/00000_0001.djvu

			miesięcznik poświęcony życiu chrześcijańskiemu wldrodze Vi/ 3 (30 (307) 1999 < • i i Mirosław Pilśniak OP, Wilfrid Stinissen OCD, Tomasz Kwiecień OP, Stefan Niesiołowski, David Torkington, Jan Góra OP, Marek Wittbrot
		

/0000_0001.djvu

			POKUSY PREZESA KLUSKI rozmowa z Romanem Kluską wid rodzę ...nie potrafię być w pięciu domach naraz, nie potrafię się cieszyć pięcioma jachtami. U mnie natychmiast następuje wtedy otrzeźwienie: przecież to nie ma sensu, taka droga życia! Być może innych ludzi to wciąga: chcą mieć wię¬ cej, jeszcze więcej i więcej, a wszystko inne tracą z pola widzenia. Wtedy chyba bardzo ła¬ two się zagubić. Wilfrid Stinissen KONTEMPLACYJNE NASTAWIENIE... Zaufanie do siebie i zaufanie Bogu nie są, jak często nam się wydaje, przeciwnościami. Do¬ brze jest mieć zaufanie do siebie. Im bardziej ufam Bogu, tym więcej mam zaufania do sie¬ bie. Wtedy bowiem wiem, że Bóg działa prze¬ ze mnie, że stopniowo chce usunąć moje zablokowania, daje przestrzeń moim możliwo¬ ściom. Wojciech Grygiel ŚWI�?TOŚĆ, POWAGA, WYCISZENIE... ...pochopne utożsamianie wszystkich miłośni¬ ków tradycyjnej liturgii łacińskiej z ugrupowa¬ niem arcybiskupa Lefebvre'a jest najprawdopo¬ dobniej wynikiem nieświadomości opinii pu¬ blicznej o krokach Stolicy Apostolskiej, która z troską wychodzi naprzeciw tradycyjnym ka¬ tolikom... Na okładce: Jan Rylke SPOWIEDŹ (1984) akryl 50x73 Wysyłka 100 egzemplarzy miesięcznika do krajów Europy Środkowo-Wschodniej jest finansowana przez Fundację im. Stefana Batorego miesięcznik poświęcony życiu chrześcijańskiemu 3 (307) 1999 Wydawca Wydawnictwo Polskit Prowincji Dominikanów W DRODZE ul. Kościuszki 99 60-920 Poznari tel. (061)852 31 34 tel./fax (061) 852 39 62 www.wdrodze.pl Redaguje zespół Roman 8ąk Jan Grzegorczyk Katarzyna Karczewska Paweł Kozacki (red nac* Anna Kukorowska Współpraca Joanna Dąbrowska Irena Kozak Justyna Nowaczyk Dział reklamy Anna Wnękowska teł, 852 39 62 Prenumerata tel. 852 31 34 w. 52 informacja na s. 110 Konto PKO BP tl 0./Poznart nr 10204030*72430-270 dewizowe PKO II O ./Poznań nr 10204030-72430- *7?-» Druk Drukarnia Księży Werbtstów Górna Grupa tel. (052)33 24 ~94 Cum permisshne Auctoritatis eclesiastkae ISSN 0137-480 X cena 6,00 zf
		

/0001_0001.djvu

			Drodzy Czytelnicy, ostatnio w nowy sposób zafascynowała mnie postać Noego. Historia bib¬ lijnego potopu jest powszechnie znana. Bóg, widząc niegodziwość ludzi, postanowił ich wytracić, zachowując Sprawiedliwego, który znalazł upodo¬ banie w Jego oczach. Nakazał mu skonstruowanie arki z drzewa żywicz¬ nego, w której miał pomieścić wszystkie gatunki istot żyjących na ziemi. Pismo święte milczy o tym, jak przebiegała budowa potężnej łodzi. Egze- geci utrzymują, że biblijny Noe żył w Mezopotamii, a zatem w kraju, który nie miał dostępu do morza. Możemy przypuszczać, że arka powstawała na suchej ziemi. �?atwo wyobrazić sobie reakcje ludzi patrzących na drewnia¬ ną konstrukcję. Na pewno znalazł się niejeden, który próbował zgadnąć, dlaczego podjął się tak bezsensownego dzieła. Czy nie było rzeczą rozum¬ niejszą zająć się, tak jak dotychczas, uprawą winnicy? Przecież wszyscy jego znajomi i sąsiedzi „jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali". Nie do¬ wiemy się, ilu było takich, którzy próbowali go przekonać, by powrócił do swoich dotychczasowych zajęć, ilu odwodziło go od szalonego pomysłu, ilu uważało go za nieszkodliwego wariata, a ilu chciało siłą zniweczyć jego zamiar. Tajemnicą pozostanie i to, co działo się w sercu Noego. Czy ogarniały go wątpliwości, czy był bliski porzucenia pomysłu o budowie statku? Czy próbował kogoś przestrzec, mówiąc mu o wodach potopu? Co myślał na temat sobie współczesnych, skazanych na zagładę? Jedno jest pewne — pozostał wierny wezwaniu Boga. Wytrzymał presję swojego śro¬ dowiska. Wszystko podporządkował jednemu celowi. Dokończył dzieła. Mam wrażenie, że nasze rozbiegane życie, rozproszone na tysiące spraw i interesów domaga się czasem odnalezienia tego, co najważniejsze. Przy¬ pomnienia, że „przemija postać tego świata" i ostatecznie — w wymiarze każdego ludzkiego życia — zostaniemy ogarnięci falami śmierci. Każdy z nas potrzebuje czasu na rozeznanie woli Boga, wycofanie się ze ślepych uliczek niepotrzebnych zaangażowań, odnalezienia własnego rytmu, by w wewnętrznym pokoju budować swoją arkę. Czas Wielkiego Postu sprzy¬ ja takiej refleksji. Mam nadzieję, że pomogą w niej również teksty zawarte w tym zeszycie miesięcznika. Paweł Kozacki OP
		

/0002_0001.djvu

			spis treści ROZMOWA W DRODZE 4 POKUSY PREZESA KLUSKI rozmowa z Romanem Kluską, prezesem spółki Optimus SA WIELKI POST 10 Mirosław Pilśniak OP WOLNOŚĆ W SPOWIEDZI 20 Wilfrid Stinissen OCD KONTEMPLACYJNE NASTAWIENIE DO ŻYCIA (1) 31 ks. Jerzy Machnacz NIE DO WIARY! 35 Wincenty Różański WIERSZE TRADYCJA . 37 Włodzimierz Bogaczyk JESTEM ZASMUCONYM KATOLIKIEM 42 Wojciech Grygiel FSSP ŚWI�?TOŚĆ POWAGA, WYCISZENIE... 44 Tomasz Kwiecień OP DUCH ŚWI�?TY CZY MASONI? HISTORIA 56 Stefan Niesiołowski 60 LAT OD ŚMIERCI ROMANA DMOWSKIEGO 62 Alina Merdas RSCJ LEGENDY I ARCHIWA O PIUSIE XII OPOWIADANIE 67 David Torkington „JAK PO�?ĄCZYĆ TEOLOGI�? ZE ŚMIECIAMI?" (1) 81 Mariusz Marczewski WIERSZE
		

/0003_0001.djvu

			LISTY ZE ŚWIATA Zdzisław Nowicki 82 „KSIĄŻECZKA" ARCYBISKUPA MICHA�?A FELIETON Jan Góra OP 86 KOSTEK Marek Wittbrot 89 WOJNA NA SLOGANY KRONIKA opracowanie na podstawie serwisu KAI 93 ORIENTACJE Tomasz Włodek 96 ZWOJE Z QUMRAN (3) <> »Y SI�? MODLISZ PSALMICZNA DROGA KRZYŻOWA 104 opracował Marcin Morawski SZUKAJĄCYM DROGI POZAZIEMSKIE CYWILIZACIE 106
		

/0004_0001.djvu

			rozmowa w drodze Pokusy prezesa Kluski z Romanem Kluską, prezesem spółki Optimus SA, rozmawia Jacek Urbaniec Czy jest Pan marzycielem? Gdy byłem młodszy, znacznie młodszy, mia¬ łem czas na marzenia i na pewno wtedy można było określić mnie jako marzyciela. Często te marzenia nie miały racjonalnych uzasadnień, do¬ tyczyły niedosiężnych celów. W tej chwili, jeśli mam być szczery, nie mam czasu na marzenia, f ~ natomiast raz na jakiś czas zdarza się takie... za- • ' . pędzenie się w przyszłość. Rozpocząłem naszą rozmowę od pytania o ma¬ rzenia, gdyż sądzę, że są one ukrytym dynamizmem niektórych kultur czy poszczególnych ludzi. Jeśli nie niszczymy marzeń, pozwalamy im rozwinąć się, wówczas popychają nas do wielkich czynów. Często trzeba działać w takich momentach, gdy szanse dopiero powstają, gdy brakuje czasu, gdy brakuje danych do racjonalnych kalkulacji. Na przy¬ kład wejście Optimusa w Internet i multimedia dwa-trzy lata temu było de¬ cyzją wynikającą w znacznej mierze z intuicji. W takich momentach trzeba być, w pewnym sensie, marzycielem. Analitycy ze swymi wykresami, obli¬ czeniami pojawiają się w firmie znacznie później. Aby dziś mieć półtora miliona klientów na serwerze, trzeba było kiedyś zaufać wyobraźni, pójść za głosem marzeń. Czasem realizacja szansy prześcignie marzenia—z pewno¬ ścią kilka lat temu nie wyobrażałem sobie w najśmielszych nawet, ulotnych marzeniach tego, co dziś jest rzeczywistością. Nawet w czasach PRL, będąc wicedyrektorem państwowego przedsiębior¬ stwa, można było czuć się wolnym człowiekiem —pod warunkiem, że nasze nienaganne postępowanie wykluczało najdrobniejsze choćby zarzuty o nie¬ uczciwość. Opowiadał Pan o tym niedawno — o niesamowitej radości, jaka ogarnia nas, gdy doświadczamy wolności. Czy rzeczywiście dziś, jako osoba publiczna, czuje się Pan Prezes wolnym człowiekiem?
		

/0005_0001.djvu

			ROZMOWA Z ROMANEM KLUSKĄ 5 Jestem równocześnie człowiekiem wolnym i niewolnikiem — niewolni¬ kiem swojej firmy. Wiele osób zaufało tej firmie: jedni przyszli tu pracować, inni związali się z nami jako kupujący albo dostawcy. Nie można teraz ich zawieść. Wyobraźmy sobie, że jutro przyjeżdża prezes Intela albo Bill Gates z Microsoftu i chce się ze mną spotkać, powiedzmy, o godzinie dwunastej w nocy. Zostawiłbym wtedy wszystko, nawet najważniejsze sprawy rodzin¬ ne, by dla dobra firmy uczestniczyć w tym spotkaniu. Może Pan krytykować decyzje premiera, ministra, szefa urzędu skarbo¬ wego bez obawy, że zaszkodzi to firmie? Mogę! Owszem, gdy pracownicy urzędu skarbowego przychodzą tu, są zaskoczeni, że nie jesteśmy służalczy. Mam nadzieję, że prawo będzie coraz lepsze, że spółka, która uczciwie płaci podatki, będzie niezależna od urzędu skarbowego. Ale i w tej dziedzinie realizuje się wolność i będzie jej coraz więcej. Czy muszę iść na bankiet do wojewody? — nie muszę. Wolę ten czas poświęcić na pracę w firmie „od wewnątrz”, wolę zająć się, jak obec¬ nie, złożoną materią sformalizowania firmy, mechanizmami zarządzania — to te procedury funkcjonowania, które Pan przed chwilą oglądał. Od tysiącleci ludzi pociągała władza i pieniądze. Pan ma pieniądze. Gdy¬ by dziś sprzedał Pan swe akcje Optimusa, same odsetki przekraczałyby mi¬ lion (nowych) złotych miesięcznie. Mógłby też Pan próbować zdobyć władzę poprzez działalność polityczną. Mógłby Pan podróżować po świecie, zająć się filozofią czy inną ulubioną tematyką. Co sprawia, że Prezes Optimusa woli żyć w stresie, być niewolnikiem firmy? Czasami, kiedy jestem przemęczony, taka pokusa nachodzi, aby nie pra¬ cować i żyć dostatnio. Mógłbym być faktycznie obiektywnym politykiem — nie dałoby się mnie przecież skorumpować. Jednak rezygnacja byłaby zdra¬ dą — niewykorzystaniem potencjalnej szansy rozwoju firmy. Jeżeli kiedyś nadarzy się okazja, że spośród kadry znajdę kogoś istotnie lepszego od sie¬ bie, przejdę na pozycję nr 2, potem 3 itd. Gdy spadnę na pozycję 5 albo 6, wtedy bez żalu wybiorę to piękne życie, które Pan przede mną nakreślił. Przed laty wielka hossa na warszawskiej giełdzie przysparzała ludziom pokaźnych zysków, wyzwalając w „zwykłych zjadaczach chleba ” niespodzie¬ wane pożądania, namiętności, uśpioną zachłanność. Pańska firma w pierw¬ szych latach funkcjonowania była na skraju bankructwa (słynna „ wojna ” z nie istniejącą już spółką Protech), potem nadeszły sukcesy, Optimus wszedł
		

/0006_0001.djvu

			6 POKUSY PREZESA KLUSKI na giełdą, a Pan stał się jednym z najbogatszych prywatnych inwestorów w Polsce. Jak czuje się człowiek, który jest strasznie bogaty? Nie ma to żadnego wpływu, przynajmniej na mnie. Jeżeli wiem, że gdy uda się wykorzystać szansę, moja firma może być jedną z najsilniejszych w tej części Europy, tylko to się liczy. Jeżeli wizja, droga, którą wytyczyłem firmie, okazywałaby się nietrafna, tylko to mnie gnębi. Póki nie znajdę ma¬ newru dopasowania się do rynku, do technologii, która dominuje, dotąd je¬ stem nieszczęśliwy i to mnie niszczy. Mój rachunek inwestycyjny w biurze maklerskim jest pewnie kilkadziesiąt tysięcy razy niższy niż wartość akcji Pana Prezesa. Jednak kiedy w kościele czytany jest fragment Ewangelii zawierający Kazanie na górze, kiedy słyszę słowa Jezusa o uchu igielnym, przez które bogacz będzie przedzierał się do królestwa niebieskiego, czuję się trochę nieswojo. Czy Pan nie odczuwa po¬ dobnego drżenia? Odczuwam. Te słowa są niezmiernie ważne w Ewangelii... Firmy marke¬ tingowe przyjeżdżają do Nowego Sącza i starają się mnie na niejedną poku¬ sę namówić: kup sobie samolot, kup sobie dom w Szwajcarii. Na ułamek sekundy człowiek może zapragnąć: aha, skoro jestem żeglarzem, mam, po¬ wiedzmy, domek nad jeziorami, to może by tak jeszcze willa na Riwierze francuskiej albo posiadłość na Wyspach Bahama. Na ułamek sekundy wy¬ daje się to nawet realne, gdy ma się pieniądze. Ale to utopia — nie potrafię być w pięciu domach naraz, nie potrafię się cieszyć pięcioma jachtami. U mnie natychmiast następuje wtedy otrzeźwienie: przecież to nie ma sensu, taka droga życia! Być może innych ludzi to wciąga: chcą mieć więcej, jesz¬ cze więcej i więcej, a wszystko inne tracą z pola widzenia. Wtedy chyba bardzo łatwo się zagubić. Aby zachować samokontrolę, staram się z jednej strony, by moje dochody były takie same jak moich najlepszych pracowni¬ ków (to powoduje, że w naturalny sposób nie mam ochoty, żeby mieć więcej i więcej!). Oczywiście, jest to w jakimś sensie sztuczna bariera. Z drugiej strony, te nadmiarowe pieniądze, które się pojawiają, staram się lokować w przedsięwzięcia, które są przeciwwagą zatracenia się w rzeczach mate¬ rialnych. Kiedy istotną część moich dochodów przeznaczam na dobre, szla¬ chetne cele, ufam, że w ten sposób jakby odpokutowuję te chwile zapatrzenia, zapomnienia, które zdarzają się mniej więcej raz na kwartał, gdy dopiero siłą woli przywołuję się do porządku — powstrzymuję się od zakupu.
		

/0007_0001.djvu

			ROZMOWA Z ROMANEM KLUSKĄ 7 Kiedy czyta się wywiady z Panem, nietrudno zauważyć, jak ważna jest dla Romana Kluski uczciwość... Będąc z Panem uczciwy, muszę wyznać, że przynajmniej w połowie ta moja uczciwość wynika z... wyrachowania. Prezes Kluska jest uczciwy, żeby wygrać, osiągnąć sukces w grze rynkowej? Nie, jeszcze inaczej. Nieuczciwość powoduje wielość następstw, wielość komplikacji. Zamiast zająć się rozwojem firmy, mnóstwo czasu i energii trzeba poświęcić na próżno — na usuwanie komplikacji wynikających z nieuczci¬ wości. Z podobnych powodów ludzie czasem odrzucają kłamstwo. Jeśli człowiek kłamie, musi potem pamiętać, co powiedział! Bardzo trafny przykład. W swym referacie podczas V Krakowskiej Konferencji Metodologicznej ukazywał Pan, w jaki sposób idealnie wolny rynek wymusza uczciwość. Jed¬ nak rynki nie są idealne — występują na nich koncesje etc. Dlatego niech mi wolno będzie postawić nieco hipotetyczne pytanie, przeprowadzić ekspery¬ ment myślowy. Co Pan Prezes wybrałby: heroiczną uczciwość, ale w konse¬ kwencji upadek firmy, czy raczej ratowanie firmy za wszelką cenę, nawet kosztem uczciwości? Heroiczna uczciwość i w rezultacie upadek firmy? Chyba mnie na to nie stać. Nie, nie zniszczyłbym firmy. Mówiłem przed chwilą, że to jest moja służba. Z kolei wyjście nieuczciwe też mogłoby wyrządzić krzywdę firmie. Jak znam siebie, rozpaczliwie poszukiwałbym trzeciego rozwiązania, gdzieś pośrodku: by moje postępowanie było „prawie uczciwe”, tolerowane albo przynajmniej zgodne z prawem, a zarazem minimalizowało krzywdę firmie. Może ta odpowiedź rozczarowuje Pana, ale nie potrafiłbym podnieść ręki na firmę. Uczciwość prezesa Optimusa, a uczciwość samej spółki, to nie to samo. Przecież Pan Prezes nie kontroluje wszystkich działów, wszystkich podwład¬ nych. A jeśli gdzieś tam, w miejscowości X, lokalny oddział Optimusa, aby się wyróżnić, aby osiągnąć lepsze wyniki finansowe, nie spłaca w terminie swych zobowiązań, narażając wierzycieli na poważne kłopoty?
		

/0008_0001.djvu

			8 POKUSY PREZESA KLUSKI Jestem świadomy, że spośród tysięcy, setek tysięcy transakcji, takie sytu¬ acje na pewno się zdarzają — tego nie da się wyeliminować. Przypadek, który mnie niemalże zmroził, miał miejsce przed kilku laty, kiedy Optimus był jeszcze małą firmą, zatrudniającą dziesięć osób. Pracownik, który przy¬ woził z Wiednia towar, nie oclił kilku sztuk. Dlaczego? — zapytałem. Dla sportu, szefie! Aby przeżyć emocje, pracownik ów narażał całą firmę! Ogól¬ nie, patrzę na te kwestie pragmatycznie. To, co dam radę skontrolować, kon¬ troluję. Jeśli już coś takiego się zdarzy, to nie można przymykać oczu, tole¬ rować nieuczciwości. Na przykład kilka dni temu mieliśmy pewne kłopoty. Najważniejsze dla mnie nie były wtedy konsekwencje dla firmy, ale postawa pracowników. Natychmiast kazałem sprawdzić memu zastępcy, czy nasi pra¬ cownicy byli uczciwi — to było dla mnie najważniejsze. A uczciwość w reklamie? Autorzy reklam nie informują, lecz odwołują się do emocji, podniet seksualnych, manipulują uczuciami. Aby rozbudzić sztucz¬ ne potrzeby, w reklamach przemyca się fałszywą hierarchię wartości: poda¬ ruj sobie odrobinę luksusu, jesteś tego warta, on to lubi; jeśli kupisz samo¬ chód, przestaniesz być samotny, będziesz człowiekiem sukcesu, nie opędzisz się od długonogich, seksownych dziewczyn. Optimus, jak każda spółka, ska¬ zany jest na reklamowanie produktów. Tak... W reklamie firma musi trochę ubarwić, jakieś 5 procent, bo inaczej zostałaby wyeliminowana z rynku. Ale 5 procent, to nie 50. Firma nie może kłamać. Może pokazać swój produkt w kolorowym, bardziej atrakcyjnym ujęciu. Mówię więc moim ludziom od reklamy: piszcie, co chcecie, ale tak, by żadne stwierdzenie nie było kłamstwem. Zdjęcie budynku wykonane o wschodzie słońca, kiedy wygląda on piękniej niż zwykle, nie jest kłam¬ stwem. Oszustwem jest natomiast pokazywanie zamiast niego jakiegoś in¬ nego, bardziej okazałego budynku. Staram się przekonać ludzi od reklamy, że w interesie firmy jest najwyżej pierwsze podejście: wykorzystać moment, kiedy słońce ciekawie świeci i są piękne cienie. W latach pięćdziesiątych mieliśmy w Polsce socrealizm. Teraz powstaje jakby „ bizrealizm ”. Ludzie biznesu pojawiają się na ekranie, na szpaltach kolorowych magazynów; wprost ociekają optymizmem i pewnością siebie. Zwyciężyli w grze rynkowej, bo byli błyskotliwsi, pracowitsi. Przegrani na¬ tomiast zawinili lenistwem i brakiem inteligencji. Pan Prezes, na szczęście, wyłamuje się z tego uproszczonego schematu. Wyznał Pan, że kiedy ban¬ kructwo Optimusa wydawało się nieuchronne (podczas wspomnianej już
		

/0009_0001.djvu

			ROZMOWA Z ROMANEM KLUSKĄ 9 „ wojny ” z Protechem), siedział Pan przez kilka dni jak otępiały i nic nie robił. Dlatego ciekawi mnie, jaki jest Pański stosunek do nieudaczników? Jest to ich, nieudaczników, wina... ich wina. To prawda, że jakieś 8 lat temu zdarzył się taki moment, kiedy byłem sparaliżowany konkurencją, ale ona oszukiwała — sprzedawała produkty bardzo niskiej jakości. Rynek to dostrzegł i zaczął kupować nasze produkty — droższe, ale lepszej jakości. Per saldo więc my byliśmy lepsi. Jeżeli w wielu miejscach nie robimy cze¬ goś optymalnie, konkurencja jest lepsza, proszę mi wierzyć, mówię pracow¬ nikom: wy nieudacznicy, gdzie wasza ambicja! Pan Prezes nie dopuszcza więc myśli, że do sukcesu w biznesie, np. do sukcesu Optimusa, niezbędny jest łut szczęścia, przypadek? Raczej potrzebna jest pewna cecha charakteru: podążania za szansą. Inni bali się tak szybko iść do przodu, więcej konsumowali (konsumpcja jest za¬ wsze przeciwnikiem sukcesu). W każdym razie, przegrywają nieudacznicy. Do tej pory mówiliśmy o jirmach, o życiu gospodarczym. A w życiu osobi¬ stym? Moje uwagi o sukcesie i nieudacznikach nie przenoszą się na życie osobi¬ ste. Choroby, zdarzenia losowe... Komuś, komu się nie poszczęściło z przy¬ czyn obiektywnych, trzeba pomóc. Jak mówiłem przed chwilą, staram się potężną ilość mych dochodów, nawet zdecydowaną większość, przeznaczać na cele społeczne. Nie pomagam natomiast firmom, bo to byłoby niemalże przestępstwo: wspieranie tych, którzy wytwarzają gorsze produkty, nie po¬ trafią się znaleźć na rynku, oszukują rynek. Ich należy eliminować, nisz¬ czyć. Konsumentów powinno się uwalniać od takich nieudaczników. Pięknie dziękuję za rozmowę. Nowy Sącz, 4 grudnia 1998 r.
		

/0010_0001.djvu

			Wielki Post MIROS�?AW PILŚNIAK Wolność w spowiedzi Sakramenty Kościoła są świętowaniem i najbardziej intensywnym spot¬ kaniem człowieka z Bogiem na ziemi. Są zwiastowaniem i celebrowaniem miłości i dobroci Ojca do każdej osoby, a także prawdziwą odpowiedzią miłości, jaką może ona dać Stwórcy. Pomimo tego przyjęcie sakramentalne¬ go znaku wiary nie musi być doświadczeniem łatwym. Jest zawsze konfron¬ tacją grzeszności i słabości ludzkiej z Bożą dobrocią, która wydaje się cza¬ sem niezrozumiała lub zbyt wymagająca. Jest to także zderzenie człowieka ze znużeniem i bezradnością wobec samego siebie. Szczególnie dotyczy to spotkania z Miłosierdziem w sakramencie spowiedzi. Sakrament pojedna¬ nia z Bogiem stwarza prawie zawsze znaczne trudności. Pojednanie — przy¬ jęcie wyzwalającej łaski — kosztuje człowieka wiele. A może problemem jest tylko zewnętrzna forma celebracji, która mogłaby być zmieniona bez uszczerbku dla wewnętrznej treści, a przynosiłaby nie mniej pożytku spo¬ wiadającym się? Powszechne pytania Stawiane dzisiaj pytania, dotyczące zmian w formie spowiedzi — czy to konieczne, aby wyglądała tak, jak dotąd, czy nie można przyjąć zasady ogól¬ nej absolucji, jak robi się to w niektórych kościołach na Zachodzie Europy, lub czy nie wystarczy osobista, gorąca modlitwa o przebaczenie wypływają¬ ca z autentycznego żalu itp. — świadczą o istnieniu prawdziwego ludzkiego problemu. Propozycje rozwiązania wypływają z osobistego doświadczenia osób spowiadających się i często powodowane są poczuciem strachu lub wstydu podczas tego sakramentu. Niestety, stawiane wyżej postulaty wcale nie muszą prowadzić do bardziej autentycznego spotkania z Bożym Miłosier¬ dziem. Mają one na celu złagodzenie stresu związanego ze skrępowaniem i lękiem, próbują więc rozwiązać problem psychologiczny spowiadających się osób. Byłoby to rozwiązanie tylko cząstkowe. Tymczasem przemyślenia wymaga przede wszystkim problem teologiczny i to największej wagi: kwes¬ tia ludzkiej wolności, która realizuje się dzięki sumieniu, czyli zdolności człowieka do samostanowienia.
		

/0011_0001.djvu

			WOLNOŚĆ W SPOWIEDZI 11 Pojawiają się też inne pytania, które spotyka się dziś dość powszechnie. Jak się zdaje, zadawane są raczej przez osoby zniechęcone spowiedzią: jak rozumieć obowiązek corocznej spowiedzi, jaki powinien być spowiednik, pełniący potrójną rolę: „lekarza”, „sędziego” i „ojca”? Kiedy żal za grzechy jest wystarczający, by otrzymać rozgrzeszenie? Czy wystarczy żal ze wzglę¬ du na wstręt do grzechu i strach przed piekłem, czy też konieczny jest żal doskonały, płynący z miłości do Boga? Jak powinno się postępować wobec „recydywistów”, którzy ponownie, mimo ostrzeżeń spowiednika, ulegają tej samej pokusie? Jakie znaczenie dla osądu grzechu mają okoliczności jego popełnienia? Kiedy jest grzech śmiertelny, kiedy „tylko” powszedni? Jaka powinna być rola sumienia, a jaka autorytetu w podejmowaniu decyzji? Takie pytania pokazują, że obok częstych dziś poszukiwań spowiedzi pogłębionej, która dotyka duchowej strony człowieka, trwa — mniej lub bardziej jawna — debata nad możliwościami ucieczki od dotychczasowego sposobu jednania się z Bogiem. Wątpliwości te wskazują, że problemu winy i przebaczenia nie da się sprowadzić do płaszczyzny tylko psychologicznej. Bada się przy tym psychologiczne ograniczenia, które powodują, że wydaje się niemożliwe stosowanie dotychczasowych kryteriów oceny grzechów. Nie jest to problem nowy. Wystarczy zauważyć, że gdy np. Delumeau bada his¬ torię spowiadania, dochodzi do paradoksalnych wniosków, że od wieków, chcąc pocieszać, koić lęk przed karą wieczną, obdarzać łaską przebaczenia, spowiedź wzbudzała lęk, wstyd, była ludzkim dramatem — i to nie tylko dla wyznających grzechy. Była ciężkim obowiązkiem także dla spowiedników. „Spowiedź — pisze Delumeau — chciała pocieszać, ale najpierw niepoko¬ iła grzesznika. Wybaczała mu niestrudzenie, czyż jednak nie wydłużyła po¬ nad rozsądną miarę listy i okoliczności grzechów? Spowiedź wysubtelniła sumienie, rozwinęła w człowieku życie wewnętrzne i poczucie odpowie¬ dzialności, ale także rozbudziła skrupuły i była dla całych milionów wier¬ nych ciężkim brzemieniem”. Między penitentem a spowiednikiem Warto jednak ponownie przejrzeć także postulaty, jakie stawia się spo¬ wiednikowi. Które z nich, dla dobra penitenta, koniecznie trzeba zrealizo¬ wać? Może należy jeszcze raz określić, co służy, a co przeszkadza dobrej spowiedzi? Z czego spowiednikowi nie wolno ustąpić, a czego powinien raczej unikać, by np. nie próbował zastępować terapeuty czy psychiatry, do czego zupełnie nie jest przygotowany, a czego często oczekują penitenci?
		

