZYSZ�?OŚCI 33 minacyjnym Nasruddin podchodzi do swej matki, odpowiedzialnej za przygotowania i dumnej z udanego przyjęcia, pytając płaczliwie: „Ma¬ musiu, czy kiedy to wszystko się skończy, będziemy mogli wyjść się pobawić?” W tej niewinnej historyjce kryje się według mnie istotna prawda. Przyjęcie się toczy, a dziecko czeka na jego koniec, aby się pobawić. Nie dostrzega humoru, dowcipu, radości i przemyślności, z jaką zor¬ ganizowano to przyjęcie. Myśli tylko o tym, kiedy się ono skończy i za¬ cznie się prawdziwa zabawa. W takim wypadku jednak prawdziwa zaba¬ wa nigdy się nie zacznie. Bóg zorganizował dla nas tu na ziemi cudowne przyjęcie z jedze¬ niem, muzyką, tańcami, grami — wszystko to ku naszej radości. A my w jego trakcie dumamy, kiedy otrzymamy prawdziwe życie, którym bę¬ dziemy mogli zacząć się cieszyć. Czy kiedy to wszystko się skończy, będziemy mogli wyjść i się bawić? Kiedy to wszystko się skończy. Ale czy „to wszystko” nie jest Bo¬ żym darem, Bożą zabawą? To jest naprawdę Boże przyjęcie. Zabawa życia, która jest najważniejszą zabawą stworzenia, odbywa się przed na¬ szymi oczami, a my jesteśmy znudzeni, ponieważ czekamy na inną. Kiedyś, gdzieś będziemy mogli wyjść i się pobawić. Ale co zrobić z teraźniejszością. Co z dzisiejszym przyjęciem? Co począć z tą godzi¬ ną? Co począć z tym dniem? Myślimy tylko o tym, kiedy to się skończy. Tylko po to, aby kiedy rozpocznie się następny punkt programu, znowu myśleć o tym, kiedy i ten się skończy. Każdy dzień mija w oczekiwa¬ niu na jego zakończenie. Cokolwiek robimy, mamy w sercu jedną tęsk¬ notę, jedno pytanie: Kiedy to się skończy? Kiedy skończy się ten dzień? Kiedy zacznie się nowy dzień, abyśmy mogli się modlić o jego zakoń¬ czenie? Następstwo pustych oczekiwań. Pewnego razu przyjechałem z wykładem do miasta Jamnagar w Gua- jarcie. Mieszkał tam młody człowiek, który ze mną korespondował. Dowiedziawszy się, że przyjeżdżam, nalegał, abym go odwiedził, z cze¬ go bardzo ucieszyłaby się jego rodzina. Zgodziłem się i poprosiłem organizatorów mojej podróży, aby wygospodarowali na tę wizytę pół godziny w moim dziennym rozkładzie. Tak zrobiono. Pojechałem do niego, uprzednio poinformowawszy go o godzinie mojego przybycia. Czekał na mnie przed domem, a kiedy wysiadłem z samochodu i sta¬ nąłem przed nim, pierwsze jego słowa brzmiały: „Następnym razem, kiedy przyjedziesz do mnie, musisz zostać u nas cały dzień”. Takie było jego przywitanie. „Nie postawiłem jeszcze nogi w twoim domu — od¬ parłem — a ty mówisz mi, co mam zrobić, kiedy przyjadę następnym razem. Bóg wie, kiedy znowu przyjadę do tego miasta i do tego domu. Dziś jestem tutaj i jestem szczęśliwy, że przyjechałem, gotów spędzić tu
		

/0034_0001.djvu

			34 CARLOS G. VALLES miło czas, choć krótko.” Kiedy usiedliśmy, przedstawił mi wszystkich po kolei. Patrzyłem na ich twarze i poznawałem ich imiona. Wypiliśmy razem herbatę i po pół godzinie wstałem. Wtedy on przyniósł książkę z autografami i poprosił mnie, abym się do niej wpisał. Napisałem: „Nie trać teraźniejszości, śniąc o przyszłości”. Zrozumiał. Złodzieje czasu Obawy przed przyszłością często okradają nas z radości chwili obe¬ cnej. Wyobrażanie sobie tego, co się może zdarzyć jutro, przeszkadza nam być w pełni sobą dzisiaj. Wizja tego, kim mógłbym być w dalszej czy bliższej przyszłości, przysłania rzeczywistość tego, kim jestem teraz. Aby być w pełni sobą, muszę się nauczyć być w pełni teraz. Nie można lekceważyć wagi przewidywania przyszłości i jej plano¬ wania. Myśl o przyszłości jest nieodzowna w kierowaniu naszym ży¬ ciem. Niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, gdy planowanie przerasta życie, a marzenia przysłaniają rzeczywistość. Mądrość polega na oży¬ wianiu teraźniejszości łagodną wizją przyszłości. Arcybiskup Bloom daje taki oto przykład. Pewien człowiek podróżu¬ jący pociągiem, w pośpiechu, aby przybyć do miejsca przeznaczenia wcześniej, biegnie korytarzem do pierwszego wagonu, przeciskając się wśród ludzi i bagaży. Podróżni patrząc na niego, sądzą, że zwariował, i niezbyt się mylą. Swoim bezsensownym pośpiechem niczego nie zy¬ skuje, pociąg przybędzie w całości o jednym czasie, wszystkie drzwi otworzą się jednocześnie, a pierwsze wagony przystaną daleko z przodu peronu bez żadnego zysku dla biegacza. Nie przybędzie ani chwilę wcześniej niż reszta podróżujących, zrobi tylko jedno: zmarnuje całą swoją podróż. Gdyby usiadł odprężony przy oknie, cieszył się krajobra¬ zem, patrzył na pola, drzewa, bydło i budynki, płynące chmury; gdyby poczuł dreszcz prędkości, przygodę punkcika poruszającego się po ogro¬ mnym świecie, zaznałby szczęśliwego uczucia bycia przez chwilę wol¬ nym od zmartwień pomiędzy dwoma stacjami — bez domu, adresu, bez żadnych stałych rzeczy, które trzymają nas przy ziemi i wprowadzają w życie rutynę. Podróż jest błogosławieństwem, jeśli wiemy, jak ją najlepiej wykorzystać, pozwalając by była tym, czym w istocie jest — czyli podróżą. S. I. Hayakawa podaje jeszcze inny przykład. Do windy wchodzi biznesmen z teczką pod pachą i przyciska guzik dziesiątego piętra. Pa¬ trzy na zegarek i liczy minuty, aby przybyć punktualnie na niezwykle waż¬ ne spotkanie. Nagle do windy wchodzi dwoje małych dzieci z iskierkami radości w oczach. Patrzą na siebie, zerkają na podwójny rząd świecą¬ cych guzików i ku rozpaczy biznesmena naciskają na przemian po kilka
		

/0035_0001.djvu

			OSWAJANIE PRZYSZ�?OŚCI 35 guzików. Chcą się trochę przejechać i tylko o to im chodzi. Winda ru¬ sza w swoją podróż, zatrzymuje się na trzecim piętrze, drzwi się otwie¬ rają, nikt nie wychodzi ani nie wchodzi, ale dzieci obserwują to wszy¬ stko z rozkoszą, a potem spoglądają na rząd guzików, aby zgadnąć, gdzie będzie następny przystanek. Drzwi zamykają się i podróż zaczyna się od nowa. Biznesmen cierpi. Dla niego winda jest tylko instrumen¬ tem, aby dostać się na dziesiąte piętro najszybciej jak to tylko możliwe. Jego umysł jest już na dziesiątym piętrze, cała jego istota dąży do do¬ stania się tam, liczy sekundy, irytuje się każdym przystankiem; ta po¬ dróż w oczywisty sposób go nie cieszy. Ale dzieci tak. Dla nich jest to winda, zabawka, radosne przeżycie, którego sobie same dostarczyły. Właściwie to żałują, że dojechały do punktu przeznaczenia, i jeśli do¬ prowadzony do ostateczności biznesmen nie zmrozi ich morderczym wzrokiem, będą kontynuowały naciskanie guzików w górę i dół, obser¬ wując, jak drzwi się otwierają i zamykają, aż im się to znudzi, porzucą zabawkę i zajmą się czymś innym. Dla dzieci podróż w windzie jest ce¬ lem samym w sobie, uroczą zabawą i dlatego tak postępują. Dla biznes¬ mena to tylko środek, skuteczny choć irytujący, aby dostać się na dzie¬ siąte piętro. Podczas gdy dzieci są pogrążone w teraźniejszości, on myśli tylko o przyszłości. Będzie niecierpliwy w biurze, podobnie jak był niecierpliwy w windzie, myśląc o następnym spotkaniu i spogląda¬ jąc na zegarek, przeklinając wszystkich wokoło, którzy biorą życie lek¬ ko i bawią się tym, co robią, bez martwienia się, co będzie potem. Życie dla większości z nas jest tym, czym dla naszego biznesmena winda: środkiem, aby gdzieś się dostać. W konsekwencji tracimy radość z tego doświadczenia. Myślimy tylko o dziesiątym piętrze. Życie samo w sobie jest mało ważne. Jego jedyna wartość polega na tym, że jest etapem do czegoś innego. Nie widzimy jego piękna, nie słyszymy jego muzyki. Wiemy tylko, jak naduszać guziki, by uruchomić windę, otwo¬ rzyć i zamknąć drzwi. A teraz inne doświadczenie, tym razem moje własne. Obserwowałem kiedyś na stacji kolejowej w Indiach, jak goście weselni przygotowywali się, by wejść do pociągu wiozącego ich na ceremonię ślubną. Wesela zawsze odbywają się w domu panny młodej, który najczęściej znajduje się w innym mieście, tak że pan młody, jego rodzina, krewni i bliscy przyjaciele wyruszają gremialnie do odległego miejsca autobusem, jeżeli nie jest za daleko, lub pociągiem. Tym razem około stu mężczyzn i ko¬ biet, odzianych kolorowo, przyozdobionych biżuterią, zmuszonych było wynająć cały wagon dla siebie; wagon ten miał być dołączony do pocią¬ gu osobowego, który do celu ich podróży miał jechać osiem godzin. W ostatniej chwili wyniknęły jakieś techniczne trudności i poinformo¬ wano ich, kiedy byli już w środku, że ich specjalny wagon zostanie do¬
		

/0036_0001.djvu

			36 CARLOS G. VALLES łączony do pociągu pośpiesznego, który tę samą odległość przebędzie 0 połowę szybciej. Na zachodzie byłoby to uznane za coś korzystnego 1 wszyscy byliby szczęśliwi, że dojadą do celu o połowę szybciej po¬ śpiesznym pociągiem. Ale nie w Indiach. Goście weselni, kiedy poinfor¬ mowano ich o zmianie, zaczęli protestować, uważając, że zakłóci to radosny porządek wesela. „Zostaliśmy oszukani — krzyczeli. — Za¬ płaciliśmy za osiem godzin w pociągu i przystanki na każdej stacji, a teraz chcą nas się pozbyć po czterech godzinach jazdy bez zatrzy¬ mywania. Co za bezczelność! Zapłaciliśmy i żądamy naszego całego czasu w pociągu. A jeśli tego nie mogą wykonać, niech nam wrócą połowę pieniędzy!” To jest inny rodzaj logiki. Dla gości weselnych beztroska podróż we wspaniałym towarzystwie jest częścią trwającego kilka dni rodzinnego święta. Wszystko zostało zaplanowane, omówione nieskończoną ilość razy i goście już się na to z góry cieszyli. A teraz ci nieczuli urzędnicy kolejowi pragną zakłócić pierwszy etap święta. Szybka podróż. Pociąg pośpieszny. Ślepa wydajność, kiedy właśnie potrzeba powolnego tempa w przyjemnej atmosferze. Wszyscy na peronie zgadzali się z gośćmi weselnymi tylko ja, samotny mieszkaniec Zachodu na zawsze zaska¬ kującym Wschodzie, musiałem się zastanawiać nad różnymi postawa¬ mi wobec życia, które są wyznaczone przez różne mentalności, i nad praktycznymi skutkami tych różnych postaw. Spokój umysłu i przyja¬ zne nastawienie do życia wydają się kwitnąć o wiele łatwiej na Wschodzie. Życie biegnie tu według innego rozkładu jazdy. Wschod¬ nie przyjęcie weselne różni się w sposób istotny od zachodniego. A ży¬ cie jest weselem. Droga jest celem Oto trudne do zrozumienia powiedzenie hinduskiego mędrca, Swami Ramdasa: „Droga jest celem; iść to znaczy osiągać”. Nazwałem je trud¬ nym, ponieważ ilekroć cytuję je przed ludźmi Zachodu, dostrzegam na¬ tężony wyraz twarzy, uniesione brwi w autentycznym zakłopotaniu, aby odgadnąć, co dokładnie to powiedzenie oznacza. Droga jest z pewnością czymś innym niż cel; jest to stan pośredni, coś co prowadzi do odległe¬ go i przyszłego celu, tak jak droga prowadzi do miasta lub wsi, czy jak długie studia do zdobycia wiedzy. Droga nie jest miastem, a ćwiczenie w bitwach nie jest jeszcze zwycięstwem. Podobnie chodzenie jest czymś zdecydowanie innym od dojścia. Idąc poruszamy się, a doszedłszy od¬ poczywamy. Ruch i odpoczynek nie są tym samym, podobnie jak chęć otrzymania nie jest otrzymaniem. Dlaczego Ramdas powiada, że droga jest celem?
		

/0037_0001.djvu

			OSWAJANIE PRZYSZ�?OŚCI 37 Sądzę, że dzięki ostatniemu rozdziałowi, odpowiedź na to pytanie winna nasunąć się dość łatwo. Winda i pociąg. Czym jest winda — „drogą” czy „celem”? Dla biznesmena jest drogą, a dla dziecka celem. Ramdas przyjmuje perspektywę dziecka. Droga, po której stąpamy, z każdym krokiem naszej pielgrzymki i z każdym oddechem w naszym życiu, jest sama z siebie — w ciągu tej przemijającej, lecz głębokiej i prawdziwej chwili — końcem i celem naszej działalności, spełnieniem naszych dążeń i pełnią naszego istnienia. Chodzenie jest osiąganiem, po¬ nieważ każdy krok dosięga punktu w naszym rozwoju, który jest jedy¬ nym, jaki można osiągnąć i jaki się chciało osiągnąć. Chodzenie jest osiąganiem... tymczasem, ale to „tymczasem” jest jedynym czasem, któ¬ ry istnieje w tym momencie, a więc działanie jest całkowite i kompletne w swym chwilowym istnieniu. Im bardziej jesteśmy świadomi tego i wdzięczni za to codzienne osiąganie, tym szczęśliwsze będzie nasze codzienne życie. To nie jest jakieś abstrakcyjne filozofowanie. W rzeczywistości sta¬ nowi to najbardziej praktyczny sposób osiągnięcia pokoju i zadowolenia teraz, w samym środku naszej pracy i naszych wątpliwości. Uczę się znajdować zadowolenie w tym, co robię dzisiaj; uświadamiać sobie, że to jest warte zachodu, że każda chwila mojego życia jest ważna sama w sobie, zapisana na zawsze w annałach wieczności z powodu swej za¬ sługi, cokolwiek nastąpi jutro czy w całym moim życiu. Nie należy my¬ śleć o całkowitym biegu sprawy, który nie jest teraz w moich rękach, ale o chwili obecnej, którą mogę się cieszyć w jej gotowym urzeczywi¬ stnieniu, o wiele bardziej osiągalnej, ponieważ jest tak niewielka. Droga jest celem. Cieszmy się drogą. Cel nieposiadania celu Teraz trudniejsze powiedzenie. Lao Tse, chiński mędrzec, zawarł mądrość swojego nauczania i doświadczenia życia w niepokojącym zda¬ niu, które w pierwszej chwili wydaje się celowo bardziej szokować niż oświecać: „Trwać na zawsze w bezcelowości”. Co za program życia! Lenistwo trwania i nieodpowiedzialność nieposiadania celu. I to na za¬ wsze. Bez celu w każdym działaniu i bez celu w całym życiu. A on wydaje się tym chwalić, jakby szczęśliwie ogłaszał na cztery strony świata sekret swojego życia i rdzeń swojej filozofii: Nie miej celu, spo¬ kojnie czekaj i bądź gotowy zachowywać tę postawę na zawsze. Oto brama mądrości i droga do szczęścia. Spróbuj sam, a szybko przekonasz się, że nie jest to łatwe. Z pewnością nie dla osoby, którą uczono sta¬ wiać sobie cele i mierzyć wysiłki. Mówiąc, że droga jest celem, Ramdas namawia nas do porzucenia
		

/0038_0001.djvu

			38 CARLOS G. VALLES tych wszystkich przestarzałych celów, które rządzą z oddali naszym ży¬ ciem, i skoncetrowaniu się tylko na chwili obecnej, na tym pojedyn¬ czym kroku. Oznacza to w rzeczywistości zapomnienie o celu końco¬ wym. Cel jakkolwiek szacowny, pożyteczny i konieczny, jest rzeczą przyszłości, a przyszłość musimy nauczyć się trzymać w ryzach, aby dać szansę teraźniejszości. Ten przyszły cel jest dobry, jeśli pomaga aktualizować i ożywiać teraźniejszość; ale jeśli — jak często się to zda¬ rza — przyszły cel staje się paraliżującą obsesją, celem niemożliwym, osłabiającym marzeniem, wtedy lepiej zostać w miejscu, jakie akurat wskazuje kalendarz, i siedzieć cicho, aż nadejdzie właściwy dzień. Prze¬ słaniem Lao Tse jest porzucić odległe cele i stawić czoło faktom. Za¬ pomnieć o snach i wziąć się do teraźniejszości. Brak celu nie oznacza braku odpowiedzialności, przeciwnie, może równie dobrze oznaczać położenie nacisku na odpowiedzialność, aby zmusić nas do stawienia czoła obecnej sytuacji w całej pełni, zamiast uciekać w odległe plany i marzenia. Podejrzewam nawet, że to jest powód, dla którego nasze plany, cele i ideały przysparzają nam tyle stresu: podświadomie chcemy uciec przed ciężkim jarzmem dnia dzisiejszego, planując dzień jutrzejszy. Traci¬ my życie rozmyślając o życiu. Innym przedmiotem naszych dążeń jest przenoszenie na nasze życie prywatne metod, które są skuteczne w życiu publicznym. Działalność instytucji wymaga troskliwego planowania i ciągłego sprzężenia zwrot¬ nego. Jednakże metod, które skutkują w fabryce, nie da się zastosować w życiu wewnętrznym. Człowiek nie jest maszyną, a jednostka nie jest tym samym, czym grupa. Nie mieszajmy sposobów postępownia z róż¬ nych dziedzin. Biorę udział w naradzie personelu dużej szkoleniowej placówki. Te¬ matem spotkania jest: zarządzanie poprzez nakreślenie celów. Każdy wydział musi wyznaczyć cele, jakie może osiągnąć do końca roku i środki, jakie trzeba na to przeznaczyć. Ta twarda procedura ma trzy¬ mać wszystkich w karbach przez cały rok. Jest to zdrowe i konieczne, jeśli chcemy kierować instytucją w sposób wydajny i odpowiedzialny. Przesiedziałem do końca i wszystko przyjąłem. Kłopoty zaczęły się dla mnie wtedy, gdy usiłowałem, tak jak to robiłem już niezliczoną ilość ra¬ zy, pokierować swoim życiem i zastosować w nim „zarządzanie poprzez cele”. Cele, które mam osiągnąć w życiu duchowym, intelektualnym, społecznym, środki, które służą do ich osiągnięcia, i rozkład granic cza¬ sowych dla każdego konkretnego celu — wszystko zostało schludnie spisane na maszynie i umieszczone na widoku, abym mógł to codzien¬ nie sprawdzić. Wysiłek daremny. Bezużyteczne przedsięwzięcie. Moje prywatne biuro nie pracuje lepiej, a produkcja się nie zwiększa. Przy¬
		

/0039_0001.djvu

			OSWAJANIE PRZYSZ�?OŚCI 39 szłość zdusiła teraźniejszość. Stłumiła dreszcz. Cele, zamiast stać się ko¬ lejnymi szczeblami do sukcesu, stały się powodem przygnębienia. Wpi¬ sując się w przyszłe horyzonty, straciłem kontakt z obecnymi, a utrata kontaktu z rzeczywistością jest największą stratą w życiu. „Prawdopodobnie nigdy nie było tak dążącej do celu i zapobiegliwej cywilizacji jak nasza, ludzi, którzy by żyli tak całkowicie dla przyszło¬ ści i w tak wielkim stopniu martwili się jutrem. I właśnie z tego powo¬ du żadna cywilizacja nie była aż tak pozbawiona sensu.” Te słowa Alana Watta zmuszają do zastanowienia. Jesteśmy ludźmi, którzy „cał¬ kowicie żyją dla przyszłości”, pełni planów, dążeń, ideałów, celów, za¬ mysłów i perspektyw. Nigdy nie było takiej „futuryzacj i” życia ludzkie¬ go jak obecnie. Odkładamy pieniądze na przyszłość, zakładamy konta, ubezpieczamy się na życie i podpisujemy umowy emerytalne. To fi¬ nansowe zachowanie jest jedynie materialnym odbiciem naszego zacho¬ wania emocjonalnego. Emocjonalnie także żyjemy dla przyszłości i wy¬ jaśnia to napięcie, w jakim żyje współczesny człowiek, martwiąc się 0 jutro. Jednak najbardziej uderzająca jest konkluzja, jaką Alan Watt wycią¬ ga ze swojej diagnozy: „I właśnie z tego powodu — pisze — żadna cy¬ wilizacja nie była aż tak pozbawiona sensu”. Jest to wyraźny paradoks, który skrywa wielką prawdę. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że życie czy też jakiekolwiek działanie jednostki bierze swoje znaczenie ze swe¬ go celu; dlatego im większy cel, tym wyraźniejszy sens. W rzeczywisto¬ ści jest całkiem odwrotnie; im więcej jednego, tym mniej drugiego. Ob¬ ciążamy życie i jego poszczególne etapy tak wielu niezwykle cennymi celami, że jego znaczenie zostaje nimi przysypane. Wszystko, co robię czy planuję zrobić na tej zapracowanej ziemi, jest tak pełne przyszłych celów w tym i w przyszłym życiu, że ja nie jestem w stanie ujrzeć lasu czy drzew. Nie widzę teraźniejszości, gdyż pochłaniają mnie rezultaty mojego działania w przyszłości; a więc mam wiele celów, które zostaną osiągnięte później i żadnego sensu, którym mógłbym się cieszyć obec¬ nie. Wiele dobrego zdarzy się w jakiejś bliższej czy dalszej przyszłości dzięki rozmaitym działaniom, które teraz wypełniają moje życie. Chciał¬ bym mieć jednak coś, co mogę schwytać i trzymać już teraz, coś, co nada siłę moim stopom i wypełni moje serce. Żyjemy „po coś”, lecz nadszedł czas, abyśmy nauczyli się po prostu „żyć”. Porzućmy cele 1 zacznijmy żyć. „Trwać na zawsze w bezcelowości” jest mottem czło¬ wieka, który cieszy się z każdej minuty swego życia, każdą komórką swego ciała. „Bezcelowość” budzi u nas złe skojarzenia. Jeśli lepiej od¬ czytamy sens tego zniekształconego i źle pojmowanego słowa, to sądzę, że odnajdziemy wiele dróg prowadzących do polepszenia naszej ziem¬ skiej kondycji.
		

/0040_0001.djvu

			40 CARLOS G. VALLES Dlaczego Mozart pisał muzykę? Aby zapłacić swoje rachunki, aby zabezpieczyć swój byt, i aby poprawić nastrój arcybiskupa Colloredo; ta odpowiedź jakkolwiek prawdziwa i praktyczna skrywa tylko tę jeszcze prawdziwszą i głębszą. Mozart pisał muzykę, ponieważ ona w nim wy¬ buchała, ponieważ uwielbiał to robić, ponieważ była to jego prawdziwa natura, jego temperament, jego geniusz. Mówienie, że celem pisania muzyki przez Mozarta było zarobienie pieniędzy, jest jednocześnie cał¬ kowicie prawdziwe i całkowicie bez sensu. Muzyka Mozarta w swojej najgłębszej, genialnej treści, nie miała celu i właśnie stąd bierze się jej wieczna świeżość i nieśmiertelne piękno. Cel komercjalizuje muzykę... tak jak komercjalizuje życie. Prawdziwy artysta wie, jak rozkoszować się bezcelowością. Dzieci są artystami. Dzieci bawią się, ponieważ zabawa je cieszy; będzie pięknie, kiedy i my będziemy mogli powiedzieć, że żyjemy, po¬ nieważ cieszymy się życiem. Wtedy odkryjemy Królestwo Boże, które jest już w nas. Pewien zapalony młodzieniec przyszedł do japońskiego mistrza, aby nauczył go sztuk walki. „Ile czasu mi to zajmie?” — pyta. „Pięć lat” — odpowiada mistrz. „To dużo. A ile czasu mi to zajmie, jeśli będę pra¬ cował dwa razy tyle co inni studenci?” „Dziesięć lat”. „A gdybym po¬ dwoił swoje wysiłki i pracował dzień i noc?” „Wtedy zajmie ci to dwa¬ dzieścia lat”. „Panie, jak to jest, że za każdym razem, kiedy podwajam wysiłki, ty podwajasz czas?” „Ponieważ, jeśli jedno oko skupiasz na ce¬ lu, zostaje ci tylko jedno, aby znaleźć drogę”. Żebrak i król „Przyjadę do ciebie na święta. Przepraszam, że nie mogę teraz, ale w tych dniach naprawdę nie jestem w stanie znaleźć czasu. Na święta jednak na pewno będę miał czas. Będę pamiętał, nie omieszkam przyje¬ chać i cię odwiedzić.” „Obiecujesz?” „Obiecuję. Odwiedzę cię w czasie świąt.” Prosta obietnica, zrobiona w dobrej wierze, ponieważ lubiłem tego człowieka i z góry cieszyłem się na wizytę w jego domu. Z jego strony nie było przesadnego nacisku, a z mojej żadnego przymusu; po prostu szczere zaproszenie i wdzięczne jego przyjęcie. Obietnica dobrowolnie uczyniona i przyjęta w duchu przyjaźni. W tym momencie obaj czuli¬ śmy się szczęśliwi z jej powodu. Zapewnienie, że odwiedzę go później, usuwało jego rozczarowanie, że nie może liczyć na tę wizytę obecnie. Skoro obecne działanie było niemożliwe, zastąpiłem je obietnicą przy¬ szłego działania. Powszechna procedura i powszechna pomyłka. Ta pro¬ sta i szczera obietnica wpędziła mnie w kłopoty.
		

/0041_0001.djvu

			OSWAJANIE PRZYSZ�?OŚCI 41 Obietnica stwarza kłopoty, ponieważ jest rzeczą przyszłości, a przy¬ szłość nie leży w moim zasięgu i nie wiem, co z niej wyjdzie. Kiedy dając obietnicę, daję coś, czego dać nie mogę, podaję przyszłą datę, któ¬ ra się jeszcze nie wydarzyła, obiecuję działanie, co do którego nie wiem, czy będę w stanie je przeprowadzić. Dać obietnicę to tak jak po¬ życzyć czas, a pożyczanie może sprawić kłopoty. To właśnie mi się przytrafiło. Nadeszły święta, a ja byłem zajęty jak zawsze i nie mogłem, jakkolwiek próbowałem, znaleźć wolnego popo¬ łudnia, aby odwiedzić mojego przyjaciela. Nie widziałem sposobu na to, by dotrzymać słowa. Wtedy jasno uświadomiłem sobie podwójne więzy, jakimi spętała mnie ta obietnica. Gdybym zdecydował się ją spełnić, zo¬ stawiając na boku ważne prace, i jakoś wyjechać do mojego przyjaciela, zrobiłbym to z uszczerbkiem dla moich zajęć i obwiniałbym go za to — chociaż oczywiście nie był niczemu winien — wściekły na siebie, że przyrzekłem coś, co teraz utrudnia mi życie. Z kolei gdy nie odwiedzę go w święta, tak jak obiecałem, nie będzie końca wyrzutom z jego stro¬ ny i moim własnym wyrzutom wobec siebie. „Obiecałeś, a nie przyje¬ chałeś”. „Obiecałem mu, a nie dotrzymałem obietnicy”. Będę żałował w obu przypadkach. Sam zastawiłem na siebie tę pułapkę. Dałem to, co nie było moje. Cierpię i tylko sam siebie mogę za to winić. Czy zatem mogę składać jakieś obietnice? Mogłem równie dobrze powiedzieć przyjacielowi: „Posłuchaj, mam szczerą chęć odwiedzić cię; nie mogę zrobić tego teraz, ale wydaje mi się, że będę miał czas w święta, w takim przypadku z pewnością przyjadę i cię odwiedzę; po¬ wiadomię cię”. To dosyć szczere i wyklucza wszelkie kłopoty. Pokazuje moją chęć i bierze pod uwagę moje ograniczenia. Chcę przyjechać i uczynię to, jeśli mi czas pozwoli. Nie ma jednak obietnicy ani zobo¬ wiązania. Nie będzie pretensji, jeśli wizyta nie dojdzie do skutku w określonym dniu. A gdyby doszła do skutku, to dostarczy o wiele więcej radości. W Mahabharacie jest taka oto scena. Przychodzi żebrak do króla Yuddhisthira, akurat gdy ten zakończył codzienne rozdawanie jałmużny. „Na dzisiaj już koniec — powiada król. — Przyjdź jutro, a dam ci coś.” Żebrak domagał się zapewnienia: „Czy na pewno dasz mi jałmuż¬ nę, kiedy przyjdę jutro?” Król znany ze swojej szczodrości i prawdo¬ mówności odparł: „Oczywiście, że dam ci. Czy ktoś kiedyś wątpił w wielkoduszność króla?” Wtedy żebrak przebiegł całe miasto, krzycząc z całych sił: „Chodźcie wszyscy! Chodźcie wszyscy! Chodźcie i zobacz¬ cie cud! Świętujmy chwałę naszego króla. Odniósł zwycięstwo nad śmiertelnym czasem i stał się bogiem. Wie, co zdarzy się jutro, wie że będzie żył i da mi jałmużnę! Wielki jest nasz król i nasz bóg! Przyjdźcie oddać mu cześć!” Król usłyszał hałas i spytał o jego przy¬
		

/0042_0001.djvu

			42 CARLOS G. VALLES czynę. Gdy słudzy odpowiedzieli mu z lękiem, ten przyznał: „Żebrak był królem, a król żebrakiem. To on mnie dziś obdarował. Dał mi na¬ ukę: Miał rację, nie wiem, czy będę zdolny dać mu jutro cokolwiek”. Ilekroć czynimy obietnice, przekraczamy nasze prawa. Rozporządza¬ my przyszłością, która do nas nie należy. Przychodzi jednak nam ze strasznymi oporami uznać tę prawdę i zrezygnować z praw, które sobie uzurpujemy. Czyńmy obietnice, jeśli musimy, ale rozumiejmy ich ogra¬ niczenia i nie wkraczajmy w przyszłość, która do nas nie należy. A co zrobić z postanowieniami — obietnicami, które składamy sami sobie? Również w tym wypadku obowiązują te same zasady. Przestanę palić. Nie będę się już złościł. Codziennie rano będę wstawał o piątej. Taka postawa samoutwierdzenia i planowanej samoreformy może być godna szacunku i ukazywać głęboką świadomość naszych wad i wielką szczerość chęci ich przekraczania. Jeśli jednak zostanie w to wmieszana przyszłość, należy nasze postanowienia potraktować z pokorą i ostrożno¬ ścią. Mimo mojej chęci i dobrej woli nie mogę zagwarantować tego, co zrobię jutro, kiedy mój budzik niezawodnie zadzwoni o piątej rano, a tym mniej co zrobię za miesiąc, za trzy miesiące czy za rok. Po pro¬ stu nie wiem. A jeśli zwiążę się uroczystą obietnicą wstawania o piątej, a nadal będę w pościeli o siódmej, prawdopodobnie będę miał pretensje do samego siebie i czuł niesmak, a to będzie o wiele gorsze niż wyba- czalna słabość późnego wstawania. Obietnice i postanowienia są dobre, jeśli dotrzymuje się ich bez przymusu i rozumie, czemu służą. Same w sobie są „deklaracjami inten¬ cji”, które pokazują naszą obecną postawę, i silne pragnienie, aby ona trwała i była stabilna, a życie toczyło się dalej — wraz z modlitwą do Boga o to, by pobłogosławił nasze wysiłki i utwierdzał nasze kroki na tej codziennej drodze. Carlos G. Valles SJ tłum. Justyna i Jan Grzegorczykowie Rozdział z książki Courage to Be Myself, Doubleday 1989, której polski przekład ukaże się na¬ kładem Zysk i S-ka Wydawnictwo. Carlos G. Valles, hiszpański jezuita przez czterdzieści lat pracujący w Indiach. Bliski przy¬ jaciel Anthony’ego de Mello. Autor kilkunastu książek, m.in. wydanej w Polsce Bez obciążeń. Rekolekcje z Anthony de Mello, WAM, 1993.
		