/0012_0001.djvu

			12 MIROS�?AW PILŚNIAK Znajdujemy się w sytuacji dylematu związanego ze spowiedzią: z jednej strony rozumiemy jej konieczność, z drugiej lęk przed nią i niepewność. Istnieją różne kryteria oceny problemu przyjmowane przez księży i przez osoby świeckie. Już od wieków „skala wartości i kryteria oceny grzechów rzadko były takie same po obu stronach konfesjonału. Można się zastanawiać, w ja¬ kiej mierze dwaj partnerzy sakramentu pojednania mówili tym samym języ¬ kiem, żyli w tym samym świecie i w ten sam sposób pojmowali grzech śmier¬ telny”. Także i dziś w potocznym odbiorze istnieje ogromna dysproporcja w podejściu do tego sakramentu pomiędzy osobami świeckimi, które bory¬ kają się ze spowiedzią, a księżmi, którzy jej słuchają i mają swoje z nią problemy. Musimy przyjąć za punkt wyjścia sytuację człowieka zranionego przez wcześniejszą praktykę wyznawania grzechów. Być może jest to do¬ świadczenie każdego katolika. Jednak da się odnaleźć takie wymiary sakra¬ mentu pokuty, które może warte są tego powszechnego zranienia. Nie zamykając oczu na ludzkie opinie, warto zadawać sobie pytanie, co robić, żeby spowiedź dla obu stron: i penitenta, i spowiednika, była tym, czym jest w rzeczywistości w obu jej wymiarach: ludzkim i Boskim. Jest przecież celebrowaniem pojednania, czyli dziełem wyzwolenia z niszczącej mocy ludzkiego grzechu i manifestacją Bożej mocy przebaczania. Jest dra¬ matem pojednania dokonującym się za cenę Ofiary Syna Bożego. Spowiednik niekoniecznie musi pełnić rolę balsamu łagodzącego ludzki lęk i niepewność. Patronem spowiedników jest Jan Vianey, święty proboszcz z Ars. Nie był on wcale księdzem łatwym w kontakcie. Surowy, ascetyczny, wymagający. Dziś uchodziłby raczej za fanatyka. Był czas, że spowiadał przez 16 godzin dziennie w zimnym kościele. Stracił czucie w nogach z po¬ wodu odmrożenia. Ludzie, którzy przyjeżdżali do niego z całej Francji mu¬ sieli niekiedy czekać na spowiedź przez kilka dni. Ars stało się miejscem pielgrzymek tysięcy pokutników szukających pojednania z Bogiem i rzecz jasna, miejscem najazdu ciekawskich. Święty proboszcz nie był łatwym spowiednikiem. Niekiedy, nie wiadomo dlaczego, odsyłał kogoś na koniec kolejki. Innym razem zaczepiał w drodze do kościoła i sam zaczynał wymie¬ niać grzechy osoby, którą sobie wybrał. Jedno, co na pewno łączyło spowie¬ dzi wszystkich przychodzących do niego, to nieustępliwość Proboszcza, który nie godził się na częściowe, niepełne, tymczasowe czy udawane pojednanie z Bogiem. Miał dar przenikania serca i widział, sobie znanym sposobem, czy spowiadający się rzeczywiście dokonał wewnętrznej zmiany hierarchii wartości i rozumienia istoty rzeczy. Wiedział, czy dokonało się prawdziwe nawrócenie. Jeżeli miał wątpliwości, nie wahał się być nieustępliwy i suro¬
		

/0013_0001.djvu

			WOLNOŚĆ W SPOWIEDZI 13 wy. Ale nawet ta surowość nie odstraszała grzeszników, którzy często póź¬ niej chwalili się, że Jan Vianey chłostał ich naganami i zmuszał do zmiany życia. Mówili to ze łzami w oczach, takimi, jakie zobaczyć można u osób rzeczywiście wyzwolonych i szczęśliwych. Znamienne są, wyrażane także dzisiaj, pragnienia wielu penitentów, aby spo¬ wiedź była prawdziwym i pełnym pojednaniem z Bogiem. Chcą oni, aby rozpoczynała ona nowy etap i zamykała ostatecznie dotychczasową historię życia. Często takie osoby umawiają się osobiście ze spowiednikiem i zaczy¬ nają od tego, że chcieliby wyspowiadać się inaczej niż dotąd. Chcieliby uwolnić się od „formułek”, które im to wszystko infantylizują i uformalnia- ją. Niekiedy proponują rozmowę nieanonimową i poruszającą wiele sple¬ cionych ze sobą spraw dotkniętych i zdeformowanych przez grzeszność. Pragnienie spowiedzi pogłębionej, dotykającej dotąd nie zauważanych problemów i rozjaśniającej motywy postępowania, natrafia często na prawie niepokonywalną barierę czasu księdza. Niekiedy budzi u niego strach: zaj¬ muje ona bowiem co najmniej pół godziny oraz wymaga dodatkowych, nie¬ małych kompetencji spowiednika. Oprócz autentycznej wiary kapłana po¬ trzebne są mu przecież jeszcze przeróżne umiejętności: wiedza z teologii moralnej, dar rozeznawania, znajomość charakterystycznych cech ducho¬ wości wspólnot i ruchów religijnych, rozróżnianie duchowych kryzysów od problemów psychicznych. Na dodatek konieczna jest jeszcze umiejętność radzenia sobie w sytuacjach, gdy penitent po prostu potrzebuje fachowej pomocy psychiatrycznej, nie zaś czytania mistyków. Czy ksiądz, obok wielu koniecznych do jego posługi umiejętności, jest w stanie podołać jeszcze tym wszystkim oczekiwaniom? Czy nie jest konieczne powołanie nowych insty¬ tucji duszpasterskich dla duchowego towarzyszenia osobom, które tego po¬ trzebują lub o to proszą? Czym jest spowiedź? Według Katechizmu Kościoła Katolickiego spowiedź jest jednym z sa¬ kramentów uzdrowienia (obok namaszczenia chorych), którego celem i we¬ wnętrzną treścią jest otwarcie człowiekowi możności powrotu do łaski chrztu. W starożytności nie było dyskusji, czy i jak często powinniśmy się spowia¬ dać. Chrześcijaństwo zmagało się wtedy z problemem, ile razy w ciągu życia można uzyskać wyzwalającą łaskę przebaczenia Bożego. Dzięki tej dyskusji —jej śladem jest dzieło Pasterz Hermasa z przełomu I i II wieku — przyjęto w Kościele ważną zasadę, że nie tylko chrzest gładzi grzechy, ale
		

/0014_0001.djvu

			14 MIROS�?AW PILŚNIAK możliwe jest ponowne oczyszczenie duszy przez sakrament pojednania. Zwyciężyło duszpasterskie podejście pasterzy Kościoła do grzeszników, które otwarło drogę częstej celebracji sakramentu. Adrienne von Speyr, w swojej książce Spowiedź, pisze, że aktualizuje się tutaj — dla tego jedynego penitenta — coś, co nazywa ona postawą spowie¬ dzi Syna. Oznacza to dla niej pełne i bezwarunkowe powierzenie siebie Ojcu w całkowitej szczerości i otwartości. Przynosi ono człowiekowi wyzwole¬ nie, zawiera w sobie sens spowiedzi. Sakramenty Kościoła są odzwiercied¬ leniem życia Pana, tam też znajdują swą prawdę i prawzór. Podczas bycia na ziemi Jezus „trwał przed Ojcem w postawie, jaką powinien przyjmować pe¬ nitent wobec spowiednika, Kościoła i samego Boga: w całkowitej, niczego nie skrywającej otwartości, w nieustannej gotowości przyjęcia Ducha Świę¬ tego, w pewności znajdowanej nie w sobie samym, lecz w Ojcu i Jego Du¬ chu”. Jego relacja z Ojcem obejmuje to, co zawiera spowiedź: wyznanie grzechów, skruchę i zadośćuczynienie człowieka, jak też rozgrzeszenie udzie¬ lane przez Boga. Syn Boży stawszy się człowiekiem dzieli los oddalonych od Boga ludzi. Żyje jako jeden z tych oddalonych. Jezus, w miarę jak nabie¬ ra ludzkiej wiedzy o grzechu, coraz bardziej bierze cudzą winę na siebie po to, by Ojciec, patrząc na Niego, widział, jak Jezus coraz pełniej przyjmuje na siebie winę świata i staje się jednym z grzeszników. W ten sposób — mówi von Speyr — Ten, który zna prawdę o grzechu, jest Tym, który go w prawdzie wyznaje — powierza siebie Ojcu. Kiedy człowiek wyznaje swe przewinienia na spowiedzi, wówczas mię¬ dzy nim i grzechem zachodzi podwójna relacja: uznając i wyznając winę, utożsamia się z nią, a zarazem uznaje siebie za grzesznika. Uznając jednak winę za swoją, równocześnie dystansuje się od niej przez akt żalu. Wiąże się ze swoją winą po to, by się od niej uwolnić... Przystępuje do spowiedzi, bo chciałby po niej rozpocząć nowe życie. Syn-Chrystus w swojej relacji do Ojca podobny jest do penitenta tęsknią¬ cego za nowym życiem. Bóg-Człowiek nie chce i nie może występować wobec Ojca jako „lepiej wiedzący”. Oznacza to Jego bezgraniczne posłu¬ szeństwo oraz wyznanie nie ubarwione, nie zaśmiecone ludzkimi dywaga¬ cjami, wolne od przywiązania do grzechów, które komuś innemu mogą wy¬ dawać się interesujące lub wybaczalne. Osąd, ocenę, rozłożenie akcentów w całości pozostawia Ojcu. Idzie w tym tak daleko, że „w chwili najgłęb¬ szych ciemności wyznania na Krzyżu Syn przestanie Ojca rozumieć. Działa¬ nie pozostawia samemu Ojcu. Rozgrzeszenie z wszystkich grzechów, jakie na siebie wziął, otrzymuje dopiero na Krzyżu, dopiero w momencie śmier¬
		

/0015_0001.djvu

			WOLNOŚĆ W SPOWIEDZI 15 ci...” Nasze winy nosił tak bardzo serio, że w chwili śmierci — mówi von Speyr — nie wykluczał nawet możliwości potępienia. Jego spowiedź jest zdaniem się całkowicie na wolę Ojca wobec Niego. Nie wyznaje grzechów pod warunkiem, że dane Mu będzie rozgrzeszenie. Zmartwychwstanie od¬ dzielone jest od śmierci na Krzyżu przez ciszę Wielkiej Soboty, w której działać może już tylko Ojciec, nie Syn. Postawa spowiedzi oznacza całkowite, bezwarunkowe powierzenie się grzesznika Sądowi Boga, podobnie jak powierza się Ojcu Syn Ukrzyżowany. W spowiedzi sakramentalnej w Kościele spotyka się dwóch ludzi: ksiądz i penitent, którzy wtedy spotykają się naprawdę, kiedy obaj, tak jak Syn Boży, przyjmą postawę spowiedzi: wyznania swojej grzeszności z nadzieją na niezasłużone usprawiedliwienie przez Boga. Dla kapłana postawa spowiedzi oznacza jeszcze coś innego: gotowość do wysłuchania i przyjęcia na siebie winy penitenta. I tak, spowiednik obciążo¬ ny grzechem, który co dopiero usłyszał, staje wobec Sądu Bożego w posta¬ wie wyznania i żalu za niego. Wtedy słowa Ewangelii, jakie wypowiada do grzesznika:, ja odpuszczam tobie grzechy”, wypowiada jednocześnie do sie¬ bie i do spowiadającego się. Są to słowa Dobrej Nowiny dające zmartwych¬ wstanie. Penitent z kolei — to grzesznik, który staje w postawie spowiedzi wobec księdza, Kościoła i Boga, i wie, że ma prawo —jak Syn na Krzyżu — ocze¬ kiwać tylko śmierci. Staje jednak z nadzieją, że przez tę śmierć w ramionach Ojca przejdzie do zmartwychwstania.Pytamy, czy ktokolwiek z nas, czy też naszych penitentów, ma świadomość tego, co dzieje się wewnątrz rytu cele¬ bracji spowiedzi? Przecież w miejscu grzesznika Syn Boży staje wobec Ojca w postawie spowiedzi, wyznaje jego grzechy i wkracza w ciemność tego wyznania jak w ciemność śmierci na Krzyżu. Bez względu na to, czy mamy tego świadomość, czy nie, od chwili naszego chrztu takie „zastępowanie” nas przez Syna-Chrystusa dzieje się bezustannie. „Kiedy bowiem my nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch wstawia się za nami w błaga¬ niach, których nie można wypowiedzieć słowami” (Rz 8,26). Zadanie spowiednika — chronić wolność sumienia Spróbujmy określić, jaka rola w wydarzeniu spowiedzi przypada spowied¬ nikowi. Ma on utożsamić się z Chrystusem nie tylko z mocy posiadania świę¬ ceń {ex opere operato). Powinien podczas sprawowania sakramentu przyjąć duchową postawę Chrystusa wyznającego grzechy świata na Krzyżu.
		

/0016_0001.djvu

			16 MIROS�?AW PILŚNIAK Spowiednik postępuje etycznie, jeśli przyjmujepostawę spowiedzi w imie¬ niu penitenta. Często wszystko, co może dać spowiadającemu się, to cierpli¬ we słuchanie i celebrowanie sakramentu, doszukując się w nim minimum skruchy, jakim jest wyznanie: „wiem, że nie postąpiłem zgodnie z nauką Wspólnoty Kościoła i żałuję, że nie żałuję”. Kapłan musi ponadto być straż¬ nikiem tego, by penitent postępował zgodnie ze swoim sumieniem, i to bez względu na to, czy jest ono dobrze uformowane, czy nie. Jednak powinien informować go o ewentualnych błędach jego sumienia. Kard. J. H. Newman przypisuje sumieniu człowieka tak wielką rolę, że widzi w nim istotny element ludzkiej religijności. Mówi on, iż „sens moral¬ ności i religii, a nawet autorytetu papiestwa (prawa do nauczania, wiązania i rozwiązywania zobowiązań wobec Boga) opiera się właśnie na godności sumienia”. Według Newmana, „nie byłoby sensu słuchać głosu papieża (au¬ torytetu nauczania Kościoła), gdyby człowiek nie stawał najpierw wobec wewnętrznego głosu własnego sumienia, w którym odzywa się Bóg”. Wy¬ ciąga stąd wniosek, że „należy słuchać sumienia, bez względu na to, czy jego decyzje są słuszne czy błędne i bez względu na to, czy błąd jest winą błądzącego czy nie... Oczywiście, jeśli człowiek jest winien błędu, którego mógłby uniknąć, gdyby sprawę zbadał poważniej, to jest odpowiedzialny przed Bogiem za ten błąd, ale mimo to, jak długo jest w tym błędzie, musi działać według niego, bo szczerze uważa ten błąd za prawdę”. Rolą spowiednika jest ocenić, czy człowiek postępuje zgodnie z sumie¬ niem, ale powinien także ocenić, jak ono funkcjonuje. Gdy penitent postę¬ puje nie według sumienia, ale kieruje się lękiem lub psychologicznym po¬ czuciem winy lub też, gdy działa wbrew normom nauki Kościoła, ponieważ jego rozeznanie jest błędne, należy go pouczyć na temat zasad moralności chrześcijańskiej. Jednak dopóki nie włączy w kryteria oceny swoich czynów nowo poznanych praw, powinien postępować zgodnie ze swoim sądem. W takim przypadku, etyczną postawą spowiednika będzie tak sprawę wyjaś¬ nić, aby penitent zechciał szukać nowego światła dla oceny swojego zacho¬ wania tak długo, aż pozna, na czym polegał błąd. Wtedy będzie umiał oka¬ zać żal za grzechy, który pojmowany jest w chrześcijaństwie jako rozumna ocena swojego czynu jako zły. Według Newmana, błąd w postępowaniu polega na tym, że gdy ludzie odwołują się do uprawnień sumienia, nie myślą o uprawnieniach Stwórcy, ani o obowiązkach stworzenia w myślach i uczynkach wobec Niego. Doma¬ gają się oni prawa do myślenia, wypowiadania się, pisania i postępowania według własnego osądu lub humoru, bez odniesienia do Boga lub jakichkol¬
		

/0017_0001.djvu

			WOLNOŚĆ W SPOWIEDZI 17 wiek norm. Wtedy zadaniem spowiednika jest ocenić zdolność przyjmowa¬ nia przez penitenta postawy spowiedzi, a dopiero po tym zastosować adek¬ watny sposób reakcji na jego wyznanie grzechów. Kapłan musi uwzględniać osobiste możliwości spowiadającego się do tego, by szedł za głosem sumienia. Zależy od jego stopnia wolności, a także od czynników psychologicznych, takich jak lęk, świadomość popełnianego zła oraz od praktycznych pomysłów na to, jak zła uniknąć na przyszłość. Na płaszczyźnie duchowej spowiednik musi brać pod uwagę duchowe wyrobie¬ nie i wewnętrzną gotowość penitenta na przyjęcie Dobrej Nowiny o miło¬ sierdziu Boga wobec grzesznika. Sprawa jednak jest bardziej złożona. Używaliśmy bowiem dotąd szero¬ kiego i nie sprecyzowanego dostatecznie pojęcia wolności, która przez róż¬ nych ludzi może być odmiennie pojmowana. W książce Źródła moralności chrześcijańskiej S. Th. Pinckaers zestawia dwa modele funkcjonowania ludz¬ kiej wolności: jeden nazywa wolnością ukształtowaną przez wartość, drugi określa jako wolność obojętną wobcc wartości. Wolność obojętna wobec wartości to taka, w której sumienie człowieka rozpoznaje prawo moralne jako pochodzące z zewnątrz. Człowiek ma za zadanie właściwie je rozpoznać i podporządkować mu swoje postępowanie. Do istoty tej wolności należy wybieranie pomiędzy dobrem i złem. Wolność kształtowana przez wartość to taka, w której sumienie człowie¬ ka kieruje się — tak proponuje św. Tomasz — „prasumieniem”, poznaniem zasad moralnych i wskazań Ewangelii oraz gotowością odpowiadania na natchnienia łaski. Taka wolność to zdolność działania w dowolnym czasie, zgodnie z rozpoznawaną wartością i właściwą miarą doskonałości. Wybór zła jest tutaj niedostatkiem wolności. Człowiek w konkretnych czynach kie¬ ruje się zarazem wewnętrznym wyborem, jak i podlega zewnętrznym naci¬ skom zwyczajów, opinii, zasad przyjmowanych jako obowiązujące w jego grupie społecznej. Spowiednik ma za zadanie rozpoznać strukturę wolności, jaką posługuje się penitent. Dobrym przykładem zastosowania powyższych zasad przez spowiedni¬ ków w konkretnych problemach są sprawy poruszone w dokumencie Papie¬ skiej Rady ds. Rodziny z 1997 roku „O niektórych zagadnieniach moral¬ nych dotyczących życia małżeńskiego — vademecum dla spowiedników” (Kard. Alfonso Lopez Trujillo). Dokument stwierdza, że według nauki chrześcijańskiej właściwym kon¬ tekstem etyki małżeńskiej jest powołanie człowieka do świętości. Służy temu dar czystości małżeńskiej, który wyraża się tym, że ludzka płciowość włą¬
		

/0018_0001.djvu

			18 MIROS�?AW PILŚNIAK czona jest w więź międzyosobową, w całkowite, wzajemne oddanie się m꿬 czyzny i kobiety tak, aby było zachowane pełne znaczenie daru z siebie i zdolności do posiadania potomstwa. Odpowiedzialni małżonkowie są świa¬ domi zaszczytu płynącego ze współpracy z Bogiem w stwarzaniu nowego człowieka, a także chcą być hojni w podejmowaniu decyzji co do posiadania potomstwa. Stosowanie naturalnej regulacji poczęć uznaje się za drogę for¬ mowania w człowieku otwartości na dar życia, a także drogę do utrwalenia w sobie prawdziwej koncepcji osoby i płciowości. Z tych prawd dokument wyciąga konkretne wnioski i wskazania dla spo¬ wiedników w ich posłudze wobec małżonków. Celem sakramentu pojedna¬ nia jest powrót do obcowania z Bogiem, nie zaś tresura postępowania uzna¬ wanego za moralne. W takim razie spowiednikowi nie wolno wymuszać u penitentów korekty zachowań oraz koncentrowania uwagi na sprawach dotyczących seksu, jakby były to najistotniejsze problemy moralne. Jak już powiedzieliśmy, o wiele ważniejszy jest powrót do bliskości z Bogiem. Spo¬ wiednik powinien szanować tempo działania łaski w duszy penitenta i nie dążyć na siłę do przeskakiwania przez niego etapów rozwoju w okazywaniu miłości, do której spowiadający się jeszcze nie dorósł. Gdy penitent zadaje pytania, należy zrozumiale i prawdziwie przedstawić naukę Kościoła. Jest to znak, że w duszy człowieka zaczęła się droga więk¬ szej niż dotąd wrażliwości sumienia. Ale z kolei Vademecum stwierdza, że nawet „częste popadanie w grzech antykoncepcji nie stanowi jeszcze powo¬ du odmowy rozgrzeszenia”. Odmowa może być konieczna dopiero przy braku skruchy. Aby jednak nie pozostawić nie wyjaśnionej do końca sprawy co do hierarchii zagadnień, Vademecum stwierdza rzecz najbardziej zaskakującą. W punkcie ósmym czytamy, że gdy penitent nie dorósł duchowo, nie pojmu¬ je nauki Kościoła i trwa w subiektywnie nieprzezwyciężalnej ignorancji w sprawach czystości małżeńskiej, lepiej jest pozostawić go w tej ignoran¬ cji, a najpierw budować jego więź z Bogiem. Podsumowanie Osoby uczestniczące w celebracji sakramentu pojednania, czyli i spowia¬ dający się, i bardziej jeszcze ksiądz, powinni dążyć do tego, by przyjmować świadomie postawę spowiedzi: całkowitego, bezwarunkowego powierzenia się Bogu. Spotkanie człowieka z Bogiem w miłości, czyli także wydarzenie pojed¬ nania, dokonywać się może tylko w wolności człowieka. Stąd wypływa za¬
		

/0019_0001.djvu

			WOLNOŚĆ W SPOWIEDZI 19 sada wolności sumienia penitenta wraz z jej konsekwencjami. Najbardziej bolesną z nich jest fakt, że człowiek nie jest gotowy do pojednania, ponie¬ waż znajduje się w sytuacji trwałej okazji do grzechu. Wtedy nie może po¬ godzić się z Bogiem w sposób widzialny — sakramentalny. Musi w takim wypadku jakiś czas iść indywidualną drogą, bez drogowskazów wiary Ko¬ ścioła, bo jego sumienie błądzi lub podjął decyzję takiego sposobu życia, który z nauką Kościoła jest w sprzeczności. Spowiednik powinien służyć wyjaśnieniami, by ciemności poszukiwań penitenta rozjaśniać przez światło Ewangelii. Sumienie, jako akt rozumu, jest wrażliwe na prawdę. Kiedy wykracza ona poza dotychczasowy hory¬ zont przyjmowanych zasad, niepokój sumienia może prowadzić do kryzysu otwierającego na nawrócenie i nowe decyzje co do sposobu życia. Spowiedź to celebrowanie Bożego Miłosierdzia. Lepiej więc, by kapłan okazał się zbyt miłosierny, niż zbyt rygorystyczny. Jego powołaniem jest odchodzenie od osądzania, a przyjmowanie wewnętrznej postawy solidar¬ ności z grzesznikiem. Najważniejszą zasadą etyczną dla spowiednika jest chęć pojednania człowieka z Bogiem, ważniejszą niż pragnienie natychmia¬ stowej zmiany jego postępowania. Mirosław Pilśniak OP Podczas pisania tego tekstu korzystałem z następujących pozycji: J. Delumeau, Wyznanie i przebaczenie. Historia spowiedzi, tłum. Maryna Ochab, Wyd. Marabut, Gdańsk 1977; Adrienne von Speyr, Spowiedź, tłum. Wiesław Szymona OP, Wyd. „W drodze”, Poznań 1996; Servais Th. Pinckaers OP, Źródła moralności chrześcijańskiej, tłum. Agnieszka Kuryś, Wyd. „W drodze”, Poznań 1994.
		

/0020_0001.djvu

			WILFRID STINISSEN Kontemplacyjne nastawienie do życia(1) Nasz zabiegany i zagoniony czas, w którym przeżycia i wrażenia w wiel¬ kim tempie mieszają się ze sobą, nie ułatwia nam kontemplacyjnego przeży¬ wania naszego życia. Strumień słów i obrazów, jakimi zalewają nas media i reklamy, jest coraz szybszy i jeżeli tylko pozwalamy porwać się jemu, to¬ niemy w nim. Kto chce być sobą albo — co jest prawie tym samym — kto chce należeć do Boga, musi trzymać się z dala od tego strumienia. To nie jest wygodne, ale jest niezwykle proste. „Wróć duszo moja do swego spokoju" (Ps 116,7) Koniecznym warunkiem kontemplacyjnego podejścia do życia jest we¬ wnętrzny i zewnętrzny pokój. Jest on przeciwieństwem stresu. Stres jest pra¬ wie nieomylnym symptomem, że nie żyję życiem, które byłoby „skoncen¬ trowane w moim wnętrzu”. Stres pociąga mnie ku powierzchni i w dużej mierze powoduje, że tracę z oczu Boga, a świat postrzegam w krzywym zwierciadle, ponieważ nie patrzę na niego oczyma wiary. Stres, zgodnie z definicją szwedzkiego słownika, to „życie w napiętych i wyczerpujących okolicznościach charakteryzujących się brakiem czasu”. Właśnie to wraże¬ nie braku czasu jest typowe dla stresu i stoi w sprzeczności z postawą wiary, która zakłada zaufanie i oddanie samego siebie. Większość z nas ma wiele pracy. Jednak my nigdy nie mamy jej za wiele. Zawsze jest czas na to, co powinniśmy zrobić. Kiedy Bóg powierza nam jakieś zadanie, to daje nam na nie czas. Jeżeli czasu nie ma, to zadanie nie pochodzi od Niego. Patrząc bliżej, nigdy nie można mówić o prawdziwym braku czasu. „Ja Ciebie otoczyłem chwałą na ziemi przez to, że wypełniłem dzieło, które Mi dałeś do wykonania” (J 17,4), mówi Jezus do swojego Ojca. Kiedy dokucza nam poczucie ciągłego braku czasu, to może dzieje się tak dla¬ tego, że usiłujemy wypełnić dzieło, którego Ojciec nie dał nam do wykonania. Na tym polu często popadamy w wielkie iluzje. Wyobrażamy sobie, że
		

/0021_0001.djvu

			KONTEMPLACYJNE NASTAWIENIE DO ŻYCIA (1) 21 mamy strasznie dużo pracy. Jednak nierzadko są to tylko nasze własne ambi¬ cje, które inspirują nas do oddania się określonym zadaniom, a nie gorli¬ wość o Królestwo Boże. Byłoby dobrze, gdybyśmy raz po raz zapytali sa¬ mych siebie: „Dlaczego absolutnie chcę to zrobić?” i odpowiedzieć sobie z całą szczerością, na jaką nas stać. Byłoby pięknie, gdybyśmy zawsze mo¬ gli odpowiadać jak Jezus: „Ja nie szukam własnej chwały. Jest Ktoś, kto jej szuka” (J 8,50). A może potrzebujemy napomnienia: „Jak możecie uwierzyć, skoro od siebie wzajemnie odbieracie chwałę, a nie szukacie chwały, która pochodzi od samego Boga?” (J 5,44). Ile konfliktów przestałoby istnieć, a ja¬ kie postępy nastąpiłyby w ekumenii, gdyby wszyscy, pracujący dla Kościoła, szukali tylko chwały Bożej i czynili wszystko, co Bóg im przykazuje! Kiedy czujemy się zagonieni, pierwsze, co powinniśmy uczynić, to roze¬ znać, czy rzeczywiście jest wolą Bożą, abyśmy robili to, co robimy. Lecz nawet jeśli możemy powiedzieć, że Bóg życzy sobie, byśmy podejmowali tę pracę czy te prace, to jeszcze nie znaczy, że wszystko jest w porządku. Może powinniśmy nauczyć się innego sposobu jej wykonywania, nacechowanej pokojem, spokojem i równowagą. Jak dojść tak daleko? Oto kilka sposobów. Ojcze, Tobie zawierzam Prawie zawsze elementem stresu jest lęk: boimy się porażki, tego, że nie dorośliśmy do zadania, że nie zdążymy na czas albo że nas ktoś skrytykuje. Lęk możemy pokonać zawierzeniem. Bóg nigdy nie zmęczy się przebacza¬ niem nam, nie musimy się tego obawiać. Egzegeci obliczyli, że w Biblii to zapewnienie powtarza się 366 razy. Gdybyśmy chcieli sprawdzić te wszyst¬ kie miejsca, to mielibyśmy tekst na każdy dzień roku, łącznie z latami prze¬ stępnymi! Nie jesteśmy sami. Bóg jest z nami. „Ja nie jestem sam, lecz Ja i Ten, który Mnie posłał”, mówi Jezus (J 8,16). Wszelki nasz lęk pochodzi stąd, że żyjemy oddzieleni od Boga albo — mówiąc właściwiej — wydaje nam się, że jesteśmy od Niego oddzieleni. Ta złudna izolacja odbiera nam siły. Oczy¬ wiście, możemy mieć takie wrażenie, że dane zadanie przekracza nasze siły, bo sami próbujemy zrobić coś, co miało być wykonane wraz z Bogiem, i nie tylko z Bogiem, ale zadanie to Bóg miał wykonać razem z nami. On chce się nami posłużyć jako instrumentem, jako swoim narzędziem. „Jahwe, użycz nam pokoju, bo i wszystkie nasze dzieła Tyś nam zdziałał” (Iz 26,12). Źródłem stałego pokoju jest świadomość, że Bóg jest zawsze pierwszą
		

/0022_0001.djvu

			22 WILFRID STINISSEN przyczyną, a ja sam tylko tym drugim. „Nie rób tego walcząc, Rufinie, ale adorując”, zachęcał św. Franciszek swego współbrata. „Jahwe będzie wal¬ czył za was, a wy będziecie spokojni” (Wj 14,14). Kiedy wiemy, że Bóg walczy za nas, to samoistnie nastaje cisza i pokój. „Kiedy człowiek nie daje rady sprostać jakiemuś zadaniu, to niech się zachowuje cicho, to zadanie sprostaj emu”, pisze błogosławiony Henryk Suzo (ok. 1295-1366). Bowiem strach, czyli brak ufności, sprawia, że często dzia¬ łamy zbyt nerwowo, a z kolei ta nerwowość nas blokuje. Jakiś czas temu przeczytałem w „Svenska Dagbladet” o psychologu, który twierdził, że od¬ krył dwa prawa natury, o których nigdy nie słyszał podczas studiów na uni¬ wersytecie. Te dwa prawa są najprawdopodobniej dwiema stronami tej samej sprawy: 1) dopiero kiedy całkowicie się poddamy, mamy szansę osiągnąć to, 0 co się staramy; 2) kierujemy się prosto ku temu, czego najchętniej chcieli¬ byśmy uniknąć. Jest sporo prawdy w tych pozornie dwóch sprzecznych re¬ gułach. Dopóki absolutnie pragnę być święty i zachłannie staram się o to 1 jeżeli uważam, że jestem w drodze do tego, by stać się święty już tutaj na ziemi, może nawet jestem już u celu, to decydujący przełom nie może nastą¬ pić. Dopiero z chwilą, kiedy ustąpię przed samym sobą i wszystko złożę w Boże ręce i powiem Mu: „Czyń ze mną to, co chcesz... Tylko Tyś jest święty, tylko Tyś jest Bogiem, Tyś jedyny najwyższy”, istnieje szansa, że osiągnę wyznaczony cel. „Każda burza wewnętrzna, każdy niepokój, każde niezadowolenie biorą się zawsze z tego, że sami czegoś chcemy”, mówi Mistrz Eckhart (ok. 1260- -1328). Chodzi więc o to, by coraz szybciej uświadamiać sobie wewnętrzny niepokój, lęk czy niezadowolenie. One zawsze mogą stać się impulsem do tego, by bardziej zaufać Bogu! „Powierz Panu swą drogę, zaufaj Mu, a On sam będzie działał” (Ps 37,5). Zaufanie do siebie i zaufanie Bogu nie są, jak często nam się wydaje, przeciwnościami. Dobrze jest mieć zaufanie do siebie. Im bardziej ufam Bogu, tym więcej mam zaufania do siebie. Wtedy bowiem wiem, że Bóg działa przeze mnie, że stopniowo chce usunąć moje zablokowania, daje przestrzeń moim możliwościom. Nie jest wcale tak, że kiedy Bóg działa we mnie i przeze mnie, to jakby wyłącza moje własne siły. Przeciwnie. On pozwala im się rozwijać. Nasze zdolności są stworzone po to, by były uaktywniane, uduchawiane przez Boga. „...Beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15,5). Moje skrzypce brzmią najpiękniej, kiedy Bóg na nich gra, ale w obu wypad¬ kach dźwięk wydają skrzypce. Bóg i człowiek nie są konkurentami. Bóg nie chce stawiać człowieka w cieniu, ale raczej pragnie pociągnąć nas ku świa¬
		

/0023_0001.djvu

			KONTEMPLACYJNE NASTAWIENIE DO ŻYCIA (1) 23 tłu. Zaufać Bogu to nie znaczy, że mam przestać ufać sobie, ale że ufam memu najgłębszemu ,ja”. Właśnie od tej chwili zaczynam odkrywać moją prawdziwą siłę. Kiedy jestem złączony z Bogiem, jestem niepokonany. Uf¬ ność Bogu nie umniejsza mnie, ale dodaje wielkości. Bóg nie jest żadną działającą we mnie obcą siłą. On nie redukuje mnie do biernego widza. Bóg działa przeze mnie. On pozwala mi działać w taki sposób, który przerasta moje zwykłe możliwości. Kiedy brakuje nam zaufania do siebie, to może dlatego, że nie wierzymy, że Bóg chce działać, dawać i kochać poprzez nas. Zbyt często myślimy, że jesteśmy nieużytecznymi narzędziami. Myśląc w ten sposób, stajemy się fak¬ tycznie nieużyteczni. Jesteśmy zdani na nasze własne, powierzchowne, ogra¬ niczone siły albo — mówiąc lepiej — na naszą bezsilność. Tak tracimy na¬ szą prawdziwą siłę, tę, którą znajdujemy w swoim wnętrzu, gdzie mieszka Bóg; Bóg, który jest bardziej sobą niż to, co dotychczas uważałem za swoje; Bóg, który nieustannie powtarza: „Wszystko moje jest twoje”. Nie bójmy się! W tym stopniu, w jakim będziemy świadomi naszego lęku, będziemy też świadomi naszych możliwości. Wystarczy, byśmy zerwali z izolacją i odbudowali relację z Bogiem. Właściwy rytm Ważne jest, abyśmy także rozwijali nasze poczucie rytmu, naszego osobi¬ stego rytmu. Rytm, to — według definicji — regularnie po sobie następujące zmiany między okresami słabymi i mocnymi. Wszystko, co żyje, posiada rytm. Współczesna fizyka uczy nas, że nawet to, co nieożywione, zna rytm albo — a chodzi tutaj o to samo — że granica między tym, co żywe i nieoży¬ wione, jest zniesiona. Wszystko żyje, wszystko oddycha. Każdy człowiek ma swój własny rytm. Jeden ma szybszy rytm, ktoś inny wolniejszy. Wiele udręk płynie z tego, że nie respektujemy własnego rytmu. Mało jest takich cech, które byłyby tak decydujące, tak znamienne i tak ty¬ powe dla człowieka — i tak zaniedbywane —jak osobisty rytm. Nie mogę być sobą, jeśli zmuszam siebie albo zmuszam innych, by poddawali się ryt¬ mowi, który jest mi obcy. To niszczy pracownika, kiedy zawsze ma wykony¬ wać więcej, niż jest w stanie. Gdy cały czas zadajemy gwałt swemu osobi¬ stemu rytmowi, to stopniowo powstaje chaos. W końcu absolutnie tracimy „poczucie rytmu”. Niemożliwe jest ocenić, czy dana praca lub sposób jej wykonywania odpowiadają naszym fizycznym i psychicznym możliwościom. Przestajemy być „w formie”.
		

/0024_0001.djvu

			24 WILFRID STINISSEN Utrzymanie kontaktu z Bogiem wymaga wiele wysiłku, jeżeli nie respek¬ tujemy swojego rytmu. Nasz osobisty rytm jest konkretnym wyrazem woli Bożej. Nie żyję zgodnie z Jego wolą, jeśli żyję szybciej lub wolniej niż tak, jak On mnie stworzył. Zazwyczaj nie jest wolą Bożą to, co wprowadza nas w stan nerwowości czy paniki. Zwykle są to tylko nasze własne iluzje, które popychają nas do tego, by zdążyć zrobić to czy tamto absolutnie w takim, a nie innym czasie. „Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem” (Koh 3,1). Prastara mądrość. Jak mamy tym żyć? Musimy rozwijać poczucie własnego rytmu, respektować go i odważ¬ nie umieć coś powiedzieć, ilekroć ktoś chce go pogwałcić. Jeżeli nie trwamy w harmonii z własnym rytmem, to nie ma w nas harmonii ze sobą, a tym samym i z Bogiem. To zaś zakłada, że nie oglądamy się cały czas w prawo i w lewo na to, co robią inni, ile produkują czy ile spraw załatwiają. To nie rytm innych ludzi ma być moim drogowskazem, ale mój własny. Każdy musi mieć prawo do tego, by być sobą i poddawać się swojemu rytmowi. Kto jest szybki, ten musi nauczyć się czekać na tego powolniejszego, a powolniejszy musi zre¬ zygnować z ambicji, by dogonić szybkiego. Kiedy każdy pozostaje w har¬ monii ze sobą, wzrasta też harmonia w całej grupie. Skąd możemy wiedzieć, że znaleźliśmy swój własny, osobisty rytm? Ist¬ nieje taki wyraźny znak: praca przestaje być ciężarem, coraz bardziej staje się „zabawą”. Jeżeli każdego wieczoru wracamy do domu i jesteśmy zupeł¬ nie wypompowani, jeśli doświadczamy swojej pracy jako niekończącego się wielkiego ciężaru, to znaczy, że nie znaleźliśmy właściwego dla siebie rytmu. Czasem nie jest możliwe przestrzeganie swojego rytmu, ponieważ praca jest zbyt wyczerpująca. Najczęściej nie tylko sama praca jest temu winna, ale nasz sposób jej wykonywania. Dla osoby, która pracuje we wła¬ snym rytmie, praca staje się radością. Kto pracuje przy maszynie do pisania czy komputerze, ten ma przez cały czas możność pracy w swoim rytmie. Pisze za szybko, robi zbyt wiele błędów, a więc błędy te trzeba poprawić, i w rezultacie praca idzie wolniej niż w wypadku, gdyby od początku podjąć ją w wolniejszym tempie. Kiedy pisze wolniej, idąc za swoim rytmem, to komputer zaczyna przypominać instrument muzyczny, na którym się gra. Pracuje z mniejszym wysiłkiem, praca idzie szybciej, klawiatura jest zabaw¬ ką. Niekiedy mamy uczucie, jakby komputer sam myślał za nas. Tekst pisze się sam. Innym przykładem może być chodzenie. Nie wszyscy posiadają kompu¬ ter, ale wszyscy umiemy chodzić. Jak chodzimy? Chodzenie może być przy¬
		

/0025_0001.djvu

			KONTEMPLACYJNE NASTAWIENIE DO ŻYCIA (1) 25 jemnością. Możemy nerwowo biec albo odwrotnie — wlec się noga za nogą. Jeśli uchwycimy właściwy rytm, chodzenie stanie się tańcem. Naprawdę powinniśmy umieć tak żyć, by trwać w harmonii z kosmicznym tańcem, jaki współczesna nauka odkrywa we wszechświecie. Co to wszystko ma wspólnego z kontemplacją? Wszystko! Zgodnie ze znaną definicją św. Jana od Krzyża, kontemplacja „to nic innego jak tajem¬ ne, spokojne {pacifica) i miłosne udzielanie się Boga” (Noc ciemna I 10,6). Słowo kontemplacja wydaje się wskazywać na ludzką aktywność, ale zgod¬ nie z tym, co mówią święci, ona bardziej jest dziełem Boga. To, co człowiek może uczynić, to jedynie „dać miejsce”. Kto stara się o większy pokój we¬ wnętrzny i zewnętrzny, kto stara się przestrzegać swojego rytmu, a tym sa¬ mym respektować własne ograniczenia, ten w bardzo konkretny sposób daje miejsce Bogu. Bóg jest wolny i może przyjść, kiedy zechce. Normalnie jed¬ nak przychodzi, kiedy estandoya mi casa sosegada (kiedy chata jest uciszo¬ na) (Noc ciemna, strofa 1). Żyd chwilą obecną Zarówno wewnętrzny, jak i zewnętrzny pokój będzie niemożliwy, jeżeli będziemy usiłowali żyć równocześnie w trzech wymiarach czasu — w prze¬ szłości, przyszłości i teraźniejszości. Żałujemy tego, co było w przeszłości, albo lękamy się skutków, jakie tamte zdarzenia mogą za sobą pociągnąć. Napełniamy się nadziejami odnośnie przyszłości albo się jej lękamy. Jak często człowiek żyje chwilą obecną? Przeważająca część naszego niepoko¬ ju pochodzi stąd, że nie pozwalamy odpocząć naszej przeszłości i przyszło¬ ści, czy mówiąc lepiej — nie chcemy tego. Właściwie człowiek nie jest stworzony, by żyć w czasie, ale jego powo¬ łaniem jest przekraczać czas. Czas jest jak strumień. Zamiast dać się mu porwać, możemy stać na brzegu i patrzeć, jak czas zawsze tylko płynie. Czas przemija, ale my nie. Człowiek jest istotą wieczną. Jakaż różnica: być po¬ rwanym przez strumień lub stać na stałym gruncie i być widzem! Można też pomyśleć o ogromnym obracającym się kole: jeśli znajduję się po zewnętrz¬ nej stronie koła, to obracam się z pełną szybkością, ale kiedy znajdę się pośrodku koła, to będę trwał w spokoju, podczas kiedy wszystko wokół mnie będzie się obracało. Czas nie ma nade mną władzy. Każde nasze działanie powinno wypływać z naszego punktu wieczności. Taki sposób działania spra¬ wia, że wieczność staje się obecna w czasie. Może powinniśmy powiedzieć, że zadaniem człowieka jest zmieniać czas w wieczność. Im bardziej zbliża¬
		

/0026_0001.djvu

			26 WILFRID STINISSEN my się do naszego wnętrza, tym skuteczniej pokonujemy czas. To, co kiedyś było podzielone na przeszłość i przyszłość, zwraca się na powrót do swej pierwotnej formy: obecnego, wiecznego „teraz”. Nie jest to jakaś abstrak¬ cyjna spekulacja. Można łatwo doświadczyć, jak działanie, które ma swój początek w naszym wnętrzu, osiąga wewnętrzną pełnię, która silnie kontra¬ stuje z rozbiciem, znamionującym wszystko, co dzieje się w czasie. Czło¬ wiek oczywiście wciąż robi wiele rzeczy, ale rzadko odbiera je jako różne. Pojmuje to i „czuje”, że wszystko spoczywa w nieustannym i nieruchomym „teraz”. Jest prawdziwie w Bożym pokoju. Zanim zostanie utwierdzony w tym pokoju, upływa sporo „czasu”. �?atwo można wypaść z tego Bożego pokoju w rozdarcie czasu. Jednak każdy moment, który przeżywamy w wiecz¬ nym „teraz” Boga, jest światłem w drodze, jest lampą, która nam wskazuje drogę. Jeśli raz doświadczyliśmy, jak to może być, tęsknimy znów do tego stanu. Mamy motywację do tego, aby opuścić zagonione, jednostronne dzia¬ łania i trwać w Bożym pokoju. Nie trzeba wcale zajść aż tak „daleko”, aby zdobyć tego rodzaju doświad¬ czenia. Nie trzeba być „pełnym” człowiekiem, który pokonał już wszelkie swoje błędy i braki. Wystarczy bez zastrzeżeń przyjmować chwilę obecną, bez zastanawiania się nad tym, że nie jest tak, jak być powinno, że lepiej byłoby, gdyby było inaczej. Kiedy przyjmuję siebie takim, jakim jestem wła¬ śnie teraz, bez rozczarowań w stosunku do przeszłości, która mnie uczyniła takim, jakim jestem obecnie, bez żądań, by być innym, to jestem wyzwolony od czasu. W tym momencie jestem „pełnym” człowiekiem. Być „pełnym” nie znaczy, że nie ma się już żadnych fizycznych czy psychicznych zranień, że trwa się w doskonałej harmonii. Gdyby tak miało być, to Jezus na krzyżu nie byłby „pełnym” człowiekiem. „Pełni” jesteśmy wówczas, kiedy przyjmujemy całą swoją rzeczywistość, taką, jaka jest. To, co wpędza nas w chorobę, to na¬ sza ucieczka od chwili obecnej, od rzeczywistości. Pewna karmelitanka, która trwa w swoim „punkcie wieczności”, kiedyś napisała do mnie tak: „Ciemność staje się światłem, kiedy spoczywam po¬ środku niej; kiedy staję pośrodku wszystkich pytań, to znam wszystkie od¬ powiedzi. Kiedy mówię: «jestem zraniona», jestem pełna. Myślę bowiem, że to, czego Bóg pragnie ode mnie, to nie tego, bym była inna niż jestem teraz, ale żebym właśnie tutaj, właśnie teraz była dokładnie taka, jaka jestem. Staję tutaj pośrodku mych ograniczeń taka, jaka jestem, i nagle dzieje się coś nie¬ słychanego: staję się bezgraniczna. Jeżeli chcę być inna niż jestem, to wyga¬ niam Boga, ale i tego nie mogę w zupełności sprawić, jestem bowiem ciałem z Jego ciała i krwią z Jego krwi”.
		

/0027_0001.djvu

			KONTEMPLACYJNE NASTAWIENIE DO ŻYCIA (1) 27 Juliana z Norwich (1342-1416) mówi to samo: „Z chwilą, kiedy dusza jest pojednana sama ze sobą, natychmiast jednoczy się z Bogiem”, a św. Teresa z Lisieux pisała: „Prawdziwa świętość jest łagodna i pokorna i przyj¬ muje własne słabości i niedoskonałości”. W swej książce Geschichten gegen die Melancholie Elie Wiesel wkłada następujące słowa w usta rabbiego Aarona von Karlin, jednego z mistrzów chasydyzmu: „Wiedz, że w każdej chwili można znaleźć wieczność, każdy stół może być ołtarzem, a każdy człowiek najwyższym kapłanem”. Milczenie Nie ma kontemplacji bez milczenia. Milczenie ma wiele wspólnego z ubóstwem. Sw. Franciszek chciał być ubogi we wszystko, oprócz Boga. W taki sam sposób milczenie jest ubóstwem słowa, oprócz Słowa. Podobnie jak Słowo zawsze wypowiada miłość Boga, tak samo i nasze słowa powinny przekazywać tylko miłość. Oczywiście, że istnieją też pewne konwenanse, kiedy wypowiadamy miłe słowa o niczym. Ale i w tym wypadku wielość naszych słów powinna wyrażać miłość. Często jest tak, że osoba, która żyje w swoim wnętrzu, radzi sobie za pomocą niewielu słów. W naszej rozmowie z Bogiem też nie potrzebujemy używać wielu słów, mówi nam o tym sam Jezus. Milczenie samo w sobie nie ma wartości. Nie szukamy milczenia dla nie¬ go samego, ale po to, aby słuchać. Lepiej słuchamy, kiedy jest cisza, kiedy sami trwamy w milczeniu. Bogu trudno przedrzeć się do nas, kiedy bezu¬ stannie mówimy albo otaczamy się hałasem. Szczególnie dlatego, że Bóg jest tak ostrożny i „nieśmiały”, kiedy mówi. Wiemy, że to, co jest w nas najgłębsze, jest skąpane w ciszy. Jedynym słowem, które jest tam wypowia¬ dane, jest niewysłowione „Abba, Ojcze” Ducha Świętego. Istnieje wspólno¬ ta między milczeniem i wnętrzem człowieka, i dlatego każde usiłowanie, by stworzyć ciszę w nas i wokół nas, prowadzi do nowego i cennego „wyśrod¬ kowania”. Dum medium silentium to zawsze były słowa przestrzegane za¬ równo w liturgii, jak i w tradycji duchowej: „Gdy głęboka cisza zalegała wszystko, a noc w swoim biegu dosięgała połowy, wszechmocne Twe Sło¬ wo z nieba, z królewskiej stolicy, jak miecz (...) runęło w pośrodek zatraco¬ nej ziemi” (Mdr 18,14-15). Również przyroda uczy nas, że wielkie rzeczy zwykle dokonują się w milczeniu, w ukryciu. Ziarno kiełkuje w ziemi — w milczeniu. Dziecko rozwija się ukryte w łonie matki — w milczeniu. Naj¬ głębsze sprawy szukają milczenia.
		

/0028_0001.djvu

			28 WILFRID STINISSEN Istnieje zewnętrzne i wewnętrzne milczenie. Ponieważ człowiek jest du¬ szą obleczoną w ciało i krew, milczenie wewnętrzne wymaga, aby również ciało i krew były uciszone. Tylko to, co stało się ciałem, jest dla nas rzeczy¬ wiste. Między innymi z tego powodu Bóg stał się „człowiekiem”, pokar¬ mem i napojem w Eucharystii. Chciał być „rzeczywisty”. Ciekawe, że w czasie, w którym bardziej niż kiedykolwiek podkreślamy jedność między ciałem i duszą, duchem i materią — tak w filozofii, jak i w poszczególnych dziedzinach nauki, a najbardziej w medycynie — to wciąż jeszcze możemy usłyszeć, że to, co jest zewnętrzne, nie odgrywa żadnej roli. To zależy od wewnętrznego nastawienia — mówimy. Tak jakby wewnętrzne nastawienie na dłuższą metę było możliwe bez tego, co zewnętrzne. Niełatwo jest prze¬ cież podczas mszy świętej jedynie z pomocą sił duchowych wznieść swoje serce do Boga, jeśli siedzi się przy tym w ławce z nogą na nodze. Ludwik van Beethoven powiedział kiedyś: „Stopniowo jak milknie świat wokół mnie, budzi się w moim wnętrzu świat muzyki”. Zakonna tradycja zawsze kładła duży nacisk na milczenie. Szczególnie wieczór, dzięki ostro przestrzeganemu milczeniu po komplecie, był zawsze świętym czasem, spo¬ sobnym do modlitwy, studium, przemyśleń. W wielu klasztorach stopniowo telewizja zajęła miejsce tego wielkiego milczenia. Mamy potrzebę milczenia. Kto jej nie odczuwa, powinien sam siebie za¬ pytać, czy czasem nie „wyrósł” z siebie i nie stracił swej prawdziwej tożsa¬ mości. Muzyka, jakiej słuchamy, może być piękna, ale czuć potrzebę, by jej nieustannie słuchać, to znak wewnętrznej pustki. Faktycznie zawsze w każ¬ dym z nas rozbrzmiewa musica callada, cicha muzyka. Chodzi o to, by ją odkryć i nie pozwolić zagłuszyć muzyką z zewnątrz. Można wykształcić swoją wrażliwość na milczenie, ucząc się wsłuchi¬ wać w dyskretne, delikatne dźwięki. Przede wszystkim dźwięki przyrody są dobre do takiego ćwiczenia. Szum wiatru, szelest liści, bzykanie pszczół, szum strumyka, wszystkie te dźwięki przybliżają milczenie. Ale i w naszych czterech ścianach możemy znaleźć takie dźwięki, które niosą ciszę: tykanie zegara, odgłos ekspresu do kawy. Nie musimy daleko szukać, by odnaleźć ciszę. Zmysłowa obserwacja Nie tylko zasłuchanie, ale każde czyste przyjmowanie wrażeń zmysło¬ wych zwiększa naszą postawę kontemplacyjną. Chciałbym zwrócić uwagę na znamienną książkę węgierskiego jezuity, Franza Jalicsa (ur. 1927), Kon-
		

/0029_0001.djvu

			KONTEMPLACYJNE NASTAWIENIE DO ŻYCIA (1) 29 templative Exerzitien. Książka ma być konkretnym przewodnikiem podczas dziesięciodniowych rekolekcji (albo, jeżeli chcemy połączyć rekolekcje ze zwyczajną pracą, może stanowić dziesięć „lekcji”), podczas których „prak¬ tykujemy” modlitwę kontemplacyjną. Nie chodzi tutaj o rekolekcje igna- cjańskie, w których rozważamy fragmenty z Pisma Świętego i podejmujemy określone postanowienia. U Jalicsa nie chodzi o myślenie, ale o wczucie. Według niego, nie trzeba być wielkim mistrzem duchowym, by wiedzieć, że droga do Boga nie wiedzie przez dyskursywne myślenie. Bóg jest na miej¬ scu, ale my Go nie spostrzegamy. W religijnym rozwoju refleksja nad rze¬ czami odgrywa dużą rolę, przede wszystkim na początku. Natomiast kiedy stajemy na drodze kontemplacji, konieczne jest zaniechanie dyskursy wnego myślenia na rzecz obserwacji zmysłowej. Tematem jest więc: na nowo nauczyć się postrzegać przez zmysły. W pierw¬ szym dniu rekolekcji podejmuje się niewiele kroków w kierunku klasycznej medytacji. Jalics rozsyła uczestników na łono przyrody i zaleca im, aby jak najmniej myśleli o spacerze. Oczywiście ich myśli będą się wciąż pojawiać, ale należy niezłomnie powracać do postrzegania. Pozwól oczom spocząć na drzewach, obłokach i trawie; wsłuchaj się w wiatr i ptaki; chłoń zapach przy¬ rody. Pozwól rzeczom być, jakimi są, nie próbuj ich porządkować na swój sposób. Wszystko jest dobre takie, jakie jest. Nasze patrzenie może być bardzo zróżnicowane. Normalnie patrzymy badawczo (beobachten — obserwujemy), przy czym nie respektujemy rze¬ czy, bierzemy je na służbę, aby coś z nimi zrobić albo by zwiększyć swoją wiedzę o nich; albo patrzymy lekceważąco, bez zastanowienia i bez we¬ wnętrznego zaangażowania. Prawdziwy sposób patrzenia (schauen — oglą¬ danie), który przygotowuje nas do kontemplacji i sam w jakiś sposób jest kontemplacją, zakłada tym samym wielki szacunek wobec rzeczy i wewnętrz¬ ną obecność i otwartość na nie. Nic z nimi nie robimy, pozwalamy, by były sobą, by mówiły same za siebie. Wszystko ma nam coś do powiedzenia, niebiosa głoszą chwałę Boga. Kiedy w trakcie spaceru na łonie przyrody raz po raz stajemy spokojnie i pozwalamy naszym oczom spocząć na jakimś kwiecie, źdźble trawy czy kropli rosy, zauważamy, jak kropla czy kwiat powoli się otwierają i jak prze- błyskuje przez nie coś wiecznego. Wszystko jest we wszystkim. Kropla rosy nie jest jedynie kroplą rosy, ale i miejscem, w którym obecny jest Bóg. To nie tylko jest pewien fakt, ale misterium, tajemnica. Myślenie o tym nas nie zmienia, musimy to spostrzec zmysłami. Boga nie ma w naszych myślach, On jest w rzeczywistości. Tam możemy
		

/0030_0001.djvu

			30 WILFRID STINISSEN Go odkryć. Pierwszym krokiem jest odejście od myśli ku postrzeganiu. Kolej¬ nym krokiem jest odejście od naszego agresywnego i nastawionego na ko¬ rzyści sposobu postrzegania ku kontemplatywnemu patrzeniu, gdzie rzeczy i ludzie nie dają dochodu, nie przynoszą korzyści. Bóg tak stworzył rzeczy, że są dobre. Podczas bezinteresownego postrzegania ujawnia się dobro rzeczy, widzimy, że noszą one znamię Boga. Czasem do akcji wkraczają nasze we¬ wnętrzne, duchowe zmysły. Widzimy więcej, niż oko jest w stanie zareje¬ strować. Otrzymujemy duchowe oczy i uszy, które potrafią widzieć i słyszeć głębiej niż powierzchniowo. Stajemy się dioratikos: pod powłoką widzimy głębszą rzeczywistość, wielką jedność. Jalics mówi: „To postrzeganie w ostateczności prowadzi do Boga. Kon¬ templacja jest oglądaniem. �?acińskie słowo contemplari znaczy właśnie oglądać. W życiu wiecznym nie będziemy myśleć o Bogu, ale będziemy Boga oglądać... To, co będzie naszym jedynym zadaniem w życiu wiecz¬ nym, zaczyna się już tutaj, ale z początku nie pojmujemy Boga, ponieważ jesteśmy poirytowani naszym niespokojnym rozumem i nieujarzmioną ak¬ tywnością. Aby przygotować się do kontemplacji, musimy nauczyć się po¬ strzegać zmysłami” (s. 36-37). Na takim spacerze nie „myśleliśmy” jedynie o Bogu, i taki też nie był jego cel. Czuliśmy, że Bóg właściwie nigdy nie był gdzieś daleko, tak — On był z nami przez cały czas. Bóg stał się „rzeczywisty”. Równocześnie też odpo¬ częliśmy. Medytacja, podczas której „myślimy” o Bogu, jest męcząca. Czas, jaki przeznaczamy na taką„myślną” medytację, musi być z konieczności ogra¬ niczony, jeśli nie chcemy się przemęczyć. Postrzeganie zmysłowe nie zuży¬ wa energii, ale ją tworzy. Kiedy wracamy z przechadzki do domu, czujemy się lekko i świeżo. Razem ze światem staliśmy się bardziej przeźroczyści. Czyste postrzeganie zmysłowe sprawia, że stajemy się bardziej glassen. Wszystko ma prawo być, być takie, jakie jest; „pozwalamy” ludziom i rze¬ czom trwać w pokoju, nie chcemy wszystkiego zmieniać, nie chcemy inge¬ rować. To jest istota kontemplacji: pozwolić Bogu być Bogiem, nie manipu¬ lując Nim, nie żądając nic od Niego, nie chcąc Go „ulepszać”. „Miłosne wejrzenie” — mówi św. Jan od Krzyża. Uczymy się go przez zmysłowe postrzeganie. Wilfrid Stinissen OCD tłum. Justyna Iwaszkiewicz
		

/0031_0001.djvu

			JERZY MACHNACZ Nie do wiary! To, co się wydarzyło w Wielką Noc, przed nią i po niej jest nie do wiary Nie do wiary! Nikt nie potrafi zliczyć — bo przekracza to ludzkie możli¬ wości — krzyży, które dotykają, ranią, ciążą i zabijają życie człowieka. Maleńkie dziecko i osoba w podeszłym wieku, kobieta i mężczyzna, bogaty i biedny, wszyscy bez wyjątku mają swój krzyż, i to niejeden. Nie do wiary, ale przecież tak jest! Nie do wiary! Wśród tych niezliczonych krzyży przeszłych, współcze¬ snych i przyszłych pokoleń jest jeden, w którym zebrały się wszystkie cier¬ pienia wszystkich ludzi. Jest to krzyż Jezusa Chrystusa, „krzyż krzyży”. Nie do wiary, ale przecież tak jest! Nie do wiary! Bóg zrobił wszystko, do czego zdolna jest tylko prawdziwa miłość, aby człowiek żył. Człowiek zrobił wszystko, do czego zdolna jest bezgraniczna nienawiść, aby Jezusa zabić. Żołnierz przebił włócznią serce martwego już Jezusa, aby nie było żadnych wątpliwości, co do Jego śmierci. Nie do wiary, ale tak przecież było! Nie do wiary! Z otwartego włócznią żołnierza serca Jezusa wypływa woda i krew. Człowiek na „krzyżu krzyży” nie żyje! Bóg umarł! Ciesz się człowie¬ ku, dopiąłeś swego! Ale śmierć Jezusa nie jest końcem, tak jak krzyż nie jest początkiem. Jezus, nawet na krzyżu, pozostanie zawsze dla człowieka z sze¬ roko rozpostartymi ramionami i otwartym sercem. W Jego śmierci jest nasze życie. Nie do wiary, ale przecież tak jest! Nie do wiary! Krzyż Jezusa nie różni się pozornie od innych krzyży, ma dwie belki: horyzontalną, na wysokości ramion i serca, zbierającą ból całego świata i wertykalną, zakotwiczoną w ziemi, podnoszącą cierpienia i śmierć ku niebu. Nie ma bezsensownego cierpienia i śmierci, jeśli nawet racjonal¬ nie nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie: dlaczego cierpienie i dlaczego śmierć? Nie do wiary, ale przecież tak jest! Nie do wiary! Żyjemy w cieniu krzyża. Do naszego życia należą łzy, ból i śmierć. Żyjemy w cieniu krzyża, ale to przecież znaczy, że jest prawdziwa Światłość: tam, gdzie jest cień, tam musi być i Światłość. Z perspektywy Światłości powołani jesteśmy nawet wtedy, kiedy umieramy, do życia: śmierć
		