/0043_0001.djvu

			ANDRZEJ MADEJ Święto zbuntowanych — Do Jarocina? A po co ksiądz tam jedzie? Porządni ludzie to wy¬ jeżdżają z miasta, gdy ta hałastra się zjeżdża. Tę bandę to tylko do obo¬ zów pracy zagnać. Ich trzeba resocjalizować. Najlepiej to ich pod mur postawić i wystrzelać, jeśli nie chcą w kopalniach pracować... Dlaczego? Ja jednak jadę na Festiwal Muzyków Rockowych. Tego roku już po raz dziesiąty czy jedenasty. Jadę z przyjaciółmi, by dołączyć do Wspól¬ noty Ewangelizacyjnej i być obecnym w tym wielkim zgromadzeniu, w sutannie, na znak. Jadę słuchać młodych, szukać odpowiedzi: dlacze¬ go się buntują, dlaczego mają pocięte żyletkami ręce, dlaczego lubią głośną i pełną zgrzytów muzykę, dlaczego piją denaturat, dlaczego ucie¬ kli z domu, dlaczego wąchają klej mając 13 lub 14 lat, dlaczego...? * — Proszę księdza, czy nie byłoby lepiej, gdybym się urodził kwiat¬ kiem zamiast człowiekiem? — Czy chciałby mieć ksiądz sutannę w kwiatki? — Niech ksiądz się wstawi za nas u policji, żeby nas wypuścili z policyjnego wozu. Niech ksiądz im powie, że mogą nas spałować, aby tylko nas puścili na wolność. * Paznokcie pomalowane na czarno, ręce w krwi, pocięte aż do łokci żyletką, na szyi gruby łańcuch, na koszulce trupia czaszka, twarz poma¬ lowana w ostre kolory, głowa ogolona do samej skóry, w małżowinie ucha kolczyk przy kolczyku, podobnie kilka kolczyków wpiętych w dol¬ ną wargę... Po co to wszystko? Żeby inni mogli ich zauważyć. Krzyk, w któ¬ rym słychać tylko to jedno: jestem! jesteśmy! Chcą zwrócić na siebie uwagę. Jak małe dzieci, które nieraz tylko po to psocą, by zostały zauważone. Kolejny raz próbuję przyjrzeć się przyjaznym i paster¬ skim okiem tym młodym. W ich oczach dostrzegam strach, niepewność, bezsens, pustkę, oczekiwanie na akceptację, rozczarowanie... Gdyby Je¬
		

/0044_0001.djvu

			44 ANDRZEJ MADEJ zus stanął pośród nich, to by zapłakał. Są bowiem „jak owce bez pastę- rza . Mają przed sobą kilka dni święta, aby odreagować na szarość. Po¬ trzebują świętowania, by oderwać się od tego, co przykre i zapomnieć o tym, co nudne. Może tu w amfiteatrze lub opodal wielkiej sceny na sta¬ dionie, uda się przeżyć ekstazę, popatrzeć na żywo na swoich idoli, zatań¬ czyć ze swymi rówieśnikami pogo — taniec na życie i śmierć. Doznać ekstazy, gdy nad głową gwiazdy, a nad światem niesie się muzyka stwo¬ rzona przez ulubieńców... Nareszcie można wykrzyczeć swój bunt, wyśpie¬ wać swe marzenia o piękniejszym życiu niż to, które się przytrafiło. Przyjechali tu, do swej Mekki, wyzwolić tłumione emocje i być przez kilka dni i nocy szczęśliwymi. Alternatywa Gdzieś tam w tle majaczy rodzina, jeżeli to nie za wielkie słowo, dom, jeżeli to też nie przesada. Bo nawet jeżeli rodzice się nie rozeszli, to przecież jeszcze daleko stąd do miłości. A może nawet i była miłość, ale rodzice nie potrafili jej dać, dzieci nie umiały jej przyjąć. Na mło¬ dym sercu pozostała rana. Nie jestem kochany, więc po co jestem? Dziwna pustka, niechęć do życia, brak poczucia swej wartości, brak sza¬ cunku do samego siebie. Stąd już mały krok, by sobą pogardzić, nie akceptować swoich włosów czy swojej płci. Dokucza ból, który psycho¬ logowie mądrze nazywają „bólem egzystencjalnym”. Nie można wytrzy¬ mać. Szukajmy grupy rówieśniczej, w której łatwo się można porozu¬ mieć na zasadzie: wszyscy jesteśmy niekochani ani potrzebni światu. Uciekajmy razem. Razem się zbuntujmy przeciwko temu bezsensowne¬ mu światu. Oddzielmy się od społeczeństwa: wyglądem, strojem, mową, muzyką. Żyjmy alternatywnie. Dopiero wtedy nas zauważą. Powiemy im, co o nich myślimy. Spróbujmy uciec od takiego świata, jaki nam zafundowali dorośli. Muzyka rockowa — znakiem czasu? Nie sposób zignorować tej muzyki, którą młodzi nazywają alterna¬ tywną. Rock jest pieśnią współczesnego pokolenia chłopców i dziew¬ cząt. Ta pieśń niesie się przez świat od wielkiej Ameryki po małą wio¬ skę w Azji. A jest to pieśń często pełna zgrzytów, kakofoniczna. Taka jak i życie. Jej rytm budzi to, co w duszy czarne i upiorne. W ten spo¬ sób staje się jakby apelem do ciemnej strony człowieka. Jest manife¬ stem szukających i zbuntowanych. Nie sposób nie słyszeć tej pieśni, tego agresywnego krzyku młodego pokolenia u schyłku XX wieku.
		

/0045_0001.djvu

			ŚWI�?TO ZBUNTOWANYCH 45 Wprowadza w trans i hipnotyzuje miliony swoich fanów przed telewizo¬ rem i na stadionach podczas koncertów, które stają się rodzajem współ¬ czesnej liturgii słowa i światła, dźwięku, tańca i zabawy. Rock jest przeto wydarzeniem kulturowym, głosem (znakiem?) naszego czasu, na który nie można zamknąć uszu. Przeciwnie — jest to szyfr do odczytania, zadane nam wszystkim pytanie. Człowiek rozmaicie wypowiada swoją taje¬ mnicę. Nieraz znajduje dla niej wyraz prowokujący i bulwersujący. Czy „odszyfrowałem” tę muzykę? Na pewno nie, z wyjątkiem kilku jej „nut”. Przeczuwam: ten wielki hałas to krzyk zranionego serca, cza¬ sem poszukiwanie sensu życia, czasem przekorna kpina ze świata, la¬ ment z powodu utraty trwałych wartości i próba ucieczki od tego, co trudne, od siebie samego. Zagłuszyć sumienie, postawić tamę ciszy, któ¬ rej człowiek nie może znieść, ogłosić światu wielkie „nie”, niezgody i nieakceptacji... Ale jest w tej muzyce i nuta nie uświadomionego sko¬ wytu, krzyku o miłość, która ocala i wyzwala, a którą chrześcijaństwo nazywa zbawieniem. Jest muzyka rockowa jękiem poranionych i woła¬ niem o ratunek. Młodzi, ze strachem w oczach, przeczuwają nicość w świecie bez prawdy i bez sensu. Najbardziej współczuję najmłod¬ szym. Nie wierzą w to, że są komuś na coś potrzebni. Komu na nich zależy? Kto ich kocha? Kto z nimi rozmawia? Czują się tak, jakby zo¬ stali wrzuceni w sam środek mogiły, która przesłoniła im drogę. Wszy¬ stko rozmyło się w przypadkowości. Na kim oni mają się oprzeć? Są na tym świecie jak sieroty, bezdomne i wykorzenione. Dlatego napiszą so¬ bie białą farbą na czarnych kurtkach: No future i będą przeklinać. Będą śpiewać o absurdzie, o wielkim „nic”. Będą próbować uciec od nudy w świat narkotyku, seksu, alkoholu. Ale jak długo można uciekać w złud¬ ny świat, skoro te drogi prowadzą donikąd? Sfrustrowani i rozgoryczeni zaczynają myśleć o samobójstwie. Nie jestem za demonizowaniem muzyki rockowej, choć i w niej pojawiają się czasem „szatańskie wersety”. Jest ona często krzykiem samotnych, zagubionych, jest i ucieczką, i szuka¬ niem zarazem, jest próbą zapełnienia wyniszczającej człowieka pustki. Może też i jest świadectwem anonimowej modlitwy? Współczesna forma rozpaczy, jest jak każda ludzka bieda wołaniem o zbawienie. Myślę so¬ bie, stojąc pod jarocińską sceną, ogłuszony decybelami, oślepiony jupite¬ rami tej wielkiej dyskoteki: „tylko Chrystus wie, co kryje się w człowie¬ ku”. On jeden zna głód duszy ludzkiej, która umiera bez miłości. On zaprasza spragnionych miłości i życia „na zielone pastwiska”. Robią nam rachunek sumienia Czy nie jest „Jarocin” odpowiedzią młodego pokolenia na to, co zwyrodniałe i nienormalne w naszym społeczeństwie? I czy krzyk buntu
		

/0046_0001.djvu

			46 ANDRZEJ MADEJ i niezgody nie jest krzykiem przeciwko kompromisom, zakłamaniu, fa- ryzeizmowi, cwaniactwu, jakie młodzi dostrzegają w nas, w naszych po¬ stawach nacechowanych strachem przed całą prawdą i odpowiedzialno¬ ścią? Czy ich cynizm i nihilizm nie są rezonansem tego cynizmu i tego nihilizmu, które stały się wpierw naszym udziałem? A może to ich sposób, by nam, sprawującym ważne funkcje w państwie i w szkole, w Kościele i w wojsku, obrzydzić nasz świat pustki, pogardy, egoizmu, znikczemnienia i prywaty, który z taką starannością próbujemy przesło¬ nić różnego rodzaju pozorami, atrapami, fasadowością „pobielanych gro¬ bów”? Czy choroba, która dotyka nastolatków, nie jest zakaźną chorobą roznoszoną przez ich rodziców i wychowawców? Czy nie my sami za¬ raziliśmy młodych idealistów zwątpieniem, cynizmem, rozchwianiem moralnym, przewróconą hierarchią wartości, zgodą na „mniejsze zło”, niewiarą w ideały, teorią „celu, który uświęca środki”? Sceptycyzm, po¬ czucie bezsensu zmagania się o dobro, nazywanie ludzi ofiarnych naiw¬ nymi, nienazywanie zła po imieniu, gloryfikowanie brutalnych osiłków na filmach propagujących przemoc, zachęcanie do rozwiązłości, przemil¬ czanie negatywnych konsekwencji swobody seksualnej, odzieranie z sac¬ rum miłości i życia, nierozróżnianie między wolnością a swawolą, pro¬ fanowanie tego, co w milenijnym obyczaju uznaliśmy nad Wisłą za święte... Czy nie mamy z tym nic wspólnego? Nie dziwmy się, że mło¬ dzi kpią z nas i nie chcą przyłączyć się do nas. W nich jak w zwier¬ ciadle możemy się przejrzeć i zauważyć, że to w nas jest choroba, którą oni po nas odziedziczyli. Czy nie czas, byśmy się przyznali, że milczy- my, gdy trzeba zabrać głos i stoimy z boku, gdy nie wolno umywać so¬ bie rąk? Młodzi nie są źli, brak im doświadczenia, są naiwni. My wy¬ dajemy ich w ręce ich nieprzyjaciół, demagogów, którzy żerują na lekkomyślności nastolatków. Na naszych oczach ktoś ich okłamuje, mó¬ wi im półprawdy i ćwierćprawdy, podlizując się młodym, dając im to, co lekkie, łatwe, przyjemne i co nic nie kosztuje. Kto ich wezwie do trudnego piękna? Kto im doda odwagi, aby nie bali się żyć? Andrzej Madej OMI
		

/0047_0001.djvu

			GRAŻYNA FILIPIAK „Jakaś inna wiara” Jarocin ’94 Być w Jarocinie w czasie festiwalu. Ta myśl rok temu napawała mnie lękiem, a gdy zebrałam się na odwagę, właśnie był koniec festi¬ walu i towarzyszącej mu od dziesięciu lat ewangelizacji. Artykuł Jaro¬ cin inaczej („Przewodnik Katolicki” 46 i 47/1993) mógł więc wówczas powstać jedynie w oparciu o kasetę video, świeże — tuż po powrocie — relacje ks. Przemysława Kompfa i świadectwa, dawane w czasie po- jarocińskich spotkań wspólnoty „Zbawiciel” w Poznaniu oraz w trakcie dni młodzieżowych w pobliskim Konarzewie. Zrodziło się więc szcze¬ gólne zobowiązanie, by być podczas ewangelizacji w następnym roku i mieć bieżący kontakt z jej uczestnikami w trakcie comiesięcznych spotkań w Konarzewie („Słowo — Dziennik Katolicki” 60/1994). Odpowiedz sobie Zabrałam skrzypce, poprzez które włączam się do modlitw podczas spotkań, czuwań i rekolekcji. Chciałam też zostawać w klasztorze na adoracji, gdy inni pójdą na ulice Jarocina. Ale już pierwszego dnia pod¬ czas Eucharystii padło pytanie: „spróbuj odpowiedzieć sobie — czego, kogo szukasz, przyjeżdżając tu na ewangelizację?” Prawie 180-osobo- wej grupie przyniosło ono pilne wyzwanie, by najpierw przyjrzeć się sobie samemu. Najczęstszą odpowiedzią było pragnienie bycia dyspozy¬ cyjnym wobec prowadzenia Ducha Świętego, by świadczyć o tym, co Bóg dla mnie uczynił i jak staram się to głosić swoim życiem. Mnie osobiście to pragnienie bardziej przemieniło w Martę niż w Marię, prze¬ ciwnie niż pierwotnie zamierzałam. Festiwal rozpoczął się w czwartek — 4 sierpnia, ale my od niedzieli, 31 lipca, mając dach nad głową w tutejszym klasztorze Ojców Francisz¬ kanów pragnęliśmy przeżyć czas wyciszenia i obecności w prawdzie przed Bogiem, samym sobą i innymi. Podczas Eucharystii, modlitw, czuwań, konferencji, świadectw i dzielenia się słowem Bożym przeby¬ waliśmy drogę, którą ktoś trafnie nazwał tutaj — najdłuższą wędrówką — z umysłu do serca. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że potem na ulicach Jarocina będziemy bardziej prości niż kiedykolwiek, a zwyczajne słowa
		

/0048_0001.djvu

			48 GRAŻYNA FILIPIAK i gesty staną się naszą największą mocą. Jeden z chłopców usłyszy: „przyszedłem do was, do kościoła, bo tam na rynku w rozmowie miałeś taki niesamowity uśmiech!” Moje zamierzenia, by grać, robić notatki i modlić się, w praktyce pokazały, jak bardzo potrzeba być po prostu sługą nieużytecznym. Wte¬ dy podanie kubka herbaty punkowi stać się może początkiem nowego życia lub sprawić, że spotkany satanista odtąd nie będzie mógł być za¬ pomniany ani w sercu, ani w modlitwie. Guciu W grupie ewangelizacyjnej był tym, na którego nie można nie zwró¬ cić uwagi. Dobrotliwa ksywka musiała przylgnąć do niego nie bez związku z promieniującą dobrocią w oczach, ciepłem i serdecznością, łagodnością nadzwyczaj urzekającą w kontraście z jego wyjątkowo słu¬ sznymi parametrami. A podczas konferencji, którą głosił pierwszego dnia, nieodparte było wrażenie, że przemawia jak doświadczony kazno¬ dzieja. W jego rozważaniu wyczuwało się, że wyjątkowa trafność słów wy¬ rasta z głębi osobistego doświadczenia. Mówił o miłości Boga do czło¬ wieka i o tym, czym ona mogłaby być z naszej strony. Nie pouczał, ale dzielił się i promieniał! „Jezu, kocham Ciebie” — te słowa na identyfi¬ katorach, które nosimy, są owocem doświadczenia, do którego trzeba dorastać — mówił, dodając: jeśli chcę tu przepraszać i pokutować za grzechy innych, to jednocześnie przyjdzie mi odkrywać własne grzechy do¬ tąd nieuświadamiane. On sam wiele w życiu narozrabiał. Mówi o tym teraz. A gdy wyznaje, że był bliski zabicia własnego brata, kaplicę zalega cisza jak makiem zasiał. Ale Bóg nas kocha i tak będzie zawsze — mó¬ wi Guciu i kontynuuje. My zaś jesteśmy tępi i niewierni, lecz Boże mi¬ łosierdzie i ludzka głupota nie mają granic, więc Jezus nieustannie mó¬ wi do nas i w nas, bo w Nim żyjemy, poruszamy się i w Nim jesteśmy. Ale czy słyszysz — pyta Guciu i dodaje — On mówi, nie posyłam cię, byś nawracał, ale byś kochał. Trzeba, abyśmy mieli otwarte serce na miłość Bożą, by ona rzeczywiście mogła je wypełnić. Dopiero potem można pójść innym nieść miłość. W ten sposób nie my kochamy, ale kocha Jezus, kocha tych, do których idziemy i kocha nas. Ale jak kochać innych — pyta Guciu — gdy samemu jest się pełnym własnych wizji, pojęć i poglądów. Nie mamy paplać o Bogu, ale nieść mi¬ łość tak, jak On ją niósł. Od Niego ją brać, bo On ma ją w nadmiarze. Guciu apeluje: niech każdy zapyta się w sercu — z czego ma zostać ono oczyszczone w czasie tych rekolekcji? Prawdziwe nawrócenie jest tu — wskazuje na serce. — Niech nikt nie mówi, że przyjechał nawracać, bo Ewangelia głosi coś zupełnie innego. Tam jest powiedziane — nawracaj¬
		

/0049_0001.djvu

			JAKAŚ INNA WIARA” 49 cie się! Nie mamy więc być plotkarzami o Jezusie, ale Jego wiarygodny¬ mi świadkami. Będziemy inni, niż jesteśmy, dopiero wtedy, gdy staniemy się Jezusowi, a wtedy drudzy zobaczą w nas Jego obraz. Rafał Gdy dzień przed rozpoczęciem festiwalu po raz pierwszy wychodzi¬ my na miasto, spotykamy liczne grupy fanów rocka. Niektórzy są tu już od kilku dni. Śpią na chodnikach, w ogródkach przed domami. Na ryn¬ ku wśród plecaków mają swoje festiwalowe „zakwaterowanie”. Niektó¬ rzy patrzą na nas leniwie, nie podnosząc się z ziemi. U innych widać wyraźne zainteresowanie. Jeszcze inni błaznują, skacząc w wariackich pląsach przed nami. Rafał dla draki wmieszał się z kumplami w grupę ewangelizacyjną. Objąwszy się w trójkę za ramiona, pewni siebie i kpiący, w trakcie aku¬ rat odmawianej koronki do Miłosierdzia Bożego najwyraźniej chcieli po¬ szaleć. Nie przerywając modlitwy, stanęłam obok, chwytając jedne¬ go z nich za ramię tak, że teraz byliśmy już w czwórkę. Oni nadal kpili, ale już trochę zbici z tropu. A potem? Chcecie herbaty? Spragnio¬ ne picie. Parę zdań o grupie ewangelizacyjnej, co robimy na ulicach Ja¬ rocina i w kościele św. Jerzego. A dajecie chleb? Tak, z dżemem. Na pewno będę! I przyszedł. Sam, tamci nie zechcieli. Gdy go zauważyłam i wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia, jakże był teraz inny. Za¬ myślony, nieśmiało spoglądający wokół, gorliwie włączał się w śpiewy i modlitwy, pragnąc niczego nie uronić z tekstów widocznych na ekra¬ nie. Gdy krzyżowały się nasze spojrzenia, nie wiedziałam jeszcze, że już zdążył się wyspowiadać i że w czasie tej Eucharystii przystąpi do Komunii świętej. Będzie jednym z ponad trzydziestu, którzy jeszcze przed rozpoczęciem festiwalu tak niespodziewanie znaleźli się w ko¬ ściele. W spodniach w biało-różowe paski, z napisem na plecach: Punk not dead, z czubem na głowie, wymalowanym tą samą, co na plecach, czer¬ woną samochodową farbą ze spray’u. W „Gazecie Wyborczej” napiszą o nim: „Pun z różowym irokezem, ubrany w biało-różowe spodnie, z uniesionymi rękoma śpiewa przed ołtarzem religijną piosenkę”. Gdy w czasie spotkania pojarocińskiego w Konarzewie czytamy te słowa, Rafał śmieje się, a tutejszy proboszcz komentuje, że przecież punkowy image był na pewno tylko festiwalowym wydaniem. Śtanowcze zaprze¬ czenie Rafała zrozumiemy dopiero w pełni, gdy dając w kościele kolej¬ ne zresztą świadectwo swojej przemiany, uświadomi nam, że u siebie, w Tarnowskich Górach, był dotychczas prawdziwym postrachem. Teraz ludzie, zdziwieni jego przemianą, „rozbijają się na latarniach”. W Jarocinie Rafał nie odstępował grupy ewangelizacyjnej. Drugiego
		

/0050_0001.djvu

			50 GRAŻYNA FILIPIAK dnia, już w koszulce, z usuniętą farbą z głowy, niósł krzyż na czele procesji do ołtarza. W trzecim dniu na jego szyi pojawił się różaniec, a z głowy zniknęła reszta czuba. A gdy ostatniego dnia, wraz z kilkoma innymi chłopcami został zaproszony na naszą szaloną agapę do klaszto¬ ru, jego świadectwo było krótkie: towarzystwo, kradzież, wyroki sądo¬ we, wódka, ćpanie, sex. Do Jarocina przyjechałem, żeby zrobić zadymę, kraść i kogoś „skroić”. Zadymy nie zrobiłem, nikogo nie okradłem, ni¬ kogo nie „skroiłem”. Spłakałem się w kościele, najbardziej podczas modlitwy wstawienniczej, a teraz chcę trzymać z wami! W czasie świadectwa w Konarzewie Rafał dopowie, że po powrocie z Jarocina rodzice nie chcieli w to wszystko uwierzyć, ale gdy przy¬ szedł list od księdza, wyjaśniła się nieprawdopodobna historia ich syna. Teraz Rafał rozmawia z rodzicami, co nie miało miejsca od szeregu lat. Znalazł zatrudnienie. Tak jak inni jest świadomy, że przed nim długa droga i ogromna praca. „Ale się nie boję, bo teraz wiem, że nie jestem sam” — tak często kończą się tutaj świadectwa. Jezus jest moim Panem W Konarzewie przyjmują Jezusa jako swego Pana i Zbawiciela. Wy¬ chodzą do ołtarza i w bardzo osobistych słowach zapraszają Go do swe¬ go życia. Do niedawna jeszcze punkowie i sataniści, chłopcy i dziew¬ częta ze zbuntowanych grup kontrkulturowych teraz zaczynają nabierać świadomości, że fundamentalnym oparciem dla człowieka jest więź z Jezusem Chrystusem w modlitwie, życiu sakramentalnym i we wspól¬ nocie w Kościele. W Jarocinie ten Kościół przyniósł im „Z serca pozdrowienie”, nie tylko w tak zaczynających się słowach ulotki, ale w serdecznej trosce 0 każdego z nich. Najpierw, aby można było się spotkać, porozmawiać, być po prostu współodczuwającym słuchaczem, chwycić za rękę czy ra¬ zem pomilczeć. A potem, także opowiedzieć o swojej drodze do Boga 1 staraniu życia z Nim i „...o pogodnych dniach, o radości, z jaką moż¬ na żyć, o nadziei, jaką można mieć pomimo problemów dnia codzienne¬ go” (z ulotki, rozdawanej na ulicach), a w końcu także o tym, że szczę¬ śliwe życie może być udziałem każdego człowieka. A jeszcze potem rodziło się coś, co najwspanialsze, co nie da się wypowiedzieć słowami, a co tutaj stało się niemal dotykalnym działa¬ niem Bożym, objawiającym się zawsze wtedy, gdy na zachętę: „jeśli chcesz”, człowiek odpowiada twierdząco. Idźcie na ulice i zapraszajcie, kogo spotkacie. Jestem tym sługą, któ¬ ry zaprasza na ucztę! To była największa radość dla jednych. A dla dru¬ gich? „Tutaj po spowiedzi poczułem się wolny! Po takim czasie okła¬
		

/0051_0001.djvu

			„JAKAŚ INNA WIARA” 51 mywania siebie i Boga teraz mogłem Go uczciwie przyjąć do swego serca!” „Wierzę, że życie nie jest przygodą, którą można przeżywać według zmieniających się prądów mody, ale pełnym zapału wypełnianiem planu, jaki Bóg ma w stosunku do każdego z nas: planu miłości, która prze¬ mienia nasze ludzkie życie”. Wraz z tymi wyznaniami Thomasa Merto- na wręczano uczestnikom festiwalu zaproszenie do Konarzewa na chrze¬ ścijańskie Dni Wspólnoty Młodych. Nie bójcie się! Człowiek boi się tak długo, dopóki nie wyzwoli się z siebie — powiedział bp Stanisław Napierała, gdy przybył do klasztoru na na¬ bożeństwo rozesłania. Zachęcał też, aby nie bać się całkowicie oprzeć na Chrystusie. Do tego dorastamy w przestawaniu z Bogiem — uświadamiał i proponował, by iść z radością, nie licząc na siebie, ale też nie rezygnować z ciekawości, w czym Bóg zechce się nami po¬ służyć. A jak będzie ciężko — powiedział Biskup — może wyznacie: aleś mnie doświadczył, lecz ja i tak w przyszłym roku przyjadę do Jarocina! Kto się jeszcze boi? Tuż przed pierwszym wyjściem grupy na mia¬ sto przed ołtarz wyszli prawie wszyscy. W czasie modlitwy wstawienni¬ czej otucha jest najpierwszym, najbardziej kojącym lekarstwem. Ale te¬ raz tylko garstka osób mogła przyjść z taką pomocą. Jak nigdy pragnęło się czyjejś modlitewnej bliskości i takiego wspólnego stanięcia przed Bogiem. Patrzę jak żebrak na Biskupa, ale on właśnie nie daje się prze¬ konać księdzu i nie chce podchodzić do klęczących. Mówi, że z serca błogosławi wszystkim. Później rzeczywiście udziela błogosławieństwa każdemu z osobna. Trzymam w ręku brewiarz, w którym w trakcie dzisiejszej przedpo¬ łudniowej modlitwy uderzyły mnie słowa. Chcę je wszystkim odczytać, ale się nie udaje. Niech obecnie będą one na świadectwo, jak bardzo blisko Bóg był z nami w tamtym czasie. Rozprosz ich, Panie, rozdziel ich języki, bo pizemoc widzę w mieście i niezgodę. Obchodzą je murami w ciągu dnia i nocy, a złość i ucisk są we wnętizu jego. W jego wnętizu zagłada, a z rynku jego nie znika podstęp i krzywda. (Ps 55) Środa w psałterzu i środa w kalendarzu. Ten znak nie może nie umacniać. Kiedy potem na ulicy jeszcze odczuwam lęk, powody są czy¬ sto ludzkie, a w sercu cisza, jakiej nie zaznałam dotąd nigdy.
		

/0052_0001.djvu

			52 GRAŻYNA FILIPIAK Jarek Szedł środkiem jezdni. Czarne glany. Wokół kostek, na opinaczach, łańcuchy. Czarne obcisłe spodnie. Czarna skórzana kurtka na gołym cie¬ le. W ręku, owinięty wokół nadgarstka długi, czarny, szeroki pas, nabity ćwiekami. Blond czupryna, zmierzwiona nad oczami. Sylwetka mocno pochylona do przodu. Wzrok wbity w ziemię. Odruchowo ustępowano mu miejsca. Ostentacyjnie przeszedł wzdłuż naszej rozśpiewanej grupy, która właśnie zatrzymała się przed kościo¬ łem. I gdy nie poszedł dalej, siadając na witrynie sklepu mięsnego, przypomniało mi się, jak wcześniej mówiono, żeby nie przeoczyć tych, którzy z braku odwagi, by podejść, będą krążyć wokół grupy czasami przez kilka dni. Rozglądam się wokół i widzę, że nikt go nie zauważa. Rozumiem, że mam podejść, ale... boję się. Chłopak i dziewczyna z grupy mówią mi otwarcie, że też się boją. Teraz już razem jest nam łatwiej. Podczas próby zagadnięcia stoję trochę z boku. Widzę, że chłopak sprzed sklepu reaguje niechęcią. Jest uparty, ale niegroźny: zostawcie mnie, dajcie spokój. Niespodziewanie znajduję się przy nich. Jeśli nie chce, to rze¬ czywiście zostawcie. Zostaję z nim sama. — Coś kiepski jesteś? — Właśnie mnie pobili. Zauważam, że jest pokrwawiony, świeżo po bójce. Teraz rozumiem jego wcześniejszy, groźny przemarsz środkiem jezdni, taki na wypadek, gdyby jeszcze trze¬ ba było się bronić. Jest teraz bardziej biedny, niż mogło się przed chwi¬ lą komukolwiek wydawać. Jarka opowieść jest podobna do tych, które się tu na ogół słyszy. W jego przypadku zaskakuje młody wiek. 19 lat i już trzy odsiadki. Z rodzicami zerwał kontakt cztery i pół roku temu. Teraz mieszka z ko¬ legą w Kędzierzynie-Koźlu. Aktualnie ma dorywczą pracę przy budo¬ wie drogi. Ale życie jest do niczego. Ludzie bezlitośni. Nie ma miłości. Góruje bezwzględność. Za co go pobili? Za wiarę. Właśnie zauważam jedną z jej oznak — odwrócony krzyż, zawieszony na piersi. Satanista. A gdzie są twoi koledzy? Przyjechał sam. Naiwność czy niewiedza. Oni tutaj nie funkcjonują inaczej, jak w grupach. Dzisiaj wśród idących z dworca na dużą scenę usłyszałam: teraz trzymaj się nas, bo zginiesz. Ale potem, gdy z ojcem Kaziem Tyberskim, oblatem, przy siądziemy do towarzystwa skupionego wokół osiłka z przepisowym czubem, zauważę, że te grupy są dobrze zorganizowane. W czasie naszej rozmowy osiłko¬ wi jego ludzie przynoszą zwitki banknotów ze zbiórki ulicznej, którą dobrze tu wszyscy znamy: dorzuć coś na chleb, na bilet. Liczenie odby¬ wa się przy nas, podczas gdy jeden z kompanów, znudzony, pustą bu¬ telką po winie uderza w ziemię.
		

/0053_0001.djvu

			„JAKAŚ INNA WIARA” 53 Proponuję Jarkowi, byśmy trochę pochodzili. Siedzenie na witrynie sklepowej przestaje być wygodne. Elegancko ofiaruje się nieść moje skrzypce. Gdy patrzę na amplitudę, z jaką fruwa futerał, wiem, że ze spaceru będą nici. Jarek jeszcze sądzi, że fajnie byłoby iść na dworzec. Coś kiepsko z twoją równowagą — przyjmuje moją uwagę i tym razem siadamy na chodniku. Gdy zasnął, wiedziałam, że przyszedł specjalny czas na modlitwę. Porzucić starego człowieka Ci, którzy przyjechali na pojarocińskie spotkania pod koniec sierpnia do Konarzewa, wzajemnie dziwili się swoją obecnością. Dwieście osób z różnych stron Polski. Wielu jeszcze z licznymi oznakami punkowymi. Nie ukrywają, że choć spotkanie z grupą ewangelizacyjną w Jarocinie było wyjątkowym przeżyciem, to jednak myśl o przyjeździe do Kona¬ rzewa łączyła się z wątpliwościami, czy zdołają się w tym wszystkim odnaleźć. Codzienna Eucharystia, wyjątkowa, bo z niezliczonymi tym razem świadectwami w miejsce homilii. Konferencje, dzielenie się w kręgach, rozmowy z animatorami, modlitwy wstawiennicze oraz spowiedź, wiele \ i fot. Radosław Perlak
		

/0054_0001.djvu

			54 GRAŻYNA FILIPIAK spowiedzi. I najbardziej przejmujące, nieraz błagalne zapraszanie Jezusa do swego życia jako Pana i Zbawiciela. Cały czas dojeżdżają nowi. Wy¬ buchy radości przy powitaniach, bo tutaj gorąco przeżywa się wspól¬ notę. Ona jest potwierdzeniem i umocnieniem własnego wyboru. Ale przyszedł moment, kiedy dołączyli tacy „nowi” i w taki sposób, w jaki dotychczas nie miało to tutaj miejsca. Podchodzili do ołtarza, by tu zostawić starego człowieka. Ta prakty¬ ka, znana w Konarzewie, nigdy dotąd nie objawiła się z taką mocą. Przynieśli koszulki z napisami i symbolami punkowymi, z nazwami ze¬ społów, z podobiznami idoli. Przy ołtarzu zostawiano spodnie, glany, papierosy, środki odurzające, łańcuchy, kolczyki z nosów i uszu. Muze¬ um „starego człowieka” w mieszkaniu ks. Kompfa powiększy się teraz 0 wyjątkową liczbę eksponatów. Artur, dając świadectwo, po tym, jak zostawił przy ołtarzu wszystkie rzeczy swojego starego człowieka i obciął także włosy, dziwi się sam sobie i pyta: jak mogłem być tak głupi i myśleć, że noszenie kolczyka w nosie daje mi wolność? I wyjaśnia: tego, jak teraz wyglądam, nie zrobiłem z chwilowej emocji, ale świadomie. Przedtem głosiłem, że ole¬ wam system, ale to, według czego postępowałem, to też był system. Przecież to się kupy nie trzyma! Wszyscy wraz z Arturem wybuchamy śmiechem. Mam fajną koszulkę. Na zielonym tle Artur wskazuje czarne litery: „Jezus żyje”. Ale wiara nie jest systemem, dodaje. Taki Kościół jest porywający Kiedy zobaczyłem na rynku w Jarocinie, jak śpiewaliście, tańczyli¬ ście i graliście, pomyślałem — jakaś inna wiara. W mojej miejscowości czegoś takiego nie ma! Tak zaczął swoje świadectwo Piotr, gdy w sobo¬ tę wieczorem w klasztorze świętowaliśmy zakończenie ewangelizacji. Potem, już w kościele Św. Jerzego zobaczyłem, że księża są na luzie — kontynuuje Piotr, a msza św. nie jest smętna. Porozmawiałem z Agatą 1 wkrótce ona modliła się o spowiedź dla mnie, ja zaś o poprawę życia. Spowiadałem się u siebie przed świętami, ale ksiądz narobił takiego szumu, że aż kolega uciekł z kościoła. Tutaj po spowiedzi poczułem się wolny! Kościół Św. Jerzego, gdzie cały dzień trwały modlitwy, rozmowy i spowiedź, był tylko jednym z wielu miejsc ewangelizacji. A przecież były jeszcze: ulice, rynek, mała i duża scena, pole namiotowe, nieustan¬ na adoracja Najświętszego Sakramentu w kaplicy w klasztorze, praca przy furcie, w bagażowni przy rynku, by inni mogli bezpłatnie przecho¬ wać tu swoje plecaki. Wyświetlanie filmów video, rozdawanie chleba z dżemem przed i po mszy każdego dnia, uliczna zbiórka datków na
		

/0055_0001.djvu

			„JAKAŚ INNA WIARA” 55 tenże chleb w niezastąpionym wykonaniu Wiosny. Ewangelizować moż¬ na słowem, czynem i swoją obecnością. Kościół, coraz bardziej wypełniany przybyszami z festiwalu, w cza¬ sie Eucharystii przemieniał się w miejsce, gdzie wszystko było oczywi¬ ste i autentyczne. Podczas drugiego dnia Eucharystia zgromadziła nad¬ zwyczaj ubarwione towarzystwo, z fantazyjnymi irokezami i malunkami na kurtkach, twarzach, torsach i włosach. Siedzący za mną głośno ko¬ mentowali mszę św., ale w niestarannych pozach i nonszalancji zdołali wytrwać jedynie do połowy Eucharystii. Nie zauważyłam, że w czasie świadectw milczą już od dłuższej chwili. Ostatnia msza, w niedzielę rano, dla tutejszych parafian z udzia¬ łem grupy ewangelizacyjnej. Gdy spotykam czyjś wzrok, widzę naj¬ częściej zapłakane oczy. W tych dniach wiele było tu łez, rozmaza¬ nych farb na twarzy. Ale dlaczego płaczą teraz dorośli ludzie, w średnim i starszym wieku? W miejsce homilii Paweł daje świadec¬ two. Trafił do nas z małej sceny, po tym jak zwróciły jego uwagę dziewczyny, chodzące z różańcami. Gdy wkrótce odwiedzi mnie w do¬ mu, będzie opowiadał, jak podczas tego świadectwa sam wzruszył się widokiem płaczących ludzi. Podczas znaku pokoju podchodzimy do ludzi pozostających w ła¬ wkach. Objęcia są tak mocne, nieraz w kurczowym uścisku, jak podczas wszystkich wcześniejszych Eucharystii z uczestnikami festiwalu. Te sa¬ me wzruszenia! Skąd to podobieństwo? Przychodzi myśl. Kościół z taką modlitwą, żywym słowem i świadectwem wiary, z muzyką otwierającą serce do Boga nie może nie porywać! Takiego Kościoła jesteśmy sprag¬ nieni wszyscy! Ale taki Kościół potrzebuje troskliwości i mądrości. Aby nie pan ko¬ ścielny decydował, że grupa modlitewna ma kończyć spotkanie. Aby ksiądz nie oburzał się na widok punka na mszy św., i nie wyrzucał ta¬ kiej młodzieży z terenu kościoła. Aby kapłani, mający charyzmat pracy z młodzieżą z grup kontrkulturowych, byli zwalniani z rutynowych obo¬ wiązków w parafiach. Aby — tak, jak podczas pojarocińskich spotkań w Konarzewie — jeden kapłan nie był sam przez pięć dni z około dwu¬ stu osobową grupą. W pojedynkę każdy się żarzy, we wspólnocie zaczyna płonąć. Ko¬ niecznie szukajcie wspólnot! Te rady otrzymywała młodzież w Jarocinie i w Konarzewie. Te wspólnoty w Kościele są miejscem nowej ewange¬ lizacji. Grażyna Filipiak
		

/0056_0001.djvu

			S0REN ULRIK THOMSEN * * * Budzę się i spoglądam w lustro, cóż, nie urodziłem się wczoraj. Chodzi o to, by zyskać na czasie i móc utracić wszystko, co utracić trzeba. Ofiarować codziennie godzinę na zrobienie czegokolwiek według wszelkich reguł sztuki: Wyprasować sobie koszulę. Nauczyć się trudnego wiersza na pamięć. Co jest nędzniejszego od kolejnych początków? Jakbyśmy nie byli poczęci raz na zawsze. Nie wmawiam sobie, że co rano przychodzę na świat, dlatego, że świat wygląda jak poczęty na nowo. Drzewa nie marzą o mnie, ja marzę o nich. Lizbona Pojechałem na spotkanie z Człowiekiem — czy z bogiem? Na spotkanie Boga i człowieka. Nie mogę dyskutować o tym z tobą, starszym, eleganckim panem, w kawiarni, gdzie piję wieczorem herbatę. Bo ja jestem z kraju, w którym ludzie wsłuchują się zimą w sztorm morza i burzę pod cienką skórą skroni. I mówię językiem, w którym bóg znaczy człowiek i człowiek znaczy bóg. I w tym języku napisany jest wiersz: z tym musi stać i upaść. tłum. Dorota Kaczmarek Zob.: Dorota Kaczmarek, Doświadczyć innego świata, s. 92.
		

/0057_0001.djvu

			Nad Katechizmem Kościoła Katolickiego TOMASZ W�?C�?AWSKI Katecheza o Kościele Od starożytności Kościół przedstawia sam siebie w wyznaniach wia¬ ry nie tyle jako zorganizowaną, żyjącą w historii społeczność religijną, ile raczej przez odwołanie się do jego istotnych znaków rozpoznaw¬ czych (notae Ecclesiae, „znamiona Kościoła”): jako jeden, święty, po¬ wszechny i apostolski. Na tym miejscu (ze względu na temat wykładu) zwrócimy uwagę na dwa z tych znamion: świętość i apostolskość. Kościół jest święty — bo obecna w Nim rzeczywista możliwość pojednania z Bogiem i ludźmi jest w istocie obecnością w Kościele Boga samego, który pra¬ gnie, oczekuje i kocha każdego człowieka — także wtedy, kiedy ów człowiek odrzuca Go czy Nim gardzi. Zasada świętości Kościoła Konstytucja Lumen gentium (nr 39) mówi o świętości Kościoła tak: „Kościół (...) uznawany jest w wierze za niezachwianie święty. Albo¬ wiem Chrystus, Syn Boży, który wraz z Ojcem i Duchem Świętym do¬ znaje czci jako «sam jeden Święty» umiłował Kościół jako oblubienicę swoją, siebie samego zań wydając, aby go uświęcić (por. Ef 5,25-26); złączył go też ze sobą jako ciało swoje i hojnie obdarzył darem Ducha Świętego na chwałę Bożą. Toteż wszyscy w Kościele niezależnie od te¬ go, czy należą do hierarchii, czy są przedmiotem jej funkcji pasterskiej, powołani są do świętości (...). Ta zaś świętość Kościoła nieustannie ujawnia się i ujawniać powinna w owocach łaski, które Duch rodzi w wiernych (...)”. Świętość Kościoła ma swoje źródło w obecności Boga, który sam siebie daje swojemu Kościołowi i w ten sposób dokonuje zbawienia. Ta Boża obecność jest w Kościele widzialna tylko i właśnie „w postaci Kościoła” — to znaczy we wszystkim, co składa się na tę postać: — w zgromadzeniu ludzi, którzy wierzą Chrystusowi,
		

/0058_0001.djvu

			58 NAD KATECHIZMEM KOŚCIO�?A KATOLICKIEGO — w strukturze hierarchicznej tego zgromadzenia, — w Słowie i sakramentach, — w kościelnym porządku życia społecznego i indywidualnego, — w odniesieniach Kościoła do innych ludzkich społeczności — i do wszystkich w ogóle ludzi. Widzialną rzeczywistość Kościoła można zatem i trzeba odróżniać od niewidzialnej rzeczywistości Bożego daru zbawienia; jednej od dru¬ giej nie można jednakże oddzielić. Obecność Boża jest widzialna w ludzkim kształcie Kościoła — podobnie jak obecność Boga Syna jest widzialna w ludzkim kształcie życia Jezusa Chrystusa. Zasadę tej widzialności nazywamy dlatego zasadą chrystologiczną. Konstytucja 0 Kościele mówi dlatego: „Kościół jest w Chrystusie niejako sakramen¬ tem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem 1 jedności całego rodzaju ludzkiego”. Kapłański charakter ludu Bożego „Kapłaństwo (...) powszechne wiernych i kapłaństwo urzędowe, czyli hierarchiczne, choć różnią się istotą, a nie stopniem tylko, są sobie jed¬ nak wzajemnie przyporządkowane; jedno i drugie bowiem we właściwy sobie sposób uczestniczy w jedynym kapłaństwie Chrystusowym. Ka¬ płan urzędowy (...) sprawuje w zastępstwie Chrystusa (in persona Chri¬ sti) Ofiarę eucharystyczną i składa ją Bogu w imieniu całego ludu; wierni zaś (...) współdziałają w ofiarowaniu Eucharystii (...)” (LG 10). Wyróżnikiem kapłaństwa hierarchicznego jest działanie in persona Christi — dosłownie „w osobie Chrystusa”. Chrystus sam utożsamia się z człowiekiem wybranym przez siebie na kapłana. Ze względu na sakra¬ mentalne uobecnienie swojego dzieła w Kościele Jezus Chrystus, Jedy¬ ny Kapłan Nowego Przymierza, powołuje, a Duch Święty namaszcza i uświęca Apostołów i tych, których oni wybierają dla zachowania cią¬ głości sakramentalnego życia Kościoła. Ci wybrani są więc kapłanami nie tylko „w Jezusie Chrystusie” (jak wszyscy ochrzczeni, a w szerszym znaczeni wszyscy w ogóle ludzie), ale także „z Jezusem Chrystusem”: w osobistym utożsamieniu się z Nim i Jego kapłańskim dziełem. To ich powołanie i uświęcenie dopełnia się przez trzy stopnie kapłaństwa sakramentalnego: diakonat, prezbiterat, episkopat. Ich szczególny współudział w kapłańskim działaniu Chrystusa polega na prawomoc¬ nym uobecnianiu tego działania w Kościele (według własnych zadań poszczególnych stopni). Nie działają więc oni ani własną mocą, ani za¬ miast Chrystusa, a tylko jako Jego narzędzia w Kościele, który za spra¬ wą działania Ducha Świętego jest Jego ciałem: jedynym kapłanem w nich i przez nich w zgromadzeniu wiernych jest sam Jezus Chrystus jedyny pośrednik między Bogiem a ludźmi.
		

/0059_0001.djvu

			NAD KATECHIZMEM KOŚCIO�?A KATOLICKIEGO 59 „Do nowego ludu Bożego powołani są wszyscy ludzie. (...) Wśród wszystkich tedy narodów ziemi zakorzeniony jest jeden lud Boży, skoro ze wszystkich narodów przybiera on sobie swoich obywateli, obywateli Królestwa o charakterze nie ziemskim, lecz niebiańskim. (...) To znamię powszechności, które zdobi lud Boży, jest darem samego Pana; dzięki temu darowi Kościół katolicki skutecznie i ustawicznie dąży do zespole¬ nia z powrotem całej ludzkości wraz ze wszystkimi jej dobrami z Chry¬ stusem — Głową w jedności Ducha Jego. (...) Do tej zatem katolickiej jedności ludu Bożego, która jest znakiem przyszłego pokoju powszech¬ nego i do niego się przyczynia, powołani są wszyscy ludzie i w różny sposób do niej należą lub są jej przyporządkowani, zarówno wierni ka¬ tolicy, jak i inni wierzący w Chrystusa, jak wreszcie wszyscy w ogóle ludzie, z łaski Bożej powołani do zbawienia” (LG 13). Dochodzi tu do głosu „włączająca” a nie „wyłączająca”, świadomość Kościoła. Nie cho¬ dzi w żadnym razie o zacieranie różnic religijnych między ludźmi, ale 0 dostrzeżenie tego wszystkiego, co różne społeczności i osoby łączy z Kościołem Chrystusa. „Do społeczności Kościoła wcieleni są w pełni ci, co mając Ducha Chrystusowego w całości przyjmują przepisy Kościoła i wszystkie usta¬ nowione w nim środki zbawienia i w jego widzialnym organizmie pozo¬ stają w łączności z Chrystusem rządzącym Kościołem przez papieża 1 biskupów, w łączności mianowicie polegającej na więzach wyznania wiary, sakramentów i zwierzchnictwa kościelnego oraz wspólnoty (com¬ munio). (...) Wszyscy (...) pamiętać winni o tym, że swój uprzywilejo¬ wany stan zawdzięczają nie własnym zasługom, lecz szczególnej łasce Chrystusa (...)” (LG 14). Kościół czuje się jednak również związany z chrześcijanami nie pozostającymi w pełnej jedności wspólnoty (communio): „Wielu (...) jest takich, którzy mają we czci Pismo Święte, jako normę wiary i życia, i wykazują szczerą gorliwość religijną, z miłością wierzą w Boga Ojca wszechmogącego i w Chrystusa Syna Bożego, Zbawiciela, naznaczeni są chrztem (...), a także uznają i przyjmują inne sakramenty w swoich własnych Kościołach czy wspólnotach kościelnych. Wielu z nich posia¬ da również episkopat, sprawuje Świętą Eucharystię i żywi nabożeństwo do Dziewicy Bogarodzicielki. Dochodzi do tego łączność (communio) w modlitwie i w innych dobrodziejstwach duchowych; a co więcej, pra¬ wdziwa jakaś więź w Duchu Świętym (...)” (LG 15). Wśród tych, którzy jeszcze nie przyjęli Ewangelii Kościół czuje się szczególnie bliski Izraelowi, „który pierwszy otrzymał przymierze i obietnice, i z którego narodził się Chrystus według ciała”, ale także muzułmanom — ze względu na wspólne dziedzictwo wiary biblijnej, i wreszcie tym, którzy szukają nieznanego Boga: „Ci (...), którzy bez
		

/0060_0001.djvu

			60 NAD KATECHIZMEM KOŚCIO�?A KATOLICKIEGO własnej winy, nie znając Ewangelii Chrystusowej i Kościoła Chrystuso¬ wego, szczerym sercem jednak szukają Boga i wolę Jego przez nakaz sumienia poznaną starają się pod wpływem łaski pełnić czynem, mogą osiągnąć wieczne zbawienie. Nie odmawia też Opatrzność Boża konie¬ cznej do zbawienia pomocy tym, którzy bez własnej winy w ogóle nie doszli jeszcze do wyraźnego poznania Boga, a usiłują, nie bez łaski Bo¬ żej, wieść uczciwe życie (...)” (LG 16). Pozostaje trwałe zobowiązanie Kościoła do głoszenia wszystkim Ewangelii. „Tak więc modli się i pracuje Kościół, aby w lud Boży, w Ciało Pańskie i Świątynię Ducha Świętego weszła pełnia całego świata (...)” (LG 17). Kościół jest apostolski — bo nie może być i nie jest Kościołem bez żadnego z tych ludzi, którzy go od samego początku, aż po dziś dzień współtworzą i biorą zań odpowiedzialność. Kościół istnieje zatem od samego początku rów¬ nież jako (hierarchiczny = mający swoje źródło w Bogu) porządek odpowiedzialności. Apostolskie początki Kościoła „Apostolskość” oznacza najpierw wierność początkom Kościoła, ale taką, która pozwala mu trwać i przyjmować zbawienie aż po kres cza¬ sów — łączy więc historyczny i eschatologiczny wymiar życia Kościoła. Według Listów Pawiowych oparciem powołania apostolskiego jest nie tyle bezpośrednie życiowe spotkanie z Jezusem, ale przyjęcie od Niego powołania do głoszenia Ewangelii (por. 1 Tes 2,7; Ga 1,1.17.19; 1 Kor 1,1; 4,9; 9,1; Rz 2,4.11). Ujęcie Ewangelii jest znacznie bardziej skoncentrowane na bezpośredniości wyboru i posłania przez Jezusa (Dwunastu) — Mt 10,2; Mk 6,30; �?k 6,13; 10,16. To ostatnie miejsce („Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi”) ukazuje rzeczywistość uczestnictwa Dwunastu w posłaniu i dziele samego Jezusa. Przejście od określenia funkcji (	
			

/0061_0001.djvu

			NAD KATECHIZMEM KOŚCIO�?A KATOLICKIEGO 61 2. płynący z jedności z Jezusem dar Ducha Prawdy — źródło wier¬ ności prawdzie w nauczaniu apostolskim (J 14,16n; 16,13); 3. taka jedność jest źródłem i oparciem posłania — Jezus przekazuje Apostołom moc otrzymaną od Ojca (J 14,27; 15,15; 17,2.14.18.22.26); życie i posłanie Apostołów zostaje w ten sposób wewnętrznie utożsa¬ mione z życiem i posłaniem samego Jezusa (np. J 15,19n). Na tym tle należy rozumieć podjęcie zadania Apostołów przez Ko¬ ściół jako całość, a w szczególności utrwalenie się w nim apostolskiego urzędu następców Apostołów Jezusa. W kontekście apostolskości Ko¬ ścioła należy widzieć także rozumienie teologiczne prymatu Piotra i je¬ go następców: rozumienie to rozwija się od świadectw biblijnych o wy¬ różnieniu Piotra przez Jezusa (Mt 16,13-23; Mk 8,27-33; �?k 9,18-22; 22,31-34; J 21,15-23); przez świadectwo o faktycznym pierwszeństwie Piotra w działaniu apostolskim (Dz 2,14-40; 3,6-8.12-26; 4,8-12; 5,3n; 10,1—48) i kolejne fazy historycznego rozwoju urzędu jego następcy, aż po stwierdzenie Konstytucji Dogmatycznej Soboru Watykańskiego I (Pastor aeternus), że papież jako następca Piotra posiada „pełną i naj¬ wyższą władzę jurysdykcji nad całym Kościołem” i „najwyższą władzę nauczania”. Takie rozumienie prymatu papieskiego i przekonanie, że następcą Piotra jest każdorazowy biskup Rzymu, rozwinęło się historycznie w kilku zasadniczych etapach (Sobór Nicejski, wydarzenia związane ze schizmą wschodnią, spory średniowieczne i reformacyjne, Sobór Waty¬ kański I); istotną rolę odegrały tu zarówno przyczyny wewnętrzne, ści¬ śle związane z wiarą Kościoła, jak też czysto zewnętrzne okoliczności historyczne (śmierć Piotra w Rzymie, pierwszeństwo polityczne Rzymu, wolność Kościoła rzymskiego od herezji w okresie sporów chrystologi¬ cznych, rola papiestwa w Średniowieczu). Można stwierdzić, że rozwój ten jest ciągły i że nie zawiera wewnętrznych sprzeczności. Porządek powołań w Kościele Kościół urzeczywistnia się w określonej lokalnej społeczności przez posługę biskupa, który ze względu na swój sakramentalny związek z Chrystusem jest głową miejscowego Kościoła: „(...) w osobach bisku¬ pów, których pomocnikami są kapłani, obecny jest wśród wiernych Pan Jezus Chrystus, Kapłan Najwyższy. (...) tak że biskupi w sposób szcze¬ gólny przejmują rolę samego Chrystusa, Mistrza, Pasterza i Kapłana, i w Jego zastępstwie (in Eius persona = w Jego osobie) działają” (LG 21). Biskupi działają jednak nie pojedynczo, ale tworząc kolegium, które¬ mu przewodzi Biskup Rzymski. „Kolegium albo ciało biskupie posiada władzę autorytatywną jedynie wtedy, gdy się je bierze łącznie z Bisku¬ pem Rzymskim, następcą Piotra, jako jego głową, i gdy nienaruszoną
		

/0062_0001.djvu

			62 NAD KATECHIZMEM KOŚCIO�?A KATOLICKIEGO zostaje władza zwierzchnia tego ostatniego nad wszystkimi, zarówno Pa¬ sterzami, jak wiernymi. Albowiem Biskup Rzymski z raqi swego urzę¬ du, mianowicie urzędu Zastępcy Chrystusa i Pasterza całego Kościoła, ma pełną, najwyższą i powszechną władzę nad Kościołem i władzę tę zawsze ma prawo wykonywać w sposób nieskrępowany. Stan zaś bisku¬ pi (...) stanowi również razem z głową swoją, Biskupem Rzymskim, a nigdy bez niego, podmiot najwyższej i pełnej władzy nad całym Ko¬ ściołem; władza ta jednak może być wykonywana nie inaczej jak tylko za zgodą Biskupa Rzymskiego” (LG 22). Ta zasada kolegialności wido¬ czna jest również w Kościele lokalnym: z biskupem tworzą kolegium jego kapłani i diakoni. Katolicy świeccy mają własne istotne i niezastąpione zadania w Ko¬ ściele. „Właściwością specyficzną laików jest ich charakter świecki. (...) zadaniem ludzi świeckich, z tytułu właściwego im powołania, jest szu¬ kać Królestwa Bożego, zajmując się sprawami świeckimi i kierując nimi po myśli Bożej. (...) szczególnym więc ich zadaniem jest tak rozświetlać wszystkie sprawy doczesne, z którymi ściśle są związani, i tak nimi kie¬ rować, aby się ustawicznie dokonywały i rozwijały po myśli Chrystusa i aby służyły chwale Stworzyciela i Odkupiciela” (LG 31). Chodzi tu raczej o podział pól działania niż o rozróżnienie kompetencji. Ani du¬ chowni nie mogą zastąpić świeckich w ich własnych zadaniach apostol¬ skich, ani też odwrotnie, sami nie mogą zostać zastąpieni przez świec¬ kich. Mają raczej „uznawać i wspierać godność i odpowiedzialność świeckich w Kościele; mają korzystać chętnie z ich roztropnej rady, po¬ wierzać im z ufnością zadania w służbie Kościoła i pozostawiać swobo¬ dę oraz pole działania, owszem dodawać im ducha, aby także z własnej inicjatywy przystępowali do pracy. (...) Słuszną zaś wolność, która wszystkim przysługuje w społeczności ziemskiej, winni pasterze skrupu¬ latnie respektować” (LG 37). W tej dziedzinie stoją dzisiaj przed Kościołem wielkie zadania. Cho¬ dzi o wypracowanie zarówno form współpracy duchownych i świeckich w Kościele, jak też własnej, dostosowanej do ich apostolskich zadań du¬ chowości ludzi świeckich: „Każdy człowiek świecki winien być wobec świata świadkiem zmartwychwstania i życia Pana Jezusa i znakiem Bo¬ ga żywego” (LG 38). „(...) Wszyscy tedy chrześcijanie będą z dnia na dzień coraz bardziej uświęcać się w warunkach swego życia, pośród swych obowiązków czy okoliczności życia, jeśli z wiarą przyjmują wszystko z ręki Ojca niebieskiego i współdziałają z wolą Bożą, ujaw¬ niając także w służbie doczesnej przed wszystkimi tę miłość, którą Bóg świat umiłował” (LG 41). ks. Tomasz Węcławski
		

/0063_0001.djvu

			MAREK STAROWIEYSKI Święty Marcin i jego biograf Trudno nam dziś zrozumieć, kim był dla Średniowiecza, szczególnie zaś dla Francji, św. Marcin z Tours. Niewielu chyba świętych wywar¬ ło tak różnoraki i tak wielki wpływ po swojej śmierci, jak św. Marcin. Tours stało się jednym z najpopularniejszych miejsc pielgrzymkowych Europy, po Rzymie i Composteli. Dzieła Sulpicjusza Sewera dotyczące Marcina, a więc Życie, Listy i Dialogi, należały, obok Życia św. Anto¬ niego, do wielkich bestsellerów Średniowiecza, sczytywanych przez żąd¬ nych cudów czytelników, wielokrotnie przerabianych w różnych zbio¬ rach legend. Nie ma chyba w Europie muzeum, w którego kolekcji malarstwa średniowiecznego nie znajduje się przynajmniej jeden obraz pokazujący Marcina oddającego swój płaszcz ubogiemu. Ta zaś scena stała się hasłem wywoławczym dla wielkich akcji charytatywnych Ko¬ ścioła: Marcin dzielący się swym płaszczem i Chrystus ukazujący się św. Marcinowi przypominały wszystkim chrześcijanom o obowiązku po¬ mocy potrzebującemu, i że „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych naj¬ mniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Kim był św. Marcin? Jego biografia, w której rozczytywało się Średniowiecze, jest dziś znana tylko nielicznym erudytom. Sytuacja ta jest szczególnie anormalna w Polsce, gdzie wedle mego rozeznania ist¬ nieją wprawdzie trzy przekłady dzieł o św. Marcinie (ks. W. Szołdrskie- go, K. F. Abgarowicza i o. Polikarpa J. Nowaka, złożona do druku w Wydawnictwie m), ale w... maszynopisie. Dzieło, które zachwycało Średniowiecze, popadło w zapomnienie, co więcej, na początku tego stulecia zostało zaatakowane frontalnie: poddano w wątpliwość wartości osobowe Marcina i prawdomówność jego kronikarza — Sulpicjusza Se¬ wera. Praca krytyka św. Marcina, Babuta, należy już dziś do historii, natomiast dzieło Sulpicjusza Sewera wyszło z tej frontalnej krytyki ob¬ ronną ręką i znowu zaczyna zyskiwać czytelników. Warto więc je przy¬ pomnieć również w Polsce. Biograf św. Marcina — Sulpicjusz Sewer „Już się ma pod koniec starożytnemu światu”. Ale Galia wieku IV żyła beztrosko, jakby na horyzoncie nie gromadziły się czarne chmury i jakby raz po raz nie pojawiały się hordy barbarzyńców, które, prze¬
		

/0064_0001.djvu

			64 MAREK STAROWIEYSKI darłszy się przez Ren, pustoszyły piękne i dostatnie wille rzymskie. Wprawdzie miasta wznosiły mury obronne, a cesarze przerzucali swe le¬ giony do Galii, by strzec długiej granicy na Renie i Dunaju, ale w tym samym czasie w Augustodunum (Autun) i Burdigali (Bordeaux) spokoj¬ nie, jakby nic się nie działo, funkcjonowały szkoły retorów i gramaty¬ ków, liczni poeci układali zgrabne wiersze lub pisali do siebie listy w dźwięcznych heksametrach utkanych z wergiliuszowych wierszy, w których postacie mitologiczne spotykały się z postaciami biblijnymi, a retorzy układali wzniosłe panegiryki cesarzy, porównujące ich do wielkich bohaterów starożytnych. Był to świat już chrześcijański, choć chrześcijaństwo ograniczało się do miast, wieś natomiast pozostawała pogańska. Tylko Prowansja, Ak¬ witania i dolina Rodanu były bardziej schrystianizowane; im dalej jed¬ nak na północ, tym chrześcijaństwo było słabsze. Nie było to jednak bynajmniej bohaterskie chrześcijaństwo pierwszych wieków. Ale błędem byłoby sądzić, że całą Galię ogarnęło spokojne, letnie chrześcijaństwo, docierały bowiem do niej ideały ascetyczne ówczesne¬ go chrześcijaństwa, które starali się realizować Delfin, biskup z Borde¬ aux, Eksuperiusz z Tuluzy czy Bassula, teściowa Sulpicjusza Sewera. Podobnie rzecz się miała z Paulinem, zwanym później „z Noli”. Oto najzdolniejszy uczeń wielkiego poety i nauczyciela z Bordeaux, Metro- pius Pontius Paulinus, były namiestnik Kampanii, jeden z wielkich bo¬ gaczy ziemskich przyjął ze swoim przyjacielem, Sulpicjuszem Sewerem, chrzest w Bordeaux. Przyjęcie chrztu w wieku dorosłym nie było ni¬ czym dziwnym, wkrótce jednak dowiedziano się, że po śmierci synka, Paulin i jego żona Terazia, należąca również do najwyższej arystokracji Akwitanii, postanowili podjąć życie ascetów; rozdali dobra, a następnie, po przyjęciu przez Paulina w Barcelonie święceń kapłańskich, udali się do Kampanii, gdzie w Noli, on prowadził życie ubogiego mnicha. Zo¬ stawszy biskupem miasta, wzbudzał podziw swoją dobrocią i miłością, ona natomiast żyła jako mniszka. Przyjacielem starszego od siebie Paulina był Sulpicjusz Sewer. Uro¬ dził się w Akwitanii około 360 roku w znakomitej, lecz podupadłej ma¬ jątkowo rodzinie akwitańskiej. O rodzicach jego nic nie wiemy, wiemy natomiast, że miał siostrę. Studia odbył w Bordeaux, choć nie był już uczniem wielkiego Auzoniusza, i został wziętym adwokatem o wielkim talencie oratorskim. Tam spotkał się z Paulinem i szczerze się z nim zaprzyjaźnił. Tam też przyjął chrzest około 390 roku, następnie ożenił się bogato. Małżeństwo trwało krótko, gdyż młodziutka żona wkrótce zmarła. Po jej śmierci teściowa Sulpicjusza, Bassula, z którą nawiązał stosunki serdecznej przyjaźni, pozostawiła mu jej dobra. Porzucenie przez Paulina świata, śmierć żony, niedawny chrzest, wszystko to spo¬
		