/0032_0001.djvu

			32 JERZY MACHNACZ — dzięki Jezusowi —jest przejściem do życia z Bogiem. Nie do wiary, ale przecież tak jest! Nie ma Wielkiej Nocy, bez Wielkiego Piątku. Nie ma chwały, bez uniże¬ nia. Nie ma powstania z martwych, bez śmierci. Nie do wiary! „Nie do wiary!” — znaczy, że trudno w coś takiego wierzyć, że w coś takiego nie można wierzyć. Czym jest biblijna wiara? Rozmaite świadectwa donoszą nam o tym, co wydarzyło się po śmierci Jezusa. Bibliści przybliżają nam ich znaczenie. W opowiadaniach o spotka¬ niach wielu ludzi ze zmartwychwstałym Jezusem chodzi w pierwszym rzę¬ dzie o potwierdzenie posłannictwa tych ludzi w głoszeniu Dobrej Nowiny (np. krąg dwunastu), o autoryzowanie ich określonej roli czy funkcji wśród wierzących w Jezusa (np.: Piotr, Paweł, Jan, Jakub), a dopiero w drugim rzę¬ dzie o potwierdzenie Jego zmartwychwstania. O tym, że Jezus powstał z martwych, wiemy od aniołów, dobre duchy nie mogą kłamać. Zmartwychwstanie Jezusa urosło w kulturze zachodniej do problemu wiary, ponieważ zostało „wyrwane” z całego biblijnego kontekstu. Pozostająca w biblijnej tradycji kultura wschodnia podkreśla w Wielką Noc wywyższe¬ nie Jezusa, Jego zwycięstwo nad piekłem, śmiercią i szatanem. „Wielkanoc jest centralnym świętem wyzwolenia. Bóg tak dalece wdał się w sprawę czło¬ wieka, że sam udał się do umarłych i ich wyzwolił”2. Nie do wiary! Tak, wielu nie może w zmartwychwstanie uwierzyć. W szczerość ich wyznania nie musimy wątpić. Być może sami przeżywamy ową niemożliwość wiary. Czujemy się jak zawieszeni w powietrzu: taki stan nie może trwać długo. Nie-szczęście jest zaprogramowane! Chylimy głowę przed tymi, którzy nie rozumieją i niewzruszenie wierzą. Spróbujmy zebrać myśli, aby wzmocnić naszą wiarę. „Nie do wiary!” — zatrzymajmy się na tym wyznaniu. Na czym polega biblijna wiara? Wiara biblijna polega jedynie i wyłącznie na wierze w Boga! Również wiara w Jezusa Chrystusa jest jedynie i wyłącznie wiarą w Boga, któ¬ ry jest obecny w Swoim Synu. Biblijnej wierze nie chodzi o fakty, o to, co jest możliwe, a co niemożliwe, lecz jedynie i wyłącznie o powierzenie się Bogu. Nie ma wcale nawet najmniejszej potrzeby, aby dowodzić istnienia tego Boga. Jego istnienie jest założeniem istnienia wszelkiego stworzenia, człowieka szczególnie. Biblijna wiara polega na „wyciągnięciu właściwych konsekwencji z określonych doświadczeń”3. A że życie człowieka jest nie¬ przerwanym ciągiem doświadczeń, nie należy nikogo przekonywać. Doświad¬ czenia można przeżyć i gromadzić, ale nie można ich dowieść. Biblia nicze¬ go nie dowodzi, ona opisuje doświadczenia-przeżycia Abrahama, Izaaka,
		

/0033_0001.djvu

			NIE DO WIARY! 33 Jakuba, Mojżesza. Oni wyciągnęli ze swoich przeżyć odpowiednie konse¬ kwencje: Bóg dał znać o sobie w ich życiu, oni swoje życie i życie najbliż¬ szych (rodziny, plemienia, narodu) związali z Jego istnieniem. Ewangelie opowiadają o Jezusie, który — w jedyny i niepowtarzalny spo¬ sób — związał swoje życie z Bogiem i człowiekiem jako Człowiek i Syn Boży. „Jeśli ktoś powstaje z martwych, to tylko dlatego, że jest to dzieło samego Boga. I jeśli ten, który powstał z martwych, powoływał się właśnie na tego Boga, to zmartwychwstanie jest potwierdzeniem, że tutaj mamy do czynienia z Bogiem życia”. Jeśli zmartwychwstania Jezusa nie można do¬ wieść, to przecież można przeżyć spotkanie ze zmartwychwstałym Jezusem. Ci, którzy przeżyli takie spotkanie, byli „święcie przekonani”4, że Jezus żyje. W szczerość ich wyznania nie musimy wątpić. Zmartwychwstanie jest podstawą wszelkiej wiary, ale nie można i nie ma potrzeby w nie wierzyć. Tylko sam Bóg może powołać umarłych do życia. Zmartwychwstanie Jezusa jest dla pierwszych chrześcijan zbawiennym wy¬ darzeniem, z którym kończą się wszelkie wątpliwości. Pierwsi chrześcijanie wierzą w Jezusa, a nie w zmartwychwstanie! Nie do wiary! Dla pierwszych chrześcijan zmartwychwstanie Jezusa nie było nigdy „przedmiotem” wiary. Nasza wiara, wiara ludzi nowożytnych, oddaliła się znacznie od wiary biblijnej. Biblijny obraz świata wydaje się nie do pogodzenia z obrazem świata, w którym żyjemy. Nowoczesny człowiek odkrył wprawdzie czyste Ja i stanął przed skończoną nieskończonością wszechświata, ale z tymi odkryciami zatracił dostęp do transcendencji. Czło¬ wiek przestał wierzyć Bogu, bo zaczął wierzyć nauce. Po okresie oświece¬ nia możemy jednak zapytać: czy racjonalny, naukowy obraz świata musi być jedyną możliwą rzeczywistością? Rozum oświeca mroki niewiedzy, ale i naukowa wiedza musi być oświecona przez rozum. Dlatego sama nauka dochodzi do twierdzenia, że rzeczywistość nie jest obiektywnością, lecz in¬ terpretacją. Naukowa interpretacja jest racjonalną interpretacją, ale wcale nie jest jedyną i w żadnym przypadku nie obejmuje wszystkich doświadczeń człowieka. Istnieją rzeczywistości wymykające się naukowej interpretacji. Nie do wiary! Zmartwychwstanie Jezusa nie było dla pierwszych chrze¬ ścijan, a byli to Jego przyjaciele, sprawą wiary, „dogmatem”, lecz doświad- czeniem-przeżyciem pozostawiającym ślady w życiu: przez spotkanie ze Zmartwychwstałym pozycja Piotra został wzmocniona, Szaweł „stał się” Pawłem, Magdalena przestała płakać. Zmartwychwstały Jezus „wchodzi” w życie tych ludzi, nabiera dla nich fundamentalnego znaczenia. Zmar¬ twychwstanie to nie abstrakcyjna prawda, lecz życie Boga z człowiekiem
		

/0034_0001.djvu

			34 JERZY MACHNACZ i człowieka z Bogiem. Tutaj nie chodzi o to, by coś zrozumieć, lecz o to, by istnieć. Zmartwychwstały Jezus wchodzi w życie człowieka nie tyle przez wiedzę, co przez świętowanie: liturgia jest miejscem spotkania z żyjącym Jezusem. Dlatego na pozdrowienie pełne radości: „Jezus zmartwychwstał!” jest odpowiedź pełna radości: „Zmartwychwstał prawdziwie!” Nie do wiary! Zmartwychwstania nie można dowieść, nie ma potrzeby w nie wierzyć, gdyż ono jest wydarzeniem w tym świecie, ale nie z tego świata, tak jak Jezus, będąc w tym świecie, nie był z tego świata. On przy¬ szedł do swoich, aby ci przez Niego i w Nim stali się dziećmi Bożymi i mieli życie w pełni. Nie do wiary, ale tak jest! Ks. Jerzy Machnacz 1 Por. Ks. Jerzy Machnacz, Słowa życia. Kazania na niedzielę i święta B, Wrocław 1996, s. 66. 2 Klaus Berger, Wer war Jesus wirklich?, Stuttgart — Quell Verlag 1996, s. 206. 3 Tamże, s. 207. 4 Tamże, s. 208.
		

/0035_0001.djvu

			WINCENTY RÓŻA�?SKI wyrwijcie mi zęby już wyrwali zabierzcie mi wszystko już zabrali przynieście mi krew Panie już przynieśli hostię przyjąłem już się kres obwieścił niech moja dola będzie policzona przebyłem noc właśnie nikt mnie nie wita prócz przechodzącej w czerni kobiety przebyłem noc właśnie nikt mnie nie spytał jak ci się szło przez czarne listowie pochwalony niech będzie bieg rzeki i horyzont co tkwi w świata boku odmieniam ja z tobą cztery pory roku i różaniec kruchy co wisi u boku niech się stanie światłość wiekuista na tej drożynie ciernistej niech nad nami czuwa Panna czysta na tej drożynie wieczystej
		

/0036_0001.djvu

			36 WINCENTY RÓŻA�?SKI ja biedny człowiek w szarości tego świata przed zamknięciem powiek szukam innego świata jam widział rzeczy gorsze od krwi która nie krzepła jam ciebie wyniósł w górze z moich marzeń i piekła czarny dzień widzę jasność nocy w celi może przyjdą do mnie jacyś święci anieli na nic kompani przyjaciele przyjaciela znajdziesz w każdym kościele długo mi przyjdzie rozpaczać za tobą za wami przyjdzie mi znowu przebaczać i żyć z wami Wincenty Różański
		

/0037_0001.djvu

			tradycja W�?ODZIMIERZ BOGACZYK Jestem zasmuconym katolikiem W Pałacu Prymasa była narada na temat muzyki i śpiewu w liturgii. Smut¬ ne to, bo widać, jak niszczą wszelką tradycję, i w muzyce, i w tekstach. Zniszczyli chorał gregoriański, wycofując łacinę, zniszczyli stary kościelny folklor, wprowadzili za to cukierkowe pieśni bez stylu. A znów w tekstach likwidują archaiczną polszczyznę, dając na jej miejsce język pospolity. „Mo¬ dernizacja" Kościoła, mająca na celu jego większą powszechność, może u nas sprawić, że oddali się on od mas i tradycji, a w łaski nowych ludzi się nie wkupi. Stefan Kisielewski zapisał te słowa w swoich Dziennikach pod datą 19 września 1972 roku. Ten cytat jest dla mnie ważny. Można się nim osło¬ nić jak tarczą, kiedy po raz kolejny trzeba będzie udowadniać, że osoba zako¬ chana w przedsoborowej liturgii nie jest zaciekłym przeciwnikiem biskupów, Ojca Świętego i Kościoła Katolickiego. Kisiel, przez całe dziesięciolecia współpracownik Tygodnika Powszechnego, nie ma w Polsce opinii zapa¬ trzonego w przeszłość ortodoksyjnego oszołoma. A taką łatkę przypina się każdemu, kto w gronie katolików, i nie tylko katolików zresztą, przyzna się do chodzenia na Msze św. Piusa V. — Stara Msza? Nie, dziękuję. Mnie to nie interesuje. Jestem rzymskim katolikiem — słyszałem wiele razy, gdy proponowałem, aby zamiast słuchać moich nieudolnych dukań o pięknie gregorianki, łaciny i Starego Obrządku, przejść się raz na taką Mszę i same¬ mu zobaczyć, jak modlił się cały rzymski Kościół Katolicki jeszcze trzydzie¬ ści lat temu. Dla większości z przypinających łatki nie ma znaczenia, że Msze, w któ¬ rych uczestniczę, odbywają się za zgodą biskupa, a zgoda ta wynika z woli Ojca Świętego, jasno wyrażonej w dokumentach, kazaniach i przemówie¬ niach. Rzadko, naprawdę bardzo rzadko, można usłyszeć słowa podobne do zdania, jakie powiedział mi mój proboszcz: — Nową Mszę kocham, a Starą szanuję. Dlatego dobrze zawsze mieć na podorędziu taki cytat, jak z Kisiela, albo jeszcze lepiej, schowane gdzieś w torbie zdjęcie prefekta Kongregacji Na¬
		

/0038_0001.djvu

			38 W�?ODZIMIERZ BOGACZYK uki Wiary kardynała Josepha Ratzingera odprawiającego Starą Mszę w jed¬ nym z wiernych łacińskiej tradycji liturgicznej opactw we Francji. To ostatnie działa szczególnie mocno na księży — wiem, bo sam spraw¬ dzałem. Jest taki dowcip, czym różni się przedsoborowy zakon o ścisłej regule od posoborowego. W przedsoborowym było tak — przeor w refektarzu mówi do brata Grzegorza: „Bracie, zamknijcie okno”. Brat Grzegorz wstaje od stołu, przyklęka dla okazania szacunku i zamyka okno. Po soborze wygląda to trochę inaczej. Przeor mówi do brata Grzegorza: ,3racie, zamknijcie okno... hm... bo wieje”. Brat Grzegorz wstaje, przyklęka dla okazania szacunku i mówi: „Eee... a mnie tam nie wieje”. Tradycjonaliści, ci wierni Rzymowi i podlegli papieskiej komisji Eccle¬ sia Dei, są tak naprawdę w wielu dziedzinach bardzo posoborowi. Kiedy w kurii usłyszą, że może być zgoda na Starą Mszę, ale nie na inne Sakra¬ menty, dostarczą z Watykanu odpowiednie dokumenty, które powiedzą co innego. Gdy trzeba, będą cierpliwie tłumaczyć swoim parafialnym probosz¬ czom, że prywatne odprawianie Starej Mszy nigdy nie zostało kapłanom zabronione. Czasem będą mieć inne zdanie niż ich biskup, choć zawsze pod¬ porządkują się jego decyzjom. Jestem posoborowy. Dlatego, gdy czytam w prasie wypowiedź księdza biskupa Zygmunta Pawłowicza, że Stare Msze, owszem, mogą być odpra¬ wiane, ale tylko dla małych grupek byłych lefebvrystôw, to wiem, że mam prawo się z nią nie zgadzać. I przypominam sobie, co na obchodach 10-lecia Motu Prioprio Ecclesia Dei powiedział kardynał Alfons Stickler: „Dziwię się, dlaczego biskupi nie chcą spełnić woli Ojca Świętego i wyrażać zgody na odprawianie Starej Mszy”. Pamiętam dobrze, bo na własne uszy słyszałem. A może tradycjonaliści są jednak wrogami Ojca Świętego? Może nie ro¬ zumieją „ducha Soboru”? Może, jak powiedział mi kiedyś jeden z księży, „próbują cofnąć zegar historii”? Myślę, że przede wszystkim są to ludzie zatroskani o Święty Kościół Ka¬ tolicki. Ludzie, którzy zadają pytania. Na przykład o to, dlaczego we Francji prawie tyle samo katolików uczęszcza w każdą niedzielę na Nową Mszę, co na Starą? Przecież Nowa Liturgia miała przybliżyć ludzi do Boga. Na doda¬ tek za Novus Ordo stoi cały francuski episkopat, a za Starym Obrządkiem tylko 200 księży. Dlaczego biskupi niemieccy wolą, aby parafie nie miały
		

/0039_0001.djvu

			JESTEM ZASMUCONYM KATOLIKIEM 39 duszpasterza, niż powierzyć je księdzu odprawiającemu Starą Mszę? Dla¬ czego kryzys powołań na Zachodzie nie dotyczy parafii tradycyjnych? Tra¬ dycjonaliści w Polsce pytają też ze smutkiem, czy taka sytuacja nie czeka Kościoła w naszym kraju za 20 lat? Tradycyjni katolicy to ludzie, którzy zamiast mówić o „duchu Soboru”, sięgają do dokumentów. Na przykład do Konstytucji o liturgii świętej. Czy¬ tają w niej, że „w obrządkach łacińskich zachowuje się używanie języka łacińskiego”, że „zgodnie z wiekową tradycją obrządku łacińskiego duchowni majązachować w oficjum język łaciński”, a tam, gdzie językom narodowym „przyzna się więcej miejsca”, „należy dbać o to, by wierni umieli wspólnie odmawiać lub śpiewać stałe teksty mszalne dla nich przeznaczone, także w języku łacińskim”. Czy duszpasterze, którzy mówią o odejściu przez zwolenników Starej Liturgii od „ducha Soboru”, przeczytali Konstytucję o liturgii? A co z tymi, którzy przeczytali i dalej uważają, że wystarczy, aby na Mszy było „fajnie”? Kto, tak naprawdę, nie rozumie Soboru? Na Starą Mszę trafiłem przez przypadek. Przed kilkoma laty do Poznania przyjechał generał Bractwa Św. Piotra, ojciec Joseph Bisig. Poszedłem do małego kościółka przy ulicy Żydowskiej, namówiony przez kolegę, którego starszy brat był na kilku takich Mszach. Byłem ciekawy, tak po ludzku cie¬ kawy, jak wyglądała przez wieki modlitwa Kościoła. Nie spodobało mi się. Nic nie rozumiałem, często nie wiedziałem nawet, jaka część Mszy jest właśnie odprawiana, całość trwała prawie dwie godzi¬ ny, dwa razy dłużej niż w mojej parafii. To podobno typowa reakcja, ale o tym dowiedziałem się później, kiedy poznałem więcej osób związanych z tą liturgią. A jednak coś mnie na te Msze ciągnęło, co jakiś czas na nie przychodziłem, zacząłem czytać książki o liturgii, te sprzed Soboru i te współ¬ czesne. A potem wyjechałem do Le Barrou i wszystko się zmieniło. Klasztor Be¬ nedyktynów na południu Francji — 8 razy dziennie łacińskie oficjum, dwie Msze święte. Tak pięknej liturgii, rozbudowanej, pełnej znaków jasnych dla każdego, kto chce je zrozumieć, nie widziałem nigdy wcześniej. Uwierzy¬ łem w coś, co wcześniej wydawało mi się bajkowymi opowieściami — w to, że wśród protestantów zdarzały się przypadki nawróceń po samym wysłu¬ chaniu Starej Mszy. Po tygodniowym pobycie zacząłem zupełnie inaczej patrzeć na liturgię. Zacząłem do Starych Mszy tęsknić. Wiem, że brzmi to wszystko jak jakaś kiczowata i przesłodzona historyjka, ale nic na to nie po¬
		

/0040_0001.djvu

			40 W�?ODZIMIERZ BOGACZYK radzę. Inaczej tego opowiedzieć nie potrafię. Mogę tylko zapewnić, że moja „konfesja” jest szczera. Od tamtej pory nabrałem do Starej Liturgii ogromnego zaufania. Im wię¬ cej na jej temat czytałem, tym częściej dochodziłem do wniosku, że zarzuty wobec niej opierają się na nieporozumieniach. „�?aciny nikt nie rozumie” — nikt nie musi się jej uczyć, każdy wiemy może mieć przy sobie mszalik z tłumaczeniem na język ojczysty. „Dukając coś w obcym języku, nie można skoncentrować się na Liturgii Słowa” — czy po polsku sprawa wygląda ina¬ czej? Proponuję każdemu podejść po niedzielnej sumie do przypadkowych osób i zapytać o czym była mowa w drugim czytaniu. Ja taki eksperyment przeprowadziłem kilka razy, także wśród znajomych — pamiętała co trze¬ cia, czwarta osoba. „Ksiądz stoi tyłem do ludzi” — nieprawda, stoi twarzą do Pana Jezusa obecnego w tabernakulum. Mógłbym jeszcze długo sypać przykładami. Ten ostatni, o kierunku cele¬ bracji, jest szczególnie ważny. Jeśli powiem, że odwrócenie księdza twarzą do wiernych było błędem, automatycznie narażam się na zarzut lefebvryzmu. Nie rozumiem, dlaczego tak jest, ale w wielu dyskusjach zdarzyło mi się to wielokrotnie. Można potem powoływać się na soborowe dokumenty, które niczego o zmianie kierunku celebracji nie mówią. Można udowadniać, że ple¬ cy księdza skierowane ku tabernakulum, podobnie jak Komunia rozdawana na rękę, prowadzą do zmniejszenia pobożności eucharystycznej. Nic to nie daje. Czasami pomoże argument, że do traktującej o tym problemie książki znanego liturgisty, księdza Klausa Gambera Zwróćmy się ku Panu, wstęp napisał kardynał Ratzinger. Najczęściej jednak zostaje się z przypiętą łatką. Tak naprawdę do Starej Mszy ostatecznie przekonuje uczestnictwo w No¬ wej. Na szczęście w zdecydowanej większości przypadków jeszcze nie w Polsce. Jednak na Zachodzie już tak. Kościoły, z których usunięto stare ołtarze, a ich dawny wystrój można zobaczyć w muzeum. Pocałunek poko¬ ju, który na kilkanaście minut wprowadza na Mszy nastrój typowej imprezy. To rzeczywistość parafii portugalskich, hiszpańskich, francuskich. O tych mogę mówić, bo tam na Mszach byłem. Przed rokiem byłem na pielgrzymce kilku tysięcy tradycjonalistów z całe¬ go świata do katedry w Chartres. Spaliśmy w pomieszczeniach należących do jednego z diecezjalnych paryskich kościołów. Nie ma w nim księdza, opiekuje się nim stały diakon. W naszej grupie byli też grekokatoliccy trady¬ cjonaliści, ich ksiądz odprawiał w kościele Mszę w tym obrządku. W pew¬
		

/0041_0001.djvu

			JESTEM ZASMUCONYM KATOLIKIEM 41 nym momencie diakon wszedł do świątyni i powiedział, żeby już kończyć, bo przyszedł elektryk i będzie naprawiać instalację. Oczywiście ksiądz od¬ prawił Mszę. Do dziś zastanawiam się, czy ten diakon każdą Mszę traktuje jak spotkanie towarzyskie, które można w dowolnym momencie przerwać? Czy wierzy, że przy ołtarzu naprawdę dokonuje się Realne Przeistoczenie? W Polsce katolik, idący do kościoła, może czuć się bezpiecznie. A jednak coraz częściej spotykam się z wypowiedziami księży i świeckich, których nie rozumiem. Przykład będzie z minionego roku. Przed jednym z poznań¬ skich kościołów siedzi żebrak. Młody, zdrowy człowiek, wieczorem można go spotkać w wypożyczalni kaset wideo. Jeden z księży mówi mi, że bardzo często ten żebrak bluźni Panu Bogu, a chwilę potem („w celach reklamo¬ wych” —jak to nazwał ów kapłan) przystępuje do Komunii. Pytam, dlacze¬ go tej Komunii mu się udziela, przecież jest jasne, że to profanacja, bo przy¬ stępujący na pewno nie jest w stanie łaski uświęcającej. — Kiedy Pan Jezus zgodził się przychodzić do nas w Chlebie, zgodził się także na to, że będzie profanowany — słyszę w odpowiedzi. Zamurowuje mnie, nie wiem, co na to odpowiedzieć. Czy duszpasterz, który w ten sposób widzi sprawę profanacji Najświętszego Sakramentu, przekona swych wiernych, że w Hostii napraw¬ dę jest Pan Jezus? Ktoś powie, że przykład francuski i polski to jednak dwa zupełnie różne przypadki. A jednak wydaje mi się, że jeszcze kilkanaście lat temu żaden ksiądz w Polsce nie powiedziałby w ten sposób o Najświętszym Sakramencie. Dla¬ tego powraca pytanie, jak będzie z liturgią w polskich kościołach za następ¬ ne kilkanaście lat. Czy upodobni się do tej z parafii zachodniej Europy? I trochę mi smutno, że już dziś, idąc na niedzielną Mszę świętą do swojej parafii, omijam z zasady tak zwane Msze młodzieżowe. I zastanawiam się, kto będzie ją odprawiał, bo od tego zależy, czy w kościele będę czuł się właśnie jak w kościele, czy jak na zabawie. Nie chcę ryzykować, bo stawka jest zbyt duża — wybieram pewną, wspartą na Tradycji, liturgię Starej Mszy. Jestem zasmuconym rzymskim katolikiem. Albo, jeśli ktoś woli — trady¬ cjonalistą. Włodzimierz Bogaczyk
		

/0042_0001.djvu

			WOJCIECH GRYGIEL Świętość, powaga, wyciszenie... Skoro dziś mowa o Tradycji, pozwolę sobie zatem jako kleryk i członek Kapłańskiego Bractwa Św. Piotra podzielić się moimi przemyśleniami co do wyboru takiej, a nie innej drogi do kapłaństwa. Moje powołanie ma bardzo ścisły związek z Mszą łacińską w obrzędzie trydenckim, której przywilejem odprawiania cieszy się nasze Bractwo. Mieszkając w Stanach Zjednoczo¬ nych Ameryki, od sześciu lat przyglądam się sytuacji Kościoła katolickiego w tym kraju i daleki jestem od jakiejkolwiek fascynacji. Wręcz przeciwnie, nigdy nie pogodziłem się z szeroko rozpowszechnionymi tam praktykami liturgicznymi, począwszy od niemal całkowitej wolności w interpretacji ru¬ bryk mszalnych, a na przyjmowaniu komunii na rękę od świeckiego szafa¬ rza skończywszy. Co więcej, w niektórych ekstremalnych wypadkach za¬ cząłem spostrzegać, iż kapłaństwo nie jest traktowane jako dozgonna święta misja pośrednika między ludźmi a Bogiem {tu es sacerdos in aeternum), tylko jako wygodny i bezpieczny zawód, który zarzuca się zaraz po przej¬ ściu na emeryturę. Ponieważ byłem wychowany po katolicku, w Polsce, taki obraz wydał mi się kompletnie nieadekwatny. Sądzę, że to właśnie kontakt ze skrajnościami w momencie odkrywania powołania pozwolił mi na ukształ¬ towanie mojego „modelu” kapłaństwa, w którym czołowe miejsce zaczęły powoli zajmować świętość, powaga, skupienie i wyciszenie. W swojej ency¬ klice Mediator Dei et hominum (1947) papież Pius XII wyjaśnia znaczenie dawnej i może już, niestety, zapomnianej reguły lex orandi lex credendi — tak wierzę, jak się modlę. Z pewnością zabrzmi to mechanicznie, ale posta¬ nowiłem „zastosować” tę regułę do wyżej wspomnianego „modelu”. Nie¬ wątpliwie za zrządzeniem Opatrzności Bożej kilka lat wcześniej zostałem zaproszony przez jednego z moich znajomych kapłanów w USA na Mszę łacińską w obrzędzie trydenckim, z której wiele nie pojąłem, aczkolwiek wzbudziła ona we mnie niezrozumiałe zainteresowanie. Dziś mogę stwier¬ dzić, że zainteresowanie to nigdy nie minęło, a wręcz przeciwnie — zaowo¬ cowało w nieoczekiwanej zmianie drogi życiowej. Wracając jednak do lex orandi lex credendi, myślę, że Msza św. w tradycyjnym obrzędzie tryden¬ ckim była niejako realizacją tej zasady w oparciu o to, jak wyobrażałem
		

/0043_0001.djvu

			ŚWI�?TOŚĆ, POWAGA, WYCISZENIE... 43 sobie kapłaństwo. Kluczowe elementy liturgiczne tej Mszy, szczególnie od¬ zwierciedlające wypracowaną przeze mnie duchowość, to cichy kanon (od Sanctus do per ipsum), odwrócenie kapłana przodem do ołtarza (podkreśle¬ nie charakteru ofiarnego Mszy św.), bogata symbolika (liczne znaki Krzyża Św., pokłony oraz inne gesty adoracji) oraz porządek i hierarchiczność (szcze¬ gólnie widoczne w Mszy z asystą: kapłan, diakon i subdiakon). Niezwykle istotne miejsce zajmuje tutaj także chorał gregoriański, który, zgodnie zMotu Proprio papieża Piusa X Tra le sollicitudini, stanowi właściwy śpiew ko¬ ścioła rzymskokatolickiego i spełnia wszelkie warunki stawiane muzyce sa¬ kralnej. Wspomniane elementy są niejako odbiciem liturgii odbywającej się nieustannie w Niebie, w której aniołowie oraz święci uczestniczą w sposób wysoce uporządkowany i według hierarchii starszeństwa i godności (Ap 4), oddając cześć Bogu Najwyższemu. W ten sposób istnieje szczególna możli¬ wość doświadczenia, choć w szczątkowy sposób, tego, co czeka nas po po¬ wrocie z ziemskiego wygnania, i mówiąc po ludzku — trudno sobie tego odmówić. A owoce duchowe są wręcz nie do opisania. Jestem całkowicie tego świadom, że dla wielu młodych czytelników cza¬ sy, w których odprawiano Msze św. w obrzędzie trydenckim, to czasy ich babć i dziadków. Nic to nowego, dla mnie też! Uważam, że skarb, jaki jest zawarty w liturgii łacińskiej, to skarb ponadczasowy, zgromadzony przez wieki tradycji i historii Kościoła i naprawdę warto z niego korzystać. Po¬ zwolę sobie jeszcze raz na koniec powtórzyć to, co wielokrotnie podkreślał już generał Bractwa Św. Piotra, ojciec Józef Bisig. Stolica Apostolska trosz¬ czy się o ten skarb liturgiczny i dlatego powołuje zgromadzenia, które są, na mocy Motu Proprio papieża Jana Pawła II Ecclesia Dei z 1988 roku, upo¬ ważnione do jego kultywowania. Choć zjawisko lefebvryzmu jest na pewno bolesne w skutkach z racji swojego schizmatyckiego charakteru, pochopne utożsamianie wszystkich miłośników tradycyjnej liturgii łacińskiej z ugru¬ powaniem arcybiskupa Lefebvre’a jest najprawdopodobniej wynikiem nie¬ świadomości opinii publicznej o krokach Stolicy Apostolskiej, która z troską wychodzi naprzeciw tradycyjnym katolikom, pragnąc, aby mogli pozosta¬ wać oni w jak najściślejszej łączności z Kościołem Powszechnym. Kończąc tę krótką notatkę, zachęcam wszystkich do dalszej dyskusji o ruchu trady¬ cyjnym w Kościele, o jego w nim przyszłości i miejscu, a potencjalnych zainteresowanych — do głębszych studiów oraz intymnego przeżycia po¬ przez osobiste uczestnictwo w Mszy św. w obrzędzie trydenckim. Wojciech Grygiel FSSP
		

/0044_0001.djvu

			TOMASZ KWIECIE�? Duch Święty czy masoni? Kilka uwag o reformie liturgii i jej krytykach W czterechsetną rocznicę zakończenia Soboru Trydenckiego, 4 grudnia 1963 roku, zebrani w bazylice św. Piotra ojcowie Soboru Watykańskiego II poddali głosowaniu pierwszy dokument soborowy: Konstytucję o liturgii świętej. W głosowaniu uczestniczyło 2151 biskupów, 2147 było za, przeciw przyjęciu Konstytucji zaledwie 4. Znaczący jest sam fakt, że zaczęto właśnie od liturgii. W ten sposób Sobór uznał liturgię za najważniejszą — choć nie jedyną— przestrzeń życia Kościoła. Konstytucja wyraźnie stwierdziła wolę dokonania reformy liturgii: Aby lud chrześcijański pewniej czerpał ze świętej liturgii obfitsze łaski, święta Matka Kościół pragnie dokonać ogólnego odnowienia liturgii. Liturgia bowiem składa się z części niezmiennej, pochodzącej z ustanowienia Bożego, i z części podlegającej zmianom, które z biegiem lat mogą lub nawet powinny być zmienio¬ ne, jeżeli wkradły się do nich elementy, które niezupełnie dobrze odpowiadają wewnętrznej naturze samej liturgii, albo jeżeli te części stały się mniej odpowied¬ nie. To odnowienie ma polegać na takim układzie tekstów i obrzędów, aby one jaśniej wyrażały święte tajemnice, których są znakiem, i aby lud chrześcijański, o ile to możliwe, łatwo mógł je zrozumieć i uczestniczyć w nich w sposób pełny, czynny i społeczny, (nr 24) Główne założenia reformy były następujące. Skoro liturgia jest szczytem i źródłem życia Kościoła, wszystko powinno z niej wypływać, wszystko po¬ winno do niej wracać. Jako taka wymaga pełnego, świadomego, aktywnego uczestnictwa wiernych, uprawnionych do tego na mocy chrztu. Chwały Bo¬ żej nie można oddzielić od uświęcenia człowieka. W sprawowaniu rytów należy dbać o zachowanie istotowej jedności, a nie ścisłej jednakowości (nr 37-38). Zasadę tę należało brać pod uwagę przy układaniu obrzędów i ru¬ bryk. Nie musi być już tak, by wszyscy w Kościele identycznie sprawowali wszystko. Należy wszędzie starać się o „zdrową tradycję” i „uprawniony postęp” (nr 23). Konstytucja otworzyła drogę do używania języka narodo¬
		

/0045_0001.djvu

			DUCH ŚWI�?TY CZY MASONI? 45 wego (nr 36), podkreśliła wagę słowa Bożego proklamowanego w zgroma¬ dzeniu (nr 24), naciskała mocno na konieczność formacji liturgicznej kapła¬ nów i świeckich. Inne fragmenty Konstytucji rysowały kształt odnowionej celebracji. Ob¬ rzędy miały zostać uproszczone, przy zachowaniu ich istoty, aby odznaczały się „szlachetną prostotą”, miały być „krótkie i jasne bez niepotrzebnych po¬ wtórzeń, dostosowane do pojętności wiernych, aby na ogół nie potrzebowa¬ ły wielu wyjaśnień”. Należało opuścić to wszystko, co zbiegiem czasu stało się powtórzeniem, a jednocześnie przywrócić niektóre elementy stosownie do „pierwotnej tradycji Ojców Kościoła”. Struktura celebracji miała być kla¬ rowna i pokazywać wzajemny związek poszczególnych części (nr 34 i 50). Zgodnie z tymi założeniami dokonano reformy. Papież Paweł VI osobiście nadzorował jej wykonanie i — tak, jak to nakazywała konstytucja soborowa — każdy odnowiony ryt liturgiczny otrzymywał jego zatwierdzenie. Reforma, jak to widać już z wyników głosowania nad Konstytucją o litur¬ gii, spotkała się z dobrym, a niekiedy nawet entuzjastycznym przyjęciem. Byli — i są — jednak tacy, którzy krytycznie oceniają reformę. Zarzucają oni przede wszystkim to, że dokonano jej w przeciągu kilku zaledwie lat, podczas gdy ryty liturgiczne potrzebują czasu, by dobrze wzrastały. Innym zarzutem jest to, że reformy dokonano zza biurka, bez liczenia się z wrażli¬ wością ludzi. To wszystko nie przesłoniło jednak krytykom prawdy, że ryty te, nawet jeśli nie pozbawione ułomności, zostały prawnie zatwierdzone przez najwyższy autorytet Kościoła i nie zawierają błędów doktrynalnych, że są zgodne z odwieczną i niezmienną wiarą Kościoła. Reforma miała też od początku swoich nielicznych, ale zadeklarowanych przeciwników. Szczególnie ostro krytykowano nowy ryt mszy, zawarty w mszale promulgowanym przez Pawła VI. Uważano, że stary mszał (tzw. mszał Piusa V) jest lepszy, że nie należy go zmieniać, bo odzwierciedla on „mszę świętą wszechczasów”. Przeciwnicy zarzucali, że „nowy” ryt mszy zrywa z Tradycją, że zawiera nauczanie obce wierze katolickiej, albo wręcz, że zawiera elementy protestanckie czy protestantyzujące. Większość tych krytyków skupiła się wokół osoby arcybiskupa Marcela Lefebvre’a, który po pewnym czasie założył Bractwo Kapłańskie św. Piusa X, a w roku 1988, wyświęcając bez pozwolenia papieskiego dwu biskupów, naruszył poważ¬ nie prawo kościelne, dokonał aktu schizmy i popadł w ekskomunikę '. Brac¬ two to istnieje również w Polsce i z jego nauczaniem można się spotkać stosunkowo łatwo, nawet w intemecie, gdzie jest szczególnie aktywne. Za¬ znaczyć trzeba, że problemem dla członków Bractwa nie jest tylko sprawa
		

/0046_0001.djvu

			46 TOMASZ KWIECIE�? liturgii, ale całe soborowe nauczanie o Kościele w świecie współczesnym, zwłaszcza o ekumenizmie i stosunku do religii niechrześcijańskich. Tutaj zajmiemy się jedynie niektórymi problemami związanymi z liturgią. Należy zwrócić uwagę na sposób argumentacji tradycjonalistów. Założe¬ nie podstawowe jest następujące: zmiany w liturgii stały się źródłem upadku wiary i moralności w Kościele, zwłaszcza na tak zwanym Zachodzie. Nie należało nic zmieniać w liturgii, bo wszystko, co nowe, jest niedobre. Upadek wiary na Zachodzie jest jednym z głównych argumentów mających przeko¬ nać o niesłuszności dokonanych zmian. Charakterystyczne, że tradycjonali¬ ści wydają się programowo nie zauważać głębokiej odnowy życia chrześci¬ jańskiego w posoborowym Kościele, choćby na terenie Francji. Diagnoza stawiana przez tradycjonalistów brzmi: przed Soborem działo się bardzo dobrze, teraz, po Soborze, bardzo źle. Winni są temu „masoni” i „liberałowie”, którzy wkręcili się na ławy konsultorów Soboru, a niektó¬ rym udało się nawet zostać kardynałami i arcybiskupami (taki zarzut wielo¬ kroć wysuwano pod adresem abpa Annibale Bugniniego, sekretarza watykań¬ skiej Kongregacji Kultu Bożego, będącego spiritus movens reformy litur¬ gii). Taka interpretacja Soboru prowadzić musi do przekonania, że zbiorowy amok ogarnął biskupów i nawet samego papieża, tak że zaczęli niszczyć dzieło Boże. Czy w świetle takiej interpretacji da się jeszcze utrzymać wiarę (dogmatycznie ogłoszoną) o nieomylności papieża i o asystencji Ducha Świę¬ tego w Kościele? Nie dziwi, że M. Lefebvre w końcu doszedł do wniosku, że Jan Paweł II nie jest prawdziwym papieżem, czyli że Stolica Apostolska jest pusta (tzw. sedewakatyzm). Czy rzeczywiście życie liturgiczne przed Soborem było takie kwitnące? Jak wobec tego uzasadnić tak szybkie i dobre przyjęcie nowego rytu w ca¬ łym Kościele, masowe tłumaczenia liturgii na języki narodowe, mrówczą pracę wielkiej rzeszy entuzjastów reformy? Skąd wzięliby się ci wszyscy ludzie, gdyby odnajdywali się bez zastrzeżeń w starym rycie? Bardziej umiarkowani powiedzą, że Sobór był dobry, ale po nim nastąpiły nadużycia w dziedzinie reformy liturgicznej przeprowadzonej z pogwałce¬ niem zasad zawartych w Konstytucji Sacrosanctum concilium. Wystarczy jednak spokojna lektura tego dokumentu, aby każdy nieuprzedzony czytel¬ nik zobaczył, że wszystkie główne elementy reformy zawarte są już w Kon¬ stytucji soborowej i w oczywisty sposób z niej wynikają. Tradycjonaliści chętnie uciekają się do argumentacji wykazującej nad¬ użycia dokonane w sferze liturgii po dokonaniu reformy. Zauważenia godna jest metodologiczna nieuczciwość, związana z taką argumentacją. Porów¬
		

/0047_0001.djvu

			DUCH ŚWI�?TY CZY MASONI? 47 nuje się bowiem idealną liturgię „potrydencką” i praktykę (a właściwie jej niechlubną część) realizacji reformy Pawła VI. Powinno się zaś porówny¬ wać albo oba rytuały same w sobie, albo też praktykę liturgiczną przed i po Soborze. Niewątpliwie recepcja odnowy liturgii była związana z nadużycia¬ mi. Czy jednak fakt istnienia nadużyć może wystawiać cenzurkę temu, co jest nadużywane? Nadużycia w liturgii były i wcześniej. Spotykały się one zawsze z jednoznaczną oceną papieży, jak to się dzieje i teraz. Jan Paweł II w liście apostolskim wydanym na 25 rocznicę ogłoszenia Konstytucji o Li¬ turgii poświęcił temu problemowi sporo uwagi2. Przeciwnicy odnowionej liturgii poddali drobiazgowej krytyce mszał Pawła VI. I tak, sam fakt wprowadzenia nowego mszału jest dla nich nie¬ zgodny z papieskim nauczaniem. Tradycjonaliści argumentują tak: bulla papieża św. Piusa V, wprowadzająca „potrydencki” ryt mszy, zawierała sło¬ wa o tym, że ryt ten ma pozostać niezmienny po wieczne czasy. Zatem nie powinno się niczego w nim ruszać. Pominę tutaj łatwy do rozwiązania pro¬ blem języka prawniczego. Wystarczy bowiem przypomnieć, że zmian w ry¬ tuale „potrydenckim” dokonało wielu papieży przed Pawłem VI. Przykłado¬ wo, św. Pius X, zresztą patron lefebvrowskiego bractwa, odnowił brewiarz, którego również dotyczyła wspomniana wyżej klauzula „niezmienialności”. Ten święty papież widział potrzebę dalszej jeszcze reformy liturgii i dał temu wyraz w słowach: „Zaprawdę wszystko to — według opinii ekspertów — wymaga wielkiej długotrwałej pracy; dlatego musi upłynąć wiele jeszcze lat, zanim ta, rzec można liturgiczna budowla... oczyszczona ze smutnych przejawów starzenia się, na nowo się ukaże w splendorze swojej godności i harmonii”3. Inny poprzednik Soboru, Pius XII, wprowadził nowe wydanie Psałterza, złagodził zasady postu eucharystycznego i w daleko idący sposób zmienił obrzędy Triduum Paschalnego i całego Wielkiego Tygodnia. Dla tych papieży słowa bulli Piusa V nie oznaczały bynajmniej bezwzględnej nietykalności potrydenckiego mszału czy brewiarza. Nie słyszy się jednak, by tradycjonaliści atakowali któregokolwiek z wyżej wymienionych papie¬ ży za zmiany, których dokonali. Natomiast posądzanie adwersarza o złą wolę, herezję czy modernizm stanowią cechę charakterystyczną tradycjonalistycz- nych ataków na zreformowany po Soborze rytuał. Chciałbym tutaj zająć stanowisko wobec dwóch problemów liturgicznych, szczególnie atakowanych przez tradycjonalistów. Są to: nowe usytuowanie ołtarza oraz wprowadzenie do liturgii języków narodowych. Nie chcę przy tym bronić tych rozwiązań jako najlepszych i koniecznych, ale jako będą¬ cych w zgodności z Tradycją Kościoła i nie „heretyckich”.
		

/0048_0001.djvu

			48 TOMASZ KWIECIE�? Usytuowanie ołtarza Ta najbardziej widoczna zmiana w posoborowej liturgii poddana została fali — niewybrednej często — krytyki ze strony tradycjonalistów. Krytyka owa charakteryzuje się kilkoma stałymi. Po pierwsze, mówi się, że nigdy w historii nie odprawiano „twarzą ku ludowi”, lecz zawsze była to celebra¬ cja „twarzą ku wschodowi”, ze względu na specjalne znaczenie wschodu we wczesnochrześcijańskiej tradycji, dla której modlitwa w tym kierunku była zwróceniem się ku Chrystusowi i oczekiwaniem Jego powtórnego przyjścia. Celebracja twarzą ku ludowi ma być w oczach tradycjonalistów przyzna¬ niem racji Lutrowi, który taki sposób postulował, bo tak się zwracał Chry¬ stus do uczniów podczas Ostatniej Wieczerzy. Co więcej, dla tradycjonali¬ stów takie usytuowanie ołtarza zaprzecza ofiamiczemu charakterowi mszy i nadaje jej wymiar uczty. Jest prawdą, że każda ortodoksyjna tradycja liturgiczna znała modlitwę ku wschodowi i że w przeważającej większości kościoły pierwotnego chrze¬ ścijaństwa były orientowane, to znaczy, że ich apsyda zwrócona była ku wschodowi. Znane były przypadki, w których kościół nie mógł być oriento¬ wany (jak na przykład bazyliki św Piotra czy św. Klemensa w Rzymie, któ¬ rych wejście, a nie apsyda, znajdowało się po stronie wschodniej). Wówczas celebrans zwracał się twarzą ku wschodowi, a więc w kierunku nawy, za¬ miast apsydy. Pytanie, jak wówczas stali wierni? Nie mamy tutaj pewności. Być może i oni również byli zwróceni ku wschodowi, jeśli prawdziwą okaże się hipoteza, że w pierwszych wiekach nawa główna była pusta, a wierni stali w nawach bocznych. Można więc z łatwością wyobrazić sobie zwrot wiernych ku wschodowi, który nie byłby odwróceniem się plecami do ołta¬ rza. Jednak tutaj należy dokonać dwu ważnych zastrzeżeń. Po pierwsze, co do miejsca zajmowanego przez wiernych, mamy do czynienia z hipotezą liturgiczną. Po drugie, i ważniejsze, nawet jeśli hipoteza ta jest słuszna, tak działo się jeszcze w średniowieczu, jednak już nie po Soborze Trydenckim. Otóż wtedy właśnie stopniowo przestano orientować kościoły, zwłaszcza w miastach, gdzie coraz większą rolę odgrywało kryterium estetyczne, na przykład usytuowanie kościoła względem placu, przy którym stał. Za tym posunięciem nie poszła jednak orientacja modlitwy, jak by się tego można było spodziewać. Kościół barokowy z apsydą zwróconą na zachód ma ołtarz, przy którym nie można już odprawiać twarzą ku wschodowi (wyjątki się zdarzają, ale przede wszystkim w Rzymie. Tak jest np. u św. Piotra). I tak już od prawie 400 lat buduje się kościoły, gdzie kapłan, stojąc przy ołtarzu, nie
		

/0049_0001.djvu

			DUCH ŚWI�?TY CZY MASONI? 49 zwraca się już na wschód. Prócz tego w starych rzymskich kościołach usta¬ wionych za zachód, gdzie można odprawiać twarzą ku wschodowi, główna nawa napełnia się wiernymi, którzy w naturalny sposób zwracają się ku ołta¬ rzowi, czyli ku zachodowi — i ku celebransowi. Należałoby o tym pamiętać, używając argumentu z „orientacji modlitwy”. Zmiana sposobu odprawiania na „twarzą do ludu” dokonała się w okresie, gdy symbolika wschodu nie przemawiała do świadomości wiernych od prawie 400 lat. Poważniejszym zarzutem jest ten, który mówi, że zmiana sposobu cele¬ bracji spowodowała protestantyzację liturgii, zanik wiary w ofiamiczy cha¬ rakter mszy. Zamiast tego ołtarz stał się stołem, ofiara zastąpiona została ucztą. Tak przynajmniej chcą to widzieć tradycjonaliści. Tymczasem zapo¬ minają, że chrześcijański ołtarz od zawsze ma formę stołu i tak się do dziś nazywa w tradycji bizantyjskiej: ta hagia trapeza — święty stół, co w ni¬ czym nie przeszkadza chrześcijanom wschodnich obrządków w wierze, że uczestniczą w prawdziwej ofierze Chrystusa. Tak samo dla średniowiecznej mistyczki Hildegardy z Bingen ołtarz był „życiodajnym stołem”. Przeciwstawianie sobie uczty i ofiary nosi na sobie piętno polemik z cza¬ sów, gdy prawda o ofiamiczym charakterze Eucharystii została przez refor¬ mację zakwestionowana. Trzeba jednak pamiętać o tym, że postulat celebra¬ cji „ku ludowi” nie może być przypisany Lutrowi jako pierwszemu. O takim sposobie celebracji słyszymy już wcześniej, co przyznaje nawet tak niechęt¬ ny tej posoborowej zmianie Klaus Gamber4. Jest jednak ważniejsza sprawa. Samo przeciwstawienie jest błędem, bo posługuje się logiką „albo-albo”: albo ofiara, albo uczta. Taka logika jest całkowicie sprzeczna z katolickim (grecki termin katholikos pochodzi od słów kata — wedle i holos — całość) sposobem uprawiania teologii, który, gdzie tylko się to da uczynić bez uszczerbku dla integralności wiary, używa modelu „i-i”, broniącego pełni tajemnicy. A więc: i ofiara, i uczta. To, że Eucharystia jest również ucztą, pokazują choćby teksty „przedsobo- rowego” mszału, takie jak choćby sekwencja na święto Bożego Ciała, która posługuje się terminologią związaną z posiłkiem, a przy końcu nazywa nas commensales: współbiesiadnikami, a dokładniej „towarzyszami stołu” Chry¬ stusa. Słynna jest również średniowieczna antyfona, używana w liturgii Bo¬ żego Ciała, tak mówiąca o Eucharystii: „O święta uczto, na której pożywa¬ my Chrystusa, odnawiamy pamięć Jego męki, duszę napełniamy łaską i otrzymujemy zadatek przyszłej chwały”. Za autora tego tekstu uważa się św. Tomasza z Akwinu. Przykłady można by mnożyć. W różnych epokach różne aspekty danej nauki były podkreślane, nie można jednak, akcentując
		

/0050_0001.djvu

			50 TOMASZ KWIECIE�? jedne, zaprzeczać innym. Takie ustawienie sprawy niewiele ma wspólnego z katolickością. Świadectwem zaś tego, że zwrócenie ołtarza „do ludu” nie musi oznaczać automatycznej utraty wiary w oflamiczy charakter Eucharystii mogą być mi¬ liony katolików w Polsce i na całym świecie, którzy nadal wierzą, że msza jest ofiarą Chrystusa i Kościoła. Ustawienie ołtarza bynajmniej tej wiary nie zniszczyło. Jaka była prawdziwa intencja zmiany ustawienia ołtarza? Przede wszyst¬ kim chodziło o to, by uczynić ołtarz punktem centralnym całej przestrzeni sakralnej, by uwolnić go od ciężkiej nastawy, przy której wyglądał niekiedy jak półka w bogato ozdobionej ścianie. Reforma liturgiczna chciała przez to podkreślić jego wyjątkowość, jaką ma jako miejsce uobecnienia się Ofiary Krzyża, stół Pański i „ośrodek dziękczynienia, które się spełnia przez spra¬ wowanie Eucharystii”5. Czy zawsze się udawało taki ołtarz postawić, żeby ten soborowy zamiar wyrażał? Na pewno nie. Nie jest jednak tak, że nie udało się to nigdzie i nigdy. A szacunek, jaki okazuje się w kościołach ołta¬ rzowi, czy piękne ryty jego dedykacji pokazują wyraźnie wolę Kościoła, by ołtarz był otoczony czcią i szacunkiem wiernych. Wyjątkowo niesmaczne i bolesne jest w tym kontekście określanie posoborowego ołtarza jako „me¬ bla”, a mszy przy nim sprawowanej jako „herezji biesiadnej”, co się niestety zdarza niektórym tradycjonalistom. Wprowadzenie języków narodowych Podstawowym zarzutem, jaki się wysuwa wobec wprowadzenia do litur¬ gii języków narodowych, jest niezgodność tego posunięcia z postanowienia¬ mi Soboru Watykańskiego II. Przyjrzyjmy się więc odpowiedniemu tekstowi: KL 36. § 1. W obrzędach łacińskich zachowuje się używanie języka łacińskiego, poza wyjątkami określonymi przez prawo szczegółowe. § 2. Ponieważ jednak i we Mszy świętej, i przy sprawowaniu sakramentów, i w in¬ nych częściach liturgii użycie języka ojczystego nierzadko może być bardzo poży¬ teczne dla wiernych, można mu przyznać więcej miejsca, zwłaszcza w czytaniach i pouczeniach, w niektórych modlitwach i śpiewach, stosownie do zasad, które w tej dziedzinie ustala się szczegółowo w następnych rozdziałach. § 3. Przy zachowaniu tych zasad powzięcie decyzji o wprowadzeniu języka ojczy¬ stego i o jego zakresie należy do kompetencji kościelnej władzy terytorialnej, o której mowa w art. 22, § 2 [to znaczy konferencja episkopatu — przyp. mój],
		

/0051_0001.djvu

			DUCH ŚWI�?TY CZY MASONI? 51 w wypadku zaś gdy sąsiednie okręgi używajątego samego języka — po zasięgnię¬ ciu także rady ich biskupów. Decyzja ta musi być zatwierdzona przez Stolicę Apo¬ stolską. § 4. Przekład tekstu łacińskiego na język ojczysty do użytku liturgicznego powi¬ nien być zatwierdzony przez kompetentną kościelną władzę terytorialną, wyżej wspomnianą. Zasady wprowadzone przez Sobór są czytelne. Choć łacina pozostaje języ¬ kiem kultu w rycie rzymskim, to jednak możliwe jest wprowadzenie doń języków narodowych. Wprowadzenie to podlega ścisłym normom. Po pierw¬ sze, racją dlań jest pożytek dusz (§ 2). Po drugie, wprowadzenie języka na¬ rodowego i jego zakres należy do konferencji episkopatu, która to decyzja potrzebuje zatwierdzenia Stolicy Świętej. Po trzecie, przekłady nie są do¬ wolne, ale muszą być zatwierdzone. Sprawę wprowadzenia języków narodowych pozostawiono zaś konferen¬ cjom episkopatów. Nie była to żadna odgórna decyzja. Wszystkie episkopa¬ ty świata skorzystały z tej możliwości i to jak najpełniej. Trudno wobec tych faktów utrzymać tezę o odgórnym sterowaniu zmian w liturgii przez maso¬ nów czy kryptoprotestantów. Twierdzeniu, że wprowadzenie języków narodowych jest sprzeczne z nau¬ czaniem Soboru, sprzeciwia się również fakt, że pierwsze ruchy zajmujące się obroną łaciny w liturgii powstały zaledwie kilka miesięcy po ogłoszeniu Kon¬ stytucji o Liturgii6. Pierwsze niesoborowe dokumenty regulujące wprowadzanie języków narodowych datują się zaś na lata 1964, 65 i 67. Obrońcy łaciny mu¬ sieli więc z samego dokumentu soborowego rozumieć, „co się święci”. Wysuwa się jeszcze inne powody, dla których należało utrzymać łacinę. Tradycjonaliści utrzymują, że głęboka cześć dla Boga wymaga specjalnego języka kultu, który chroni przed „reklamiarskim roztrąbieniem” tajemnic, wprowadzenie zaś języka narodowego powoduje utratę bojaźni Bożej, a więc i miłości Boga. Ponadto, łacina jest widzialnym znakiem jedności Kościoła. I jeszcze argument z realizacji reformy: wprowadzenie języka narodowego bynajmniej nie uczyniło wiernych bardziej obeznanymi ze sprawami wiary. W tym kontekście pożyteczne będzie popatrzeć choćby w skrócie na hi¬ storię tłumaczeń liturgicznych w chrześcijaństwie. W dziedzinie chrześci¬ jańskiej celebracji liturgicznej bardzo ostrożnie należy używać twierdzenia „zawsze tak było”. Jest niewiele elementów celebracji, o których można tak powiedzieć. Otóż jednym z tych niewielu elementów jest sprawa tłumacze¬ nia liturgii na języki narodowe. Tłumaczono bowiem, od kiedy greka prze¬
		

/0052_0001.djvu

			52 TOMASZ KWIECIE�? stała być językiem wspólnym chrześcijan. Pierwszym znanym sposobem było tłumaczenie symultaniczne, zwłaszcza gdy na liturgii obecni byli przedsta¬ wiciele wielu języków7. Gdy Ewangelia dociera tam, gdzie nie zna się greki, bardzo szybko dokonuje się tłumaczenia liturgii. Dialekty koptyjskie wcho¬ dzą do liturgii przed 275 rokiem (św. Antoni Pustelnik nie znał greki, a jego nawrócenie zaczęło się od usłyszenia słów Ewangelii w kościele). W Etiopii wcześniejsza ewangelizacja z IV wieku pogłębiona została w wieku VI przez mnichów syryjskich. Powstało wówczas tłumaczenie liturgii na ghe’ez, ówczesny etiopski. Armenia miała liturgię we własnym języku już na prze¬ łomie IV i V wieku, dzięki staraniom katholikosa Sahaka. W Gruzji już w V lub najpóźniej VI wieku istniała liturgia w języku narodowym. Od św. Jana Chryzostoma dowiadujemy się, że Goci, nawróceni na chrześcijaństwo podczas pobytu na Bliskim Wschodzie, mieli liturgię w swoim języku, a co najmniej czytania8. Na Zachodzie, pierwszy po łacinie mówił Kościół w Afryce9. Rzym na początku celebrował po grecku. �?acina stała się oficjalnym językiem Ko¬ ścioła Rzymskiego dopiero od połowy IV wieku (za czasów papieża Dama- zego, 366-384 r.), jednak wiele wskazuje na to, że zmiana ta rozpoczęła się już w III wieku, w miarę jak zmieniał się skład narodowościowy rzymskiej wspólnoty chrześcijan. Jednocześnie były w Rzymie wspólnoty mówiące, a stąd też celebrujące liturgię po grecku. Działalność misjonarska Wschodu i Zachodu w naturalny sposób owocu¬ je liturgiami w językach narodów ewangelizowanych. Wystarczy przytoczyć misję Cyryla i Metodego, którzy w IX wieku z papieskim błogosławień¬ stwem wprowadzali liturgię w języku słowiańskim. Pod wpływem domini¬ kanów w XIV-XV wieku dokonano tłumaczeń liturgii rzymskiej na grecki i armeński. Pod wpływem teatynów tłumaczono liturgię rzymską na gruziń¬ ski (1631), arabski (1624), syryjski (1716), etiopski (1639). Franciszkanin Giovanni de Montecorvino otrzymał w 1305 roku pozwolenie nawet na prze¬ tłumaczenie słów modlitwy eucharystycznej (tam verba canonis quam prae¬ fationis) dla Mongołów. Sobór Trydencki wcale nie zmienił tak drastycznie tej sytuacji, jak się to może wydawać. Podczas trwania obrad Soboru wcale nie dla wszystkich by¬ ło jasne, że liturgię należy koniecznie odprawiać po łacinie (np. T. Campeggio, biskup Feltre, w roku 1546 mówił, że nie widzi powodu, dla którego byłoby nadużyciem używanie języka narodowego). Cytowany przez tradycjonali¬ stów kanon 9 pochodzący z XXII sesji Soboru w roku 1562 brzmi: „Jeżeli ktoś twierdzi, że (...) należy Mszę odprawiać tylko w języku narodowym
		

/0053_0001.djvu

			DUCH ŚWI�?TY CZY MASONI? 53 (...), niech będzie wyklęty”. Nie oznacza on jednak, iż nie wolno sprawo¬ wać w językach narodowych, ale że nieprawdą jest jakoby tylko w językach narodowych można było odprawiać. Po Soborze Trydenckim istnieją dość liczne przykłady używania języków narodowych w liturgii i to w Europie. Istnieje kompletny mszał po chorwac- ku z XVI wieku. Istnieje również oficjalne, przeznaczone do użytku litur¬ gicznego, tłumaczenie rytuału rzymskiego na język chorwacki dokonane w roku 1640. Powodem tłumaczenia było to, że kler lokalny nie znał łaciny. Używano tego rytuału długo później, nawet wtedy, gdy poziom kleru się podniósł. Przedrukowano go w 1827 roku w Wenecji, a poprawiono pod względem językowym i wydano w Rzymie w roku 1893, następnie w Za¬ grzebiu w 1929. Nie ma w tym rytuale ani słowa po łacinie. 23 listopada 1932 roku Kongregacja Rytów zaaprobowała podobny rytuał w języku sło¬ weńskim, na mocy pozwolenia wydanego przez Benedykta XV z datą 17 kwietnia 1921 roku. Istnieje ponadto w dialekcie dalmatyńskim księga zawierająca lekcjonarz na niedziele, święta, sekwencje, błogosławieństwa okolicznościowe i inne modlitwy. Były dwie edycje tej księgi: rzymska w 1840 roku i w Rjeka w 1880. W Chorwacji istniał rytuał dla metropolii Sarajewo (Graz, 1887). Tekst jest łaciński, ale duża część jest dwujęzyczna (łacińska i chorwacka). Podobnego rytuału używał kler rzymski w Serbii, podobnie w Czechach. Okazuje się więc, że od zasady utrzymania łaciny jako języka kultu były wyjątki i to całkiem liczne. Jak widać, Stolica Święta nie miała problemu z uznaniem zasadności tłumaczenia tekstów liturgii. Pokazuje to, że papieże nie obawiali się w tych przypadkach ani utraty pobożności czy poczucia „sacrum” przez lud Boży, ani rozluźnienia więzi z papiestwem. Paradoksal¬ nie, wielu obrońców łaciny w XX wieku tę łączność straciło przez przy¬ lgnięcie do schizmy abpa Lefebvre’a. Warto na koniec przypomnieć sobie i to, że tajemnice wiary chrześcijań¬ skiej są tak dalece tajemnicami, że nie muszą bać się zrozumiałych języków narodowych. Jeżeli bowiem tylko język ma bronić poczucia świętości spra¬ wowanych tajemnic, to możemy dojść do paradoksu, że większy dostęp do nich ma niewierzący filolog klasyczny od nieznającej łaciny mniszki klasz¬ toru kontemplacyjnego. Mądrze pisał Chesterton: „Prawdziwi mistycy nie ukrywają tajemnic, lecz je ujawniają. Ukazują tajemnicę w pełni światła, a gdy ją ujrzymy, nie przestaje być tajemnicą. Ale fałszywi mistycy ukrywa¬ ją zawsze tajemnicę w mroku, a gdy ją odkryjemy, przekonujemy się, że to błahostka”l0. Misteria chrześcijańskie nie muszą bać się ujawnienia.
		