/0065_0001.djvu

			ŚWI�?TY MARON I JEGO BIOGRAF 65 wodowało wstrząs w młodym i znakomicie zapowiadającym się adwo¬ kacie, który poszedł śladami Paulina: rozdał swe dobra ubogim, choć ubóstwo napełniało go lękiem i po wahaniach osiedlił się w majątku- -klasztorze Primuliacum, gdzieś w południowej Akwitanii lub Narbon- nensis — jego lokalizaqa nastręcza kłopotów — i tam z teściową i gru¬ pą mnichów, spośród których byli też dawni niewolnicy, rozpoczął życie mnicha-arystokraty. Sam Sulpicjusz nie potrafił zdobyć się na radykalne posunięcia: miał wprawdzie udać się z Paulinem do Italii, ale w końcu na to się nie zde¬ cydował, co mu Paulin będzie wyrzucał. Rozdał majętności, ale zostawił dla siebie majątek Primuliacum i zastrzegł sobie jego zarząd, co znowu budziło jego skrupuły. Sam klasztor Sulpicjusza nie przypominał w ni¬ czym surowości klasztorów pachomiańskich czy nawet znajdującego się bliżej klasztoru Marcina w Locogogiacum (Ligugé) czy Marmoutier, ale raczej augustynowe Cassiciacum, gdzie rolę św. Moniki pełniła teściowa Bassula, i gdzie Sulpicjusz oddawał się miłym a, nabożnym dialogom ze swymi przyjaciółmi. Ktoś słusznie zauważył, że Sulpicjusz ze swymi przyjaciółmi trochę bawili się w klasztor: siadali na włosiennicach, no¬ sili szaty z sierści wielbłądziej, która wprawdzie w Egipcie i Palestynie była odzieniem najtańszym, ale jak wiadomo, w Galii wielbłądy się nie wypasają, więc sierść tę sprowadzano za ciężkie pieniądze. Przy tej wil¬ li znajdował się kościół, który obsługiwał potrzeby duszpasterskie okoli¬ cznej ludności. Wtedy to, prawdopodobnie za pośrednictwem Bassuli, entuzjastki Marcina, Sulpicjusz zainteresował się wielkim cudotwórcą, mnichem i biskupem z Tours — Marcinem, którego działalność w Galii spotykała się z entuzjazmem jednych, a gwałtownym oporem drugich. Postać Mar¬ cina tak zachwyciła Sulpicjusza, zresztą łatwego do entuzjazmu, że w końcu nie udał się z przyjacielem Paulinem do Noli, do grobu św. Feliksa, powędrował natomiast do Tours około roku 394 czy 395, gdzie zresztą udawał się prawdopodobnie kilka razy, i został przez Marcina przyjaźnie przyjęty, co opisuje w ostatnich rozdziałach Życia Marcina. Poznawszy wielkiego biskupa, postanowił spisać jego życie. Do tej pracy zabrał się Sulpicjusz poważnie, zbierając wiadomości i starając się udokumentować dokładnie fakty. Podaje więc źródła, z których je zaczerpnął: od Marcina, od innych ludzi — tu zazwyczaj podaje imiona swoich rozmówców, a gdy nie był pewny wiadomości, zaznaczał, że tak się mówi. Tak powstało około 396 roku pierwsze z marcinowych dzieł Sulpicjusza Sewera Żywot św. Marcina, który — jeszcze oficjalnie nie wydany — przesłał swym przyjaciołom, między in¬ nymi Paulinowi do Noli; przyjęto je bardzo ciepło, jeśli nie entuzjastycz¬ nie, a Paulin stał się jego żarliwym propagatorem. Sulpicjusz Sewer
		

/0066_0001.djvu

			66 MAREK STAROWIEYSKI w swoich pismach mówi z wyraźnym upodobaniem o powodzeniu swe¬ go dzieła. Tymczasem, 8 listopada 397 roku, Marcin zmarł. Po śmierci bohatera dzieło wymagało uzupełnienia, i to z dwóch po¬ wodów. Po pierwsze, biografia była nie wykończona, nie zawierała bo¬ wiem opisu śmierci Marcina, co było poważnym brakiem w biografii antycznej. Po drugie, po śmierci Marcina wzrosła opozycja, która już objawiała się za jego życia. Sulpicjusz podjął więc obronę biskupa Mar¬ cina. Musiała to być opozycja bardzo zacięta, ponieważ rys apologetycz- ny jest bardzo widoczny zarówno w Listach powstałych bezpośrednio po śmierci w 397-398 roku, a jeszcze bardziej w Dialogach napisanych na przełomie 403 i 404 roku, gdzie Sulpicjusz nie szczędzi złośliwości pod adresem duchownych galijskich. Pierwszy z Listów stanowi uzupeł¬ nienie Życia, drugi jest jakby apoteozą Marcina, pokazuje go, jak kroczy do nieba (z Sulpicjuszowym Życiem w ręku!), trzeci natomiast opisuje jego pogrzeb. Tak więc Listy stanowią jedność z Życiem, uzupełniają je. Inny charakter mają Dialogi, najdojrzalsze z dzieł marcinowych Sulpi¬ cjusza Sewera. Podają one rozmowę między Postumianem, który świeżo powrócił ze Wschodu, Gallusem — uczniem Marcina i Sulpicjuszem, w obecności licznych mnichów, którzy przybyli słuchać o Marcinie. Po- stumian opowiada o wielkich mnichach egipskich, Gallus — o Marcinie, wykazując, nie bez patriotyzmu galijskiego, że jest on większy od boha¬ terów egipskich. Pisma Marcinowe miały bardzo różnych adresatów. Napisane wy¬ twornym językiem, opierające się na Salustiuszu, pełne reminiscencji z Wergiliusza i Cicerona, miały przekonać do ascezy ludzi kultury. As¬ cetom miały one pokazać wzór świętości, i to zrodzonej na Zachodzie, bohatera nie mniejszego niż Ojcowie Egipscy. Były też skierowane do przeciwników Marcina, pokazując go jako wielkiego cudotwórcę, konty¬ nuatora dzieła Proroków i Apostołów, świętością zbliżającego się do sa¬ mego Chrystusa, męczennika, który przeżył bezkrwawe męczeństwo; pisma ciągle przypominające wątpiącym, że wielkie dzieła Marcina mia¬ ły istotnie miejsce. Obok zbioru dzieł Marcinowych, nazywanych później Martinellus, Sulpicjusz Sewer napisał Kronikę w dwóch księgach, w której opowiada wydarzenia biblijne. Wydaje się, iż powstała ona po roku 403, a więc po dziełach dotyczących Marcina. Kronika napisana elegancką łaciną, opiera się na dobrych źródłach, bo na Euzebiuszu z Cezarei i Hieronimie. W pierwszej księdze opisuje dzieje świata — od stworzenia świata aż do zdobycia Jerozolimy za Sedacjasza wedle Septuaginty. W drugiej kontynuuje dzieje aż do czasów sobie współczesnych, a więc do konsu¬ latu Stylichona (400 rok), podkreślając związek Kościoła z Izraelem. Ciekawym jest to, że z szacunku opuszcza on opis wydarzeń Nowego
		

/0067_0001.djvu

			ŚWI�?TY MARCIN I JEGO BIOGRAF 67 Testamentu. Szczególnie interesujące są te fragmenty Kroniki, w których mówi on o sprawie pryscyliańskiej: w czasie synodu w Bordeaux w 384 roku był on prawdopodobnie w tym mieście, a dzieje śmierci Pryscylia- na łączą się ściśle z jego bohaterem. Kronika Sulpicjusza Sewera, napisana compendiosa lectione, stanowi skrót historii; jest breviarium, jakich wtedy pisano wiele, ale wyróżnia się elegancką łaciną, wzorując się na historykach starożytnych: Liwiu- szu, Tacycie, szczególnie zaś na Salustiuszu, dzięki czemu wprawdzie nie cieszyła się zbytnim powodzeniem w Średniowieczu — zachowała się w jednym tylko rękopisie — natomiast wzbudziła zachwyt u pisarzy Renesansu, a wielki humanista, Scaliger, nazwał Sulpicjusza ecclesiasti¬ corum purissimus scriptor (wśród pisarzy kościelnych piszący najczyst¬ szym językiem). Kronika Sulpicjusza Sewera stanowi bardzo cenne źródło ze względu na prawdziwość jego pisarstwa. O dalszych losach Sulpicjusza wiemy niewiele. Pędził życie mnicha- -arystokraty w Primuliacum, gdzie w kaplicy znajdowały się wizerunki Marcina i Paulina. Ten zaś ostatni, choć go to oburzało, przysyłał Sul- picjuszowi epigramy dla jego kaplicy i baptysterium. Gennadiusz z Mar¬ sylii, autor dzieła De viris illustribus (O mężach sławnych) opowiada, że kapłan Sulpicjusz Sewer skłaniał się ku semipelagianizmowi, lecz nastę¬ pnie wycofał się i nałożył sobie pokutę milczenia. Z tego wynikałoby, że zmarł po 414 roku, kiedy to semipelagianizm zaczął oddziaływać na środowiska mnisze w Galii. Nie znajdujemy jednak potwierdzenia dla tych, prawdopodobnych zresztą, wiadomości w innych źródłach. Jak widzimy, nasza wiedza o Sulpicjuszu jest raczej skromna, opiera się na wiadomościach zawartych w jego pismach, w listach Paulina z Noli i w życiorysie u Gennadiusza. Możemy jednak stwierdzić, że Sulpicjusz Sewer był pisarzem wybitnym; stworzył dzieło, które wywar¬ ło tak wielki wpływ na kulturę europejską, między innymi na hagiogra¬ fię późniejszą, na Paulina z Noli, Paulina, autora Życia św. Ambrożego, Hilarego z Arles (Żywot św. Honorata), Uraniusa (Żywot Paulina z No¬ li), Posydiusza (Żywot św. Augustyna), nie mówiąc o pisarzach wprost piszących o św. Marcinie — Paulinie z Périgeaux, Grzegorzu z Tours i Wenancjuszu Fortunacie. Tak więc wychowany na kulturze antycznej, subtelny pisarz-klasyk Sulpicjusz Sewer stał się jednym z ojców hagio¬ grafii europejskiej. Św. Marcin z Tours Spróbujmy teraz przedstawić życie samego Marcina na podstawie biografii Sulpicjusza Sewera, zwracając jednak uwagę na trudności, na jakie natrafia historyk Marcina.
		

/0068_0001.djvu

			68 MAREK STAROWIEYSKI Marcin urodził się w Sabarii, inaczej zwanej Sawarią, w prowincji Panonia, mieście wówczas pogańskim, dziś Szombathely na Węgrzech (choć nie brak innych lokalizacji, np. miejsce, gdzie dziś stoi sławne opactwo Panonhalma, pod wezwaniem Św. Marcina). W tym czasie (około roku 317), jego ojciec był wojskowym, który ze zwykłego żoł¬ nierza doszedł do dość wysokiego stopnia trybuna; pozostaje proble¬ mem, czy był pochodzenia rzymskiego czy barbarzyńskiego. Rodzice nadali mu imię Martinus, co znaczy „mały Mars”, „Marsik” — imię, które mimo pogańskiego pochodzenia, i to w dodatku od bożka pogań¬ skiego, przyjęło się wśród chrześcijan. Wykształcenie pobierał w Pawii; nie bardzo wiemy, dlaczego tam właśnie się udał wraz z rodzicami, któ¬ rzy jednak potem powrócili do Panonii. W Pawii poznał chrześcijań¬ stwo, i być może, został katechumenem, co nie wzbudziło jednak za¬ chwytu ojca. Inne wiadomości o religijności i dążeniu do życia zakon¬ nego można uznać raczej za legendę ze względu na anachronizmy. Jako syn wojskowego Marcin podlegał poborowi, ale, jak się wydaje, uciekł od długiej służby wojskowej, jak to czyniło wielu jemu współczesnych, ojciec jednak wydał go władzom wojskowym, być może także w celu oderwania od chrześcijaństwa. Tak więc Marcin w wieku około 15 lat został wojskowym w doborowej gwardii przybocznej (alae scholares), do której zazwyczaj wybierano barbarzyńców. Służbę wojskową Marcin odbywał w Galii. Tam właśnie, w Amiens, miała miejsce sławna scena z biedakiem: w zimowy ranek Marcin nie mając co dac trzęsącemu się z zimna biedakowi, przeciął swój płaszcz i dał mu połowę. We śnie ukazał mu się Chrystus, ubrany w połowę płaszcza, mówiąc: „Marcin, jeszcze katechumen, dał mi płaszcz”. Słowa Chrystusa uznał Marcin za wyrzut i natychmiast przyjął chrzest. W woj¬ sku, wedle opowiadania Sulpicjusza, wiódł żywot mnicha: ubogi, dzielił się tym, co miał i usługiwał swojemu ordynansowi-niewolnikowi. W czasie wyprawy wojskowej przed Wormacją, gdy cesarz Julian, późniejszy Apostata, osobiście rozdawał nagrody pieniężne (donativum), Marcin odmówił jej przyjęcia, stwierdzając, że jest żołnierzem Chrystusa i zgłosił chęć opuszczenia wojska. Wobec zarzutu tchórzostwa oświad¬ czył, że pójdzie na wroga z samym znakiem krzyża. Zakuty w kajdany oczekiwał na bitwę, ale przybyli posłowie od barbarzyńców, prosząc o pokój. Marcin został zwolniony z wojska około 356 roku. Tak kończy się pierwszy etap jego życia. Prawdopodobnie w czasie pobytu w wojsku Marcin utrzymywał kon¬ takt z jednym z najwybitniejszych przedstawicieli kościoła w Galii, bi¬ skupem Poitiers — Hilarym. Do niego też udał się teraz Marcin. Hilary chciał go włączyć do szeregów swego duchowieństwa i udzielić mu święceń diakonatu (musiał być więc już wtedy Marcin dojrzałym czło¬
		

/0069_0001.djvu

			SWlłjTY MARCIN I JEGO BIOGRAF 69 wiekiem). Lecz on z pokory zgodził się tylko na przyjęcie niskiego urzędu egzorcysty. Wkrótce potem Marcin opuścił Poitiers i na skutek wizji wyruszył do Panonii, by nawrócić swych rodziców. Czy istotnie taki był główny powód jego podróży? Czy przypadkiem Hilary, zaanga¬ żowany w walkę z arianizmem, nie posłał go z misją na Bałkany, będą¬ ce pod przemożnym wpływem arian? Wkrótce potem Hilary zostanie zesłany przez cesarza na Wschód. W czasie przejścia przez Alpy Marcin został napadnięty przez zbój¬ ców, których nawrócił. Gdy minął Mediolan, pokazał mu się szatan obiecując, że będzie szedł w ślad za nim, gdziekolwiek on się uda. Walka z szatanem jest jednym z głównych tematów Życia. W domu (a więc rodzice powrócili z Pawii do Sabarii) misja udała się połowicznie: nawrócił matkę i innych pogan, ojciec jednak pozostał poganinem. Z Ilirii został wypędzony przez arian, podobnie z Mediola¬ nu, gdzie zbudował sobie pustelnię u wrót miasta. Udał się więc z ka¬ płanem (jak abba z uczniem?) na wyspę Gallinaria na Morzu Tyrreń¬ skim — wyspy były tym dla Zachodu, czym pustynia dla Wschodu — który to pobyt jednak omal nie skończył się tragedią — Marcin zatruł się jakimiś ziołami. Tam doszła go wieść o zwolnieniu Hilarego, udał się więc do Rzymu, by tam go spotkać, ale nie zastawszy go już tam, powrócił do Poitiers. Tak zakończył się drugi etap życia Marcina jako wędrownego mnicha. Powtórne spotkanie z Hilarym było decydujące; jak się wydaje, aż do swojej śmierci w roku 367, był on ostoją i oparciem dla Marcina. Po pierwsze dlatego, że prawdopodobnie wtedy otrzymał Marcin diakonat i kapłaństwo. Po drugie, jak się wydaje, nie bez wpływu Hilarego — który na Wschodzie, w Syrii, zapoznał się z życiem mnichów — posta¬ nowił założyć klasztor. Hilary oddaje mu posiadłość: willę Locogogia- cum około 8 km od Poitiers. Kariera Marcina-mnicha jest typowa: naj¬ pierw mnich wędrowny, następnie pustelnik (Mediolan, Gallinaria), w końcu mnich-cenobita, który w końcu zostaje biskupem-mnichem. Taki jest początek sławnego opactwa w Ligugé, pierwszego znanego klasztoru w Europie, założonego około 360 roku. Ślady tych pierwszych zabudowań klasztornych odkryto przy obecnym klasztorze. Marcin, ubo¬ gacony doświadczeniami mnicha wędrującego i pustelnika, podjął teraz żywot prawdziwego mnicha. Nie posiadamy, niestety, wiadomości o klasztorze, w którym Marcin zasłynął jako cudotwórca; Sulpicjusz Sewer interesuje się bardziej cuda¬ mi dokonanymi przez Marcina niż wydarzeniami z jego życia, toteż z okresu spędzonego w klasztorze opowiada tylko o dwóch wskrzesze¬ niach przez niego dokonanych. Wydaje się, że Marcin nadał klasztorowi cel podwójny: życie ascezy i modlitwy, oraz apostolstwo.
		

/0070_0001.djvu

			70 MAREK STAROWIEYSKI Dziesięć lat spędzonych w Ligugé, w czasie których umarł opiekun Marcina, Hilary, przyniosło Marcinowi wielką sławę cudotwórcy. Toteż gdy umarł biskup Liboriusz w Tours, lud, wbrew protestom biskupów, wybrał biskupem Marcina, którego sprowadzono podstępem do Tours i, mimo sprzeciwów takich biskupów jak Defenzor z Angers, został konsekrowany na biskupa Tours 4 lipca 371 lub 372 roku. Opór ich ro¬ zumiemy: pochodzący z arystokracji galijskiej biskupi byli przerażeni widokiem ascety „o szkaradnym obliczu, w brudnym ubraniu i z rozczo¬ chranymi włosami”, którego świat tak bardzo różnił się od ich pojęć. To prawdopodobnie z ich kręgów rozpocznie się atak na biskupa z Tours, który trwać będzie w czasie całego jego pontyfikatu i nie osłabnie po jego śmierci. Nie zapominajmy jednak, że z drugiej strony działalność Marcina jest przyjmowana z entuzjazmem przez niektóre kręgi arysto¬ kracji galijskiej: Paulin z Noli, Sulpicjusz Sewer i jego krąg, Arboriusz, krewny Auzoniusza, są jej przedstawicielami i wielu spośród nich właś¬ nie podejmie życie monastyczne. Marcin stanowił bowiem nowy typ biskupa: biskupa-mnicha. Jed¬ nym z pierwszych jego kroków było założenie klasztoru w zakolu Lo¬ ary; nazwano go Maius Monasterium, stąd francuska nazwa — Mar- moutier. W klasztorze wkrótce znalazło się osiemdziesięciu mnichów, a Marcin spędzał w nim na modlitwie swe wolne chwile; w klasztorze tym przygotowywał on mnichów nie tylko na wyprawy misyjne, ale, jak się zdaje, było to także miejsce formacji kleru, i niejeden wybitny bi¬ skup galijski V wieku rozpoczynał swoją formację duchową w Marmou- tier. Klasztor więc wyraźnie ma dwie funkcje: modlitwę i pracę apostol¬ ską; młodzież natomiast klasztorna zajmowała się przepisywaniem ksiąg — było to więc swoiste skryptorium. Jak się wydaje założył Marcin i inne klasztory, prawdopodobnie też i żeńskie; na pogrzebie bowiem Marcina miało być około dwóch tysięcy mnichów oraz liczne mniszki. Jednak monastycyzm Marcinowy, nie mający podstaw i zasad organizacyjnych, rozpadł się po śmierci swego charyzmatycznego zało¬ życiela. Natomiast funkcja apostolska klasztoru wywarła wielki wpływ na ży¬ cie Galii. Otóż chrześcijaństwo w Galii IV wieku ograniczało się nie¬ malże wyłącznie do miast, wieś galijska pozostawała zupełnie pogańska (wyłączywszy może południową Galię i dolinę Rodanu), a biskupi, jak się wydaje, nie bardzo troszczyli się o jej chrystianizację. Marcin ze swoimi mnichami ruszył więc na wieś galijską, aby tam szerzyć chrze¬ ścijaństwo: nauczając, ale równocześnie burząc świątynie i sanktuaria pogańskie, wycinając święte gaje i drzewa, czemu towarzyszyły liczne cuda. Marcin nie ogranicza się do swojej diecezji: wędruje po całej Ga¬ lii, a choć lokalne tradycje są bez wątpienia przesadzone, tym niemniej
		

/0071_0001.djvu

			ŚWI�?TY MARCIN I JEGO BIOGRAF 71 zasięg jego działalności duszpasterskiej jest ogromny: Trewir, Chartres, Paryż, Delfinat, Wiedeń, gdzie znaleziono ciekawą inskrypcję Feduli ochrzczonej przez Marcina. Jak reagowali na tę akcję inni biskupi galij¬ scy? Czy przypadkiem to bezceremonialne wchodzenie w ich diecezje nie było również powodem konfliktów? Tę pracę przedstawia Sulpicjusz Sewer jako walkę z szatanem, któ¬ rego, jak mnisi pustynni, wypędza ze swoich siedzib. To systematyczne niszczenie pogaństwa prowadzi Marcin z gwałtownością, powiedzieliby¬ śmy nawet brutalnością. Ale obok tego widzimy Marcina odwiedzające¬ go regularnie parafie swojej diecezji, współczującego nędzy ludzkiej, jak niegdyś w Amiens, obejmującego trędowatego w Paryżu, broniącego torturowanych więźniów przez okrutnego namiestnika, ujmującego się nawet za heretykami, którym grozi śmierć. Marcin zwalcza przesądy: li¬ kwiduje fałszywe relikwie i demaskuje fałszywą pobożność mnichów. Sulpicjusz notuje szczegół ciekawy dla poznania pobożności Marcina: gdy szatan ukazuje się mu jako Chrystus we wspaniałych królewskich szatach, Marcin odpowiada, że wierzy tylko w Chrystusa pojawiającego się z oznakami męki i cierpienia. Ciekawy to przyczynek do historii po¬ bożności do Męki Pańskiej. Opowiadanie Sulpicjusza przynosi nam postać biskupa z Tours bogatą, ciekawą i nietypową. Osobny rozdział stanowi stosunek Marcina do władzy państwowej. Potrafił powstrzymać od okrucieństwa namiestnika Awianusa, o którym w niepochlebnych słowach wypowiada się również historyk Ammianus Marcellinus, interweniując skutecznie w sprawie więźniów, którzy mieli zostać straceni. Nie wiemy, czego żądał od cesarza Walentyniana, do którego wdarł się dość bezceremonialnie. Bardziej skomplikowany jest stosunek Marcina do samozwańca Maksyma, który, po obwołaniu go ce¬ sarzem, zamordował cesarza Gracjana i rządził w Galii, by w końcu, przeprawiwszy się przez Alpy, zejść do Italii, gdzie pobiwszy Walenty¬ niana, sam został pokonany przez Teodozjusza Wielkiego. Marcin, jak się wydaje, utrzymywał na ogół dobre stosunki z Maksymem, którego żona odnosiła się do niego ze szczególnym szacunkiem. Cień na te sprawy rzuciła sprawa Pryscyliana. Mimo licznych prac dotyczących Pryscyliana, sprawa daleka jest od ostatecznego rozwiązania. Pryscylian, surowy asceta hiszpański, zebrał wokół siebie ludzi chcących żyć w surowej ascezie. Jak się wydaje, na¬ uka jego zawierała liczne rysy zaczerpnięte z manicheizmu i gnozy. Po¬ tępiony przez synod w Saragossie (380 rok), udał się do Rzymu, gdzię nie został przyjęty przez papieża Syrycjusza, podobnie potraktował go Ambroży w Mediolanie. Powtórnie potępiony przez synod w Bordeaux w roku 384 odwołał się do cesarza, który skazał go na śmierć, czemu ostro sprzeciwił się Marcin. Po śmierci Pryscyliana, którego nie udało
		

/0072_0001.djvu

			72 MAREK STAROWIEYSKI mu się ocalić, starał się uratować przynajmniej jego zwolenników i, by to uczynić, nawiązuje nawet wspólnotę (communio) z biskupami, którzy doprowadzili do skazania Pryscyliana, co sobie do końca życia będzie wyrzucał i po roku 385 nie weźmie udziału w żadnym z synodów ga¬ lijskich, by nie spotkać niegodnych biskupów, co oczywiście dolewało oliwy do oskarżeń Marcina, którego podejrzewano nawet o pryscylia- nizm. Marcin umarł w Candes, gdzie udał się w celu pogodzenia tamtej¬ szego kleru. Po doprowadzeniu do zgody poczuł się źle. Umarł pogo¬ dzony z wolą Bożą. Modlił się do Boga, aby, jeśli jest potrzebny ludo¬ wi, pozostał jeszcze przy życiu, bo nie wzbrania się pracy, ale niech się stanie wola Boża. Na łożu śmierci walczy jeszcze z szatanem, który to¬ warzyszył całej jego działalności od czasu spotkania w Alpach. Umarł w wieku lat osiemdziesięciu jeden, 8 listopada 397 roku. Zwłoki jego przewieziono do Tours, gdzie został pogrzebany 11 listopada — stąd je¬ go święto w tym dniu. Rozpoczyna się nowy okres życia Marcina — triumf po śmierci. Marcina przedstawia Sulpicjusz Sewer jako żołnierza z musu, bisku¬ pa z obowiązku, a mnicha z wyboru, a przede wszystkim jako cudo¬ twórcę. Dzieło Sulpicjusza Sewera cieszyło się nie słabnącym powodze¬ niem i wiarygodnością aż do XVIII wieku, kiedy to wydawca dzieł Sulpicjusza, Leclerc, zarzucił Sulpicjuszowi kłamstwa. Tę tezę podjął C. Ch. Babut, który w monografii Marcina, wydanej w 1912 roku, stwierdzał, że wprawdzie Marcin istniał, ale jego dzieje to wymysł Sul¬ picjusza Sewera. W rzeczywistości był to kiepski żołnierz, ośmieszony mnich, biskup bez autorytetu, prawdopodobnie zamieszany w sprawę Pryscyliana, który nie odegrał większej roli w historii Galii. Jego dzieje to zlepek opowiadań zaczerpniętych z Biblii i opowiadań o mnichach, a legenda Marcina pojawiła się dopiero po śmierci tych, którzy go zna¬ li. Trudno o bardziej radykalne ujęcie! Dzieło Babuta, mimo swoich paradoksów, posiadało niezaprzeczalną wartość: zastosowało bowiem wszystkie środki współczesnej metody hi¬ storycznej do postaci św. Marcina i tymiż środkami zostało pobite. Od¬ powiedzieli na nie w ciągu ostatniego półwiecza: wielki hagiograf, Bo- landysta H. Delehaye, C. Jullian, historyk — podobnie zresztą jak Leclerc i Babut kalwinista — oraz historyk literatury J. Fontaine. Jeśli dziś nikt nie przyjmuje twierdzeń Babuta, który, dodajmy, zginął jako żołnierz w czasie I wojny światowej, to wywołały one głębszą refleksję historyczną nad postacią Marcina i nad samą metodą hagiografii, przy¬ pominając, że dzieło hagiograficzne należy czytać inaczej niż dzieło hi¬ storyczne. A dzieło Sulpiqusza Sewera jest właśnie dziełem hagiogra- ficznym.
		

/0073_0001.djvu

			ŚWI�?TY MARCIN I JEGO BIOGRAF 73 Typowym tu przykładem jest problem chronologii. Chronologia dzie¬ ła Sulpicjusza Sewera, niezgodna sama w sobie, nie zgadza się również z tą, którą podaje Grzegorz z Tours. Punktem spornym jest tu szczegól¬ nie czas jego służby wojskowej. Ponieważ jednak w IV wieku w Ko¬ ściele istniało wiele zastrzeżeń co do służby wojskowej chrześcijan, uważano, że po przyjęciu chrztu powinni oni ją porzucić; należało więc pokazać, że Marcin, syn żołnierza, zobowiązany do zwyczajnej, dwu¬ dziestopięcioletniej służby wojskowej, został do tej służby zmuszony, i opuścił ją, skoro tylko to było możliwe; będąc żołnierzem żył jak mnich, a pobyt w wojsku przeciągnął na prośbę swojego przyjaciela- -trybuna, który chciał też stać się mnichem. Ten wystylizowany opis służby wojskowej Marcina, mnicha-żołnierza, skróconej do minimum, spowodował zaburzenia chronologii. Podobnie wystylizowano opis opuszczenia przez Marcina służby wojskowej wedle konwencji akt męczenników: Julian tyran drży, gdy niezłomny Marcin rzuca mu w oczy: „Jestem żołnierzem Chrystusa” i deklaruje pójść z krzyżem na nieprzyjaciół. Scena zbudowana wedle schematu akt męczenników wojskowych (Typazjusza, Maksymiliana) przedstawia Marcina jako duchowego dziedzica męczenników, jako mni- cha-męczennika. Postać Marcina zbudowano wedle wzorów „męża boskiego” (theios aner), który idzie przez świat czyniąc cuda, pokazując w swym życiu objawy mocy Boga. Nie wykluczamy możliwości prawdziwych cudów Marcina — byłoby to pogwałcenie tekstu — ale stwierdzamy, że wiele z nich to po prostu transpozycja cudów starotestamentalnych, wskazują¬ ca na Marcina jako kontynuatora dzieła Proroków (temat często spoty¬ kany w literaturze monastycznej). Ciekawe zestawienie cudów Marcina i ich paraleli daje w cytowanej w bibliografii książce C. Stancliff. Po¬ dobnie rzecz ma się z marcinową walką z szatanem. Autor w plastycz¬ nych obrazach stylizuje całą działalność Marcina jako walkę z szatanem. Obok tego roi się w utworze Sulpicjusza Sewera od funkcjonujących w tym czasie (i nie tylko wtedy!) stereotypów literackich, jak choćby opis nawrócenia zbójcy. Sulpicjusz przedstawia Marcina w konwencji prostaka działającego wielkie cuda, choć z kart jego dzieł wyraźnie przebija postać człowieka bystrego, mającego wykształcenie według ówczesnych przynajmniej standardów podstawowe, i który bynajmniej nie czuje się zagubiony na dworach możnych tego świata. I w końcu jeszcze jeden element: retoryka. Sulpicjusz Sewer był świetnym retorem i pisarzem i wiedział, jak przedstawiać sprawy tak, by wywołać wrażenie. Przeczytajmy opis interwencji u Awicjana: pół¬ noc, trzykrotne pukanie, objawienie anioła itd. Jak przejmująco przedsta¬
		

/0074_0001.djvu

			74 MAREK STAROWIEYSKI wiono to proste wydarzenie interwencji u namiestnika! A ponadto w dziele widać niepohamowany entuzjazm Sulpicjusza Sewera wzglę¬ dem Marcina: chce pokazać, że jest on wyższy od Ojców Pustyni, rów¬ ny Prorokom, Apostołom, a nawet zbliża się do Chrystusa poprzez swo¬ je cuda. Nie ma więc podstaw, by znakomitemu autorowi Kroniki i pism Marcinowych zarzucać kłamstwo i świadomy montaż postaci. Trzeba tylko umieć czytać, by spod stylizacji hagiograficznej i retorycznej, a nawet spod elementów folkloru, wydobyć postać prawdziwego, żywe¬ go Marcina. Pozostaje jeszcze jeden argument Babuta: czy Marcin istotnie był znany tylko Sulpicjuszowi i czy nie ma istotnie o nim innych świa¬ dectw? H. Delehaye wykazał ślady tradycji Marcinowej u innych pisa¬ rzy. Pamiętajmy również, że były to czasy starożytne, i komunikacja między ludźmi wyglądała inaczej, jak obecnie. Dwaj pisarze przełomu II i III wieku Hipolit i Tertulian nie znają siebie, Ambroży nie wspomina o współczesnym sobie Hieronimie, a Atanazy o Hilarym. Czy z tego wynika, że nie istnieli? Często, nawet bez złej woli, myślimy o starożyt¬ ności kategoriami współczesności, a z tego mogą wyniknąć wielkie głu¬ pstwa naukowe. ks. Marek Starowieyski NOWOŚCI WYDAWNICTWA Maciej Niemiec Kwiaty akacji Tom wierszy jednego z ciekawszych współczesnych polskich poetów, mieszkającego od roku 1987 w Paryżu. Jest to poezja metafizyczna, od¬ znaczająca się surową powagą, wrażliwa na świat, szukająca „drugiego dna rzeczywistości” (ks. J. Pasierb), rozwiązań trudnych egzystencjal¬ nych zagadnień. To ważny głos w dzisiejszej polskiej poezji; wiele wierszy Niemca to — arcydzieła.
		

/0075_0001.djvu

			JACEK OKO�? Paszczęka ziemi Niegdyś górnicy pracowali po trzynaście, czternaście godzin na do¬ bę. Jesienią i zimą wychodzili z domów przed świtem i powracali po zapadnięciu zmroku. Przez kilka miesięcy w roku patrzyli na świat oczyma Eskimosów, nad którymi rozpościera się długa polarna noc. Mieszkańcy Śląska wiele już dziwnych zjawisk widzieli i niewielu dziwnym zjawiskom się dziwią. Oswojeni ze zjawiskami nie zwracają uwagi na krótkotrwałe trzęsie¬ nia ziemi, jakie od czasu do czasu dają się odczuć w ich mieszkaniach. Rozkołysze się lampa zwisająca u sufitu, zabrzęczą szklanki i kieliszki za witrynami kredensów, przesunie się lżejszy mebel — to wszystko. Jeśli tąpnięcie nie miało związku z katastrofą na kopalni, nie zostanie przypomniane. Tąpnięcia każą jednak pamiętać, na jakiej ziemi się żyje. Na Śląsku słowo „ziemia” ma znaczenie głębsze, i to nie tylko w przenośni. Sław¬ ne już przywiązanie chłopa do ziemi wyraża się tu inaczej. Ziemia to nie tylko gleba. Warstwa prawdziwej śląskiej gleby sięga czasem tysiąca metrów i wy karmiła już wiele pokoleń. Ale też bywają z nią kłopoty, bowiem ziemia rządzi się swymi włas¬ nymi prawami. Ktokolwiek zwiedzał średniowieczne katedry w starych miastach, dostrzegł zapewne ten dziwny fakt, że schody do świątyni wiodą w dół. Podłoga znajduje się poniżej poziomu ziemi. Archeolog wie, że kiedyś było inaczej, jeśli nie odwrotnie. To nie kościół się za¬ padł, lecz narosła warstwa ziemi. Ziemia „wyrastając” pochowała w so¬ bie całe kultury i cywilizacje. Naoczne doświadczenie mówi jednak, że górnośląska ziemia obniża się w wielu miejscach. Pagórki równają do poziomu. Na kolejowym szlaku z Gliwic do Katowic-Ligoty ziemia obniża się co roku o cały metr. Pękają ściany domów, chodniki przybierają wymyślne kształty. Czasem trzeba podeprzeć ścianę domu belkami. Przypomina się stare ni- by-murarskie powiedzenie: „Franek, podaj tyczkę, bo dom się przechy¬ lił”. Fachowcy nazywają to „szkodami górniczymi”, a mieszkańcy zde¬ formowanych domów mogą liczyć na to, że winna kopalnia pokryje koszty remontu. Ze szkodami górniczymi kojarzą się też wszechobecne tabliczki z napisem: „Dom przeznaczony do rozbiórki”. Wiele domów, zamiast okien, ma ziejące pustką oczodoły. Gdyby ktoś chciał kręcić
		

/0076_0001.djvu

			76 JACEK OKO�? film wojenny, to walki wśród ruin najlepiej wychodzą w starych górni¬ czych dzielnicach. Najciekawszym ze zjawisk jest tu jednak rozstępowanie się ziemi. Śląska ziemia rozstępuje się bowiem częściej niż jakakolwiek inna. Roz- stępując się, ukazuje bezdenną czeluść i pochłania ludzi, zwierzęta i bu¬ dynki. Ślązacy tak się do tego przyzwyczaili, że już nawet o tym nie rozprawiają. Ot, jeszcze jedno zjawisko, jeszcze jedno nieszczęście. Dlaczego ziemia się rozstępuje? Najłatwiej byłoby powiedzieć, że to kara za grzechy. Taka interpre¬ tacja bez trudu znalazłaby biblijne potwierdzenie. Wystarczy bowiem przypomnieć sobie, jak to na pustyni synajskiej zbuntował się przeciw Mojżeszowi Kore, syn Isaara, syna Kaata, syna Lewiego i Datan, i Abi- ron, synowie Eliaba, i Hon, syn Faleta z pokolenia Rubena i dwustu pięćdziesięciu innych. — Jeśli nową rzecz uczyni Pan — powiedział wówczas Mojżesz — że zie¬ mia otworzywszy paszczęką swą, pożre ich i wszystko, co do nich należy, i zstąpią żywcem do otchłani, poznacie, że zbluźnili Panu. Natychmiast tedy, skoro przestał mówić, rozstąpiła się ziemia pod ich no¬ gami, i otworzywszy paszczękę swą pożarła ich z ich namiotami i ze wszystką majętnością ich. I zstąpili żywcem do otchłani, okryci ziemią, i zginęli spośród zgromadzenia. A wszystek Izrael, który stał wokoło, uciekł na krzyk ginących, mówiąc: — By snadź i nas ziemia nie pożarła. Zdarzyło się też, że ziemia rozstępowała się z litości. Lita skała roz¬ stąpiła się przecież przed św. Barbarą, by ukryć ją w swych wnętrzno¬ ściach przed srogim ojcem, Dioskurem z Nikomedii. Z tegoż powodu uznali ją za swą patronkę skalnicy pracujący w kamieniołomach i ka¬ mieniarze, a później — przez podobieństwo wykonywanej pracy — gór¬ nicy.. Również św. Barbórka spod Gogolina, córka grafa Zabrzeskiego, z legendy zapisanej przed wojną przez Ludwika �?akomego, znalazła schronienie w ziemi. Rozstąpienie się ziemi nastąpiło, gdy tylko „ta święta frela tąpła w ziemia”. Legendy o św. Barbarze, na Śląsku licz¬ niejsze niż gdzie indziej, nie zaciemniają tożsamości Świętej. Na kopal¬ nianych ołtarzach „święta frela” dzierży w rękach kielich i miecz, a za jej plecami stoi wieża z trzema oknami. Ale też tylko na Śląsku jest się pewnym, że św. Barbórka spod Gogolina jest św. Barbarą z Nikome¬ dii, a graf Zabrzeski zwany obecnie Skarbnikiem, to ani chybi — sam Dioskur. Ale ziemia rzadko bywa litościwa. Na Śląsku ziemia rozstępowała się najpierw w opowieściach starek. Czy były to tylko wymyślone baśnie? Topograf byłby zachwycony do¬
		

/0077_0001.djvu

			PASZCZ�?KA ZIEMI 77 kładnością owych podań, a poszukiwacz skarbów, jakiś nowy Schlie¬ mann, bez trudu odnalazłby te śląskie Troje. Podania o rozstępującej się ziemi nie zaczynają się od słów: „Za gó¬ rami, za lasami...” Mają swoją geografię, można słuchać ich z mapą. Pod ziemię zapadło się miasto Koło w Kolonowskiem i miasto leżą¬ ce na miejscu Nowej Wsi Królewskiej nad Odrą. Zapadły się też trzy zamki: zamek koło Murowa na Opolszczyźnie, zamek położony pomię¬ dzy Otmętem i Odrowążem, i zamek w Głogówku (stał na miejscu obe¬ cnego zamku). Ziemia rozstąpiła się też pod karczmami w Ciskach koło Koźla i w Kędzierzynie. Ten katalog nieszczęsnych obiektów zestawiony został przez Doro¬ tę Simonides w książce Śląski horror (Katowice 1984). Zanotowała ona, iż były to kary za bezbożność, bluźnierstwa, skąpstwo i tańcowanie w Wielki Piątek. Grzechy te zawsze budziły oburzenie wśród prostych ludzi. Jednak historycy Kościoła i sprawiedliwi gorole (nie-Slązacy) nie będą wyciągali z takich głosów daleko idących wniosków. Ślązakiem był przecież św. Jacek i bł. Czesław. Ślązaczką była bł. Bronisława. Również krytyczni wobec siebie śląscy autochtoni przypomną sobie za¬ pewne, że ich przodkowie pielgrzymowali każdego roku, jeśli nie do Matki Boskiej Piekarskiej, to do Matki Boskiej Opolskiej lub na Górę Świętej Anny. Czy pamiętają, że ich pradziadowie z miłości do Matki Boskiej przerobili na „lepszą” Matkę Boską Częstochowską? W 1722 roku pielgrzymi z Pszowa zakupili na Jasnej Górze kopię cudownego obrazu i po potarciu o oryginał ofiarowali swemu probosz¬ czowi. Ponieważ obraz uległ w drodze powrotnej uszkodzeniu i trzeba go było odnowić, artysta z Wodzisławia, któremu to zlecono, przy oka¬ zji „ciemne, bizantyńskie rysy Matki Bożej z Jasnej Góry, Jej ciemną karnację twarzy przerobił na karnację polską”. Kąciki ust Maryi i Dzie¬ ciątka uniósł do góry i od tej pory Matka Boska Częstochowska zwana jest w swej pszowskiej kopiii Matką Boską Uśmiechniętą. Wiara Ślązaków nie wymaga dowodzenia. Jeśli bowiem sama Matka Boska uśmiecha się do Ślązaków... Ziemia jednak rozstępowała się nadal. Zjawisko związało się z górnictwem, które podlega raqonalnym pra¬ wom. Do potocznego języka wszedł wyraz „zapadlina” oznaczający za¬ głębienie w terenie spowodowane zapadnięciem się warstw w głąb ziemi. Przestano już mówić o pomście Bożej. Katastrofy i wypadki stały się wspólnymi nieszczęściami; opłakiwano je wszędzie tam, gdzie praca na kopalni zapewniała chleb powszedni. Rozstępująca się ziemia stała się sławna w szerokim świecie. W 1779 roku wystawiona została w teatrze warszawskim jednoakto-
		

/0078_0001.djvu

			78 JACEK OKO�? wa opera Górnicy, do której muzykę skomponował Ignacy Umlauf. Li¬ bretto było dziełem Paula Weidmanna. W jednej z arii grający rolę ra¬ townika obwieszcza, iż idzie ratować górnika, „pod którym się ziemia załamała”. Późniejsza aria precyzuje opis zjawiska: „Podpory złamały się były pod niemi; lecz skoro wpadli do lochu, ziemia zatkała się y żadney szkody nie ponieśli; ale niebezpieczeństwo było wielkie”. Dla warszawskiej śmietanki było to coś nowego, nieznanego, prawie baśnio¬ wego, ba! — nawet operowego, coś, w co trudno uwierzyć z perspekty¬ wy loży. Wszystko to jednak było świętą prawdą. Od czasu do czasu śląska prasa zamieszczała wstrząsające opisy wy¬ padków spowodowanych rozstępowaniem się ziemi. W numerze 57. „Katolika” z roku 1881 korespondent napisał: Na Paulinegrube pod Katowicami stał się w środę po południu o 4-ej godz. stra¬ szliwy wypadek. Od kilku lat palą się w tej okolicy węgle pod ziemią — a ni¬ czym nie można tego pożaru przygasić — ani nawet murami pod ziemią za¬ tamować. Gdzie się węgiel wypalił, ziemia się zawala i głębokie dziury wskazują te miejsca. Niedaleko takiego wypalonego szachtu pracowało kilkoro ludzi i odwoziło na wózkach węgle — gdy się nagle ziemia pod ich nogami traci i w jednej chwili w bezdenną przepaść wpadły trzy robotniczki, koń i wózek z węglami. Kupa popiołu i ogień, który z nowej tej przepaści natych¬ miast wybuchnął, był ostatnim znakiem straszliwej śmierci nieszczęsnych ro- botniczek. Biedny koń, który zapadł się wraz z robotniczkami, nie musiał długo czekać na towarzyszkę niedoli. Bezgrzeszne zwierzęta w równej co i lu¬ dzie mierze narażone były na nieszczęście. W piśmie „Opiekun katoli¬ cki” (72/1888) znajduje się lakoniczna notatka donosząca o wypadku, jaki wydarzył się w pobliżu Huty „Laura”: „Żywcem pochowaną została pasąca się na pastwisku krowa, pod którą się ziemia oberwała i ta nagle z powierzchni zniknęła”. Były to doniesienia sensacyjne. Budziły najróżniejsze komentarze, ale z czasem zaczęto się do nich przyzwyczajać. Ziemia po prostu żyje. Żyje również w języku, w powiedzeniach używanych w całej Polsce. Jako dowód prawdomówności używane jest często powiedzenie: „Niech mnie ziemia pochłonie”. Gdy trudno kogoś odnaleźć, używa się zwro¬ tów: „Jakby się pod ziemię zapadł” lub „Rozstąp się ziemio”. Czasem komuś „ziemia usuwa się spod nóg”, czyli „traci grunt pod nogami”. Jednakże na Śląsku te idiomy w każdej chwili mogą stać się rzeczywi¬ stością. W 1970 roku na granicy Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego, na trasie kolejowej z Dańdówki do Janowa, ni z tego, ni z owego zaczęła się za¬
		

/0079_0001.djvu

			PASZCZ�?KA ZIEMI 79 padać ziemia w pobliżu budynku nastawni. Powiększająca się zapadlina pożerała wszystko, co jej stanęło na drodze. Po kilku minutach po na¬ stawni pozostało jedynie wspomnienie i gruz. Kiedy w dziesięć lat później zapadł się pod ziemię jeden z szybów kopalni „Concordia” w Zabrzu, nie wywołało to na Śląsku szczególnego poruszenia. Szyb zjazdowy „Zbyszek” był już wyłączony z ruchu. Niegdyś do¬ wożono nim ludzi aż na poziom 590 metrów, ale po zaprzestaniu eks¬ ploatacji nie spełniał już swojej funkcji. Na najniższym poziomie działa¬ ła jeszcze hala pomp, lecz pracujący w niej pompkarz zjeżdżał do pracy klatką innego szybu. Gdyby ziemia nie uprzedziła ludzi, czeluść szybu „Zbyszek” zostałaby zapewne w kilka lat później zasypana śmieciami, jak zwykle bywało z nieczynnymi szybami. Jednakże ziemia była szybsza. Szyb przeprowadzony został niegdyś przez pokład kurzawki. Słownik górniczy Stanisława Gismana wyjaśnia, iż kurzawka to „warstwa piasz- czysto-ilasta przepojona wodą, tworząca ciekłą masę nadzwyczaj trudną do ujęcia”. Kurzawka przypomina nieco galaretę. Dzieci nazwałyby ją „ciampulitką”. Gdy pokład kurzawki znajdzie ujście, ta nieruchoma ma¬ sa zamienia się w płyn. Kiedy więc pękła obudowa szybu „Zbyszek”, nic nie mogło powstrzymać kurzawki. Usłyszawszy hałas w nieczynnym szybie pompkarz wybiegł z pom¬ powni. Zobaczył wodę lecącą do rząpia (dna szybu) i nie namyślając się wiele, zaczął uciekać ile sił w nogach. Zdążył. Widowisko trwało szesnaście godzin. Budynki zawaliły się, a szyb pogrążył się w czeluści. Na miejscu pozostał lej, jakby niedawno wybu¬ chła tu potężna bomba. Najstarsi ratownicy mówili potem, że podobny wypadek ma miejsce raz na kilkaset lat. Ale najstarsi Ślązacy znali przecież takie wypadki. Zapadły szyb dołączył do śląskich miast, zamków i karczem, które po¬ łknęła paszczęka ziemi. Dalsza historia miejsca jest prozaiczna. Ciężarówki wysypały w po¬ bliżu leja gruz i śmieci, a ubezpieczone stalowymi linami spychacze spychały to dalej. Z czasem teren wyrównał się. Mieszkańcy Śląska wiedzą, że ziemia będzie się rozstępowała jesz¬ cze wiele razy, do końca świata. Przy końcu świata rozstąpi się po raz ostatni, ale nikogo i niczego już nie połknie. Umarli powstaną z grobów i stawią się na Sąd. A ci, którzy nie mają grobów? Ci, których przykrył na zawsze góro¬ twór albo pod którymi rozstąpiła się ziemia? Przecież o nich milczy Ewangelia... Ewangelia milczy, ale nie milczy poczciwy Gustaw Morcinek, który na Śląsku popularniejszy jest od noblistów.
		

/0080_0001.djvu

			80 JACEK OKO�? Ojciec Zeflika z opowiadania Zgaszony płomyk, zasypany na zawsze w kopalni, pozbawiony chrześcijańskiego grobu, przy zmartwychwsta¬ niu ciał nie mógłby należeć do tych, którzy „z grobów powstaną”. Na szczęście Zeflik miał kolegę, Karlika, któremu mógł się zwierzyć z escha¬ tologicznej wątpliwości: — Wiesz, Karlik, powiedz mi, jak to bydzie na sądzie ostatecznym, kie¬ dy mój ojciec jest zasypany w hawiemi? Jak on stamtąd się wyszkrobie, kiedy teraz hawierze nie potrafią go odkopać?... — Hm, głupi... też tyle nie wie! No, nie wiesz? To bydzie tak. Kiedy bydzie sądny dzień, to z nieba polecą archaniołowie i bydą na mosiężnych trąbach trąbić. A wtedy wszyscy ludzie wstaną z grobów i pójdą na sąd... — No, dobrze, a ojciec? — No, poczekaj, aż ci to powiem jedno za drugim. A ci archaniołowie bydą tak strasznie trąbić na tych trąbach, że aż się ziemia zatrzęsie i na po¬ łowę się rozpuknie... — Jezusku święty! — szepnął struchlały Zeflik. — No. Na połowę się rozpuknie, a wtedy twój ojciec i wszyscy inni ha¬ wierze, co pod ziemią zostali, zmartwychwstaną i tą szparą, co się w ziemi zrobi, wyszkrobią się na wierch pięknie i zbyte. Karlik wyinterpretował to zapewne z Ewangelii św. Mateusza lub z Pierwszego Listu do Koryntian. Możliwe też, że swą wiedzę czer¬ pał z Pierwszego Listu do Tesaloniczan. Jakkolwiek bowiem najwięcej trąbi się w Apokalipsie, to o zmartwychwstaniu ciał, o owym „rozpuk- nięciu się ziemi” najwięcej informacji przekazują te właśnie teksty. Rozpuknięcie się ziemi nie wydaje się mieszkańcom Śląska czymś szczególnie dziwnym w Objawieniu. Mają z czym je porównać. Potrafią więc wyobrazić sobie, jak przez szparę wyszkrobują się zasypani ojco¬ wie, za nimi trzy robotniczki ubrane w nowe sukienki, potem koń i bez¬ grzeszna krowa spod huty „Laura”, a na końcu powstaje szyb „Zby¬ szek”, choć w raju go nie potrzeba. Tak po prostu będzie. I zbyte. Mieszkańcy Śląska oswoili się ze zjawiskami. Gdy układają się do snu, nie usypia ich cisza. Noc żyje, jakby była tylko nocą polarną, jakby wciąż trwał dzień. Za oknami, zawsze gdzieś blisko, słychać buczki spalinowozów lub gwizdy lokomotyw. Trzaskają składy wekslowanych pociągów. A jeśli nawet rozlegnie się nagle przej¬ mujące wycie podobne do głosu mosiężnej trąby anielskiej, to nie trzeba się tym zaraz przejmować. To tylko spuszczają parę w elektrowni. Jacek Okoń
		

/0081_0001.djvu

			orientacje w Telefon odpowiada na samotność W „Listach do redakcji” poruszany jest od pewnego czasu temat sa¬ motności. W pierwszym z listów (12/93) autorka określiła siebie jako „świecki konfesjonał”, do którego ludzie zwracają się — listownie czy przez telefon — ponieważ potrzebna jest im życzliwa obecność kogoś, kto wysłuchuje i rozumie, przed kim można się wypowiedzieć. Potrzebę tę zgłaszają przede wszystkim ludzie samotni lub będący w depresji. Autorka — „NN” — słusznie zauważa, że jest to posługa niełatwa. Lecz, na swój sposób, prywatny, jest ona jedną z tych, którzy odpowia¬ dają na zapotrzebowanie coraz liczniejsze w świecie. Jest jedną z tych, którzy słuchają, i którzy wołają o pomoc w tym słuchaniu, o na¬ świetlanie tematu. „NN” sama jest cierpiąca i w tej sytuacji posługa, którą świadczy, jest godna podziwu. Trudno nie dostrzegać tutaj związ¬ ku między osobistym doświadczeniem niemocy i cierpienia, i jego zrozumieniem w drugich. We wszystkich wielkich miastach świata, w książkach telefonicznych we wszystkich językach, w metro Paryża, Berlina, Londynu, Madrytu czy Nowego Jorku i gdzie indziej — spotyka się plakaty i naklejki ze słowami: Telefonseelsorge, Offerte Tür, SOS-Amitié, Telefono Amico, Telefortische Hulpdienst, La Main Tendue, The Samaritans, Notrufdienst, Er an, La Voz Amiga, wreszcie: Telefon Zaufania — a także jeszcze in¬ ne, w zależności od kraju i środowiska, czasem egzotyczne w ortografii i brzmieniu. Towarzyszy im dobrze widoczny numer telefonu. Nazwy te oznajmiają, że w chwili krytycznej — wtedy, kiedy trzeba pomówić z kimś z całym zaufaniem — możliwość taka istnieje, apel zostanie odebrany z uwagą, życzliwie i w całkowitej dyskrecji. Nazwa i numer telefonu są symbolem ludzkiej bezinteresownej obecności. Zaczęło się to w roku 1953 w Anglii. Chad Varah, duchowny angli¬ kański, zaniepokojony wzrastającą liczbą samobójstw w Londynie, daje do prasy ogłoszenie: „Zanim popełnisz samobójstwo, zadzwoń pod nu¬ mer...” Ten numer to telefon jego parafii. Zaczyna się odzywać od razu. Tak rodzi się pierwszy dyżur pomocy przez telefon, który przyjmie na¬ zwę The Samaritans. Potem ośrodki The Samaritans stworzą również in-
		

/0082_0001.djvu

			82 ORIENTACJE ne rodzaje dyżuru, typu „otwartych drzwi”, dostępnego przez całą dobę. W Londynie łatwo jest zauważyć tabliczki wskazujące, gdzie można je znaleźć. Mniej więcej w tym samym czasie rodzi się akcja zapobiegania sa¬ mobójstwom w Holandii, Szwecji, Belgii, Niemczech i Szwajcarii, i przybiera również m.in. formę dyżuru przy telefonie. Wkrótce też Szwajcaria (Genewa) zaczyna dostawać wezwania z Francji; tak więc w roku 1960 powstaje francuska SOS-Amitié. Inicjatorami i pierwszymi organizatorami są najczęściej Kościoły. Tak np. w przypadku The Sama- ritans w Anglii, a także w Danii, Szwecji, Norwegii; w Niemczech ak¬ cja rodzi się ze współpracy Kościołów ewangelickiego z katolickim. We Francji u początków SOS-Amitié zapisały się nazwiska z trzech różnych środowisk wyznaniowych: ks. Rodhain, znany ze swojej działalności charytatywnej i społecznej, pastor Boegner, którego nazwisko zapisało się w historii ekumenizmu, i wielki rabin Kapłan. Do pełnienia dyżurów zgłaszają się ludzie dobrej woli, najczęściej już zaprawieni w pracy społecznej. Godzą się przejść przez szkolenie; nie skończy się ono na wstępnej formaqi, będzie trwało przez cały czas posługi. Tylko w USA (w niektórych stanach) przyjęta zostanie zasada, że dyżurnymi będą ludzie o kwalifikacjach zawodowych — psychiatrzy, psycholodzy, socjolodzy. W formacji współdziałają owi specjaliści we wszystkich krajach; współpracuje z nimi grupa lekarzy, gotowa pomagać w razie potrzeby o każdej porze dnia i nocy. Formacja dotyczy przede wszystkim samego słuchającego, jego sposobu reagowania, jego równo¬ wagi psychicznej, obiektywizmu i zmysłu tolerancji; obejmuje również jego zdolność do zachowania dyskrecji i anonimowości. Wiele miejsca poświęca ona także samemu procesowi słuchania i różnym typom wez¬ wań, a zwłaszcza problemom najtrudniejszym, takim jak stany depresyj¬ ne, tendencje samobójcze, dramaty rodzinne, choroby nieuleczalne. Do tego dochodzą traumatyzmy wywołane przez nasilenia się wrogości po¬ między poszczególnymi grupami ludzkimi — i przez ich konsekwencje, sięgające nieraz bardzo daleko. Takie rany są obecnie zadawane maso¬ wo nie tylko przez wojny, ale także np. przez rasizm. Ośrodki subwencjonowane są, w zależności od kraju i miejscowości, przez władze lokalne, organizmy pomocy społecznej, Kościoły. Niektóre miasta dają lokal (potrzebne są przynajmniej dwa pomieszczenia) i mi¬ nimum wyposażenia. Trzeba też opłacić telefon — a są to czasem dwie lub trzy linie... Ta pomoc przez telefon to nie jest „poradnictwo”. Słuchanie nie ma charakteru dyrektywnego. Ma ono na celu przede wszystkim rozluźnienie stanu opresji i lęku; pomoc w jaśniejszym widzeniu sytuacji. Już samo jej sprecyzowanie w słowach jest krokiem do opanowania i do podjęcia
		

/0083_0001.djvu

			ORIENTACJE 83 własnej inicjatywy. Człowieka, który się wypowiada, przyjmuje się ta¬ kim, jaki jest. Słucha się go bez żadnych à priori. Nie sądzi się go ani nie wygłasza moralnych pouczeń. Pomaga się mu — bardzo dyskretnie — w odnalezieniu sensu tego, co przeżywa. Każdy tego rodzaju poste¬ runek telefoniczny jest zorientowany we wszystkich innych ośrodkach pomocy (przez telefon lub innego rodzaju) wyspecjalizowanych w okre¬ ślonych dziedzinach, na przykład: w sprawie narkotyków, chorób nowo¬ tworowych, problemów rodzinnych, prawnych itd. Może je wskazać lub też połączyć się z nimi bezpośrednio (tak np. gdy wzywający prosi 0 pomoc) — za pomocą drugiej linii, utrzymując przy tym kontakt z tym, który o tę pomoc prosi. Bo może się zdarzyć, że odezwie się w telefonie głos: „Popełniłem samobójstwo”. I wzywa pomocy, podaje swój adres (zostanie on objęty absolutną dyskreqą, tak jak cała rozmowa, tak samo jak i pomoc pogo¬ towia). Niekiedy jednak jest za późno. Chce tylko usłyszeć jeszcze głos drugiego człowieka (oto dlaczego słuchający musi się odznaczać wielką równowagą wewnętrzną i spokojem). Są i inne apele, oczywiście. Mniej ważne — bardziej ważne. Czasem milczące. Czasem prowokatorskie. Czasem agresywne albo patologiczne. Trzeba być przygotowanym na wszystko, nie gorszyć się niczym. ...Dzwoni dziecko. Ma 12 lat, jest samo w domu, nie boi się, skądże, tylko że smutno. — Inne dziecko chce napisać do św. Mikołaja. — Trzynastoletni chłopiec pyta, co zrobić z kolegą, który uciekł z domu 1 ukrywa się w lesie, trzeba mu nosić jedzenie; w domu był katowany przez ojca. — Dzwoni osoba stara i chora; zupełny brak kontaktów i przyjaciół. — Potem — umysłowo chory. — Maniak seksualny. — Emigrant w sytuacji bez wyjścia. — Bezrobotny. — Żartowniś, któremu trzeba spokojnie wytłumaczyć, żeby zwolnił linię. — Człowiek, który mówi: „Jestem wdowcem, zgwałciłem córkę, ona ma 12 lat, siedzi teraz i płacze, co robić”. — Osoby cierpiące na ataki lęku w nocy. (Nocne apele są zwykle najtragiczniejsze). — Chora na raka. — Matka, której powiedziano, że dla dziecka nie ma ratunku. — Wiele wezwań, które mówią o zawiedzionej miłości, o zdradzie, o utracie nadziei. — Dziew¬ czyna, lat 16, w ciąży. — Mężczyzna zszokowany rozwodem. — I inni: sprawy rodzinne, problemy „o których z nikim pomówić się nie da”: narkotyki, seks, ucieczka dziecka, niezrozumienie wśród bliskich. Roz¬ pacz, że się „nie jest, jak inni”. I wciąż na nowo: po co to wszystko, ja¬ ki w tym sens? Powoli, ale samodzielnie, tyle że w życzliwej obecności drugiego — uważnego, obecnego w pełnym sensie słowa — sens ten będzie się powoli odnajdywał. A przynajmniej wróci nadzieja, że się odnajdzie. Jak już wspomnieliśmy, telefony współpracują z innymi formami po¬
		