/0054_0001.djvu

			54 TOMASZ KWIECIE�? Trzydzieści sześć lat po opublikowaniu Konstytucji Sacrosanctum conci¬ lium wciąż trwa debata o reformie, o obecnym kształcie liturgii, o jej bla¬ skach i cieniach. Dla jednych reforma nie doszła tak daleko, jak powinna, dla innych poszła stanowczo za daleko. Czytając teksty tradycjonalistów, w których prawda i rzeczywista troska miesza się z przesadzonymi, często histerycznymi głosami, a czasem wręcz z fałszem, można ulec swoistej pa¬ nice. Czy naprawdę tylko samo zło wyniknęło z reformy soborowej? Czy czeka nas w Polsce ten sam kryzys, który dotknął Kościół na Zachodzie Europy? Czy odwrócenie ołtarza twarzą do ludu zachwiało wiarą w ofiami- czy charakter mszy? Czy wprowadzenie języka narodowego zniszczyło po¬ czucie świętości i misterium? Pozwolę sobie odpowiedzieć głosem osobi¬ stym. Zdałem sobie sprawę, że ja sam i moja wiara są odpowiedzią na te pytania. Zostałem wychowany po Soborze, w liturgii w języku narodowym i przy ołtarzu twarzą do ludu. Niemniej wierzę mocno w to, że msza jest ofiarą, ale nie zaprzeczam, że jest również ucztą. Jest ona dla mnie Naj¬ świętszą Tajemnicą wiary i język, w którym ją jako kapłan sprawują, wcale nie zubaża tego misterium. Jeśli bowiem misterium prysnęłoby wraz ze zro¬ zumiałością słów, cóż to by było za misterium? Także wspólnota, w której mnie Bóg postawił, jest tego świadectwem. Żyję w klasztorze, w którym liturgia jest centrum modlitwy i duchowości wspólnoty. Centralna celebracja w roku chrześcijańskim, Paschalne Tridu¬ um, otoczone jest z jednej strony uroczystą— acz współcześnie skompono¬ waną — polifonią. Liturgia godzin (dawniej zwana brewiarzem) w te dni otwarta jest dla wszystkich, którzy chcą się z nami łączyć, mimo tego jest gregoriańska, częściowo łacińska, częściowo śpiewana po polsku. Tak nie jest jednak tylko w święta. Nieszpory codziennie śpiewamy po łacinie i jest to śpiew gregoriański, według naszej własnej tradycji muzycznej. Jednakże struktura tych nieszporów jest „posoborowa”, zgodna z odnowioną liturgią godzin. Moi bracia wydają płyty z muzyką gregoriańską, którą w klasztorze kultywujemy jako istotną formę naszej modlitwy. Nie jest tak tylko w Kra¬ kowie. Podczas rorat u poznańskich dominikanów śpiewa się na początku godzinki, potem, na wejście, gregoriańskie Rorate coeli, a części stałe mszy są po łacinie. To nie jest tak, jakoby tradycyjne formy liturgiczne kultywo¬ wali wyłącznie zwolennicy mszy Piusa V. Nie mniej od nich czuję się miło¬ śnikiem Tradycji, a jednak nie popycha mnie to do powrotu do „starej” mszy i obrzędowości, mimo że ją szanuję. Czuję się raczej zobowiązany do tego, by, jak każe Konstytucja o liturgii, było miejsce na „zdrową tradycję” i „uprawniony postęp”, co jest opowiedzeniem innymi słowy przypowieści
		

/0055_0001.djvu

			DUCH ŚWI�?TY CZY MASONI? 55 o gospodarzu, który ze swego skarbca wydobywał rzeczy stare i nowe. Je¬ stem głęboko przekonany, że to Duch Święty wprowadził zmiany w liturgii Kościoła i widzę wiele dobra, jakie się dokonało. Trzeba jednak oddać tradycjonalistom sprawiedliwość. Ukazują oni luki w formacji i niewierności w liturgicznej praktyce Kościoła. To, że znajdują się w naszym Kościele ludzie skłonni przyjmować ich argumentację, poka¬ zuje, jak słaba jest katecheza liturgiczna w naszym kraju, jak mało pietyzmu w sprawowaniu mszy w wielu kościołach, jak niewielkie oczytanie — księ¬ ży i wiernych — w Piśmie Świętym i Tradycji Kościoła. Bolesne są też przy¬ padki księży, którzy traktują liturgię, jakby była ich prywatną własnością, z którą mogą robić, co się im aktualnie podoba. Dziękować tylko Bogu trze¬ ba, że takich przypadków nie ma wiele. Mamy jednak jeszcze bardzo wiele do zrobienia, żeby refonna liturgii była rzeczywiście tym, do czego Duch Święty natchnął Ojców Soboru Watykańskiego II. Tomasz Kwiecień OP 1 Ekskomunika ogłoszna została papieskim motu proprio Ecclesia Dei (2.07.1988). 2 List apostolski Vicesimus quintus annus, 13. 3 Motu proprio Abhinc duos annos (23.11.1913), cyt. w: Jan Paweł II, Vicesimus quintus annus, 3. 4 Tenże, Zwróćmy się ku Panu!, Poznań 1998, s. 71. 5 Wstęp ogólny do Mszału Rzymskiego, 259. 6 Pierwszą taką grupą wydaje się stowa¬ rzyszenie pod nazwą „Una voce”, założone 19.12.1963 w Paryżu. 7 por. Egeria, Pielgrzymka do miejsc świętych, 47. Są także wcześniejsi świadkowie: Prokop, Męczennik w 303 roku, miał trzy funkcje: lektora, egzorcysty i tłumacza na syryjski: in Syri interpretatione sermonis (zob. Passio męczenników z Nikopolis). 8 Homilia 8, PG 63, 499-510, zwłaszcza 501. 9 �?atwość jego upadku pod wpływem islamu tłumaczy się jego rzymskim charakterem: był łaciński w miastach, tam się rozwijała kultura i teologia, z czego wieś nic nie rozumiała. 10 G. K. Chesterton, Niedowiarstwo księdza Browna, Strzała z nieba.
		

/0056_0001.djvu

			historia STEFAN NIESIO�?OWSKI 60 lat od śmierci Romana Dmowskiego 2 stycznia 1939 roku w dworku państwa Niklewiczów w Drozdowie, 7 km od �?omży, umarł w wieku 75 lat, ponad wiek postarzały i schorowany, Roman Dmowski. Słusznie obok Józefa Piłsudskiego uważany za współtwór¬ cę naszej niepodległości w 1918 roku. Gdy umierał, Piłsudski nie żył już od trzech i pół roku, a jego najbliższy współpracownik i przyjaciel, Walery Sła¬ wek, od ponad pół roku — popełnił samobójstwo, przeczuwając nadciągają¬ cą nad Polskę katastrofą, której ani powstrzymać, ani zapobiec nie potrafił. Piłsudski i Dmowski umarli w niepodległej Polsce, można chyba powie¬ dzieć, że Bóg zaoszczędził im goryczy poniżenia, tułaczki i rozpaczy, które towarzyszyły elitom politycznym II Rzeczypospolitej, a teza wybitnego pił¬ sudczykowskiego historyka Władysława Pobóg-Malinowskiego oraz publi¬ cysty politycznego Stanisława Cat-Mackiewicza, że gdyby żył Piłsudski, Polska uniknęłaby katastrofy związanej z najazdem Hitlera i Stalina, nie poddaje się racjonalnej weryfikacji. Odbierając doktorat honoris causa Uniwersytetu Poznańskiego 11 VI1923 roku, Roman Dmowski, jakby przeczuwając, co się może wydarzyć, mówił: „Bóg mi dał to szczęście, że widzę inną Polskę, że umrę w innej niż ta zdep¬ tana, zhańbiona i uciśniona, ze strachem w przyszłość patrząca, w której się urodziłem”. Urodzony i ukształtowany w wieku XIX był pierwszym tak wybitnym politykiem w pełni należącym już do wieku XX. Przyczynił się do sformuło¬ wania nowoczesnego pojęcia patriotyzmu, obejmującego wszystkie warstwy społeczne, a to dopiero tworzyło mocne podstawy do działania na rzecz od¬ budowania własnego państwa, a także stabilnej demokracji; albowiem to właśnie świadomość narodowa, obok istnienia silnego mieszczaństwa, jest podstawą demokracji. Tego pierwiastka demokratycznego uparcie nie chcieli dostrzec krytycy poglądów i działań Dmowskiego, akcentujący przede wszyst¬ kim jego „nacjonalizm”, chociaż pojęcie to w jego czasach nie miało tego złowrogiego znaczenia, którego nabrało za sprawą nazistowskich zbrodni.
		

/0057_0001.djvu

			60 LAT OD ŚMIERCI ROMANA DMOWSKIEGO 57 Nieprzypadkowo połączył Roman Dmowski na trwałe, w nazwie najsilniej¬ szego stronnictwa Rzeczypospolitej, którego był twórcą, przymiotniki — narodowy i demokratyczny. Raczej niechętny prawicy prof. Andrzej Garlicki tak podsumowuje dzia¬ łalność Pana Romana: „Co pozostało z jego twórczości? Przede wszystkim język. Zadziwiająco nowoczesny, lapidarny, zdyscyplinowany. Teksty pisa¬ ne prawie przed stu laty daje się dziś czytać bez żadnych trudności. Cechuje je klarowność i logika wywodu. Gorzej z treściami. Z geopolityki nie zosta¬ ło nic, bo diametralnie zmieniła się sytuacja. Czy mógł Pan Roman kiedy¬ kolwiek przypuszczać, że Niemcy staną się najbliższym partnerem politycz¬ nym Polski? Niewiele więcej pozostało też z teorii narodu” '. Nie zgadzam się z tą opinią, poza rzecz jasna uznaniem dla oceny lapidarności języka i jasności logiki rozumowania, co przyznawali nawet ludzie bardzo Panu Romanowi niechętni. Chociaż istotnie sytuacja zmieniła się od tamtych cza¬ sów bardzo, a przystąpienie Polski do NATO w sposób zasadniczy zmienia geopolityką nie tylko polską, ale większości krajów europejskich. Na tym tle sprzeciw wobec przystąpienia naszego kraju do NATO, wyrażany przez polityków pragnących uchodzić za spadkobierców Dmowskiego, nabiera cech ponurej tragifarsy. Niemcy Gerharda Schroedera i Joschki Fischera rządzą¬ cych z poparciem postkomunistów, właśnie marnotrawiące olbrzymi kapi¬ tał zaufania zgromadzony przez Helmutha Kohla, nie są, a już na pewno nie muszą być zawsze „najbliższym partnerem politycznym Polski”. Nato¬ miast słynne zdanie zMyśli nowoczesnego Polaka: „Jestem Polakiem, więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich po¬ czuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka”, nie straciło, moim zda¬ niem, swojej aktualności. Wyzwania, wobec których stajemy jako naród w końcu XX wieku, na szczęście mając własne, w pełni niepodległe i de¬ mokratyczne państwo, są pod wieloma względami zbliżone do wyzwań pokoleń poprzednich. Polegają one na znalezieniu formuły patriotyzmu odpornej na naciski ze strony moralnego relatywizmu, permisywizmu i ko¬ smopolityzmu. Na sformułowaniu polskiego interesu narodowego i jego skutecznej obrony. Roman Dmowski był przede wszystkim politycznym realistą, odrzucał marzenia i sentymenty jako szkodliwe dla odbudowania państwa przeszko¬ dy. Twardo powtarzał, że „trzeba iść z częścią rodaków, przeciwko drugiej części i że kto przegrał, nie ma prawa oczekiwać, aby go naśladowano”2. Wy¬ bitny, moim zdaniem, polityk III Rzeczypospolitej, Wiesław Chrzanowski, twierdzi, cytując Jana Ludwika Popławskiego: „Co innego jest polityka uczuć,
		

/0058_0001.djvu

			58 STEFAN NIESIO�?OWSKI a co innego liczenie się w polityce z uczuciami, które są siłą realną” i doda¬ je: „O tym musi pamiętać polityk-realista. Z tego punktu widzenia Roman Dmowski był, moim zdaniem, politykiem gabinetowym XIX wieku... Pocią¬ gało mnie natomiast u Dmowskiego jego antydoktrynerskie nastawienie. Jego metoda myślenia politycznego zachowuje w tym względzie wciąż pełną ak¬ tualność. Mówił, że myśl prawicowa nie ma doktryny, ma zasady, a politykę wytycza się, analizując konkretną sytuację, z tym, że polityka ta powinna odpowiadać zasadom”3. Jeden z bliskich współpracowników Dmowskiego, Jerzy Drobnik, twierdził, że „upieranie się przy pewnych dogmatach poli¬ tycznych jest według niego (Dmowskiego — przyp. mój) głupstwem. Cho¬ dzi o to, aby naród był potężny i rozwijał się. O formę mniejsza, wszystkie są dobre, które rozwój umożliwiają”4. Jeszcze wyraźniej stwierdza to Stani¬ sław Pigoń w swoich poświęconych Dmowskiemu wspomnieniach: „Do- ktrynerem nie był on nigdy i nigdzie”. Głoszona przez niego twarda obrona swojego stanowiska, czasami wbrew nastrojom społecznym, realizm rozumiany jako odejście od marzeń na rzecz uznania praw geopolityki bywały wielokrotnie nadużywane przez ludzi albo całe środowiska wykorzystujące autorytet Dmowskiego dla własnych celów. Nic nie kosztowało w czasach komunizmu ogłosić się duchowym spadkobier¬ cą Romana Dmowskiego i w imię ocalenia substancji biologicznej narodu ko¬ laborować z komunistami, albo nawiązując do niemieckiego zagrożenia, przedstawiać Konrada Adenauera jako krzyżówkę Bismarcka z Hitlerem i dlatego popierać kolejnych pierwszych sekretarzy KC PZPR. Podobnie dziś, spłycona, wypaczona, pokracznie poprzekręcana myśl polityczna Pana Romana może posłużyć do uzasadnienia każdego aktu zwykłej głupoty i nieodpowiedzialności, nadać mu pozory patriotyzmu, racji stanu, obrony katolickiej tożsamości narodu. Ale on jakby takie sytuacje przewidział, gdy pisał: „polityka jest rzeczą ziemską, a (traktowanie) religii i Kościoła do celów im obcych, przyniosło większe szkody, niż walka prowadzona prze¬ ciw religii przez jego wrogów”. Na tym tle na uwagę zasługuje reakcja wy¬ chowanego w jego szkole, najwybitniejszego, moim zdaniem, publicysty obozu narodowego, Wojciecha Wasiutyńskiego, na wiadomość o obaleniu rządu Hanny Suchockiej w maju 1993 roku. Do czego, jak wiadomo, przy¬ czyniły się także działania ludzi pragnących uchodzić za polityków nawią¬ zujących do idei Dmowskiego: „Ten Sejm był słaby, rozproszkowany. Były w nim tylko trzy politycznie poważne kluby: postkomunistyczny, Unia De¬ mokratyczna i Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe. Dwa z nich, Unia i Zjednoczenie doszły zeszłej jesieni do kompromisu, by uratować demokra¬
		

/0059_0001.djvu

			60 LAT OD ŚMIERCI ROMANA DMOWSKIEGO 59 cję w Polsce... Wiadomość o upadku rządu Hanny Suchockiej odczuwam jako bardzo smutną... Nie żal mi ugrupowań składających się na jej koalicję, bo te są dopiero na drodze do stania się mocnymi stronnictwami albo do zniknięcia. Żal mi Polski”5. W moim najgłębszym przekonaniu nadal pozostaje aktualna, a nawet nabie¬ ra dodatkowego znaczenia w obliczu europejskich procesów integracyjnych, słusznie postrzeganych jako mogących stanowić zagrożenie dla duchowego dziedzictwa narodu, najpełniej właśnie przez Dmowskiego sformułowana, doktryna nierozerwalnej więzi katolicyzmu z polskością. Wychodził on z założenia, że „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznym stopniu stanowi jej istotę” i stwierdzał — „usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polsko¬ ści, oderwania narodu od religii i Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu”6. Ta doktryna o nierozerwalnej więzi katolicyzmu z polskością była i jest nadal atakowana ze szczególną zajadłością, przede wszystkim ze stro¬ ny wrogów Kościoła, co jest w jakimś stopniu zrozumiałe. Mają ku temu szczególne powody komuniści, albowiem to na skutek postawy Kościoła, a zwłaszcza dokonań wielkiego Prymasa, kardynała Stefana Wyszyńskiego, nie udało im się Polski skomunizować. W swojej propagandzie starali się oni zacierać różnice pomiędzy narodową demokracją a sanacją, twierdząc, że obydwa te nurty były wrogie komunizmowi, a więc jednakowo szkodliwe dla Polski, a różnice pomiędzy nimi pozorne. Ale, co także w jakimś stopniu zrozumiałe, koncepcja szczególnych związków katolicyzmu z polskością była też atakowana przez ludzi obawiających się zagrożeń ze strony nacjonali¬ zmu, a ponadto traktujących chrześcijaństwo w kategoriach wyłącznie uni¬ wersalnych. Obawy związane ze wzrostem nacjonalizmów, szczególnie w świetle doświadczeń XX wieku, bezpodstawne nie są. Ale jest w takim razie obowiązkiem polityków przyznających się do tradycji narodowej i wią¬ żących ją z chrześcijańskim dziedzictwem wykazanie i przekonywanie, że są to obawy bezpodstawne. Właśnie religia katolicka stanowi najskutecz¬ niejszą gwarancję poszanowania praw jednostek i całych narodów. I raz jeszcze warto może, dla rozproszenia obaw, zacytować wybitnego publicy¬ stę, ideowego patrona najsilniejszych obecnie nurtów ideowych polskiej prawicy odwołujących się do tradycji narodowo-demokratycznych: „Do¬ świadczenia okresu drugiej wojny światowej ukazały wszystkim, do czego prowadzi egoizm narodowy konsekwentnie stosowany. Uświadomiły, ja¬ kie są skutki odejścia od chrześcijaństwa ustrojów państwowych i kierow¬ niczych warstw społeczeństw. Szanowanie prawa innych narodów przesta-
		

/0060_0001.djvu

			60 STEFAN NIESIO�?OWSKI lo być postulatem moralnym, a stało się nakazem instynktu samozacho¬ wawczego” 7. Tak pisał kilka dni po śmierci Romana Dmowskiego, z pewnością prze¬ sadnie, co zrozumiałe, zważywszy na okoliczności ukazania się artykułu, ale zasadniczo słusznie, wybitny publicysta obozu narodowego, Zygmunt Berezowski: „Epoka, w której wypadało żyć i działać Romanowi Dmow¬ skiemu należała do najtrudniejszych w dziejach porozbiorowych naszego narodu... Roman Dmowski należy do największych postaci w naszych dzie¬ jach. Jego geniusz polityczny jest zjawiskiem tym bardziej zdumiewającym, że pojawił się w okresie największego bodaj zmierzchu naszej myśli poli¬ tycznej”8. Pod względem intelektualnym Dmowski górował nad Piłsudskim, Daszyńskim, Paderewskim. Był politycznym myślicielem, raczej nauczycie¬ lem i teoretykiem, a nie politykiem sensu stricte, dążącym do zdobycia i utrzymania władzy. Chociaż, reprezentując Polskę na Konferencji w Wersa¬ lu, osiągnął chyba więcej niż jakikolwiek nasz minister spraw zagranicznych w toku dziejów! We wnikliwym, miejscami wzruszającym przez osobiste wspomnienia, artykule prof. Janusz Pajewski przypomina, że w Wersalu „Dmowski zrobił największe wrażenie na przedstawicielach mocarstw”9 i w Polsce niepodległej za największą zasługą przypisywał sobie to, że przy¬ wiózł Polsce traktat wersalski. Historia przyznała rację i wielkość zarówno Dmowskiemu, jak i Piłsudskiemu, i mimo tego, że Pan Roman wielokrotnie powtarzał, że naród nie może mieć kilku polityk, tylko jedna jest prawdzi¬ wa, inne zaś wychodzą z założeń nie wynikających z dążeń i interesów dzie¬ jowych narodu, to chyba najwięcej racji miał Stanisław Cat-Mackiewicz, gdy pisząc w bombardowanym przez Niemców Londynie swoją historię Polski, stwierdzał, że pomimo zaciekłych sporów i wzajemnych oskarżeń o głupotę i zdradę: „...gdyby obie orientacje były ułożone i zorganizowane z góry, gdyby im rolę rozdał jakiś reżyser polityczny, nie mogłyby one zdzia¬ łać więcej niż zdziałały. Istnienie dwóch orientacji nie tylko nie zaszkodziło Polsce, lecz przeciwnie, pomagały one sobie nawzajem i dziś historia musi przyznać, że dobrze się stało, że były Legiony w Austrii, których nie chciała prawica, i wojsko polskie na wschodzie, którego nie chciała lewica” l0. Od śmierci Romana Dmowskiego minęło aż i dopiero 60 lat. Dziś jego osoba i poglądy nie budzą już tak wielkich, jak kiedyś, namiętności. Zrozu¬ miały jest wpływ czynnika czasu. Jak mówił w obozie internowanych w Ja- worzu i Darłówku Janusz Szpotański — zadziałał Chronos. Lata zajadłej nagonki prowadzonej przeciwko niemu zaowocowały między innymi tym, że opinii publicznej — tak samo jak wtedy, gdy zaczynał swoją walkę
		

/0061_0001.djvu

			60 LAT OD ŚMIERCI ROMANA DMOWSKIEGO 61 0 Polskę—tak i obecnie jest nieznany i nierozumiany. Ale w polityce zmienne 1 poddające się manipulacjom sondaże popularności nie oznaczają racji, nie są też miarą moralności i prawdy. Przekonało się o tym i nadal przekonuje bardzo wielu. Ma pewien wymiar symboliczny fakt, że uchwałę posłów naj¬ większego klubu parlamentarnego Akcji Wyborczej Solidarność Sejmu nie¬ podległej Rzeczypospolitej, oddającą cześć pamięci Romana Dmowskiego, podpisali posłowie odwołujący się do dorobku wszystkich największych nurtów historycznych polskiej prawicy. I to jest być może największe dziś zwycięstwo Pana Romana. Stefan Niesiołowski 1 A. Garlicki, Guni polskiego nacjonalizmu, „Gazeta Wyborcza”, nr 1 z dn. 2-3 I 1999. 2 Polityka polska i odbudowanie państwa. Warszawa 1926. 3 Pól wieku polityki, z Wiesła¬ wem Chrzanowskim rozmawiają Piotr Mierecki i Bogusław Kiemicki, Warszawa 1997. 4 Krzysztof Kawalec, Roman Dmowski, Warszawa 1996. 5 W. Wasiutyński, Upadek rządu Suchockiej — wybory, „Słowo Dziennik Katolicki”, z dn. 2 VI 1993. 6 R. Dmowski, Kościół, naród i państwo. Warszawa 1927. 7 W. Wasiutyński, Rozważania o nacjonalizmie, Gdańsk 1981. s Z. Berezowski, Roman Dmowski, „Polityka Narodowa” nr 1-2, 1939. �?'J. Pajewski, Wielki ideolog i mniejszy polityk, „Gazeta Wyborcza”, nr 1 z dn. 2-3 I 1999. 10 S. Cat-Mac- kiewicz. Historia Polski od 11 listopada 1918 r. do 5 lipca 1945 r., Londyn 1991.
		

/0062_0001.djvu

			ALINA MERDAS Legendy i archiwa o Piusie XII Kiedy w dniu 9 października 1958 roku zmarł Pius XII, podniosły się głosy uznania i wdzięczności. Eisenhower powiedział: „Świat po tej śmierci stał się uboższy”, a Golda Meir, minister spraw zagranicznych Izraela, stwier¬ dziła: „Życie naszych czasów wzbogacał głos, który ponad tumultem co¬ dziennych konfliktów głosił wielkie prawdy moralne. Opłakujemy wielkie¬ go krzewiciela pokoju”. Kilka lat później, począwszy od 1963 roku, Papież ten stał się bohaterem czarnej legendy: podczas II wojny światowej, z poli¬ tycznego wyrachowania czy z małoduszności, biernie i milcząco przypatry¬ wał się zbrodni ludobójstwa. Kiedy ataki oparte są na dokumentach, można zacząć dyskusję na temat ich interpretacji czy wiarygodności. Kiedy legenda opiera się na wytworach wyobraźni, wszelka dyskusja traci sens. Pozostaje jedynie przeciwstawić mitom rzeczywistość historyczną, opartą na niepodważalnej dokumentacji. Dlatego papież Paweł VI, jeden z najbliższych współpracowników Piusa XII, pozwolił na opublikowanie dokumentów Stolicy Świętej z czasów II woj¬ ny światowej. W archiwach Sekretariatu Stanu znajdują się dokumenty, na podstawie których można, dzień po dniu, śledzić działalność Piusa XII. Można tam znaleźć orędzia i przemówienia Papieża, jego korespondencję z dygnitarzami państw i ludźmi Kościoła, noty Sekretariatu Stanu i noty służbowe, zredago¬ wane przez podwładnych według intencji przełożonych, w celu przekazania informacji czy propozycji, a ponadto noty prywatne, zwłaszcza Monsignore Tardiniego, który miał zwyczaj, na szczęście dla historyków, rozmyślać z piórem w ręku, także korespondencję samego Sekretariatu z reprezentan¬ tami Stolicy Świętej na zewnątrz, nuncjuszami, intemuncjuszami i delegata¬ mi apostolskimi, noty dyplomatyczne wymieniane między Sekretariatem Stanu i ambasadorami czy ministrami akredytowanymi przy Stolicy Świętej. Większość tych dokumentów nosi podpis sekretarza stanu lub sekretarza pierwszej sekcji tego Sekretariatu, ale mówią one o intencjach Papieża, do którego należało ostatnie słowo. W oparciu o tę dokumentację można napisać dzieło ukazujące w pełni
		

/0063_0001.djvu

			LEGENDY I ARCHIWA O PIUSIE XII 63 postawę i politykę Piusa XII podczas II wojny światowej. Równie dobrze można by opracować białą księgę, ukazującą bezzasadność zarzutów wysu¬ niętych przeciwko Papieżowi, zwłaszcza wobec głównego zarzutu — jego milczenia. Ukazać, w świetle najbardziej wymownych dokumentów, dzia¬ łalność, jaką podjęła Stolica Święta na rzecz ofiar wojny, a w szczególności ofiar prześladowań rasowych. Wydawało się jednak właściwsze opubliko¬ wanie wszystkich dokumentów dotyczących spraw związanych z wojną. Trudność tego zamierzenia polegała na tym, że chodziło o okres, którego archiwa, tak państwowe, jak watykańskie, były dotąd niedostępne, a często mówiły o ludziach jeszcze żyjących. Dlatego zespół przygotowujący publika¬ cję musiał czuwać nad tym, by tego rodzaju dokumenty, jak i te, które miały jakiś związek z prowadzonymi aktualnie negocjacjami, w niej się nie znalazły. Sekretariat Stanu powierzył to odpowiedzialne zadanie trzem jezuitom. Byli nimi Angelo Martini, redaktor „Civiltà Cattolica” i dwaj profesorowie historii Kościoła na Gregorianum: Burkhardt Schneider i Pierre Blet. Zaczę¬ li swą pracę w styczniu 1965 roku, mając dostęp do całego archiwum, przez które trzeba było się przekopać, znajdując np. informacje dotyczące Anglii w aktach Francji, a interwencję na rzecz jeńców belgijskich w aktach nun¬ cjusza w Berlinie, przy okazji zaś trafiając na bruliony listów Piusa XII do biskupów niemieckich. Pierwszy tom dotyczący początkowych 17 miesięcy (marzec 1939 — lipiec 1940 roku), odsłaniający wysiłki Piusa XII na rzecz powstrzymania wybuchu wojny, ukazał się już w grudniu 1965 roku i na ogół został przyjęty przy¬ chylnie. Tom drugi objął listy Piusa XII do biskupów niemieckich oraz do¬ kumenty dotyczące kontaktów Papieża z Rooseveltem. Tom trzeci został poświęcony sprawom Polski. Następne rozgraniczyły już zagadnienia: Sto¬ lica Święta i II wojna światowa (tomy 4, 5, 7, 11) i Stolica Święta i ofiary wojny (tomy 6, 8, 9, 10). Praca trwała 15 lat i wyszła w dwunastu tomach w roku 1981 pod redakcją Roberta Grahama SJ, Amerykanina, i Pierre’a Bleta SJ, Francuza (pierwsi redaktorzy już zmarli). Ponieważ to dwunastotomowe dzieło pozostało nieznane nie tylko szer¬ szej publiczności, ale także historykom, Pierre Blet wydał we wrześniu roku 1997 książkę: Pie XII et la Seconde Guerre mondiale d’après les archives du Vatican (Éditions Perrin, Paris). Dzieło to mówi prawdę o postawie i postępowaniu Piusa XII podczas wojny i ukazuje, konsekwentnie, całą bezzasadność wysuwanych przeciw¬ ko niemu zarzutów. Dokumenty pokazują, że wyczerpał on wszystkie środ¬ ki, by nie dopuścić do wybuchu wojny, wyperswadować Niemcom atak na
		

/0064_0001.djvu

			64 ALINA MERDAS Polskę, a Mussoliniemu sojusz z Hitlerem. I nie dostarczają żadnego śladu, który by mówił o proniemieckiej postawie Papieża. Starania, idące w parze z wysiłkami Roosevelta, by Włochy pozostały na zewnątrz konfliktu, tele¬ gramy kondolencyjne, wysłane 10 maja 1940 roku do władców Belgii, Ho¬ landii i Luksemburga po niemieckiej inwazji, odważne sugerowanie Musso¬ liniemu i Wiktorowi Emanuelowi zawarcie odrębnego pokoju, nie mają nic wspólnego „z sympatią dla Niemiec”. Trudno zaś przypuszczać, by halabar¬ dy gwardii szwajcarskiej czy zapowiedź ekskomuniki zatrzymały pancerne dywizje Wehrmachtu. Ale najczęściej powtarzany zarzut dotyczy milczenia Papieża w obliczu prześladowań rasowych i eksterminacji Żydów. Tymcza¬ sem dokumenty mówią o upartych i stale podejmowanych wysiłkach Papie¬ ża w celu powstrzymania deportacji, których celu coraz bardziej się domy¬ ślano. Za pozornym milczeniem Papieża ukrywają się podejmowane przez nuncjatury i episkopaty starania o powstrzymanie deportacji, przemocy, prze¬ śladowań. Przyczynę tej dyskrecji wyjaśniał Pius XII wielokrotnie w licz¬ nych wypowiedziach, listach do biskupów niemieckich i podczas narad w Sekretariacie Stanu: deklaracje publiczne niczego nie dały poza pogorsze¬ niem losu ofiar i powiększeniem ich liczby. Aby te oczywiste dowody osłabić, przeciwnicy Piusa XII zaatakowali wydane dzieło. Jeden z paryskich dzienników 3 grudnia 1997 roku napisał: „Czterej jezuici wyprodukowali (!) w «Actes et documents» dokumenty unie¬ winniające Piusa XII. Lecz nie przedstawili wszystkich”. Ma to znaczyć, że te „obciążające” ukryli. Jest oczywiste, że takie ukrywanie nie obroniłoby Papieża przed wysuwa¬ nymi zarzutami. Po drugie: twierdzenia, że wydane dzieło nie przedstawia pełnej dokumentacji, nie sposób udowodnić. Wymaga bowiem zestawienia, porównania i ogłoszenia istniejących, a nie opublikowanych dokumentów. Przeciwnicy Papieża żądają ogłoszenia korespondencji Piusa XII z Hitle¬ rem, ale ta korespondencja istnieje jedynie w ich wyobraźni. Podkreślają kontakt nuncjusza Pacellego w Berlinie z Hitlerem. Ale nie trzeba odwoły¬ wać się do archiwów, wystarczy porównać daty: Hitler doszedł do władzy w roku 1933, a nuncjusz Pacelli opuścił Berlin w roku 1929, by zostać kar¬ dynałem i sekretarzem stanu. Gdyby zaś istniała jakaś korespondencja po¬ między nimi, to przechowywałyby ją archiwa niemieckie, a nie watykań¬ skie. Nie ma jednak żadnych dowodów na to, że istniała. A potwierdzenie dokumentów watykańskich można znaleźć w innych archiwach, np. w notach wymienianych z ambasadorami czy w przechwyconych przez nasłuch telegra¬ mach Stolicy Świętej. Jakże więc można by tu coś „wyprodukować” lub ukryć!
		