/0084_0001.djvu

			84 ORIENTACJE mocy ludziom w potrzebie. M.in. z takimi, gdzie możliwe jest spotkanie bezpośrednie, „w cztery oczy” — niektórzy wolą to od telefonu. Także z ośrodkami wyspecjalizowanymi w pomocy w konkretnych sytuacjach. Np. we Francji są to m.in. SOS Cancer (SOS choroby nowotworowe), SOS Femmes Battues (SOS dla maltretowanych kobiet), SOS Enfant (SOS dziecko — tam mogą dzwonić dzieci, gdy im potrzebna pomoc). Są ośrodki, które organizują spotkania, zajęcia, wspólne wycieczki (np. OREE) — inne pomagają rozwiązać problem samotnej niedzieli, bardzo aktualny w wielkich miastach (nazywa się to Bonjour dimanche). La Cordée (czyli — „lina”, taka jak w górach...) to ośrodek, gdzie przyjść może każdy, by pobyć, wypowiedzieć się w atmosferze zrozumienia i przyjaźni. Mali bracia ubogich (założeni w 1946 roku przez Armanda Marquiset) mają w Paryżu ośrodek zwany Frères du Ciel et de la Terre („Bracia Nieba i Ziemi...”), gdzie ludzie samotni znajdą nie tylko serde¬ czność, ale i konkretne rady na to, jak zapełnić samotność. Jest i stały dyżur dla spraw związanych z narkotykami (SOS Dro¬ gue) i inny, wspomagający tych, których dzieci lub bliscy zostali wciąg¬ nięci przez sekty, akcja pomocy więźniom i ich rodzinom — i bardzo wiele innych. Nie sposób wyliczyć wszystkie. Wspólny mianownik: po¬ móc ludzkiej samotności. Są jeszcze inne formy pomocy: nie każdy ma telefon, każdy może — jeśli chce — napisać list. O tym, jak bardzo żywa jest ta potrzeba napisania do kogoś, mając pewność, że list zostanie przeczytany, mogą powiedzieć wszystkie redakcje świata. Pisanie listu to inny rodzaj roz¬ mowy niż ta przez telefon. Ma się więcej czasu i do pisania, i do czy¬ tania, i na odpowiedź. Są organizmy, które tę życzliwą odpowiedź za¬ pewniają (SOS Courrier, Epistola). Wróćmy jednak do telefonu pomocy. Rozwój ich był bardzo szybki, zadecydowała potrzeba. Przedstawmy dla przykładu teren Paryża i oko¬ lic (region Ile de France). Pierwszy telefon SOS-Amitié powstaje w Pa¬ ryżu w 1960 roku — dysponuje dwoma liniami i małą grupką dyżur¬ nych. Odbiera 7 500 wezwań. W następnym roku są już trzy linie, podwójna ilość dyżurnych, 17 500 wezwań. W roku 1963 jest sześćdzie¬ sięciu dyżurnych, 40 000 wezwań. W 1985 roku dyżurnych jest osiem¬ dziesięciu, wezwań ponad 80 000. Na tym rozwój się nie kończy... Po¬ wstają ośrodki w innych departamentach; od roku 1965 SOS-Amitié jest uznana ofiqalnie jako „stowarzyszenie użyteczności publicznej”. Obecnie tego rodzaju telefony istnieją na wszystkich kontynentach. Także w Azji (np. w Chinach), także w Afryce, w Ameryce Południo¬ wej. Wszystkie są zgrupowane w federacji światowej zwanej IFOTES (International Fédération of Téléphonie Emergency Services, siedziba w Genewie). IFOTES odbywa doroczne kongresy w coraz to innym kra¬
		

/0085_0001.djvu

			ORIENTACJE 85 ju, jeden z nich odbył się w Polsce. W tym roku miejscem obrad była Jerozolima (10-15 lipca), a hasłem była „POMOC I NADZIEJA”. Czte¬ ry dni obrad zorganizowane zostały wokół czterech tematów: 1. poczu¬ cie bezsilności (beznadziejności) — jego źródła, przejawy; 2. stan rozpa¬ czy i depresji, tendencje samobójcze; utrata bliskich, żałoba; zakłócenia psychiczne; 3. pomoc: jej zasięg, postępowanie wspomagające; to, co „pomaga w pomaganiu”..., a także temat wręcz odkrywczy: o wzajemnej pomocy, jaką sobie świadczą słuchający i wysłuchiwany...; 4. nadzieja: dzień poświęcony poszukiwaniu sensu i procesowi wychodzenia z opre¬ sji. Te cztery dni były wypełnione po brzegi konferencjami, pracą w grupach, różnego rodzaju wymianą, pracowniami. Wśród tematów konferencji i komunikatów uderzała obecność dramatów aktualnych — tak np. delegatka z Chorwacji mówiła o skutkach psychologicznych działań wojennych i o pomocy w tych właśnie warunkach. Wkład Polski był duży, widać to w programie: cztery interwencje, z tego dwie doty¬ czące alkoholizmu, dwie następne — bezsilności i brakowi pomocy (pierwotny tytuł Kongresu był Helplessness & Help). Oczywiście, było też zwiedzanie Jerozolimy... Fakt, że Kongres odbył się w Jerozolimie i że jego tematem była •pomoc i nadzieja — ma dla nas szczególną wymowę. Jako że miejsce jest związane z jedyną na świecie przygodą pomocy i nadziei. Lecz tutaj wypada dodać, że chociaż inicjatywy wyszły od Kościo¬ łów, że niektóre z „telefonów pomocy” mają wyraźny charakter wyzna¬ niowy — np. w Niemczech; u nas w Polsce też jest Telefon Zaufania oraz Katolicki Telefon Zaufania — telefony są otwarte dla wszystkich. Za wyjątkiem tych, które się wyraźnie deklarują jako „duszpasterstwo” — lub wręcz jako propozycja wspólnej modlitwy (SOS Écoute-Prière we Francji), inne są całkiem wolne od tego charakteru. Wyznanie (lub brak) słuchającego stanowi część jego anonimatu. Tak samo jak jego stan rodzinny. Zdarza się, że ludzie, którzy dzwonią do SOS-Amitié, nie poszliby nigdy ze swoimi sprawami do księdza czy zakonnicy; czasem nawet mieli już przykre doświadczenia, zbyci „brakiem czasu”; kiedy indziej jest to świat całkowicie im nieznany. Zdarza się, że wzywający stawia ostrożne pytanie: „wasz telefon jest obsługiwany przez zakonnice, przez księży?” W takim pytaniu może się zawierać skojarzenie „pomo¬ cy” z „przekonaniami religijnymi” — co nie jest błędem — ale może to też być sprawdzenie terenu z obawy, że usłyszy się kazanie, morały, po¬ tępienie. Czasem zdarzy się inne pytanie: „Czy Pan(i) wierzy?” Słucha¬ jący we Francji odpowie na to z reguły: „Czy dla Pana(i) ma to znacze¬ nie, czy jestem wierzący (a) lub nie? Dlaczego?” Może też do tego dojść wyjaśnienie, że anonimat, który obowiązuje słuchającego jest całkowity i dotyczy także wyznania. Jak i stosunków rodzinnych: tu sytuacja jest
		

/0086_0001.djvu

			86 ORIENTACJE podobna. Dzwoni dziewczyna będąca w trudnej sytuacji. I naraz stawia pytanie słuchającej: „Czy Pani ma córkę?” — Uwaga, to jest pytanie o wielkim znaczeniu. „Dlaczego?” — „bo jeśli ma Pani córkę, to mnie Pani nie zrozumie, Pani zareaguje tak jak moja matka”. Przykład na po¬ trzebę obecności obiektywnej, wolnej od wszelkich „pasji” — nawet macierzyńskiej... Inny przypadek: w jednym z mniejszych miast zorgani¬ zowano ośrodek typu „otwarte drzwi”, o charakterze wyraźnie chrześci¬ jańskim. Nazwę wybrano niezbyt szczęśliwie: Effatha (czyli „otwórz się” — z Ewangelii Mk 7,34). Słowo trudne, obce, nic nie mówi. Ktoś pyta o okazję do takiego kontaktu, podaje mu się nazwę, i następuje za¬ skoczenie: ...co to znaczy?... a po wyjaśnieniu: „...oj, to pewnie będą księża albo siostry, bałabym się, nie, dziękuję”. Lecz nierzadko zapo¬ trzebowanie jest sprecyzowane inaczej: zgłaszana jest właśnie potrzeba rozmowy z kapłanem — ale „nasi są tak bardzo zajęci...” Potrzeba wypowiedzenia się, potrzeba tego, żeby drugi wysłuchał — znak naszych czasów? Z całą pewnością. Nasz nasłuch wewnętrzny za¬ czyna tępieć, dużo jest tego powodów. Zostaje jeszcze jedno pytanie na koniec: ...a gdy nie ma ani telefonu, ani okazji, by dowlec się do „otwartych drzwi”...? O każdej porze dnia i nocy ktoś woła o pomoc. A—Z Dla Boga i dla świata Instytut Świecki ,^Jezus—Caritas” ojca Karola de Foucauld Bardzo wiele ostatnio pisze się o różnych wspólnotach chrześcijań¬ skich powstałych niedawno, gromadzących osoby pragnące życia konse¬ krowanego, oddanego całkowicie Bogu, równocześnie nie czujących po¬ wołania do życia ściśle zakonnego. Możliwości takie stwarzają Instytuty Świeckie, które realizują rady ewangeliczne w świecie, radykalnie i bezkompromisowo. Jednym z nich jest IS „Jezus-Caritas”, ojca Karola de Foucauld. Wśród wielkiego ru¬ chu religijnego XX wieku, który obrał go sobie za patrona i uważa za założyciela, jest Instytut „Jezus-Caritas”, zaaprobowany przez Kongrega¬ cję Rzymską. Gromadzi osoby konsekrowane, pragnące życia radami
		

/0087_0001.djvu

			ORIENTACJE 87 ewangelicznymi w duchowości brata Karola — a więc duchowości kon¬ templacyjnej, realizowanej w sercu świata. IS „Jezus-Caritas” żyje w serdecznej przyjaźni z małymi siostrami i małymi braćmi Jezusa, za¬ konami o tej samej duchowości. Mamy to samo godło: nieforemne w kształcie serce i nad nim krzyżyk, takie właśnie jakie sobie wymalo¬ wał brat Karol w swej pustelni i na habicie. Dewizą całej wielkiej ro¬ dziny jest: ,Jezus-Caritas”. Formuły ślubów, czy konsekracji, zaczynają się we wszystkich grupach, mających za patrona brata Karola, od słów: „Dla Jezusa i Ewangelii”, i kończą tą samą prośbą: „By miłość Boża zapanowała wśród ludzi, naszych braci, pomimo różnic ras, narodowości i temperamentów”. Założyciel małych braci Jezusa, ojciec René Voillaume, jest konsul¬ tantem IS „Jezus Caritas”, obecnym na kapitułach, gdyż ma on chary¬ zmat założyciela i interpretaqi duchowości brata Karola. IS „Jezus-Caritas” liczy kilkaset kobiet w różnym wieku i na róż¬ nych kontynentach. Większość mieszka w Europie, ale liczne są też fra- temie w Ameryce �?acińskiej; natomiast pojedyncze w Kanadzie, USA, Afryce, Azji i Australii. W Polsce są cztery fratemie: w Krakowie, War¬ szawie, Poznaniu i �?odzi. Fraternia jest podstawową komórką instytutu, liczy około siedmiu osób. Do obowiązków członków należą: comiesięczne spotkania podczas weekendu, coroczne ośmiodniowe wspólne rekolekcje, codzienne uczest¬ niczenie we mszy św. i modlitwa liturgiczna Kościoła, a także co¬ dzienna adoracja przy pełnym wymiarze pracy zawodowej, i przede wszystkim świadczenie życiem, jak to ujęły dokumenty Provida Ma¬ ter (1947) i Primo feliciter (1948), „bycie na świecie, dla świata, ale nie ze świata”. Zewnętrznie niczym się nie wyróżniamy, ale pragniemy wszędzie, gdzie się znajdujemy, świadczyć o transcendentnym wymiarze życia, o prymacie spraw duchowych. Jan Paweł II powiedział na Kongresie Odpowiedzialnych Instytutów Świeckich: Jesteście ludźmi podwójnie świeckimi, bo z wyboru, i materią waszej konsekracji jest życie świec¬ kie”. I dalej ciągnął: „Kościół może zawsze na was liczyć” (1984). To zobowiązuje. Tkwienie w świecie jest naszą drogą, ono jest sposobem realizacji wezwania „Pójdź za Mną!”, ono staje się miejscem naszej konsekracji. Wyrazem tej konsekracji jest życie w czystości konsekrowanej, ubóstwie według swego stanu i posłuszeństwo statutom, które nakładają wyżej wymienione zobowiązania. Podstawowym i różnicującym elementem „Jezus-Caritas” jest obowiązek dzielenia się swym życiem w bardzo prostej i uczciwej rewizji życia, przeprowadzanej na comiesięcznym spotkaniu po godzinnej adoracji. Chodzi o to, by w świetle Bożym
		

/0088_0001.djvu

			88 ORIENTACJE i z pomocą Ducha Świętego podzielić się ze swą fraternią wszystkim, co nas w ostatnim okresie do Boga zbliżyło i co oddaliło. Wymaga to pokory i miłości. Jesteśmy instytutem kontemplacyjnym, nie prowadzimy życia wspól¬ nego, choć tworzymy silnie związaną grupę. Każda fraternia jest miej¬ scem formacji, na jej czele stoi odpowiedzialna — wybierana na trzy lata, odpowiedzialna regionu ma kadencję czteroletnią, a generalna sze¬ ścioletnią. Dwa pierwsze lata we wspólnocie to okres pierwszej formacji, potem składa się śluby czasowe, do ślubów wieczystych przystępuje się po dziewięciu latach. W IS „Jezus-Caritas” nie opuszcza się rodziny ani nie zmienia miejsca pracy. Cechą predestynującą do instytutu jest spoj¬ rzenie kontemplacyjne na życie, wtopienie się w życie świeckie, naśla¬ dowanie Jezusa w zwyczajności Nazaretu, tak drogie Karolowi de Fou¬ cauld. Właśnie w „sercu świata”, w pracy zawodowej, mamy się czuć na swoim miejscu. Nie mamy specjalnych dzieł ani obowiązku pracy apostolskiej wyni¬ kającego z naszego statutu, ale wiele z nas pracuje w ruchach w Ko¬ ściele, Odnowie w Duchu Świętym, Kołach Synodalnych, Pro mundo meliore itp. Pracę zawodową, czasochłonną i męczącą, nieraz na poważnych sta¬ nowiskach, traktujemy jako czas ściśle poświęcony Bogu. Konsekrację rozumiemy jako relację do Boga i do ludzi, przeżywaną dzień po dniu, w miejscu gdzie nas Bóg postawił. Pomagamy sobie w przyjmowaniu radośnie każdego dnia, traktując to jako wyraz przyjęcia woli Bożej i pójścia za Chrystusem, naszym Panem i Bratem, jak mówił brat Karol. Rewizja życia pozwala nam stać w prawdzie przed Bogiem i ludźmi, naszymi siostrami. Ułatwia również modlitwę, bo kiedy nie wiemy, jak się modlić i trudno nam po pracy zdobyć się na zanurzenie w Bogu, wystarczy przypomnieć sobie trudności naszych współsióstr i modlić się w ich intencjach, dobrze nam znanych, a jest to na pewno miła Bogu modlitwa wstawiennicza. Nasz statut nakazuje nam „dzień pustyni”, w miarę możności raz w miesiącu spędzenie dnia na odludziu, z zamiarem zupełnego oderwa¬ nia się od codzienności i wejrzenia w swe wnętrze przy intymnej roz¬ mowie z Bogiem. Może to być choćby pół dnia, ale chodzi o koniecz¬ ność przystanięcia i wyciszenia się. Fraternie rządzone są wspólnotowo i choć ostatni głos w sprawach spornych należy do odpowiedzialnej, bo ona ma charyzmat Kościoła, to zwyczajowo ustala się wszystko wspólnie. Doroczne rekolekcje, na któ¬ rych spotyka się cały region, można również odbyć zagranicą, w którejś z fraterni, choć to kosztowne przedsięwzięcie.
		

/0089_0001.djvu

			ORIENTACJE 89 Posłuszeństwo we fraterni jest dążeniem do przyswojenia duchowo¬ ści brata Karola, jest postawą kogoś, kto chce dać się pouczyć i słucha cudzych opinii, do czego stwarza okazję każda rewizja życia. Składanie co miesiąc rachunków, a raczej sprawozdań z wydatków jest jednym z punktów akcentujących zależność i dyspozycyjność. Jak dalece konsekracja świecka obejmuje całe życie, wie tylko ktoś, kto tym żyje. Podobnie jak wielką radością jest należenie wyłącznie do Chrystusa, w wielkiej międzynarodowej rodzinie brata Karola. Na ze¬ wnątrz członek „Jezus-Caritas” nie różni się niczym od otoczenia, zale¬ ca się w miarę elegancki wygląd, ma dbać o porządek, starać się utrzy¬ mywać kontakty towarzyskie i jako człowiek samotny dzielić się nie tylko sercem, ale stołem i domem z innymi. Otwarte drzwi i otwarte serca. Jeżeli szukasz sensu życia, dokucza ci zabieganie i kołowrotek zajęć, a jednocześnie pragniesz głęboko oddać to wszystko Bogu, „aby cię na¬ karmił”, pomyśl zabiegana dziewczyno, czy nie wzywa cię Bóg do podjęcia drogi instytutu świeckiego? Problemy i trudności nie znikną, a jednak będą przekształcone w świetle Bożym. Ten świat stanie się miejscem spotkania z Bogiem i przez to od wewnątrz będzie przemie¬ niany. Fraternia jest pomocą, inspiruje, wymaga i zachęca, by miłość Chry¬ stusa i konsekracja nie usypiały sumienia, lecz stanowiły wezwanie do pokornej służby i wiernej modlitwy. Duchowość brata Karola jest duchowością eucharystyczną. W na¬ szych domach na całym świecie mamy pozwolenia wystawiania Naj¬ świętszego Sakramentu do adoracji. Kiedy uderzą w człowieka niespodziewane gromy, wspólnota jest miejscem pomocnym, modli się i współczuje, niesie wzajemnie swe cię¬ żary. Jak napisał Jean Vanier — a można to odnieść do każdej wspól¬ noty — jest ona miejscem przebaczania i świętowania. Teresa M. Micewicz Kontakty telefoniczne z Instytutem Świeckim ,Jezus-Caritas”: Kraków * Nina c 21 09 30 Warszawa * Renia c 24 17 71 Poznań * Tenia c 22 48 26 �?odź * Zosia c (42) 57 06 25
		

/0090_0001.djvu

			90 ORIENTACJE Maryja jakiej nie znamy — czyli powrót do źródeł Matka Odkupiciela ks. Józefa Kudasiewicza stanowi przełom w pol¬ skim piśmiennictwie poświęconym Matce Bożej. Zapełniając puste dotąd miejsce w naszej rodzimej literaturze teologicznej, tworzy ona zupełnie nową perspektywę dla kultu Maryjnego w Polsce. Książka ta to nie opasła rozprawa teologiczna tylko dla wtajemniczonych, przeciwnie, po¬ winna znaleźć się w każdej rodzinie katolickiej w Polsce. Nie jest to ani sążnisty, teologiczny elaborat, ani też jeszcze jedno gładkie (i niestety płytkie) pisanie o Matce Bożej. Ks. Kudasiewicz darzy pełnym szacunkiem kult Polaków do Maryi, nie przesłania mu on jednak jego wypaczeń. Rodzą się one, zdaniem au¬ tora, z dwóch grzechów głównych polskiej Maryjności: oderwania jej od Biblii i nauki Kościoła i rozdźwięku między manifestowaną pobożnością Maryjną a codziennym życiem katolików w Polsce. Zdaniem ks. Kuda¬ siewicza, drogą do uzdrowienia polskiej Maryjności jest powrót do źródeł, czyli do Słowa Bożego. Autor sięga do skarbca piśmiennictwa kościelnego, do tego, co Ko¬ ściół średniowieczny określał jako lectio divina, czyli do medytacji bib¬ lijnej. Zaprasza nas do wnikliwej i połączonej z modlitwą lektury frag¬ mentów Biblii poświęconych Maryi. Jego komentarz to nie pobożne wodolejstwo o Matce Bożej, bazujące na kilku mocno wysłużonych cy¬ tatach i asocjacjach. Jest to solidna egzegeza, często uzupełniona do¬ kładną analizą greckiego oryginału, a wszystko po to, by pomóc odkryć nam prawdziwy obraz Maryi i Jej miejsce w Kościele. Równocześnie tekst książki nigdy nie staje się suchą rozprawą z biblistyki i jest za¬ wsze przystępny nawet dla nie obeznanego z teologią czytelnika. W tym leży siła pracy prof. Kudasiewicza. Odkrywa on nam Maryję, jakiej nie znamy. Odsłania głębię wszystkich tych miejsc w Biblii, nad którymi przechodzimy obojętnie — tak nam się osłuchały i oczytały, tak są dla nas oczywiste. Oto jak ks. Kudasiewicz komentuje dobrze nam znane wersy z Ewangelii św. �?ukasza: „Pierwszym darem Boga, jaki otrzymała Matka Jezusa, jest łaska: «Pełna łaski» (�?k 1,28); «...znalazłaś łaskę u Pana» (�?k 1,30). Jak należy rozumieć ten pierwszy dar Pana? Polskie wyrażenie «pełna łaski» jest niezbyt precyzyjnym tłumaczeniem imiesłowu greckiego — kecharitomene, gdyż sugeruje czysto wewnętrz¬ ne i subiektywne rozumienie łaski: «pełna łaski», «wypełniona łaską». Tłumaczenie to nie oddaje wiernie greckiego imiesłowu — kecharitome¬ ne. Grecki imiesłów pochodzi od czasownika charitó, który tylko cztery
		

/0091_0001.djvu

			ORIENTACJE 91 razy występuje w całej Biblii (Syr 9,8; 18,17; �?k 1,18; Ef 1,6) i ozna¬ cza przemieniać kogoś przez łaskę, czyniąc go przez to miłym i przyje¬ mnym, pełnym wdzięku, świętym. Tym, który dokonuje tej przemiany, jest sam Bóg; czyni to z miłości. �?aska więc oznacza tu miłość i życz¬ liwość Boga wobec Maryi...” (s. 33) W książce ks. Kudasiewicza Matka Boża zostaje ukazana w perspe¬ ktywie trynitarnej, w swej relacji do Ojca, Syna i Ducha Świętego. Fi¬ larami rozważań są trzy biblijne wersy: „Pan z Tobą” (�?k 1,28), „...i była tam Matka Jezusa” (J 2,1), „Duch Święty zstąpi na Ciebie” (�?k 1,35). Wychodząc od nich, wędrujemy razem z ks. Kudasiewiczem przez cały Nowy Testament śladami Maryi. Autor przybliża nam przy okazji cały świat wartości i pojęć biblijnych, pokazuje między innymi, co w rozumieniu autorów natchnionych oznacza bycie uczniem, bycie powołanym, jaka jest biblijna koncepcja czci Boga i modlitwy czy bib¬ lijny obraz Kościoła. Ale nie tylko Biblia jest tłem rozważań Autora. Są nim także pisma Ojców Kościoła, liturgia, Magisterium Kościoła, a zwłaszcza adhortacja Pawła VI Marialis cultus, dokumenty Soboru Watykańskiego II i encyklika Jana Pawła II Redemptoris Mater. Są od¬ wołania do filozofii, literatury i sztuki. Swoje rozważania ks. Kudasie- wicz kończy często fragmentem poezji. Pojawiają się między innymi wiersze Brandstaettera, ks. Twardowskiego, Wierzyńskiego, Wyspiań¬ skiego i Woroszylskiego. Jest poezja Psalmów. Dla wielu polskich katolików, zarówno duchownych jak i świeckich, ta książka może być zbawiennych otrzeźwieniem. Komentując perykopę Janową o weselu w Kanie Galilejskiej, ks. Kudasiewicz pisze: „Słowa Maryi «...uczyńcie wszystko» (J 2,5) świadczą wyraźnie, że Ona, podo¬ bnie jak i Syn domaga się i strzeże ewangelicznego radykalizmu. Wyni¬ ka z tego w sposób oczywisty, że nabożeństwo do Matki Jezusa nie jest jakąś łatwiejszą drogą do Królestwa niebieskiego; nie jest boczną furtką, którą wpuszcza ona swoich czcicieli, na których zagniewany jest Ojciec. Przeciwstawienie surowości Ojca i Syna dobroci i miłosierdziu Matki jest niezgodne z Objawieniem i prymitywne teologicznie. Czynią to nie¬ które pieśni Maryjne: «Racz nam przebłagać Twojego Syna, gdy Ci śpiewamy: Salve Regina. Rozbrój gniew Syna, Opiekunko wierna». Syn, objawienie miłosierdzia i dobroci Ojca jest nie mniej miłosierny od swojej Matki. To Jego właśnie nazwano przyjacielem grzeszników i cel¬ ników; On wzruszał się nad ludzką nędzą i biedą... Maryja, podobnie jak Jezus, domaga się zachowania całej Ewangelii, wszystkiego, co Je¬ zus powiedział. Droga Maryjna jest wąską i stromą drogą ewangeliczną. Pobożność Maryjna bez życia Ewangelią jest Jej obrazą, a nie chwałą. Do takich czcicieli kieruje Ona Jezusowe «biada»: «Biada wam, bo urzą¬ dzacie pielgrzymki, peregrynacje i koronacje, lecz pomijacie to, co waż¬
		

/0092_0001.djvu

			92 ORIENTACJE niejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę»” (s. 150). To nie jedyna, gorzka, ale jakże prawdziwa i potrzebna nam refleksja pomieszczona na łamach tej książki. Głębia, ale i prostota, bolesna czasami prawda o polskiej Maryjności, ale i sposoby jej uzdrowienia. Te cechy sprawiają, że Matka Odkupicie¬ la powinna stać się lekturą obowiązkową dla Kościoła w Polsce. Jak na¬ pisał we wstępie ks. Kudasiewicz: „masowe duszpasterstwo i wystawny kult mają być może wielkie znaczenie społeczno-polityczne, ale małe moce formacyjne”. Pobożność Maryjna w swej dotychczasowej formie pomogła na pewno utrzymać katolicką tożsamość narodu na przestrzeni ostatnich czterdziestu lat. Dzisiaj jednak widać coraz wyraźniej pilną po¬ trzebę zmian i oczyszczenia kultu Maryjnego w jego obecnej postaci. Matka Odkupiciela, jeśli tylko zostanie przyjęta z należytą uwagą, może w znaczący sposób dopomóc w tej przemianie. Andrzej Klonowicz Ks. J. Kudasiewicz, Matka Odkupiciela, Wydawnictwo .Jedność”, Kielce 1991, s. 298. Doświadczyć innego świata O poezji S0rena Ulrika Thomsena Jesienią 1991 roku ukazał się w Danii czwarty zbiorek poezji S0rena Ulrika Thomsena pt. Nawrócony. Krytycy literaccy uznali tomik za arcydzieło. Posypały się nagrody i zaproszenia na spotkania z czytelni¬ kami. Poetę obwołano klasykiem generacji w pół drogi, generacji, która skończyła trzydziestkę. Dziesięć lat wcześniej, w 1981 roku, artyści tej generacji zerwali ze sztuką zaangażowaną w politykę i spory ideologiczne, wyzwolili się spod wpływu lewicujących środowisk akademickich i przestali pisać wiersze o równouprawnieniu, bezrobociu, życiu w domkach z ogród¬ kiem i lepszej przyszłości. Tematem stało się miasto, ciało, wrażenia zmysłowe, świat wewnętrznych przeżyć człowieka. Z wieców i sal wy¬ kładowych sztuka przeniosła się do kawiarni. Spotykano się przy ma¬ łych, kawiarnianych stolikach, wśród wiszących na ścianach luster i pla¬
		

/0093_0001.djvu

			ORIENTACJE 93 katów, przy zapalonych świeczkach, nocami. W pierwszym i zarazem ostatnim wspólnym manifeście artystycznym poeci napisali: Budzi się sztuka. Nie moda, nie styl, nie trend. Nie czas przeliczany tykaniem zegarów. Nie szminka na twarzy. Nie najnowsze wiadomości i nauka wspólnej tożsamości. Nie Miss Moda i Mr Dziennik. Coś w środku, serce na przykład. Ciało. Myśli. Coś, co staje się i poszerza świadomość. Boczne drogi prowadzą do słów większych niż hałas. Dziesięć lat później, w 1991 roku, okres sztuki mówiącej szeptem, wernisaży w piwnicach, dyskusji w kawiarniach i intymnej atmosfery był już przeszłością. Sztukę lat dziewięćdziesiątych zaczęły cechować rozmach i monumentalizm. Artyści zabrali się do inscenizowania zbioro¬ wych przeżyć. Miasto z jego placami i ulicami zamieniono w scenę wielkich widowisk. Sztuka stała się plebejska. Symbolem nowych cza¬ sów był kopenhaski koncert Pavarottiego, kiedy to tysiące Duńczyków siedziało na swoich rozkładanych krzesełkach, piło piwo, zajadało kur¬ czaki z rożna i lizało lody, a on śpiewał dla nich z ekranu ustawionego na centralnym placu miasta. Rozpoczął się okres festynów, parad i tłu¬ mów na ulicach. Wykłady o sztuce zaczęły się odbywać w potężnych salach Glyptoteki zamiast w Café Victor. Poeci z bocznych ulic przyjęli królewskie zaproszenie na bal. S0ren Ulrik Thomsen, autor Nawróconego, ukończył wtedy 35 lat. Urodził się na Zelandii w 1956 roku. Studiował literaturoznawstwo na Uniwersytecie w Kopenhadze. Debiutował kilkoma wierszami w czaso¬ piśmie „Hvedekorn”. W 1981 roku wydał Slang Wielkiego Miasta, pier¬ wszy tomik wierszy. Muzykę do kilku utworów z tego zbiorku skompo¬ nował Lars Hug, ówczesny idol młodych. Wiersze zdobyły sobie publiczność. W rok później ukazał się tomik Samotni spod księżyca. Thomsen nawiązał współpracę z artystycznym czasopismem „Den Blâ Port”, pisał eseje i artykuły, tłumaczył. W 1985 roku wydał Moje świat¬ ło płonie, w dwa lata później zbiorek Nowe Wiersze. W 1991 roku, po czterech latach milczenia, ukazał się Nawrócony. Poezja Thomsena jest sztuką zatrzymywania. Świat przedstawiony w wierszach jest światem konkretnym: określonego miejsca i określone¬ go czasu. Pozornie nie ma dystansu pomiędzy światem przedstawionym a czytelnikiem: słychać jak gotuje się woda, jak dzwoni telefon, krople deszczu spływają po szybie, można liczyć ciemne żyłki na przegubie rę¬
		

/0094_0001.djvu

			94 ORIENTACJE ki śpiącej kobiety i siwe włosy stojącego przed szybą mężczyzny. Jed¬ nak świat ten jest poza zasięgiem czytelnika. Jest jak obraz, który nie wychodzi z ram, ani nie wciąga widza w swoją perspektywę. Tylko i je¬ dynie jest. Można go dotknąć, kontemplować, zapamiętać, ale nie można nic w nim zmienić. Jest częścią świata. Konkretność i dookreślenie to ważne cechy tej poezji. Thomsen nie pisze o abstrakcjach, ideach, nie rozmyśla nad istotą człowieczeństwa. Pisze o człowieku. O istnieniu konkretnym, przeżywanym w konkretnym czasie i miejscu, wśród kon¬ kretnych przedmiotów i o wszystkich tego faktu konsekwencjach. Podmiot liryczny jest człowiekiem, który, stojąc wobec odwiecznych pytań o sens życia i śmierci, poddaje w wątpliwość wszystkie odpowie¬ dzi, które głosi otaczająca go kultura. Nie potrafi zaakceptować takiego kształtu życia, jaki go otacza. Próbuje sformułować własne odpowiedzi, ale zanim to będzie możliwe musi poznać i spróbować zrozumieć siebie i świat. Musi zdefiniować punkt, w którym znajduje się, wyruszając w swoją podróż w poszukiwaniu utraconego sensu. Ten punkt wyznaczy kultura, w której wyrósł, jej normy i zwyczaje, których się nauczył je¬ szcze jako dziecko. Jest Duńczykiem, granice języka duńskiego wyzna¬ czają granice jego świata, mieszka w Kopenhadze lat osiemdziesiątych. Przestrzenią, w której się porusza jest miasto. Miasto jest jednocześ¬ nie zaprzeczeniem przestrzeni — jej brakiem. Jest zagęszczoną materią, która powiela własne wzory: mury, ściany, bramy, schody, drzwi, okna, ulice, latarnie, kominy, mosty. W mieście każda przestrzeń jest tylko międzyprzestrzenią, ograniczoną wysokimi ścianami budynków. Nie wi¬ dać linii horyzontu. Miasto pożera przestrzeń i człowieka. Jest zbyt duże, by być zrozu¬ miałe, swojskie, logiczne, możliwe do ujęcia w jasnej definicji. Powoli miasto zastępuje świat. Niby wiadomo, że jest tylko punktem na mapie, ale przecież — zapomina się — jest to tylko fragment świata, a nie ob¬ raz całości. O stopniowym zamykaniu się człowieka z miasta w mieście pi¬ sze poeta w wierszach o podróżach, które zawsze odbywają się wzdłuż ko¬ lejowych torów, pociągiem, bez możliwości zmiany trasy: z miasta do miasta. Jednocześnie pomnożone przez miasto odległości sprawiają, że czło¬ wiek wzbogaca swoje ciało o przedmioty, gdy chce rozmawiać sięga po słuchawkę, gdy chce zejść na dół, wsiada do windy i naciska przycisk, gdy chce odejść, wsiada w samochód lub w pociąg. Materia jest pod kontrolą człowieka — wszystko zawsze można wymienić, wszystko można wyjaśnić, objaśnić, zrozumieć. Człowiek nie może opanować sa¬ mego siebie: nie może uniknąć choroby, starości i śmierci. Jednak usta¬ wiczna zamiana kolejnych niemożliwości w przedmioty, które mogą, sprawia, że człowiek traci wyczucie granic i różnic. W życiu społecz¬
		

/0095_0001.djvu

			ORIENTACJE 95 nym pojawia się efekt przeniesienia wartości. Życie codzienne, wpisane w przestrzeń kilku ulic, czas kilku godzin i spotykanie tych samych twarzy, przegrało konfrontację ze światem mediów, z obrazem życia bez ograniczeń i niemożliwości. Ludzie stworzyli fikcję, która zaczęła two¬ rzyć ludzi. Pojawiło się nowe kryterium wartości: interesujące — nudne. Interesujący był świat z ekranu: zawsze coś się tam działo, za każdym razem coś innego, zawsze dużo i zawsze szybko. Powstał świat nie ist¬ niejący bez publiczności, świat o wartości zawsze względnej, wyznaczo¬ nej przez opinie, sądy i gusta widzów. Wszystko to zostało bardzo szybko wchłonięte przez rzeczywistość. Ludzie zaczęli się nudzić. Życie rzeczywiste przestano postrzegać jako życie prawdziwe. Zamieniono je w czas osiągania punktu bogactwa albo punktu szaleństwa, od którego zgodnie z filmem prawdziwe życie się zaczyna. Bohater thomsenowskich wierszy buntuje się przeciwko ode¬ braniu jego życiu wartości, którą przypisuje się jakiejś określonej formie życia — spędzania czasu. Mieszkańcy miasta poruszają się w jego prze¬ strzeni jak w labiryncie: zawsze w poziomie. W lewo, w prawo, do ty¬ łu, do przodu, zawsze do przodu, bo przecież w labiryncie każdy kieru¬ nek, który prowadzi do wyjścia, jest kierunkiem do przodu. Ten schemat przenoszą we własne życie. Ich ruch to ruch do przodu, prze¬ branie w lepsze stroje, przesiadka na lepszy samochód, przeprowadzka do lepszej dzielnicy. Tożsamość zostaje wymieniona na wygląd — jest się tym, na kogo się wygląda. Człowiek z wierszy nie akceptuje podzia¬ łu świata na dwie części: na to, co się nadaje i na to, co się nie nadaje. Szukając pełni, przekracza granice wyznaczone formą. W jednym z wy¬ wiadów Thomsen powiedział: „Myślę, że nie jest ważne, kim się jest, i co się robi, ważne jest, jak się jest tym, kim się jest, i jak się robi, to co się robi. Piszę wiersze dlatego, że nie umiem leczyć ludzi ani kon¬ struować silników. To, co robię, robię dlatego, że umiem to robić. Dzi¬ siaj moje wiersze się podobają, cieszę się, ale przecież już jutro ludzie mogą zmienić zdanie. Wszystko będzie jednak w porządku tak długo, jak długo ja będę robił to, co robię, najlepiej jak potrafię”. Kultura wpisana jest nie tylko w przestrzeń, ale również w czas lu¬ dzkiego życia. Czas, o którym Europejczycy mówią: „stracony”, „zyska¬ ny”, „zdobyty”, „zaoszczędzony”, jak gdyby czas był kapitałem, którym mogą obracać do bankructwa lub śmierci. Stosunek do czasu w społe¬ czeństwie opisanym przez Thomsena determinuje lęk przed śmiercią. Podobnie jak chorobę, starość i śmierć konsekwentnie usuwa się z prze¬ strzeni (są szpitale, domy starców i wysypiska śmieci), tak samo usuwa się je z czasu. Czas zostaje ograniczony do jednego wymiaru: teraźniej¬ szości. Do teraz i do dzisiaj. Duńczycy wyzwolili się z przeszłości, z tradycji, z historii, z wiecz¬
		

/0096_0001.djvu

			96 ORIENTACJE ności. Odrzucili przeszłość, bo daje ona świadectwo przemijaniu i koń¬ cu, przypomina o śmierci. Odrzucili również przyszłość, bo jest ona ju¬ trem; w którym trzeba będzie odejść. To, co niewytłumaczalne i nie¬ odwracalne zepchnięto w mrok. Thomsen określa ten stosunek do czasu słowami „jedno wielkie dziś”. Opisuje ludzi zatroskanych o to, aby nie było widać tego, co i tak widać: zmarszczek, tuszy, cieni pod oczami. Opisuje ich obsesyjne zaję¬ cie się ciałem: dopasowywanie ciała do mody, szukanie potwierdzenia własnej wartości przez seks, infantylne i groźne zatrzymanie w wiecznej młodości. Nie jest łatwo uciec od wszechobecnego stylu. Bohater wier¬ szy chroni się w noc. Noc jest czasem prywatnym, czasem pozostawio¬ nym człowiekowi przez ludzką masę i dlatego wolnym od wspólnego rytmu: wstać—spać, śniadanie—kolacja, do pracy—z pracy. Nie zago¬ spodarowana przez ludzkość noc daje jednostce nie tyle wolność wyboru jednej spośród wielu istniejących dróg, co wolność tworzenia. Nocą każ¬ dy jest sam w poczuciu realności własnego życia i cienkiej linii oddzie¬ lającej byt od niebytu. Noc pozwala uciec od rytmu świata, a jest to rytm coraz szybszych obrotów. Kategorią czasu jest godzina, minuta, se¬ kunda. Coraz krótsze są interwały. Nieprzerwanie następują po sobie dzień i noc. Nawet ból i szczęście są tylko chwilą. W ten sposób dopeł¬ nia się zamknięcie czasu „w jednym wielkim dziś”. Wchodząc w noc podmiot liryczny doświadcza innego świata. Pozna¬ je realność i rzeczywistość niewidzialnego. Nie jest w stanie interpreto¬ wać skrytych przed nim w mroku przedmiotów i zjawisk przed ich po¬ znaniem. Uczy się mówić: „nie wiem”. Czuję, przeżywam, doświad¬ czam, ale nie wiem, co to jest. Odnajduje inny wymiar świata i nazywa go: „tamten świat”. Wymiar religijny w poezji Thomsena nie jest wyznaniem takiej czy innej religii. Jest uznaniem, że są pytania, na które nie ma odpowiedzi, że czasami odpowiedzią jest niemożność dania odpowiedzi. Poprzez do¬ świadczenie sacrum człowiek powraca do siebie — jest wolny. Dorota Kaczmarek Sprostowanie W numerze 7/94, we wstępie do tekstu Geofrroya d’Auxerre Nie rozsiadajmy się w drodze, podaliśmy błędną informację. Był on opatem Clairvaux nie w roku 1140, lecz później, w kilka lat po śmierci św. Bernarda (zm. 1153) — w latach 1161-65. Następnie był jeszcze opatem Fosanova, a od 1175 roku opatem Hautecombe w Savoyen. Zmarł w r. 1188.
		

/0097_0001.djvu

			kiedy się modlisz w ADAM WRZOSEK Modlitwa jest oddychaniem w Bogu O modlitewniku Heliodora Święcickiego i jego religyności (fragmenty) Heliodor Święcicki (1854-1923), lekarz, współtwórca Uniwersytetu w Poznaniu i jego pierwszy rektor (1919-1923), był drugim w kolejności, a jednym z sześciorga dzieci lekarza śremskiego, Tadeusza Święcickiego (1826-1872) i Doroty z Korytowskich (zm. 1872). Dzieciństwo i młodość miał nader smutne, znaczone dramatami ro¬ dzinnymi i mogiłami. Z licznego rodzeństwa w latach 1861—1865 zmarły mu dwie siostry, Zofia i Maria, oraz jedyny braciszek, Ignacy, wszyscy troje w dość wczesnym dzieciństwie. Gdy był uczniem gimnazjum w Śre¬ mie, w ciągu niespełna roku stracił oboje rodziców i starszą siostrę. Oj¬ ciec jego zmarł na cukrzycę mając zaledwie 46 lat, w lutym 1872 roku. Wkrótce potem matka zachorowała na raka. Sprowadzony do niej z Wrocławia chirurg niemiecki, prof K Fischer, nie zdołał pomóc i pa¬ cjentka zmarła 5 listopada 1872 roku. Profesorowi podczas wizyty w Śre¬ mie tak się spodobała najstarsza latorośl Święcickich, 19-letnia piękna i melancholijna Ofelia, że niemal natychmiast ożenił się z nią 19 grudnia 1872 roku. Związek ten trwał niesłychanie krótko, gdyż młodziutka pro¬ fesorowa umarła nagle we Wrocławiu 2 stycznia 1873 roku, w dość ta¬ jemniczych okolicznościach. Z całej licznej rodziny pozostali przy życiu tylko Heliodor i jego najmłodsza siostra Wanda. Rodzeństwem opiekowa¬ ła się wówczas formalnie rodzina Karpińskich, sąsiadów i przyjaciół Święcickich. Mimo tylu tragicznych wydarzeń Heliodor Święcicki we wrześnie 1873 roku zdał z wyróżnieniem egzamin maturalny w gimnazjum śremskim i wkrótce potem wyjechał na studia medyczne do Wrocławia. Nie miejsce tu na przypominanie jego świetnej kariery lekarskiej, na¬ ukowej i społecznej. Mając lat 32 oraz ustaloną pozycję życiową i nauko¬ wą, ożenił się 3 czerwca 1886 roku z wdową, Heleną z Zaborowskich
		

/0098_0001.djvu

			98 KIEDY SI�? MODLISZ hr. Dąmbską z Goszczanowa (pow. turecki), starszą odeń o lat siedem. Był dla niej oddanym mężem, a dla jej dzieci, synów Lecha i Janusza oraz córki Wandy, troskliwym opiekunem. Po założeniu ogniska domowe¬ go zaczął się najszczęśliwszy okres w życiu Święcickiego. Wówczas salon Heleny i Heliodora Święcickich w Pałacu Działyńskich gromadził co dwa tygodnie elitę inteligencji poznańskiej na słynne czwartkowe wieczory dyskusyjne. Ale i ten pomyślny okres w życiu Święcickiego nie trwał dłu¬ go. Śmierć ukochanej żony (z powodu zapalenia płuc) we wrześniu 1901 roku okryła go głęboką żałobą i do końca swego życia nie mógł przebo¬ leć tej straty. Mimo to nie załamał się, poświęcając wiele czasu pracy naukowej i społecznej oraz działalności dobroczynnej. Najczynniej udzie¬ lał się wówczas w Poznańskim Towarzystwie Przyjaciół Nauk, gdzie m.in. założył i redagował „Nowiny Lekarskie” jako organ Wydziału Lekarskie¬ go tegoż Towarzystwa. W tym okresie nawiązał liczne kontakty z lekarza¬ mi pracującymi naukowo i profesorami medycyny we wszystkich trzech zaborach. Między innymi od roku 1902 datuje się znajomość Święcickiego, zra¬ zu korespondencyjna, z doktorem Adamem Wrzoskiem (1875-1965), leka¬ rzem i chirurgiem krakowskim, wybitnym historykiem medycyny. Z chwilą gdy Święcicki zaczął w 1919 roku organizować Uniwersytet Poznański, Adam Wrzosek jako szef Sekcji Nauki i Szkół Akademickich w Minister¬ stwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego w Warszawie udzie¬ lał wyjątkowego poparcia w tych staraniach. W roku 1920 udało się Święcickiemu ściągnąć Wrzoska do Poznania, w celu zorganizowania Wydziału Lekarskiego UP. Odtąd ich współpraca przerodziła się w ser¬ deczną przyjaźń. Wrzosek pełnił funkcję dziekana Wydziału Lekarskiego UP od kwietnia 1920 do końca roku akademickiego 1922/23. Był twórcą Zakładu Historii Medycyny oraz Zakładu Antropologii UP, profesorem medycyny na kilku uniwersytetach polskich: Jagiellońskim, Warszawskim, Wileńskim i Poznańskim. Zajmował się również historią medycyny i kul¬ tury. Napisał biografie wybitnych lekarzy, m.in. Jędrzeja Śniadeckiego, Karola Marcinkowskiego, Tytusa Chałubińskiego. Należał do grona naj¬ bliższych przyjaciół Święcickiego, a obok prezydenta Poznania, Cyryla Ratajskiego, stał się wykonawcą testamentu Święcickiego i kuratorem za¬ łożonej w roku 1923 fundacji „Nauka i Praca”, dla której zakupiono ma¬ jątek Laski pod Kępnem. Wspomnienia o Święcickim skreślił prof. Wrzosek w dniach od 20 lu¬ tego do 8 marca 1940 roku, w okresie przymusowej bezczynności nauko¬ wej w Warszawie, podczas pierwszych miesięcy okupacji; potem pochło¬ nęła go praca — w latach 1942-1944 zorganizował w Warszawie Wydział Lekarski na Tajnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich. Podczas pisania wspomnień miał w ręku niektóre notatki i modlitewnik Święci¬
		

/0099_0001.djvu

			KIEDY SI�? MODLISZ 99 ckiego, który, niestety, przepadł w okresie Powstania Warszawskiego. Rę¬ kopis wspomnień prof. Wrzoska o Święcickim znajduje się w Archiwum PAN w Poznaniu. W swoich wspomnieniach pod datą 25 lutego 1940 roku napisał: „po wojnie, da Bóg, napiszę tę monografię, którą chciałbym wystawić pomnik Święcickiemu od spiżu trwalszy (...), gdyż swoim życiem dowiódł on, że był czcigodnym Polakiem, mogącym służyć za wzór dla wielu, którzy pra¬ gną dobrze zasłużyć się Ojczyźnie”. Mijająca w tym roku 75. rocznica powstania Uniwersytetu Poznań¬ skiego dostarczyła sporo publikacji okolicznościowych dotyczących po¬ czątków uczelni oraz sylwetki jej pierwszego rektora. Brak, niestety, jak zwykle w tego typu publikacjach, przedstawienia duchowości Heliodora Święcickiego. Stąd zamysł poniższej edycji. Anna Marciniak Przechodzę teraz do najistotniejszej cechy duszy Święcickiego, jak duszy każdego, do stosunku jej do Boga. Dziwna to bardzo rzecz, że biografowie wybitnych i wielkich ludzi o religijności ich nieraz milczą lub zbywają ją drobnymi wzmiankami, natomiast nie szczędzą słów na opisywanie różnych stron życia, nieraz arcybłahych, jak np. zamiłowania do polowania, do życia towarzyskiego lub do kolekcjonowania tabakierek itp. rzeczy. Święcicki był człowiekiem religijnym i praktykującym katolikiem. Ulubioną jego książką do nabożeństwa była Tomasza à Kempis O na¬ śladowaniu Chrystusa w przekładzie X. Jełowickiego (Warszawa—Kra¬ ków 1880). Oprawiona w pergamin, ma na odwrotnej stronie przedniej okładki naklejony wycinek drukowany z modlitwą ułożoną przez Zyg¬ munta Krasińskiego. Modlitwa ta, którą z pewnością często odczytywał ma następujący tekst: Nigdy męka Twoja, o Panie, trud Twój nie ustaje na ziemi. Tajemnica taje¬ mnic, Krzyż Twój, to dzieje nasze. W każdym sercu ludzkim ta tajemnica po¬ wtarza się co dzień, w każdej rodzinie, w każdym narodzie. W ludzkości całej tylko nie, boś Ty ją zbawił i wiedziesz ku szczęściu wiecznemu. Ale dla rodzin męczą się syny i córki, ojcowie i matki; dla narodów męczą się obywatele i wodzowie, sędńe i kapłani ludu; dla ludzkości całej co dzień męczą się na¬ rody i umierają w bólach, rozpaczając. Krew Twoja leje się co dzień, Ciało Twoje przebite co chwila. Każda myśl, co błąka się i zmaga, cierpi w Tobie; każde serce, co pęka, rozdziera się w Tobie. Książka do nabożeństwa, o której mowa, to nieocenione źródło do poznania religijnych myśli i uczuć Święcickiego, albowiem na począt¬
		

/0100_0001.djvu

			100 KIEDY SI�? MODLISZ ku jej, na sześciu stronicach z przodu i na kilkudziesięciu kartkach papieru oprawionych z tyłu razem z drukowanym tekstem, znajdują się różne zapiski rodzinne, wyciągi z dzieł, sentencje i maksymy w różnych językach oraz modlitwy, których większość ułożył sam Święcicki. Miałem dobre natchnienie, aby opuszczając Poznań w nie¬ zwykłych okolicznościach, bo w drugim dniu drugiej wojny świato¬ wej, zabrać do walizki wraz z niewielu najniezbędniejszymi w podró¬ ży rzeczami tę książeczkę, drogą dla mnie pamiątkę po rektorze Świę¬ cickim. Modlitwy, zarówno przepisane jak i te, które ułożył on tylko dla sie¬ bie, te rozmowy jego sam na sam z Bogiem i prośby w nich zanoszone, najlepiej odsłaniają niektóre z pięknych stron jego duszy (...). Modlitwa w smutku i przykrościach Ojcze, bez którego zezwolenia ani włosek z głowy mojej spaść nie może, Ty znasz smutek, który teraz serce moje uciska. Sen niknie z oczów moich, zmartwienie spędza czerstwość z twarzy, spokojność zni¬ ka z mej duszy. Troskam się i ze strachem spoglądam w przyszłość, trwożę się dnia nadchodzącego. Do Ciebie więc, Ojcze mój drogi, ucie¬ kam się w utrapieniu moim, do Ciebie łzami zwilżone wznoszę oczy, bo ciężar cierpień moich bardzo mnie przyciska. Skłoń, proszę Cię, uszy Twoje na cierpienia moje. Oj, pewnie grzechy moje wielkie karę tę wiel¬ ką na mnie ściągnęły, zapominałem w wesołych i szczęśliwych chwilach 0 Tobie, zapominałem nierozsądny, że prochem tylko byłem i jestem. Nie błagam Cię, mój Ojcze, o odwrócenie złego ode mnie, rób jak chcesz 1 każesz, ale daj mi, o Boże, odwagi do zniesienia tego, co mi zsyłasz. Może te zmartwienia, które mnie dręczą, próbą moją być mają. Ogień czyści złoto, próby i doświadczenia uszlachetniają serca ludzkie. Tobie się polecam, rób ze mną, co chcesz, a choć jeszcze więcej karać i do¬ świadczać mnie będziesz, ja zawsze i wszędzie kochać, czcić i miłować Cię będę. Tyś Pan, a ja sługa Twój, Tyś Ojciec mój, a ja dziecko Two¬ je. Tysiące innych ludzi może w tej chwili więcej ode mnie cierpią, a mniej się może uskarżają. A ja doświadczony cokolwiek już zaczynam rozpaczać, zapominając, że co Ty, o Boże, zrobisz i postanowisz, do¬ brym i zbawiennym dla mnie będzie. Niech się i teraz stanie wola Twoja Święta. Psalmista mówi wyraźnie: Pan kruszy łańcuchy niewolników i daje znowu oglądać światłość tym, którzy marnieją i nędznieją w cie¬ mnościach. Modlitwa wieczorna Minął dzień, żyję i znowu wzywać Cię mogę, o wielki i miłosierny Boże. Cóż Ci poświęcę na dziękczynienie za to wszystko, czegom dziś
		

/0101_0001.djvu

			KIEDY SI�? MODLISZ 101 doznał z Twojej opatrzności. Co złożę na przebłaganie słusznego gniewu Twego, żem tego dnia nie użył tak, jak go użyć miałem. Masz tylko, 0 Boże, serce moje, w nim wdzięczność i żal szczery. Poświęć tę ofiarę łaską Swoją i racz ją miłościwie przyjąć. Chciej ułagodzić umysły tych wszystkich, których dziś słowem lub uczynkiem, dobrowolnie lub mimo¬ wolnie obrazić mogłem. Niech mi przebaczą, jako i ja chętnie przeba¬ czam tym, którzy mnie obrazili. Błogosław spoczynkowi, do którego się zabieram, daj mi sen dobry 1 pokrzepiający, strzeż dom nasz od ognia, choroby i śmierci, od wszel¬ kiej szkody i nieszczęścia. Czuwaj Panie nad wszystkimi, których ko¬ cham, nad tymi, którzy są blisko i daleko ode mnie, daj odpoczynek umarłym moim. Tak mi dopomóż, Boże wielki, przez zasługi Jezusa Chrystusa, Pana i Zbawiciela naszego, a jeżeli ta noc ma być ostatnią życia mojego, niechaj przejdę w łasce Twojej ze snu do śmierci i nie¬ chaj się obudzę na wieki w miłosierdziu Twoim. Amen. Modlitwa do Boga Dopomóż mi, Boże, abym zawsze wypełniał gorliwie obowiązki moje. Udziel mi możności do uszczęśliwiania tych wszystkich, którzy mnie ota¬ czają lub ode mnie zależą. Niechaj nikomu zgorszeniem, wszystkim zbu¬ dowaniem, nikomu przeszkodą do szczęścia, ale przeciwnie każdemu po¬ mocą i osłodą będę. Niechaj za ścisłe pełnienie powinności moich nigdy od ludzi nie oczekuję nagrody, uznania, pochwały. Niechaj się nie znie¬ chęcam nigdy, gdy dobre zamiary moje spełzną na niczym, gdy ciągle przeszkody stawać mi będą w drodze. Zdrowie i praca przy błogosła¬ wieństwie Bożym, oto prawdziwe szczęście człowieka. Daj mi więc, Pa¬ nie, zdrowie i siły, proszę Cię z pokorą, abym na chleb powszedni za¬ pracować był w stanie. Niechaj szanuję zdrowie, nie nadużywam sił moich, abym pracować mógł do końca życia. Daj mi, o Boże, nie tylko zdrowie ciała, ale i duszy. Błogosław również mej pracy, niechaj mi ona błogie wyda owoce, zapewni byt niezależny i zacne, użyteczne stanowi¬ sko w społeczeństwie polskim. Oby praca moja mogła się przyczynić do szczęścia moich ukochanych, zapewniła mi spokój i pociechę w smutku i cierpieniach. Amen. Modlitwa przybranego ojca Dozwól mi, o Boże niepojętej dobroci, wychować dzieci mej żony, które jako ojczym kocham jak moje własne, na ludzi użytecznych dla świata. Miej zawsze i wszędzie nad nimi opiekę i udziel im błogosła¬ wieństwa Twego. Kieruj ich rozumem i sercem, niech Ci służą wier¬ nie chwałą, czynami świętymi i miłują się wzajemnie. Nie dozwól Pa¬ nie zboczyć im z drogi, jaką swoim wiernym wytknąłeś, ale prowadź
		

/0102_0001.djvu

			102 KIEDY SI�? MODLISZ ich po tej, która prosto do Ciebie prowadzi. Niechaj żyją w zgodzie ze sumieniem i sercem swoim. Udziel im zdrowia, ochoty do pracy, daj im przyjaźń i miłość, a nade wszystko łaskę Twoją. Nie usuwaj im nigdy opieki swojej, a nawet i wtedy, gdyby Cię kiedy obrazić mieli; ześlij światło i moc Ducha Świętego, by w dobrym wytrwali zawsze i wszę¬ dzie. Dozwól mi, Panie, cieszyć się długo widokiem ich szczęścia, opar¬ tego na cnocie, gdyż ich szczęście będzie moim szczęściem, ich radość jest moją radością, a każdy ich smutek kaleczy serce moje. Błogosław im na duszy i na ciele przez całe życie ich. Utwierdzaj ich w bogoboj- ności i we wszystkich cnotach świętych według woli Swojej. Błogosław wszystkie ich potrzeby, zamysły, chęci i kroki na drodze dobrego. Nie¬ chaj tak się sprawują, aby były pociechą kochającej ich Matki, przybra¬ nego ich ojca i wszystkich znajomych i krewnych. Niech Ojciec ich zmarły, widząc swe dzieci dobre i pobożne, zsyła z góry swe na nich błogosławieństwo, a Bóg dobrotliwy wysłuchać raczy prośby nasze go¬ rące. Amen. Kilka myśli Życie moje na tej ziemi jest to chwilka tak krótka w porównaniu do wieczności, że nie da się określić. A jednak od tej chwilki, to jest, jak ją użyję, zależy cała wieczność moja szczęśliwa lub nieszczęśliwa. Tak wiele czynimy starań i zachodów około spraw naszych; ileż to trudów poświęcamy (im), narażamy częstokroć zdrowie (dla nich), a dla wieczności tak arcymało czynimy. Choćbyśmy posiadali wszy¬ stkie bogactwa i rozkosze tego świata, czy to nas uszczęśliwi? Zapra¬ wdę, że nie. Wszystkie stworzenia żyjące na tym świecie aż do ptasz¬ ków śpiewających wśród zieleni drzew, gdy się nakarmią, czują się zadowolonymi i szczęśliwymi. Dlaczego człowiek tylko, choćby świat cały posiadał i to wszystko co świat dać może, niepojęta tęsknota i pragnienie zawsze gościć będą w duszy jego? Bo dusza jego jest nieśmiertelna i nie dla świata stworzona, ale dla szczęścia wieczne¬ go, dla Boga. Tęskni więc za Stwórcą swoim, któremu wszystko, co ma i czym jest, zawdzięcza. Niech serce moje bezustannie goreje, niech duszę moją pochłania miłość ku Tobie, o najdroższy Zbawco mój i Matko Święta ukochana. Tyś, Boże, umiłował tych, którzy Tobie za¬ winili i to aż do tego stopnia, żeś za nich umarł. Czyż więc mógłbyś nie wysłuchać proszącego Cię o łaskę umiłowania Ciebie i Matki Twojej. O Matko miłosierdzia, jedno westchnienie Twoje, jedno poru¬ szenie serca Twojego gorejącego ku sercu Jezusa może mnie zupełnie pocieszyć. Panie i Matko Święta pospieszcie ku ratunkowi mojemu, wspomóżcie tego, który do Was woła pokornym sercem: Bądźcie mnie grzesznemu miłościwi. Amen.
		