/0065_0001.djvu

			LEGENDY I ARCHIWA O PIUSIE XII 65 „Sunday Telegraph” (lipiec 1997) oskarża Watykan o korzystanie ze złota nazistów i udzielanie pomocy przestępcom wojennym, szukającym schronie¬ nia w Ameryce �?acińskiej, zwłaszcza Chorwatowi Ante Paveliciowi. „Opra¬ cowania potwierdzają tę tezę” (!). Można tylko podziwiać niefrasobliwość, z jaką dziennikarze podtrzymują tego rodzaju stwierdzenia. Historycy mogli¬ by być zazdrośni. Ileż czasem godzin poświęcają na zweryfikowanie zdoby¬ tych informacji. W tym wypadku chodzi o dwie oddzielne: wiadomość o tym, że złoto niemieckie, zrabowane Żydom, trafiło do watykańskiego banku oraz wiadomość, że Watykan udzielił owemu Chorwatowi pomocy. Jest faktem, że dwa dzienniki amerykańskie ogłosiły dokument Departa¬ mentu Skarbu, informujący, iż Watykan poprzez Chorwację otrzymał zrabo¬ wane przez Niemców złoto żydowskie. Dokument departamentu to coś po¬ ważnego. Ale przy uważnej lekturze odkrywamy, że chodzi tylko o notę dostarczoną przez „godnego zaufania informatora z Rzymu”. Rzeczywiście, istniał informator Scattolini, który utrzymywał się z dostarczania wszystkim ambasadorom wiadomości powstałych w jego wyobraźni. Dokumenty Watykanu tylko raz mówią o złocie. Kiedy SS zażądało od Żydów mieszkających w Rzymie 50 kg złota, Wielki Rabin poprosił o bra¬ kujące im 15 kg Piusa XII i natychmiast je otrzymał. Jeśli zaś chodzi o ucieczkę nazistów do Ameryki �?acińskiej z pomocą Watykanu, zarzuty nie są nowe. Oczywiście, nie można wykluczyć, że jakiś naiwny dostojnik Kościoła czy pracownik Watykanu, wykorzystując swą pozycję, pomógł komuś w ucieczce. Sympatie biskupa Hudala, rektora na¬ rodowego Kościoła niemieckiego, dla Wielkich Niemiec są znane. Ale posą¬ dzanie Watykanu o organizowanie ucieczki nazistów za ocean to przyznanie, że duchowieństwo Rzymu odznacza się miłością heroiczną. Znane bowiem były plany nazistów dotyczące Kościoła i Stolicy Świętej. Pius XII mówił 0 nich podczas konsystorza w dniu 2 czerwca 1945 roku. Przypomniał wte¬ dy, że prześladowanie Kościoła miało wzrastać, po wojnie zaś zwycięzcy chcieli z nim definitywnie skończyć. W wieściach na temat służenia pomocą w uciekaniu przed sprawiedliwo¬ ścią trudno oddzielić historię od fikcji. Amatorom powieści przygodowych 1 kryminalnych można polecić książkę Ladislasa Farago: A la recherche de Martin Bormann et des rescapés nazis d’Amérique du Sud („Śladami Marci¬ na Bormanna i ocalonych nazistów Ameryki Południowej). Angielski tytuł brzmi: Aftermath. Martin Bormann and the forth Reich. Ślady wiodą od Rzymu i Watykanu do Argentyny, Chile i Paragwaju, do powstałej wśród prerii „IV Rzeszy” z angielskiego tytułu. Poszukiwania swoje autor skrom¬
		

/0066_0001.djvu

			66 ALINA MERDAS nie określa jako „reportaż â la française, poważne studium bez pretensji jednak do naukowości” (!). Jeśli biskup Hudal pomagał nazistom przenieść się za ocean, na pewno nie prosił Papieża o pozwolenie, a czy później zwie¬ rzył mu się z tego — nic na ten temat nie wiadomo. Trzeba też rozróżnić pragnienie samodzielnych poszukiwań w archiwach mimo ich opublikowania (bo bezpośredni z nimi kontakt bardzo pomaga w zrozumieniu historii) od uznania publikacji za niewiarygodne. W listach Piusa XII do biskupów niemieckich widać, jak pragnie on ostrzec katolików niemieckich przed narodowym socjalizmem. Znane są wypowiedzi bisku¬ pów niemieckich, takich jak Faulhaber i von Gallen, i licznych zakonników i księży, a przede wszystkim encyklika Piusa XI: Mit Brennender Sorge, odczytana we wszystkich kościołach katolickich III Rzeszy w Niedzielę Pal¬ mową 1937 roku. Nie pozostawiają one żadnych wątpliwości na temat sto¬ sunku Kościoła katolickiego do nazizmu. Głoszenie więc, że Kościół pod¬ trzymywał działalność Hitlera, jak podaje dziennik mediolański z 8 stycznia 1998 roku, jest kłamstwem. Opublikowane dokumenty watykańskie demen¬ tują również pogląd, że Watykan stał po stronie nazizmu w obawie przed komunistyczną Rosją. Kiedy Roosevelt zażądał pomocy Watykanu, by prze¬ zwyciężyć opór katolików amerykańskich, odmawiających poparcia planu wciągnięcia Rosji w wojnę z Niemcami, Sekretariat Stanu obarczył delegata apostolskiego w Waszyngtonie misją wyjaśnienia biskupom amerykańskim, że encyklika Piusa XI: Divini Redemptoris, ostrzegająca katolików przed podaniem ręki partiom komunistycznym, nie dotyczy aktualnej sytuacji i nie przekreśla wspólnego działania na rzecz pokonania hitlerowskich Niemiec. Wiedzę o tamtych czasach poszerzają nie tylko samodzielne poszukiwa¬ nia w watykańskich archiwach. Również wzbogacają zawartość archiwów poszczególnych ministerstw zagranicznych. Depesze angielskiego ministra Osbome’a lepiej niż noty Sekretariatu Stanu ukazują sytuację Watykanu oto¬ czonego przez mur faszyzmu, a później poddanego kontroli armii i policji niemieckiej. Tylko ten, kto podejmuje poważne poszukiwania i nie domaga się arogancko dostępu do wszystkich dokumentów (prawo dokładnie okre¬ śla daty ich udostępniania), daje dowód, że chodzi mu o prawdę. Alina Merdas rscj Opracowane w oparciu o artykuł znajdujący się w „Documentacion Catholique” nr 2180 (19 IV 98/8): Pierre Blet SJ, Les accusations répétées contre PieXII. La légende â l’épreuve des archives, s. 381-386.
		

/0067_0001.djvu

			opowiadanie DAVID TORKINGTON „Jak połączyć teologię ze śmieciami?" Z Trocadero do Clitunno Mimo że bez wahania zgodziłem się przyjąć uprzejme zaproszenie Mada¬ me de Gaye do Paryża, kiedy dotarłem na Rue de Magdebourge 5, czułem się raczej niepewnie. Byłem trochę onieśmielony ostatnią wizytą, jaką tu złożyłem, i okazałym, jak dla mnie, dwupiętrowym mieszkaniem. Zostałem wówczas zaproszony na obiad na cześć mojego brata Dawida, który wtedy po raz pierwszy przybył do Francji. Od tamtego czasu Dawid zatrzymywał się u nich kilka razy, a Bernard de Gaye kilkakrotnie przyjeżdżał na wakacje do naszego domu w Manchesterze, nigdy nie dając odczuć, że zauważa spo¬ łeczną przepaść, która dzieliła nasze rodziny. Dawid przebywał jeszcze u nich, kiedy i ja przyjechałem do Paryża. Wła¬ śnie od niego Madame de Gaye usłyszała o moich duchowych poszukiwa¬ niach. Byłem niezwykle zdumiony, kiedy przyznała się mi, że sama jest nie tylko członkinią świeckiej rodziny franciszkańskiej, ale nawet przewodni¬ czącą Trzeciego Zakonu w Paryżu. Od czasu mojej ostatniej wizyty zmarł jej mąż, a troje najstarszych dzieci wyprowadziło się z domu. Został tylko Bernard, ona oraz trójka służących, tak więc bez problemu znalazło się dla mnie wygodne miejsce. Madame de Gaye była niewysoką kobietą o trochę ptasiej urodzie. Jej długie wygięte brwi, haczykowaty nos oraz lekko cofnięty podbródek przy¬ dawały jej dostojnego sokolego wyglądu, chociaż zachowywała się raczej jak gołębica. (...) O nic mnie nie zapytała. Po prostu zaprowadziła mnie wą¬ skimi schodami na górę, gdzie mieściły się kwatery dla służby, i pokazała dwa pokoje. Jeden miał mi służyć za sypialnię, a drugi za gabinet. — Oto miejsce właściwe dla franciszkanina — rzekła cicho, patrząc na mnie porozumiewawczo, jakby chciała powiedzieć: „Znam twój mały se¬ kret, młody człowieku, lecz nikomu go nie wyjawię, dopóki ty sam go świa¬ tu nie wyjawisz”. (...) — Wszystkie kwatery służących masz dla siebie, z wyjątkiem jednego pokoju, z którego i my będziemy korzystać.
		

/0068_0001.djvu

			68 DAVID TORKINGTON Otworzyła drzwi do pomieszczenia na końcu korytarza i moim oczom ukazała się śliczna mała kaplica, zaopatrzona w Najświętszy Sakrament. Przywilej ten nadał jej przodkom kardynał Richelieu za szczególne zasługi wobec króla Ludwika XIII. Nie mogłem uwierzyć swojemu szczęściu. (...) Madame de Gaye być może nie była dobrą nauczycielką, ale z pewnością była wspaniałą organizatorką, i w pełni wykorzystała swoje zdolności, pla¬ nując nadchodzący rok, w którym na Wielkanoc miałem złożyć profesję do Trzeciego Zakonu Świętego Franciszka. Postanowiła, że po moich egzami¬ nach pod koniec września wyruszymy oboje do Franciszko wy ch Włoch. Mieliśmy odwiedzić Asyż oraz inne miejsca związane ze Świętym, a potem pojechać do Clitunno, aby odwiedzić najstarszą córkę Madame de Gaye, Françoise, która wstąpiła do franciszkańskiego klasztoru, znajdującego się w pół drogi między Spello i Spoleto. Potem ja miałem zostać przez cztery miesiące we franciszkańskiej pustel¬ ni Monte Casale, wysoko w Apeninach, ponad miastem Borgo san Sepolcro. Wieczór przed wyjazdem do klasztoru, w którym przebywała najstarsza córka Madame de Gaye, Françoise, spędziliśmy na długiej rozmowie. Za¬ trzymaliśmy się niedaleko klasztoru w Campello sul Clitunno. Wtedy po raz pierwszy Madame de Gaye opowiedziała mi o swojej rodzinie oraz o córce Françoise. Okazało się, że rodzina de Gaye była — przynajmniej we wła¬ snych oczach — zubożałą rodziną francuskich arystokratów, chociaż wyda¬ wało mi się, że jest fantastycznie bogata. (...) Jednak to nie opowieść Madame de Gaye ojej wybitnych przodkach trzymała nas prawie do północy, ale niezwykła historia Françoise, najstar¬ szej spośród trzech córek Madame de Gaye. Według wszelkich ocen jako dziecko była przyczyną ciągłych kłopotów: psotnica, zawsze wpadająca w jakieś tarapaty, enfant terrible, jak nazwała ją Madame de Gaye. Prawdzi¬ wy szok rodzina miała przeżyć, gdy zaczęła studiować medycynę na Uni¬ wersytecie w Paryżu. Wyprowadziła się z domu i związała z jakimś dziw¬ nym artystą bohemy z dzielnicy łacińskiej. Żerował na niej przez kilka lat, chcąc utrzymać siebie, swój dziwaczny i wystawny styl życia, oraz grupę anarchistów, którzy upatrywali w nim swego guru, przynajmniej wtedy, gdy był trzeźwy. Pewnego dnia niespodziewanie przeżyła dramatyczne wydarzenie, które zupełnie zmieniło jej życie. Na dworcu Du Nord zdarzył się straszny wypadek, zginęło kilkoro ludzi, a wielu innych zostało ran¬ nych. Do pomocy wezwano Françoise, która asystowała jednemu z chirur¬ gów. Lekarz ten był zmuszony amputować obie nogi osiemdziesięciolet¬ niej kobiecie, uwięzionej pod jednym z wagonów. Françoise zajmowała
		

/0069_0001.djvu

			JAK PO�?ĄCZYĆ TEOLOGI�? ZE ŚMIECIAMI?" (1) 69 się nią w drodze do szpitala. I właśnie ta kobieta zupełnie odmieniła jej życie. W szpitalu Françoise zauważyła, że staruszka ma pod ubraniem miniaturę franciszkańskiego sznura. Okazało się, że należy do Trzeciego Zakonu Świę¬ tego Franciszka. Jednak największe wrażenie na Françoise wywarł niezwy¬ kły hart ducha starszej pani, to, w jaki sposób znosiła z odwagą tak straszli¬ wy ból. Było w niej coś, czego nie spotkała wcześniej u nikogo, co ją do niej przyciągało, nie tylko jako lekarza. Pragnęła z nią być po prostu jako zwykły człowiek. Po pewnym czasie biedaczka zaczęła słabnąć i Françoise musiała jej powiedzieć, że nie można nic już więcej zrobić i że umiera. W chwili, gdy kobieta usłyszała te słowa, otworzyła ramiona i powiedziała: „Witaj, Siostro Śmierć” i odtąd nie chciała już przyjmować żadnych środków uśmierzają¬ cych ani nic jeść, dopóki nie upewniła się, że jedzenie nie zawiera leków. Ból musiał być straszliwy, a jednak ona nigdy nie poskarżyła się na okropne cierpienie, które musiała znosić. Była medycznym fenomenem. Z całego szpitala przychodzili lekarze i pielęgniarki, aby zobaczyć pacjentkę, która zachowywała całkowity spokój, mimo odczuwanej męki. Przychodzili zo¬ baczyć pacjentkę, a odchodzili przekonani, że widzieli świętą. Nie tylko, że z takim hartem znosiła ból, ale zdawał się on przynosić jej prawdziwą ra¬ dość. Otaczający ją głęboki pokój udzielał się wszystkim, którzy się przy niej znaleźli. Było jeszcze coś bardziej nieuchwytnego, co mogłoby wyda¬ wać się naciągnięte, gdyby nie to, że doświadczała tego taka osoba, jak Fran¬ çoise, która w tamtym czasie była zagorzałą ateistką. Wokół kobiety unosił się ostry, słodkawy zapach, całkowicie rozpraszający odór gangreny, która zagnieździła się w jej kikutach. Dziwne było to, że niektóre osoby go czuły, inne nie, chociaż wszyscy bez wyjątku doświadczali spokoju i radości, któ¬ rymi promieniowała do końca. Françoise była przy niej, kiedy umierała dosłownie w „zapachu święto¬ ści”. Zanim wydała ostatnie tchnienie, wyciągnęła rękę i wcisnęła coś w dłoń Françoise, a potem umarła. Był to franciszkański sznur, który starsza kobieta miała przy sobie do końca. Przesłanie było jasne, przynajmniej dla Françoise. W ciągu tygodnia rozstała się ze swym kochankiem, anarchistami i pogo¬ dziła z Kościołem, w którym została wychowana. Potem poszukała ojca Clau- de’a, który obiecał prowadzić ją duchowo i w końcu przyjąć do Trzeciego Zakonu Świętego Franciszka. Zanim przedstawi ją innym świeckim fran¬ ciszkanom w Paryżu — powiedział — będzie musiała spędzić rok jako no- wicjuszka, a to oznacza, że będzie podlegała mistrzyni nowicjatu. Zgodziła
		

/0070_0001.djvu

			70 DAVID TORKINGTON się chętnie, zupełnie nieświadoma faktu, że mistrzynią nowicjatu była jej własna matka, której nie widziała od przeszło trzech lat. Pojednanie było szczęśliwe. Françoise od razu podporządkowała się mat¬ ce, nie tylko jako nowicjuszka, ale także jako posłuszna córka; wprowadziła się z powrotem do dawnego domu na Rue de Magdebourge 5. Zaraz po wstąpieniu do Trzeciego Zakonu wyjechała do Afryki, najpierw do Sudanu, a potem do Ugandy, by tam pracować z innymi franciszkańskimi siostrami i lekarzami w wielkim misyjnym szpitalu na przedmieściach Kam- pali. Po przeszło trzech latach pracy w Afryce równikowej poczuła tęsknotę za samotnością, którą uniemożliwiała intensywna praca misyjnej lekarki. Przy jakiejś okazji spotkała franciszkankę w szpitalu Shisong w Kamerunie, któ¬ ra opowiedziała jej o pewnej wyjątkowej wspólnocie sióstr. Mieszkały one wysoko na umbryjskich wzgórzach, nad Fonti del Clitunno, źródłem świętej rzeki Clitunnus, gdzie żołnierze rzymscy kąpali się przed wyruszeniem do boju, tysiąc lat przed narodzeniem Franciszka. Kiedy zapytałem Madame de Gaye o siostry, ze zdziwieniem dowiedzia¬ łem się, że nie należą do żadnego zakonu i właściwie nie są zakonnicami, przynajmniej w sensie prawnym. Ich założycielka, którą wolą raczej nazy¬ wać II Mądre, była franciszkanką, pracującą w rzymskim szpitalu pod koniec pierwszej wojny światowej. Rozczarowana swojądolą, gdyż brakowało jej czasu na modlitwę, przedstawiła tę sprawę swoim przełożonym. Jednak nie znalazła u nich zrozumienia. Dzięki sprytnym zabiegom udało sięjej uniknąć oficjalnej urzędowej drogi do Ojca Świętego i przedstawić mu swoją sprawę osobiście. Wywarła na nim pozytywne wrażenie, dał więc jej pozwolenie na wystąpienie z zakonu, bez zrywania ślubu czystości, by mogła poszukać odpowiedniego miejsca na modlitwę dla siebie i dla innych, myślących podobnie jak ona. Kierowana głosem serca przeszła całe Włochy i spotkała we Florencji pewną Angielkę, która dysponowała odpowiednią sumą pieniędzy, by sfi¬ nansować przedsięwzięcie w Campello sul Clitunno. Wkrótce przyłączyły się do nich inne siostry i przeniosły się do bardziej odosobnionej i wygod¬ niejszej pustelni, trochę dalej na zboczu wzgórza, zbudowanej wokół starej groty czy jaskini, używanej przez świętego Franciszka i jego braci jako miejsce modlitwy. Nigdy nie odczuwały potrzeby czy konieczności uzyskania zgody Kościoła na zakonną fundację, wybierając wolność i niezależność, które posiadają po dziś dzień. Wiodą przede wszystkim pustelniczy tryb życia, kierując się duchem franciszkańskim. Cała wspólnota należy do Trzeciego Zakonu Świętego Franciszka, chociaż nie narzuca tego nikomu, kto chciał się do niej przyłączyć.
		

/0071_0001.djvu

			„JAK PO�?ĄCZYĆ TEOLOGI�? ZE ŚMIECIAMI?" (1) 71 Z Campello sul Clitunno można zobaczyć pustelnię, ale żeby tam dotrzeć, trzeba jechać długą krętą drogą, która nie jest łatwa. Pod koniec wyboistego szlaku w połowie zbocza musieliśmy wysiąść z samochodu, a potem iść prze¬ szło milę szlakiem mułów do pustelni, która sterczała wysoko ponad źró¬ dłem świętych wód Clitunnusa. Madame de Gaye wyjaśniła, że potem jedna z sióstr przywiezie nasze walizki na klasztornym mule, ponieważ zamierzaliśmy zatrzymać się w Ermo przez co najmniej trzy tygodnie. Dziwny jest proces tworzenia sobie obrazu kogoś, o kim dużo się słyszało, który to obraz pryska w tej samej chwili, gdy go poznajesz. Nie wiem dokładnie, jaki obraz Françoise sobie stworzyłem, być może poszczególne kawałki nie złożyły się jeszcze w całość w mojej wyobraźni, w każdym razie natychmiast poszły w niepamięć, gdy tylko we¬ szła do pokoju. Françoise była po prostu piękna, nie miarą piękna według modelu wymagającego doskonałej symetrii kształtu i formy. Co prawda wszystko to także miała, ale posiadała jeszcze coś. Nie była tylko pięknym manekinem, ale kobietą w pełnym rozkwicie, jakby rozświetlało ją jakieś wewnętrzne światło promieniujące ciepłem, mądrością i pełnią dojrzałej i żywotnej osobowości. Przemawiał każdy rys jej twarzy czy to sposób, w ja¬ ki pochylała głowę, unosiła brwi czy układała usta, a wszystko to mówiło ojej niezwykłej inteligencji i wyrazistości jej charakteru. „A więc to tak samotność wyostrza duszę — pomyślałem. — Przyjmuje się to, co się otrzymuje, i staje się nowym i niepowtarzalnym ucieleśnieniem Jedynego, który jest Wszystkim we wszystkich”. Bez względu na to, jaką osobą Françoise była wcześniej, teraz z pewno¬ ścią już nią nie była. Kiedy weszła do pokoju, oblałem się rumieńcem, chociaż nigdy wcze¬ śniej takie rzeczy mi się nie zdarzały. Byłem oszołomiony jej widokiem. Natychmiast też podziękowałem Bogu za to, że mała rozmównica była tak ciemna, iż moje zmieszanie nie mogło być dostrzeżone ani przez Françoise, ani przez Madame de Gaye. Druga reakcja na Françoise była tak samo zaskakująca jak pierwsza, po¬ nieważ wszystko, co o niej usłyszałem, nie zapowiedziało tego, że tak od razu polubię ją jako osobę. Słusznie czy nie, ale zawsze starałem się oceniać ludzi po tym, czy pozwalają mi się czuć swobodnie, czy mogę być przy nich sobą bez konieczności odgrywania kogoś innego lub czynienia wysiłków, by mnie zaakceptowano. Miałem wrażenie, jakbym znał ją od lat. Przy niej zarówno wtedy, jak i później, zawsze mogłem być w pełni sobą. Cały pierwszy dzień w Ermo spędziliśmy z Françoise. Pokazała nam naj¬
		

/0072_0001.djvu

			72 DAVID TORKINGTON bliższe otoczenie i ścieżki, którymi mogliśmy sami przemierzać okolicę przez resztę naszego pobytu. Potem widywaliśmy Françoise godzinę dziennie, po kolacji. Poza tymi rozmowami nadal wiodła surowe życie pustelniczki, któremu poświęciła się z całkowitym oddaniem. My z naszej strony próbo¬ waliśmy żyć podobnie, mieliśmy wiele do przemyślenia, a ja wiele do wy¬ modlenia. Nie mogłem sobie życzyć lepszego otoczenia do odprawienia re¬ kolekcji, z którymi już zbyt długo zwlekałem. Na początku drugiego tygodnia Madame de Gaye dowiedziała się, że ojciec Guido, jej dawny kierownik duchowy, przeniósł się do Montefalco po drugiej stronie doliny i jest teraz gwardianem w San Fortunatus. Przeprosiła, że zosta¬ wia nas na kilka dni samych, ale jak powiedziała, po prostu musi zobaczyć się z człowiekiem, który kiedyś tak bardzo jej pomógł i z którym teraz chciała skonsultować się w wielu sprawach dotyczących jej przyszłości. Byłem zadowolony, że mam okazję porozmawiać z Françoise sam na sam, ponieważ czułem, że mogę jej powiedzieć o rzeczach, o których trudno mi było mówić nawet z jej matką. Jak wkrótce miałem się przekonać, ona także miała mi wiele do powiedzenia. To, co od niej usłyszałem, utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest poważnie zaawansowana w duchowej wędrówce. Pragnąłem uchwycić jak najwięcej z tego gorącego zaangażowania, które przywiodło ją do Clitunno. Powiedziałem jej o sobie wszystko, co było do powiedzenia—o wiele więcej niż komukolwiek w przeszłości. Po raz pierw¬ szy rozmawiałem o takich sprawach z osobą ze swego pokolenia. Intereso¬ wała się szczegółami, które, jak instynktownie czułem, nie zaciekawiłyby księży, tak mi kiedyś pomocnych. Miałem kłopot z określeniem, na czym powinienem się zatrzymać. Ojciec Le Bec i inni księża z pewnością uważnie mnie słuchali i dobrze rozumieli, jednak Françoise słuchała mnie sercem. Przypuszczam, że przy¬ czyna tego po części leżała w różnicy między tym, jak słucha mężczyzna, a jak kobieta. Jednak chodziło jeszcze o coś więcej, czego żadne z nas wtedy sobie nie uświadamiało! (...) Wyjazd z Clitunno był wielkim smutkiem. Było mi smutno, ponieważ zakochałem się w tym miejscu, w którym byłem tak szczęśliwy, poznawszy Françoise i pozostałe siostry. Wszystkie były tam dla mnie tak dobre. Ich prosta dobroć sama w sobie stanowiła imprimatur dla trybu życia, który wio¬ dły. Był to jednak smutek słodki, ponieważ znalazłem coś, czy raczej kogoś, kogo jak dotąd mi brakowało. Zostałem pobłogosławiony dwoma wspania¬ łymi braćmi, ale nie miałem siostry. Teraz Françoise miała stać się moją siostrą, a ja chciałem być dla niej najlepszym bratem.
		

/0073_0001.djvu

			„JAK PO�?ĄCZYĆ TEOLOGI�? ZE ŚMIECIAMI?” (1) 73 Byłem tak niewinny, tak szczery, że przez całą drogę do Monte Casale z Madame de Gaye paplałem o jej wspaniałej córce i siostrze, którą w niej znalazłem. Gdybym potrafił dostrzec i zrozumieć spojrzenia, jakie mi posy¬ łała, przynajmniej trzymałbym język za zębami. Ja naprawdę nie byłem świa¬ dom tego, że stało się ze mną coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczy¬ łem. Jednak Madame de Gaye to dostrzegła! (...) Z Monte Casale do San Giovanni Rotondo Wyobraźcie sobie, jeśli potraficie, starą archetypiczną franciszkańską pu¬ stelnię, narysowaną przez Walta Disneya, pochyloną i spaczoną przez wiek, nasyconą specyficzną atmosferą— a potem umieśćcie ją wysoko na szczy¬ cie wzgórza o gęsto zalesionych zboczach ze wspaniałymi widokami w dół, na dolinę, i oto macie — Monte Casale. Miejsce samotności i modlitwy świę¬ tego Franciszka, które otrzymał w niecałe sześć lat od momentu, gdy został wezwany do kontemplacji. Następnego dnia po naszym przybyciu Madame de Gaye wyjechała do Paryża. Ojciec Angelo, gwardian, wezwał mnie do swojej celi, aby osobi¬ ście powitać mnie w świętym sanktuarium i zaprosić do pełnego uczestnic¬ twa w życiu, które wiódł wraz z niewielką wspólnotą. Był niskim, tęgim, wesołym mężczyzną, stworzonym do wygody, a nie do pośpiechu—jednak znano go z tego, że był wystarczająco szybki, jeśli ktoś potrzebował opieki czy współczucia. Nietrudno było się domyśleć, dlaczego był najpopularniej¬ szym przełożonym w Prowincji. — Proszę, niech pozory cię nie zmylą — powiedział. — Klasztor fran¬ ciszkański jest miejscem, gdzie przychodzą grzesznicy i penitenci po to, by wzajemnie się wspierać w życiu skruchy. Istnieje tylko jedna społeczność świętych i znajduje się ona po tamtej stronie grobu. (...) Ojciec Angelo zasugerował, aby moim duchowym kierownikiem został ojciec Fabiano, do którego chodziłem co piątek do spowiedzi i po instrukcje. Był dobrym, solidnym zakonnikiem, ale trochę zbyt zajętym, aby móc po¬ święcić więcej czasu dla takiego początkującego wędrowcy jak ja, szczegól¬ nie że zbliżał się termin ukończenia książki, nad którą pracował. Kiedy już wysłuchał mojej spowiedzi, wypowiadał kilka odmierzonych słów, co zaj¬ mowało mu nie więcej niż trzy minuty, po czym dawał mi rozgrzeszenie i odwracał się z powrotem do biurka. Poza tym codziennie rano musiałem się kontaktować z ojcem Bemardino, który organizował pracę fizyczną należącą do moich obowiązkowych zajęć.
		