/0103_0001.djvu

			KIEDY SI�? MODLISZ 103 Modlitwa Ojcze mój, Ty, który jesteś samą świętością, pięknością i prawdą, od grzechu święte odwracasz oblicze, a jednakże z miłością nie mającą granic na skruszonych spoglądasz, spojrzyj i na mnie, miłosierny Boże. Daj mi siłę do oparcia się złemu, chroń mnie od małych na pozór błę¬ dów. Daj mi cierpliwość do znoszenia przykrości różnych, niechaj nigdy nie upadam pod ciężarem cierpień zesłanych i szemraniem nie zatruwam życia. Obym przebaczał winy mym bliźnim, dobrym za złe odpłacał. Od¬ dal ode mnie, Panie, złe chęci, zawiść, niechęć, niegodne człowieka uczucia i myśli. Uczyń mnie pokornym w duchu, wytrwałym w dobrym, sumiennym w wypełnianiu obowiązków, skromnym, rzetelnym, kochają¬ cym prawdę. Niechaj nigdy nie daję powodu do zgorszenia, abym zyskał przyjaźń i miłość ludzką, a tym samym i Twoją, mój Ojcze. Kto nie ko¬ cha bliźniego, ten i Ciebie kochać nie może, a jeżeli nie tak myśli, kła¬ mie sam sobie. Daj mi więc, o Boże, miłość ludzi i Ciebie, miłość czy¬ stej cnoty i świętej prawdy. Modlitwa męża Daj mi i żonie mej drogiej, kochany i święty Boże, żyć we wzaje¬ mnej, wspólnej miłości i wierności, w zgodzie i jedności. Oby jedno dru¬ giemu uprzyjemniało życie, osładzało przykrości i uciążliwości życia, abyśmy się nawzajem udoskonalali, w cnocie i świątobliwości utwierdza¬ li, łącznie i wspólnie wspomagali sobie w obowiązkach naszych i w wy¬ chowaniu dzieci. Do tego nam koniecznie potrzebna Twoja łaska i po¬ moc. Ty, Boże, wiesz najlepiej, jak często bywa słabą nasza najszczersza wola i najlepsze chęci i jak łatwo przez nieostrożność zerwaną być może jedność, a z nią święty spokój i szczęśliwe pożycie. Ty, Boże, kieruj więc i pociągaj nasze serca, Ty je utrzymuj w najlepszej miłości, jedności i zgo- dńe. Usposób nasze umysły i serca, abyśmy we wszelkich zabiegach wza¬ jemnie się wspierali, jedno drugiego słabości znosiło, przebaczało i, gdzie potrzeba, sobie nawzajem ulegali. Udziel nam łagodności i roz¬ tropności, abyśmy nigdy umyślnie lub z porywczości jedno drugiego nie obrażali. Udziel nam, Boże i Ojcze, cierpliwości przy zwykłych nieodłą¬ cznych od życia ludzkiego nieszczęściach, przeciwnościach i wszelkich smutnych wypadkach. Oby jedno drugie tylko pocieszało i szczęśliwie wspólnie żyli. Daj żonie mojej drogiej zdrowie czerstwe, o to Cię proszę i błagam, Boże mój wielki, litościwy. A jeślibyś przeznaczył jednemu z nas cierpieć, zlej te cierpienia na mnie, a nie szemrać, tylko dzięko¬ wać Ci będę. Błogosław nam zawsze i ciągle, o Panie, wspomagaj swo¬ ją łaską, łącz i jednocz nasze serca stałą miłością i wiernością. Spraw, abyśmy, zawsze według Twej postępując woli, nie zeszli z drogi nam
		

/0104_0001.djvu

			104 KIEDY SI�? MODLISZ wskazanej. Tak nam, Boże nasz, dopomóż, a anioła Twego poślij, aby czuwał nad przybranymi dziećmi mymi, strzegąc ich i broniąc. Spraw, aby dzieci te ku Twojej chwale, a mojej i mej żony pociesze wyrastały w cnocie i abyśmy doczekali się z nich dobrych i pożytecznych ludzi. Te nauki, przestrogi i upomnienia, jakie im co chwila dajemy, złóż, o Boże, w głębi ich serca, ażeby czasu swego wydały upragnione dobre owoce. Wprowadź je od pierwszej młodości na drogi Twoje i spraw, aby nigdy z nich nie schodziły. Codzienny rachunek sumienia Jak się zachowuję w dniu dzisiejszym, nie bawiłem się dobrowolnie złą myślą jaką, oddalałem ją natychmiast — przezwyciężałem złą pożąd¬ liwość w sobie — nie posądzałem bliźniego, nie miałem ku komu niena¬ wiści, nie gniewałem się — nie martwiłem kogo w gniewie — nie mówi¬ łem źle o kim — nie dałem komu okazji do grzechu mową lub uczynkiem — wznosiłem myśl moją do Boga??? Oto pytania, które sobie zadaję, ale widzę, niestety, że z czystym su¬ mieniem ani na jedno pytanie nie mogę odpowiedzieć: grzech ten nie ciąży na mojej duszy. Żałuję z całego serca, tym więcej, że popełniając te grzechy, jestem niewdzięczny, iż Ciebie Boże, który mnie tylu obsypu¬ jesz dobrodziejstwami, tak mogę obrażać. Czuwaj, Boże, nade mną, a przy Twojej pomocy będę mógł coraz więcej się udoskonalać w dobrym. Ojcze nasz „ Ojcze nasz, któryś jest w niebie”, nie panem, nie sędzią, ale Ojcem wolno Cię Boże nazywać, Ciebie wszechmocnego Stwórcę nieba i ziemi, Pana życia i śmierci całego świata, jak on wielki i szeroki. „Świeć się Imię Twoje” w każdej zacnej i poczciwej chęci, dobro ludz¬ kości mającej na oku, w sercu moim, mej żony i dzieci naszych. „Przyjdź Królestwo Twoje”, wiej w serca nasze miłość do cnoty, daj nam siłę, by dzieci nadal w bogobojności świętej, bojaźni Bożej, w pra¬ cy, nauce i cnocie wychować. Oddal od nas wzajemną nienawiść, ucisk, prześladowania, a panowanie twoje wejdzie na naszą zasmuconą ziemię. „Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi”. Gdy troski życia wplotą się w me serce i duszę, gdy przeciwności staną na każdym kro¬ ku, wtedy z pokorą zawołam: bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi. Zawołam tak samo, gdy ludzie zranią mi serce fałszem, obłudą i kłamstwem; ale gdy drogich sercu mojemu nawiedzisz chorobą lub prześladowaniem ludzi, wtedy, o Panie, z jakąż trudnością przychodzić by mi wypadało zawołać: bądź wola Twoja w niebie jako i na ziemi. „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. Daj mi siły i zdrowie, bym chwaląc Twe imię, mógł na chleb powszedni zapraco¬
		

/0105_0001.djvu

			KIEDY SI�? MODLISZ 105 wać. Ale i o chleb duchowy, co pokrzepia ducha, o mądrość prawdziwą prosimy Cię, Panie. „I odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowaj¬ com”. Odpuść nam, Panie, tak długą niewiarę, jaka nas trzymała w swych szponach, która nam nie dozwalała widzieć, że coraz bardziej zbliżamy się do przepaści, która popycha do upadku grzechu bez po¬ wstania> Odpuść zbytnią miłość siebie, odpuść mnie i żonie pobłażanie dzieciom naszym. Odpuść dzieciom naszym upór, złość i nieposłuszeń¬ stwo, odpuść, o Panie, wszelkie winy nasze, zwątpienie w miłosierdzie Twoje. Odpuść, o Panie, jako i my odpuszczamy winowajcom naszym prześladowania, fałsz, łzy, obmowę, obłudę. „I nie wódź nas na pokuszenie”. Nie daj nam, o Boże, upaść, gdy zwodnicze ponęty świata staną nam na drodze do dobrego. „Ale nas zbaw ode złego”. Obyśmy zawsze dążyli do coraz większej doskonałości ducha, chroń nas, Boże, od nieposłuszeństwa świętym przykazaniom i natchnieniom Twoim. Strzeż nas od zarozumiałości, któ¬ ra samych aniołów strąciła z nieba na ziemię, od opieszałości w pracy, od nienawiści i ślepej zemsty. — Tak niech się stanie, o Panie, teraz i wieki wieków. Amen. Na tych słowach kończy się modlitewnik Święcickiego. Był on pisany w różnych latach, a ukończony w roku 1901, w którym umarła mu żona. Modlitwy nie były poprzednio układane, a potem wpisywane do książeczki, lecz od razu zapisywane w niej, o czym świadczą nie poprawione usterki stylowe i ortograficzne oraz niewyraźnie pisane w pośpiechu wyrazy. Jedne modlitwy są za długie, inne za krótkie, jedne w większym natchnieniu pi¬ sane, drugie w mniejszym, ale wszystkie składają się na pewną całość, z której biją: i pokorne prośby o łaskę Bożą, i głęboka wiara, i bezgrani¬ czna ufność w Bogu i znoszenie bez szemrania nieszczęść i cierpień. (...) Modlitwy Święcickiego świadczą (...), że był on nie tylko idealnym mę¬ żem, lecz i idealnym ojczymem. „Codzienny rachunek sumienia” — to sło¬ wa pokornego dziecka, zwrócone do Ojca Niebieskiego. Najpiękniejszą jest „Modlitwa do Boga”, którą można by umieścić w każdej polskiej książce do nabożeństwa. Znać na niej, podobnie jak na innych wpływ nieśmiertel¬ nego dzieła Tomasza à Kempis, ale nadto wpływ wskazań Karola Marcin¬ kowskiego, którego Święcicki był wielkim wielbicielem. Modlitewnik Święcickiego to gorący wylew uczuć prawego chrześci¬ janina i wiernego syna Kościoła i zacnego, prawego Polaka, to wizeru¬ nek prawdziwy pięknej duszy jego. Prócz modlitw polskich znajduje się w nim jedna francuska, niewąt¬ pliwie z jakiejś książki przepisana. Z mnogich sentencyj, uwag, notatek bądź własnych Święcickiego, bądź zaczerpniętych z różnych książek, a wy¬
		

/0106_0001.djvu

			106 KIEDY SI�? MODLISZ pełniających wiele stronic modlitewnika przytoczę tylko niektóre, zwła¬ szcza te, które rzucają więcej światła na serce i umysł Święcickiego: * La prière est la respiration en Dieu. * Abyssus abyssum invocat — przepaść ludzkiego skażenia tylko nad¬ miarem świętości mogła się zrównoważyć, to jest życiem Chrystusa. * Katolicy letni, o nich można powiedzieć z poetą: „Z Boga tylko to pojęli, / Czym objawił się w przestrzenf\ * W wzajemnym stosunku nic się nie zmieniło. Oczy, uszy, ręce moje Helkę utraciły, ale serce nie utraciło jej, bo ja ją sercem kochałem. Nie szukam ja już jej na ziemi, ale tam w przestworze, dokąd uprzedziła mnie, tam poglądać będę. * Miłość jest ogniem, zadaje albo życie, albo śmierć, albo grzeje, albo pali. Zbliżając się do Boga, i myśl się rozwidnia, i serce rozszerza, i wola umacnia. Zbliżając się do świata, i myśl się miesza, i serce ścieśnia, i wola słabieje. Kochaj zawsze, kochaj wszędzie i wszystkich. Tyle razy powstawaj, ile razy upadniesz. Jak rzeka ze źródła wytryska, kwiat z nasienia się roz¬ wija, tak życie nasze z wiary wytryskać i rozwijać się powinno (...). Święcicki miał naturę głęboko religijną. Śmierć żony, którą gorąco kochał, nie złamała go, lecz bardziej pogłębiła jego religijność i jak sam wyznaje, „wypaliła miłość własną, a rozpaliła czynną i rozumną miłość bliźniego”. Osamotniony w swym estetycznie urządzonym mieszkaniu, w którym w salonie stał na postumencie piękny marmurowy biust zmar¬ łej jego żony, snuł plany, jak wcielać w życie „czynną i rozumną miłość bliźniego”. Sam odczuwał coraz mniej potrzeb życiowych. Nigdy zresztą nie gonił za poziomymi przyjemnościami życiowymi. (...) Smutne nad wyraz były ostatnie tygodnie życia rektora Święcickiego. Jeszcze w sierpniu 1923 roku wychodził z domu, jeździł nawet do La¬ sek, aby obejrzeć majątek, który kupował. Jeździł nie sam, lecz z prezy¬ dentem Ratajskim i notariuszem Cichowiczem. Majątkiem był zachwy¬ cony. Od końca jednak sierpnia nie opuszczał już mieszkania. Choroba szybko postępowała naprzód i coraz więcej cierpień sprawiała. Święcicki cały dzień spędzał siedząc w fotelu, to rozmawiając z odwiedzającymi go, to dumając samotnie. Zdawał sobie sprawę, że śmierć zbliża się. Myślą wracał niezawodnie i do przeszłości, wspominając przeżyte lata, najszczęśliwsze, gdy żyła jego ukochana żona. Często o niej myślał. Za życia jej modlił się o jej szczęście i zdrowie. Po śmierci jej modlił się za jej duszę i kilkakrotnie w swoim modlitewniku wspominał o niej w najczulszych słowach, nie mogąc się ukoić po jej stracie. „W smudze blasku idziesz do mnie żonuchno, czuję zapach fiołków i wiem, żeś już
		

/0107_0001.djvu

			KIEDY SI�? MODLISZ 107 blisko, słyszę słowa Twoje srebrne i jasne, które są jak pył blasku od gwiazd Bożych płynący. Zbliżasz się do mnie śnie mój ukochany, bo bezmierną odczuwasz moją tęsknotę. Wytężam serce i poznaję Ciebie, słoneczny śnie smutnego życia. Na umęczoną moją skroń łagodne kła¬ dziesz ręce. Oto Twa żona. Chyl się doń, co tęskni ciągle w męce. Złota dźwiękiem roztopiona rozpływasz się w powietrzu w przeczyste formy niebiańskie. Nie odlatuj ode mnie, niech dusza moja pieści się z Tobą i niech nie wraca tak wcześnie między obcych ludzi”- Słowa te, napisane bardzo niewyraźnie i nie zawsze łączące się harmonijnie między sobą, świadczą jednak arcywymownie o niezabliźniającej się ranie w czułym i czystym sercu Święcickiego. W miarę jak coraz więcej cierpiał, coraz częściej myślał o śmierci. (...) Cierpienie znosił spokojnie, tylko parę razy wyczerpany bardzo du¬ sznością niecierpliwił się. Odwiedzałem go codziennie, nieraz parę razy. Po spowiedzi i Ostatnim Namaszczeniu myślał już tylko o wyzwoleniu z mąk. Sam ułożył wiadomość o swojej śmierci, ale już nie bardzo składnie. W zawiadomieniu tym pisał, że „zmarły prosi o przebaczenie, jeżeli kogoś skrzywdzić. (...) Dnia 11 października [1923 r.] rektor Święcicki czuł się już bardzo osłabiony i nad wieczorem położył się do łóżka. Odwiedził go wtedy p. Józef Żychliński, któremu podziękował za pamięć. Wkrótce zaczął tracić przytomność. Ostatnie słowa, które z ust jego posłyszałem, były: „dziękuję, dziękuję”. Był już nieprzytomny. (...) Chory oddychał głębo¬ ko, lecz coraz wolniej, aż przestał zupełnie. Wyzwolony z mąk fizycz¬ nych, cicho odszedł z tego świata, pozostawiając po sobie świetlaną pa¬ mięć. Była to noc z 11 na 12 października, śmierć nastąpiła po północy. Taki był dzień ostatni pielgrzymki ziemskiej tego niepospolitego człowieka. (...) Rzucając okiem na całe życie Święcickiego, trudno nie dopatrzeć się w nim działania łaski Bożej. Bóg, do którego serdeczne modły zanosił, wysłuchał jego próśb, za wstawiennictwem Najświętszej Panny, której się opiece polecił. Prosił gorąco Boga, aby nie był ,jiikomu przeszkodą do szczęścia, ale przeciw¬ nie każdemu pomocą i osłodą”, błagał Najwyższego, aby dozwolił mu być ,pokornym w duchu, wytrwałym w dobrym, sumiennym w wypełnia¬ niu obowiązków, skromnym, rzetelnym, kochającym prawdę”. I wysłu¬ chał Bóg jego korne prośby. Daj Boże, aby ta piękna i czysta dusza dostąpiła szczęścia wiekuiste¬ go, „miłościwie odpuść jej winy, gdyby jakie powstały” i „dozwól jej dostać się jak najprędzej do grona Świętych Twoich”. 20 II — 8 III 1940 Adam Wrzosek
		

/0108_0001.djvu

			w szukającym drogi Dlaczego moja wiara jest tak mała? Czytam w Księdze Liczb o ciągłym niedowiarstwie Izraelitów i wi¬ dzę, że ze mną jest tak samo. Dlaczego moja wiara jest tak mała? Tyle we mnie myśli negatywnych, tyle lęków, tyle niepokoju — za¬ miast spokojnego zawierzenia się Bogu, pokoju, radości. Czy po¬ wodem jest jakiś grzech? Jaki? Czy mogę to zmienić? Modlę się, czytam Pismo Święte, chodzę na Eucharystię, a wiara moja jest ta¬ ka mizerna i małoduszna. Koniecznie musi Pani przeczytać bardzo dobrą książkę ks. Tadeusza Dajczera pt. Rozważania o wierze. Ja ze swej strony spróbuję zastano¬ wić się nad tym, kiedy nasza wiara jest głęboka i autentyczna. Nastę¬ pnie przypomnę jedno szczególnie znane przejście od wiary jałowej i nieśmiałej do wiary, która naprawdę ogarnia całego człowieka i całe jego życie. Przypomnę mianowicie relację św. Augustyna o swoim włas¬ nym nawróceniu. Kiedy mówimy o wierze, zawsze musimy pamiętać o tym, że jest ona darem Bożym, i to takim darem, za pomocą którego Bóg wzywa mnie do tego, żebym ja się do Niego coraz więcej zbliżał i Go poko¬ chał. Zatem im więcej będzie mi zależało na tym darze, tym więcej bę¬ dę go otrzymywał. Pod tym względem z wiarą jest trochę podobnie jak z innymi naszymi uzdolnieniami: niewiele przyjdzie mi z tego, że mam talent muzyczny albo szczególne zdolności do języków obcych, jeśli ja te moje talenty zakopuję w ziemi i nie staram się ich rozwijać. Największe nasze talenty marnujemy prawdopodobnie najczęściej. Wszyscy bez wyjątku otrzymaliśmy od Boga zdolność do wzajemnej miłości. Gdybyśmy starali się trochę więcej ten talent wykorzystać, nie byłoby wśród nas tyle egoizmu, samotności, krzywdy, bezduszności, nie chodzilibyśmy tak bardzo przez siebie, wzajemnie poranieni. Wiara jest talentem przekraczającym miarę ludzkiej natury i być mo¬ że marnujemy go jeszcze częściej niż zdolność do wzajemnej miłości. Stanowczo zbyt wiele wśród nas wiary bylejakiej, martwej, niewiele nas do Boga zbliżającej. Jest tak nie dlatego, że Bóg skąpo obdarza łaską wiary, ale dlatego, że otrzymany od Niego talent wiary my lubimy zamknąć
		

/0109_0001.djvu

			SZUKAJĄCYM DROGI 109 w sejfie i nie pozwalamy mu się rozwijać. Toteż pierwszą moją reakcją na Pani list było dziękczynne westchnienie: „Dzięki Ci, Boże, że budzisz w naszych sercach taką tęsknotę za większym oddaniem się Tobie!” Bo żywą wiarę poznać przede wszystkim po tym, co jest tak wyraźne w Pani liście: po pragnieniu całkowitego zawierzenia siebie Bogu. Człowiek głęboko wierzący stara się przezwyciężyć w sobie odziedziczony po pierwszych rodzicach odruch podejrzewania Pana Bo¬ ga o to, że może jest nam za mało życzliwy albo że Mu na nas nie za¬ leży, albo że ma wobec nas jakieś inne plany niż nam o tym mówi. Wiara autentyczna każe nam zawierzać siebie Bogu w doli i w nie¬ doli. W doli — żebym nie zmarnował swego zdrowia, pomyślności, do¬ brych relacji z bliźnimi, różnych możliwości działania, ale żebym umiał w całej tej mojej pomyślności być blisko Boga, który jest Źródłem wszelkiego dobra i moim Szczęściem ostatecznym. Również w niedoli człowiek autentycznie wierzący zawierza siebie Bogu, którego wszech¬ mocna, ale zarazem pokorna i mądra miłość chce mnie bezpiecznie przeprowadzić przez to nieszczęście, krzywdę, samotność, chorobę oraz wszelką inną niepomyślność, jaka na mnie spadła. Człowiek nie podburza wtedy sam siebie przeciwko Panu Bogu py¬ taniami: „Jak Bóg mógł do tego dopuścić? Dlaczego nie położy kresu temu złu? Czyżby nasz los był Mu obojętny?” Owszem, modli się o od¬ dalenie kielicha goryczy, ale stara się to robić na podobieństwo modli¬ twy z Ogrodu Oliwnego. Przede wszystkim jednak wiara każe mu w dniach utrapień jeszcze więcej powierzać się Bogu: „Boże, tylko Ty możesz mnie ochronić przed moją słabością. Nie dopuść do tego, aby te utrapienia oddaliły mnie od Ciebie. Niech Twoja święta obecność i moc rozświetlają to wszystko, co dla mnie tak trudne”. Ponieważ zaś taka postawa człowiekowi udręczonemu, nawet jeśli jest bardzo szczerze oddany Bogu, wydaje się nieraz ponad siły, wiara pobudza wówczas człowieka do pokazywania Bogu swojej słabości i niedowiarstwa: „Wierzę, Panie, ale zaradzaj memu niedowiarstwu. Wierzę, że Tobie bardziej niż mnie samemu zależy na moim dobru. Ale Ty sam racz usuwać we mnie te przeszkody, jakie stawiam Twojej ła¬ sce. Ty sam racz mnie uzdalniać do tego, żebym w doli i niedoli cały zawierzał się Tobie”. Z postawy całkowitego zawierzenia się Bogu pły¬ ną wszystkie inne cechy wiary głębokiej. Człowieka oddającego Bogu całe serce ogarnia wewnętrzna radość i pokój, i życzliwość wobec wszy¬ stkich ludzi i całego stworzenia, i chęć dzielenia się swoją radością z innymi. Człowiek jest wówczas cały przeniknięty duchem wdzięczno¬ ści wobec Boga, a modlitwa staje się dla niego potrzebą równie oczywi¬ stą jak jedzenie czy oddychanie. Biada mi, gdybym choremu wmawiał, że jest zdrowy. Toteż zastrze¬
		

/0110_0001.djvu

			110 SZUKAJĄCYM DROGI gam się, że być może intuicja mnie tu zawodzi. Muszę to jednak napi¬ sać: Z tonu Pani listu wnoszę, że wbrew temu, co Pani pisze o myślach negatywnych, lękach i niepokoju, jest w Pani wierze wiele prawdziwej radości i pokoju. To zdarza się nam wręcz często, że zauważamy w so¬ bie to, co bardziej powierzchowne, a nie zauważamy tego, co głębokie, że to, co szybko przeminie, nie pozwala nam zauważyć w sobie tego, co dobrze zakorzenione. Na przykład, człowiek zmęczony bardziej za¬ uważa swoje zmęczenie, niż to, że jego życie jest piękne i pełne sensu. Kochający się małżonkowie w momencie sprzeczki całą swoją uwagę zwracają na drobiazg, który ich podzielił, i prawie znika z ich pola wi¬ dzenia cała miłość, jaka ich głęboko łączy. Otóż czuję przez skórę, że te wszystkie „myśli negatywne, lęki i niepokój”, o jakich Pani pisze, to tylko niewielka cząstka Pani sytuacji duchowej. Przypuszczam, że już teraz nosi Pani w sobie niemało radości i pokoju. Świadczy o tym to intensywne pragnienie zawierzenia się Bogu całkowicie, o którym Pani pisze. Z czego nie wynika, że nie musi już Pani pracować nad oczyszczeniem i pogłębieniem swojej wiary. To jest potrzebne każdemu z nas. Taka jest przecież logika naszego powołania do życia wiecznego, że światło, ja¬ kie w sobie nosimy, rośnie w nas i świeci coraz jaśniej, ażeby mogła nas w końcu ogarnąć całkowicie i bez reszty Światłość Wiekuista. Szczególnie istotny odcinek tego procesu — swoje przejście od wia¬ ry bylejakiej do wiary autentycznej — opisał z wielką psychologiczną wnikliwością św. Augustyn. Zwierzenia Augustyna cytuję w znakomi¬ tym przekładzie Zygmunta Kubiaka: „Zdumiewało mnie — wspomina Augustyn ten okres w swoim życiu, kiedy już odnalazł Boga, ale nie umiał jeszcze podjąć życia w pełni chrześcijańskiego — że chociaż mi¬ łowałem już Ciebie, a nie jakieś widmo zamiast Ciebie, jednak nie by¬ łem stały w radowaniu się moim Bogiem. Oto Twój czar porywał mnie ku Tobie, a niebawem odrywała mnie od Ciebie moja własna siła ci꿬 kości i znowu spadałem ku rzeczom tego świata, płacząc. Owa siła ciężkości to były nawyki cielesne. Ale pamięć o Tobie nie gasła we in¬ nie ani też w żadnej mierze nie wątpiłem, że właśnie do Ciebie powi¬ nienem przylgnąć. Tylko jeszcze nie byłem do tego zdolny. Albowiem «ciało, ulegające zepsuciu, obciąża duszę; ziemskie mieszkanie przytła¬ cza umysł pełen myśli» (Mdr 9,15)” (Wyznania 7,17). Człowiek o tak wątłej i jałowej wierze jest w Liście Apostoła Jakuba (1,8) nazwany dipsychos, człowiekiem o podwójnej duszy. Bo taki czło¬ wiek ma jakby dwie dusze: jedną pragnie Boga, a drugą od Niego ucie¬ ka, jedną Boga kocha, a drugą kocha różne rzeczy przeciwko Bogu. Ta¬ ka właśnie podwójność była wówczas w Augustynie. Tylko nowy przypływ łaski może ją w nas przezwyciężyć. „Uświęćcie serca, ludzie o podwójnej duszy” — czytamy w Liście Jakuba (4,8).
		

/0111_0001.djvu

			SZUKAJĄCYM DROGI 111 Augustyn czuł to instynktownie. Wierząc tak jeszcze jałowo, że nie rozumiał nawet, jak bardzo potrzebuje przystąpienia do sakramentalnych źródeł łaski, tylko domyślał się, że potrzebuje „mocy, która by mi umo¬ żliwiła radowanie się Tobą” (7,18). Później, z perspektywy przebytej drogi, zrozumiał, że było w nim coś, co przeszkadzało przyjęciu łaski: nie umiał upokorzyć się przed Tym, który z miłości do nas sam się uni¬ żył, aby nas podnieść na wyżyny boskości. Ale oddajmy głos jemu samemu: „Jeszcze nie przyjmowałem nasze¬ go Pana Jezusa Chrystusa jako pokorny pokornego i jeszcze nie wie¬ działem, czego mogłaby mnie nauczyć Jego słabość. Tego mianowicie, że Słowo Twoje jest wieczną Prawdą, która niezmiernie przerastając najwyższe nawet części Twojego stworzenia, wszystkich, co się jej pod¬ dają, podnosi ku sobie. W niższej części stworzenia zbudowała sobie ubogi dom z naszej gliny, aby dzięki temu mogła ludzi, którzy się jej poddają, wyzwolić z nich samych i pociągnąć ku sobie, lecząc ich z py¬ chy i karmiąc w nich miłość, aby już nie kroczyli, ufając samym sobie, lecz by sobie raczej uświadomili własną słabość, widząc u swych stóp bóstwo osłabione przyjęciem szaty naszej śmiertelności — aby wreszcie znużeni rzucili się do stóp tej Prawdy, a ona, podnosząc się, również ich podźwignęła” (7,18). Zbyt inteligentny był Augustyn, żeby nie zauważyć, że wierzyć w Boga połowicznie to jest raczej udawanie wiary niż wiara prawdziwa. „A nie mogłem się już usprawiedliwiać tym, że nie widzę jasno prawdy. Była to wymówka, w jakiej nieraz szukałem usprawiedliwienia mojej opieszałości: tego, że jeszcze nie wzgardziłem sprawami doczesnymi i nie zacząłem służyć Tobie. Bo prawdę teraz widziałem już zupełnie jasno. Ale nadal przykuty do ziemi, wymawiałem się od służby pod Twoim znakiem” (8,5). Wreszcie przyszły biskup Hippony odkrył coś niezwykle istotnego: że z tą połowicznością w wierze jest mu po prostu wygodnie i że stąd właśnie biorą się jego opory przed oddaniem się Bogu na całego. Zro¬ zumiał wreszcie, że zachowuje się jak człowiek śpiący, któremu nie chce się wstawać, a zarazem, że najwyższa już pora, żeby się obudził. Każdy chrześcijanin powinien sobie zapamiętać ten obraz śpiocha, któremu nie chce się wstawać. Myślę, że obraz ten zawiera najistotniej¬ szą odpowiedź na pytanie, dlaczego nasza wiara tak wiele pozostawia do życzenia: „Ciężarowi świata tak błogo się poddawałem, jak się nieraz człowiek poddaje naporowi snu. A moje rozmyślania o Tobie były po¬ dobne wysiłkom człowieka, który się usiłuje przebudzić, ale nie może i, pokonany, znowu w głębie snu zapada. Nie ma wśród ludzi nikogo, kto by spać chciał bez przerwy. Każdy słusznie mniema, że większą ma wartość jawa. Nieraz jednak człowiek tak jest odrętwiały, że odwleka
		

/0112_0001.djvu

			112 SZUKAJĄCYM DROGI chwilę otrząśnięcia się ze snu; nie chciałby dłużej spać, ale tym gorli¬ wiej w sen się pogrąża, chociaż nadeszła już pora przebudzenia. (...) Chociaż ze wszystkich stron mi okazywałeś, że taka jest prawda, i by¬ łem już o tym zupełnie przekonany, umiałem Ci odpowiadać tylko sen¬ nymi słowami omdlałego człowieka: «Jeszcze chwilę! Jeszcze tylko chwilę! Poczekaj nieco...»” (8,5) Wówczas Opatrzność Boża miłosiernie podstawiła przed oczy Augu¬ styna lusterko, aby mógł się w nim przeglądnąć. Mianowicie jego afry¬ kański rodak, niejaki Pontycjan, zaczął kiedyś opowiadać o konkretnych ludziach, którzy odważyli się całych siebie zawierzyć Bogu. Augustyn jakby nie miał wyjścia, poczuł się przymuszony do spojrzenia w to lu¬ sterko: „Bo ja samego siebie umieściłem gdzieś za swoimi plecami, aby siebie nie dostrzegać. I oto mi stawiałeś przed oczyma mnie samego, abym zobaczył, jaki jestem wstrętny, pokręcony, brudny, okryty wrzoda¬ mi, ociekający ropą. Patrzyłem i ogarniało mnie przerażenie, a nie było dokąd uciec od tego widoku. Gdy usiłowałem od siebie wzrok odwrócić, Pontycjan dalej snuł opowieść swoją, którą Ty znowu stawiałeś mnie na¬ przeciw mnie samego, oczy mi kłułeś mną samym, abym wreszcie zro¬ zumiał moją niegodziwość i abym ją znienawidził” (8,7). Ale im więcej rozumiał, że musi się nawrócić, tym więcej bał się oddać Bogu całkowicie. „Ciągle odwlekałem ten moment, w którym miałem umrzeć dla śmierci, a dla życia żyć zacząć. Większą miało we mnie moc zakorzenione zło niż dobro, do którego nie przywykłem. Im bliższy był moment, w którym się miałem stać czymś innym niż byłem, tym większą wzbudzał on we mnie grozę. Lecz mnie nie cofał, nie spy¬ chał z drogi, po której szedłem — tylko unieruchamiał mnie i więził” (8,11). Teraz już Augustyn był całkowicie dojrzały do nawrócenia. Był jak ziemia dobrze przygotowana pod siew. Ziemia sama z siebie nie wyda plonu, ale jeśli ziarno padnie na ziemię dobrze przygotowaną, wyda plon wspaniały. Tak było z Augustynem. Na ziemię dobrze przygotowaną Bóg rzucił ziarno swego słowa. Słowem, które ostatecznie wstrząsnę¬ ło Augustynem, wstrząsnęło aż do samych podstaw jego duszy, był fragment Listu do Rzymian 13,13n: „...nie w ucztach i pijaństwie, nie w rozpuście i rozwiązłości, nie w zwadzie i zazdrości. Ale przyoblecz¬ cie się w Pana Jezusa Chrystusa, a nie ulegajcie staraniom o ciało i jego pożądliwości”. Oczywiście, droga każdego z nas jest niepowtarzalna. Ale idealnie by było, gdyby pod jednym względem nasze drogi były do siebie podobne: gdyby droga każdego z nas zmierzała do tego, by Bóg coraz bardziej był naszym Wszystkim. (js)
		

/0113_0001.djvu

			na okładce Arkadiusz Waloch »Campo dei Fiori« (1994); fot. Paweł Murzyn w najbliższych numerach Wiesław �?yko OMI Abraham Joshua Heschel Marian Grabowski Marie-Madeleine Martinie Paweł Sczaniecki OSB Andrzej Turczyński Powrót do kerygmatu Bóg w poszukiwaniu człowieka Kiedy przychodzi miłość Ojcze, wróć! Benedyktyn milczący w jaworowym lesie Mistrz Niewidzialnej Strony (A. Rublow) w poprzednich numerach »Nie ma skruchy bez zadośćuczynienia« rozmowa z prof. Krystyną Daszkiewicz (10/1994) ks. Jan Kochel Tomasz Didymos — »od rozdwojenia do dojrzałości« (9/1994) Jak być człowiekiem pięknym i dobrym (7/1994) W drodze do pieczar jaźni (7/1994) Autonomia — heteronomia — teonomia (5/1994) Europa i europejskość (9/1992) Arkadiusz Robaczewski Piotr Michałowski ks. Marek Jędraszewski ks. Antoni Siemianowski skład: Wydawnictwo »W drodze« druk: Szczecińskie Zakłady Graficzne, al. Wojska Polskiego 128, 70-491 Szczecin zam. nr 0648/2712-1/94/1
		

/0114_0001.djvu

			^— w numerze ^ Gdy następnym razem byłem w Rzymie, poszedłem znowu na Campo di Fiori. (...) Na cokole Posępnego Mnicha [Giordano Bruno] odkryłem czarny napis: »Lecz dzisiejszy świat także jest pozbawiony wolności«. (...) Swoją wymową pobudzał do myślenia. Nie tylko nad przemijaniem, za¬ pomnieniem i samotnością ginących, ale przede wszy¬ stkim nad przedziwnym powiązaniem wolności, świadectwa i prawdy. ks. Marek Jędraszewski »Lecz dzisiejszy świat...« św. Klemens Aleksandryjski »Hymn do Chrystusa Zbawiciela« u abp Henryk Muszyński »Wolność i solidarność« u Carlos C. Val¬ les SJ »Oswajanie przyszłości« j Grażyna Filipiak »Jakaś inna wia- ra« Oarocin '94) u S0ren Ulrik Thomsen »Wiersze« j Nad Ka¬ techizmem Kościoła Katolickiego: ks. Tomasz Węcławski -> »Telefon odpowiada na samotność« □ Adam Wrzosek o modli¬ tewniku Heliodora Święcickiego i jego religijności j Dlaczego moja wiara jest tak mała? Cena zł 20 000,- (w prenumeracie) Cena zł 25 000,- (w sprzedaży indywidualnej) . ISSN 0137-480 X Nr indeksu 381004