/0074_0001.djvu

			74 DAVID TORKINGTON Był to człowiek zbliżający się do trzydziestki, wysoki, przystojny brunet, który wyglądał tak, jakby co dopiero wyszedł z kobiecego żumala. Wygląd południowca szedł w parze z jego śródziemnomorskim temperamentem, który, jak się później dowiedziałem, przysparzał mu sporo kłopotów. Głównym zajęciem, do którego wciąż powracałem, ilekroć nie było niczego pilniejsze¬ go, było przycinanie winorośli w małej winnicy przylegającej do pustelni. Ojciec Bemardino wydawał się jedynym członkiem wspólnoty, któremu nie podobała się moja obecność, a raczej tak mi się na początku wydawało. Zwy¬ kle był gburowaty, posępny i ogólnie trudny w kontakcie. Miałem wrażenie, że wiedzie życie pustelnika nie z własnego wyboru i że obecność w Monte Casale nie była po jego myśli. Kiedy miał ochotę na rozmowę ze mną, za¬ zwyczaj mówił o „Romie”, która bez wątpienia stanowiła jego przedmiot fascynacji. Całą swoją młodość i wolny czas poświęcał na wspieranie będą¬ cej w potrzebie „Romy”, jak gdyby drużyna ta, znajdując się na dole ligowej tabeli, tylko dzięki jego niezmordowanemu wsparciu mogła odzyskać należ¬ ną jej wysoką pozycję. Ja także zacząłem kibicować „Romie”, a nawet modlić się co tydzień ojej zwycięstwo, aby przynajmniej początek kolejnego tygodnia był trochę zno¬ śniejszy. Dowiedziałem się, że Dino, jak chciał być nazywany, pojawił się w Monte Casale dopiero trzy miesiące przede mną, a jego przybycie otacza¬ ła jakaś aura tajemniczości. Plotka niosła, że jego klub stał się nazbyt popu¬ larny, gdy brat Dina, agent w świecie show-biznesu, załatwił temu klubowi patronat międzynarodowych artystów, głównie jazzmanów, tak że w końcu stał się on prawdziwą Mekką tradycyjnego jazzu, nie tylko w Rzymie, ale i w całych Włoszech. Ojciec Dino stał się ulubieńcem całego Rzymu, a jego imię zawsze pojawiało się na pierwszych miejscach list zaproszonych gości na wszystkie modne przyjęcia towarzyskie. Czy to była prawda, nikt tego do końca nie wiedział, ale zaczęły krążyć plotki o jego kontaktach z atrakcyjną młodą aktorką i innymi znanymi kobietami ze świata show-biznesu. To nie ojciec Dino, ale jego przełożeni doszli do wniosku, że na jakiś czas przyda mu się odosobnienie w Monte Casale. Być może spróbuje tam przyjrzeć się swemu życiu i zobaczy je w wyraźniejszej perspektywie. Bez wątpienia jego przełożeni działali według najlepszych intencji, ale Dino tego tak nie odbierał. W ojcu Angelo widział tylko strażnika więzienia, którym dla niego było Monte Casale. Uciekał zresztą z niego, ilekroć tylko strażnik był poza domem. Miał zwyczaj w połowie drogi ze wzgórza prze¬ bierać się w groteskowe rzeczy bikiniarza i upychać swój habit w starej wa¬ lizce, którą zabierał w powrotnej drodze.
		

/0075_0001.djvu

			„JAK PO�?ĄCZYĆ TEOLOGI�? ZE ŚMIECIAMI?” (1) 75 Ojciec Dino nie był jednak do mnie wrogo nastawiony, a nawet zaczął mnie lubić. Z biegiem czasu zaczął dawać mi wykłady na temat szkół myśli teologicznej, które według niego były najbliższe stylowi życia, do którego aspirował. Wybrane przez siebie szkoły uważał za bardziej ludzkie i dlatego bliższe Ewangelii niż udawany średniowieczny świat, w którym zdecydo¬ wali się żyć jego współbracia. Prawdziwe problemy pojawiały się, kiedy zaczynałem modlić się na se¬ rio, szczególnie wieczorami, po komplecie. Przeznaczałem wtedy trzy pełne godziny na modlitwę kontemplacyjną, która, jak sądziłem, miała mnie wkrótce przywieść na szczyty mistycznego zjednoczenia. Po pół godzinie powracali Grecy, i to nie greccy filozofowie, ale greccy bogowie, a właściwie jeden grecki bóg, o imieniu Kupido. Na początku nie zdawałem sobie sprawy z tego, co się dzieje. Po prostu zaczynałem rozmyślać o siostrze, którą odnalazłem, i o wzajemnym wspie¬ raniu się, którego będziemy mogli sobie udzielać w nadchodzących latach. Dni mijały, a ja prawdziwą radość znajdowałem w kontemplowaniu nie Boga, ale siostry, która —jak sądziłem — była darem od Niego. Prawdopodobnie sprawy nie wyglądałyby tak źle, gdybym mógł zająć czymś swój umysł. Jed¬ nak samotność, tak wcześniej upragniona, zupełnie uniemożliwiała mi uwol¬ nienie się od pragnień i tęsknot, które zaczęły niszczyć każdą chwilę zare¬ zerwowaną dla Boga. Najpierw zacząłem rozpamiętywać moment, kiedy po raz pierwszy spo¬ tkaliśmy się, rozmowę, jaką wtedy odbyliśmy. Potem przypominałem sobie sposób, w jaki chodziła, ruchy jej ciała zaczęły wzbudzać we mnie uczucia, których nigdy wcześniej nie znałem, a potem jej głos. Ten niesamowity fran¬ cuski akcent, który wtedy tak mi się podobał, teraz zaczął przyprawiać mnie o paroksyzmy pożądania. Słyszałem jej głos w swojej głowie tak wyraźnie, jak wtedy, gdy żegnała się ze mną po wieczornej rozmowie. Bon soir, Pierre, et dormez bien. Sposób, w jaki wymawiała „r”, z tym ujmującym paryskim akcentem, przekraczał moją wytrzymałość i kilka razy spostrzegłem, że zalewam się łzami, kontemplując coś, nie — kogoś, kto był mi tak drogi, a jednocześnie tak dla mnie nieosiągalny. Wiedziałem, że ona będzie dla mnie zawsze tylko siostrą, a ja dla niej bratem, ale pragnąłem o wiele więcej, i wiedziałem, że ona odtrąciłaby mnie, gdyby znała choć połowę z tego, co czułem. Była tak niewinna, tak czysta, tak całkiem poza moim zasięgiem, że zacząłem się zastanawiać, czy kiedykolwiek w ogóle by na mnie spojrzała, gdyby nie to, że przyjechałem z jej matką. Jednak, gdy przypomniałem sobie o jej przeszłości, coś mną szarpnęło,
		

/0076_0001.djvu

			76 DAVID TORKINGTON przywracając do rzeczywistości. Nie, na pewno nie była dziewicą bez skazy, jaką chciałem z niej zrobić, ale to przecież nie była jej wina. To ten ohydny próżniak nakłonił ją do grzechu. W jednej chwili dawałem upust swej złości, całą winę zrzucając na niego, w drugiej zaś pożerała mnie zazdrość, ponieważ on przez jakiś czas posiadał kobietę, którą ja chciałem mieć na całe życie. Moje namiętności szydziły sobie z mojej modlitwy. Gdy tylko przestawa¬ łem roztkliwiać się nad przeszłością, zaczynałem planować przyszłość, układając w głowie wciąż nowe listy, które posyłałem jej następnego dnia. Planowałem, jak mógłbym się z nią zobaczyć przed swoim powrotem do Paryża, i obmyślałem, co jej powiem, kiedy w końcu się spotkamy. Poranna msza i medytacje, które poprzedzały śniadanie, zdawały się trwać wiecznie. Liczyłem prawie minuty do chwili roznoszenia poczty, nie mogąc doczekać się jej listu. Zastanawiałem się, jak zareagowała na moje podteksty, które zamierzałem w pełni ujawnić, o ile pojawiłby się choć przebłysk nadziei, że może odpowiedzieć tym samym ogniem co ja. Jeśli nie dostawałem listu albo jego treści, nie udawało mi się zinterpreto¬ wać na swoją korzyść, odczuwałem straszliwy zawód. Depresja Dino, nie wiadomo jak czarna, nie mogła dorównać przygnębieniu, które mnie opano¬ wywało, gdy brat odpowiedzialny za pocztę mijał mnie i przechodził dalej. Życie wówczas stawało się dla mnie nie do zniesienia, jak i dla wszystkich, którzy musieli się ze mną kontaktować. W takie poranki, które zdarzały się wcale nierzadko, zostawiałem winorośle, aby same się przycinały, i wyłado¬ wywałem swój gniew, waląc potężną siekierą w drewnianą szopę. Modlitwa, która miała być dla mnie codziennym niebem, stała się co¬ dziennym piekłem. (...) Wszystkie uczucia do Boga nagle wyparowały. Zacząłem więc pytać sam siebie: „Dokąd On odszedł?” Zdawał się zniknąć z mojego życia i z modli¬ twy, która kiedyś dla mnie tyle znaczyła. Potem zacząłem mówić sobie: „Czy Bóg istnieje, a może tylko ja Go stworzyłem w swoim umyśle, aby zaspoko¬ ić najgłębsze pragnienia i potrzeby mojej słabej osobowości?” Wszystkie te pokusy zaczęły mieć wpływ na modlitwę, jak i na całe moje życie. Stałem się zatem ciężarem, nie tylko dla siebie, ale także dla tej wspólnoty, która tak wspaniałomyślnie mnie przyjęła. (...) Prawdziwe kłopoty pojawiły się, gdy pewnego razu ojciec Dino zaczął kreślić swoją ostatnią teorię o animus i anima — terminach zaczerpniętych z psychologii Junga, o której zawsze rozprawiał. Dowodził, że to nie czło¬ wiek, ale rodzaj ludzki został stworzony na obraz i podobieństwo Boga — a to oznacza, że mężczyzna i kobieta razem są odzwierciedleniem tu, na
		

/0077_0001.djvu

			JAK PO�?ĄCZYĆ TEOLOGI�? ZE ŚMIECIAMI?" (1) 77 ziemi, wewnętrznej natury Boga. W Bogu, który sam w sobie jest doskona¬ łością, pierwiastek męski i żeński, animus i anima, są w doskonałej równo¬ wadze. Żaden mężczyzna zatem, argumentował, nie może poznać empirycz¬ nie Boga, jak tylko poprzez głęboki, osobisty kontakt z kobietą, i vice versa. Tylko razem mogą w pewnym stopniu stanowić odbicie doskonałego obrazu Boga tu na ziemi. Była to interesująca teoria, a Dino twierdził, że oparł ją nie tylko na Jun¬ gu, ale i na wielu największych Ojcach Kościoła. — Co jednak powiesz o samym Jezusie? — spytałem. — I o jasnym we¬ zwaniu do celibatu, które znajduje się w Ewangelii? — To nie burzy mojej teorii — odrzekł. — Tylko ją umacnia. Postawa Jezusa wobec kobiet była rewolucyjna, muszą to przyznać nawet najbardziej konserwatywni uczeni, a Jego kontakt z kobietami był głęboki i osobisty, i przyczynił się do Jego własnego wzrostu i ludzkiej dojrzałości. Przyjrzyj się miłości, jaką miał dla Marty i Marii, czy dla Marii Magdaleny i Samary¬ tanki, a także dla innych kobiet, które szły za Nim do końca. Była to miłość platoniczna, ale mimo to miłość, miłość do płci przeciwnej, która dopełniała Jego męskość. Poczytaj żywoty świętych — na przykład niektórych franciszkanów, a zobaczysz, że wielu z nich było związanych z kobietą, którą kochali, której pomagali i która dopełniała ich powołanie. Oczywistym tego przykładem jest Franciszek i Klara. Wielu franciszkańskich tercjarzy żyło razem jak brat i siostra, żywiąc do siebie platoniczną miłość, która przekraczała płciowość i umożliwiała im odzwierciedlanie życia Boga na ziemi w o wiele doskonal¬ szej formie, niż robi to jakikolwiek męski czy żeński klasztor. Jeśli Dino miał rację, a ja nie widziałem powodu, dlaczego by jej nie miał, mógłbym kontynuować swoje powołanie w nie mniejszym, ale nawet więk¬ szym stopniu, i zaświadczać pełni Boga, prowadząc dalej swoją wędrówkę teraz z inną osobą, której kobiecość dopełniałaby moją męskość i vice versa. Niekoniecznie musiałoby to oznaczać płciowość, ale platoniczną miłość, która jest nawet doskonalszym znakiem pełni miłości w niebie, gdzie nie będzie już małżeństw. Pod koniec lutego nie mogłem już dłużej wytrzymać. Po prostu musiałem zobaczyć się z Françoise i porozmawiać o przyszłości. Powiedziałem ojcu Angelo, że mam zamiar na kilka dni pojechać do Montefalco, aby porozma¬ wiać z ojcem gwardianem w San Fortunatus na temat moich przyszłych pla¬ nów. Wyjaśniłem, że był on kierownikiem duchowym Madame de Gaye i obiecałem go odwiedzić przed swym wyjazdem z Włoch.
		

/0078_0001.djvu

			78 DAVID TORKINGTON Nie chcę was zamęczać detalami przygotowań do podróży, które musia¬ łem wykonać, aby dostać się z Montefalco do Clitunno, ponieważ samo w sobie stworzyłoby to osobną epopeję. Odległość na mapie nie była duża, ale droga autobusem, taksówką, a wreszcie na kucyku ciągnęła się w nie¬ skończoność. Wszystko jednak było warte tego, żeby zobaczyć się z moją drogą Françoise, choćby na krótką chwilę. Podczas pierwszych wizyt byłem pod takim jej wpływem, jak i miłości, którą do niej czułem, że nie rozmawiałem o niczym, co miałoby poważniej¬ sze konsekwencje. Jednak podczas trzeciej i ostatniej wizyty, kiedy to za¬ cząłem otwierać przed nią swe serce, sprawy przybrały ostateczny obrót. Powiedziałem jej, że chociaż wspólnota w Monte Casale była samą życzli¬ wością, przechodziłem codziennie istne piekło w miejscu, o którym sądzi¬ łem, że stanie się moim niebem. Powiedziałem jej, że moja modlitwa nie tylko całkowicie zanikła, ale że na dodatek dręczyły mnie straszne pokusy, prześladujące mnie całymi tygodniami. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że im osobiściej zaczynałem wyrażać swoje najgłębsze uczucia, Françoise stawała się coraz bardziej zdystanso¬ wana, jak gdyby odgadła, dokąd to wszystko prowadzi. Zatem, dzięki jakie¬ muś szóstemu zmysłowi, nie wyjawiłem jej w końcu swojej prawdziwej po¬ kusy. Zacząłem natomiast podkreślać, że przeżywane przeze mnie wewnętrzne napięcie odbiło się na moim śnie. W niektóre noce w ogóle nie spałem. Cza¬ sami zaś udawało mi się zasnąć na jakieś dwie godziny. — Peter — powiedziała, patrząc teraz na mnie z troską, ale była to bez¬ osobowa troska lekarza — powinieneś zrobić trzy rzeczy. Po pierwsze, mu¬ sisz więcej ćwiczyć na świeżym powietrzu, po drugie, omówić swoje we¬ wnętrzne napięcia i pokusy z ojcem Angelo czy z innym kapłanem, i po trzecie, to, co mogę ci zalecić, to abyś co wieczór zmieszał banan z litrem mleka i wypił tuż przed spaniem. To powinno ci pomóc lepiej spać. Tego było już nadto. Skoczyłem wściekły na równe nogi. — Dziękuję ci. Bardzo dziękuję pani doktor za poradę. Przykro mi, że zabrałem tyle czasu — i po tych słowach wyszedłem z rozmównicy, trzaska¬ jąc drzwiami najgłośniej, jak się dało. Jednak po kilku krokach zatrzymałem się i wróciłem do pokoju. — Françoise, tak mi przykro, tak mi przykro — rzekłem. — Ale czy nie widzisz, że cię kocham? To miłość do ciebie zawładnęła moją modlitwą i czasem poza nią, po prostu każdą chwilą dnia. Nie mogę nic na to poradzić. Czy robię coś złego? Czyż miłość nie jest największym darem od Boga? Czy to nie On dał mi ten dar i dał mi go dla ciebie? Jestem teraz tego pewien.
		

/0079_0001.djvu

			„JAK PO�?ĄCZYĆ TEOLOGI�? ZE ŚMIECIAMI?" (1) 79 Rozmawiałem o tych sprawach z jednym z księży w Monte Casale. On uwa¬ ża, że miłość mężczyzny i kobiety może być tu na ziemi najpotężniejszym i najsilniejszym świadectwem obcowania świętych z Bogiem w niebie. Zacząłem szybko wyjaśniać teorię Dina, wzbogacając jątym, co sam prze¬ czytałem i podając przykład franciszkańskich tercjarzy, którzy mieszkają razem jak brat i siostra i wzajemnie sobie pomagają dostać się na szczyty świętości. Kiedy wpadłem z powrotem do pokoju i ze łzami wyznałem miłość, Fran¬ çoise jakby zmiękła. Jednak w miarę, jak wyłuszczałem jej swoją teorię, zaczęła znowu się coraz bardziej oddalać. W końcu odezwała się: — Peter, czy kapłan, z którym rozmawiałeś, to był ojciec Bemardino? — Tak — odrzekłem. — Skąd go znasz? — Skąd go znam? — wykrzyknęła. — Chyba całe Włochy go znają, jak i skandale, które go otaczają. W swoim czasie pisały o nim wszystkie gazety. Dostał już dwa ostrzeżenia kanoniczne, jeszcze jedno i zostanie wydalony, lecz gdybym to ja miała decydować, to zostałby wydalony natychmiast. — O czym ty mówisz? — Kiedy we wrześniu zachorował ojciec Angelo, przyjechał tu za niego wygłosić kazanie w zeszłym roku. Wtedy nic o nim nie wiedziałam, zatem ja także znalazłam się pod jego urokiem. Kazanie było naszpikowane podob¬ nymi rzeczami, o których ty teraz mówiłeś. Zrobiło to na mnie wrażenie, ponieważ teoretycznie jego idee posiadają pewną wartość. Później udało mu się zwabić mnie samą do rozmównicy. Zaczął mi mówić o platonicznej mi¬ łości i jak mężczyzna może dotknąć kobiecości w Bogu, przez Jego obraz stać się ciałem w kobiecie. Potem próbował dotknąć kobiecości we mnie, w sposób, który sprawił, że ujrzałam jego prawdziwe oblicze. Gdyby przez czysty przypadek nie weszła wtedy matka przełożona, nie wiem, jakby się to skończyło. To ona później opowiedziała mi o nim wszystko, jak ja teraz mówię tobie, abyś nie pozwolił mu się zwodzić, bo inaczej sprowadzi cię na manowce. On jest sprytny i dobrze wie, jak połączyć dobrą teologię ze śmie¬ ciami. W ten sposób usprawiedliwia swój niegodziwy tryb życia i niecne żądze, które kiedyś doprowadzą go do ruiny. Tylko wspaniałomyślność jego przełożonych sprawiła, że otrzymał jeszcze ostatnią szansę. To, co usłyszałem, tak mnie przytłoczyło i osłabiło, że nie byłem już w stanie przedstawić Françoise swych planów na przyszłość, którą — jak miałem nadzieję — moglibyśmy wspólnie dzielić jako tercjarze. Rozstaliśmy się w zgodzie, chociaż nie tak wyobrażałem sobie nasze spo¬
		

/0080_0001.djvu

			80 DAVID TORKINGTON tkanie, wspinając się oślą ścieżką, aby ostatecznie rozmówić się z kobietą, którą kochałem. Cztery dni po moim powrocie do Monte Casale dostałem od Françoise list, który całkowicie mnie zdruzgotał. Był bardzo uprzejmy, bez wątpienia. Utrzymany w tonie siostrzanej przyjaźni, to także nie ulegało wątpliwości, ale jego wymowa była nieodwołalna. Otwarcie wyjawiała w nim, że uczyni¬ ła prywatny ślub czystości na całe życie. Tylko Rzym mógłby udzielić jej od niego dyspensy, a ona nie miała zamiaru się o taką dyspensę starać. Pisała, że kocha mnie jak siostra i zawsze będzie mnie tak kochała, ale moje do niej uczucia uświadomiły jej, że nie możemy już się spotykać tak jak dawniej. Pisała, że ten list jest jej ostatnim do mnie i że moje listy będzie odsyłała bez ich otwierania. Przepraszała za ton swoich słów, ponieważ ona nadal ma i będzie miała wobec mnie siostrzane uczucia, dzięki którym zawsze będę obecny w jej modlitwach. Życzyła mi wszystkiego najlepszego w związku z moją profesją i zapewniała, że będzie się dowiadywała o mnie od swojej matki. Jeśli osądzi, że jej list nie przyniesie mi szkody, napisze do mnie w dziesiątą rocznicę moich ślubów. Być może wtedy czas już ostudzi wza¬ jemne uczucia, które obecnie powodują, że musimy podążać za swoimi róż¬ nymi powołaniami, nie kontaktując się ze sobą. David Torkington tłum. Justyna Grzegorczyk Fragmenty z książki Dawida Torkingtona, Prorok, która ukaże się wkrótce nakładem wy¬ dawnictwa „W drodze”. Dokończenie w następnym numerze.
		

/0081_0001.djvu

			MARIUSZ MARCZEWSKI Europa Strzeliste katedry wśród zieleni dachów. Złożone dłonie wież palcami krzyży prują te same chmury. Życie na wyspach �?acińska biblioteka klasztorna w Tyńcu. Jeszcze stukot młotów bijących gwoździe świtem. Dudniące korytarze, pośpiech wykładów, milcząca praca nocy. Poszukiwaniem, klęską, widmem cody, przez las na oślep. Grosz czynszowy Ulice, kontuary, korytarze, kina. Za morzem zwojów symbol ryby. Mariusz Marczewski
		

/0082_0001.djvu

			listy ze świata Notatki rosyjskie „Książeczka" Arcybiskupa Michała Nie poznałem osobiście Świętej Pamięci ojca Aleksandra Mienia. Pierw¬ szy raz przyjechałem na terytorium byłego Związku Radzieckiego w 1990 roku, i to na Litwę, w przeddzień jej niepodległości. Do Rosji pierwszy raz przyjechałem na początku 1991 roku, wtedy ojciec Aleksander już nie żył. Zimą 1992 roku, dzięki pomocy pani Ariadny Ardasznikowej, córki du¬ chowej Aleksandra, udało mi się nabyć brakujące książki ojca Aleksandra. Już w Petersburgu miałem możliwość powiększyć swoją „Mieniowską” bib¬ liotekę. Niemal pod koniec okresu mojej pracy w mieście świętego Piotra, zupełnie w przelocie, poznałem człowieka, o którym milczą wszyscy bio¬ grafowie ojca Aleksandra. No, prawie wszyscy. W Sankt Petersburgu dowiedziałem się, że w trudnych dla siebie chwi¬ lach, a życie w ateistycznym państwie nigdy kapłanowi ich nie szczędzi, jeździł ojciec Aleksander po pomoc duchową do dalekiej, północnej Wołog- dy. Jednym z jego ojców duchownych był ówczesny Arcybiskup Wołogod- ski, Michał. To do niego jeździł podmoskiewski Kapłan po Sakramenty, po nowe siły, po radę... W 1996 roku, kiedy to poznałem osobiście księdza Arcybiskupa Michała, liczył on sobie już 84 lata. Od 1993 roku był na formalnej emeryturze. Rze¬ czywiście tylko formalnej, bowiem wróciwszy do swojego rodzinnego Sankt Petersburga — a urodził się ksiądz Arcybiskup w 1912 roku, wtedy pewnie nikt, nawet w najgorszych snach, nie myślał o wszystkich najstraszniejszych doświadczeniach, jakie w tym stuleciu dotkną gród nad Newą — powrócił również, ten stary naukowiec, do wykładów i pracy naukowej w swojej Alma Mater — Sankt-Petersburskiej Akademii Duchownej. Dobrotliwie, choć z domieszką niezłośliwej ironii, traktował wszystkich nadmiernie troskli¬ wych o jego zdrowie: „Pan dał siły! Trzeba więc pracować”. I pracował, pewnie tak pracuje z Bożą pomocą i po dziś dzień, nie wiem tego, bowiem los rzucił mnie tym razem na południe. Dopiero w Charkowie mogłem wziąć do ręki nową książeczkę księdza Arcybiskupa Michała. Świadomie napisałem „książeczka” — sądząc po jej rozmiarach, to zaledwie „książeczka”. Jednakże jej zawartość — to już praw¬
		

/0083_0001.djvu

			„KSIĄŻECZKA” ARCYBISKUPA MICHA�?A 83 dziwa księga, pełna przemyśleń, które z perspektywy nie tylko rosyjskiego prawosławia, ale i teorii, nade wszystko zaś — praktyki ekumenizmu — zadziwiają swoją głębią, uczciwością aż do bólu, gorącą wiarą... Trudno prze¬ tłumaczyć na polski tytuł tej książki: Russkaja Prawosławnaja Cierkownost. W języku polskim nie ma słowa „kościelność”, można spróbować użyć „bar¬ dzo naukowego” — eklezjalność, ale bodaj najpełniej intencje autora odda taki prosty tytuł: „Cechy charakterystyczne Rosyjskiej Cerkwi Prawosław¬ nej”, odda tym bardziej, że książka ma jeszcze podtytuł: „Wtoraja połowina XX wieka”. Jak już napisałem wcześniej, Arcybiskup Michał Mudiugin uro¬ dził się 12 maja 1912 roku w Sankt Petersburgu. Urodził się w rodzinie chrześcijańskiej, która nie zważając na straszne dla wierzących czasy, od dzieciństwa wychowywała bardzo zdolnego chłopca w wierze i w przywią¬ zaniu do Kościoła prawosławnego. Minęło jednak niemało czasu zanim od¬ nalazł swoje kapłańskie powołanie. Najpierw były: Instytut Języków Ob¬ cych, Instytut Przemysłu Metalowego, praca prostego robotnika w fabryce, która jeszcze wtedy nazywała się „Krasnyj Putiłowiec”. Była też wojna, póź¬ niej biuro konstrukcyjne w tej samej fabryce, był okres badań naukowych, doktorat z nauk technicznych, stanowisko docenta w słynnym Leningradz- kim Instytucie Górniczym... I wreszcie niespodzianka: w 1958 roku czter- dziestosześcioletni, poważny Pan Docent, w okresie chruszczowowskiej otwartej wojny z religią przyjmuje święcenia kapłańskie. Wszystko, co nastą¬ piło później, było już tylko logiczną konsekwencją Sakramentu: natychmiast po święceniach pozostawia swoje życie świeckie i podejmuje służbę kapłań¬ ską w Wołogodskiej Eparchii, w tym czasie kończy też studia w Sankt- -Petersburskiej Akademii Duchownej — był rok 1964. W następnym roku podejmuje wykłady w tejże Akademii, a niebawem zostaje jej rektorem. W 1966 roku, po uprzednim złożeniu ślubów zakonnych, zostaje biskupem, wikariuszem Leningradzkiej Metropolii. Później pełni jeszcze funkcje bis¬ kupa Ordynariusza Astrachańskiego i przez długie lata — Arcybiskupa Wołogodskiego. Nigdy praca hierarchy nie stanęła mu na przeszkodzie w czynnym uprawianiu nauki, pisał artykuły, które ukazywały się zarówno w cerkiewnych, jak i świeckich publikatorach. Zawsze głosił Dobrą Nowinę o Chrystusie, naszym Panu i Zbawicielu. Jego najnowsza książeczka, wydana przez moskiewski Bibliejsko-Bogo- słowskij Institut, po polsku: Instytut Teologiczno-Biblijny, przedstawia ob¬ raz, sytuację współczesnej Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Owszem, uka¬ zuje szereg negatywnych stron zarówno Jej sytuacji, jak i Jej działalności współczesnej. Nie jest to jednak książka-paszkwil, książka-kryminał, tych
		

/0084_0001.djvu

			84 ZDZIS�?AW NOWICKI dziś nie brakuje... Ta książka przeniknięta jest ogromną miłością do Cer- kwi-Kościoła. Jeśli autor z autentycznym bólem pisze o Jej niedostatkach, to po to, by móc je, po właściwym zdiagnozowaniu, dobrze leczyć. Kościół wciąż potrzebuje, w swoim ludzkim wymiarze, nawrócenia, potrzebuje też leczenia. Autor wskazuje Lekarza: Chrystusa Miłosiernego. „Jest jedna, je¬ dyna droga do zbawienia — Chrystusowa Miłość”. Jak poznać tę Miłość po diabelskiej burzy, która przeszła nad Rosją? Do bolszewickiego przewrotu Rosyjska Cerkiew Prawosławna prowadziła dość rozległą działalność mi¬ syjną. Ma też w szeregach swoich świętych, wspaniałych, wielkich misjona¬ rzy, takich jak na przykład święty Stefan Wielikopermski, czy misjonarz Ałtaju — Arcybiskup Makary, tłumacz Pisma Świętego na języki tubylcze. Arcybi¬ skup Makary odprawiał, w tamtych czasach, mszę świętą w językach tubyl¬ czych, ani na chwilę nie zastanawiając się, czy, jest to język dostojny”. Dziś sama Rosja jest faktycznie krajem misyjnym. Przytoczmy dość obszerny frag¬ ment wypowiedzi Arcybiskupa Michała na ten jakże ważny temat: Po 1917 roku działalność misyjna Cerkwi została przerwana. Cerkiew znajdowała się w sytuacji ugniecenia, poniżenia — a w latach 60. stanęła przed w pełni odczu¬ walnym niebezpieczeństwem unicestwienia. Obrazowo mówiąc, przez całe dzie¬ sięciolecia postępujących jedna za drugą prób zadławienia, Cerkiew nauczyła się bronić, ale zatraciła nawyki „natarcia”. Kiedy w drugiej połowie lat 80. położenie zmieniło się na lepsze i Cerkiew uzyskała znacznie większą wolność działania, okazała się Ona do tej nowej sytuacji nie przygotowana. Dla duchowego oświece¬ nia swoich rodaków, oślepłych w mroku niewiary milionów potencjalnie prawo¬ sławnych chrześcijan, Cerkwi zabrakło i kadr, i doświadczenia, i rozpracowanej metodologii, i literatury, i środków materialnych. Cerkiew na wszystkich szcze¬ blach swojej struktury, w przeciągu całych siedemdziesięciu lat ugniecenia i prześladowań, nabrała przyzwyczajeń do pracy duszpasterskiej tylko w ograni¬ czonym środowisku zaawansowanych wiekiem parafian, przeważnie kobiet, w swojej większości na niewysokim poziomie kulturalnym. Naturalnie, zwiększo¬ ne zainteresowanie Cerkwią, jako pewnym całościowym fenomenem socjalnym, na przestrzeni życia trzech pokoleń sztucznie wystawionym za margines życia spo¬ łecznego — to zainteresowanie przywiodło w progi Cerkwi masę Rosjan. Ale co Cerkiew była w stanie im dać, nie dysponując duszpasterską, a tym bardziej — misjonarską kadrą, literaturą, ani pomieszczeniami, ani też przynajmniej dosta¬ teczną ilością pieniędzy? Cerkiew potrafiła zaproponować tylko formalny obrzęd. Cerkiew mogła chrzcić (i to „na wpół grzesznie”, bowiem masowe chrzty sprowa¬ dzały się najczęściej do szumnych, bałaganiarskich i bynajmniej nie dostojnych imprez), ale nie mogła nauczać. W rezultacie zdecydowana większość ochrzczonych w końcu lat 80. i na po¬ czątku lat 90., nie wysnuwając z faktu swojego formalnego wstąpienia do Cerkwi
		

/0085_0001.djvu

			„KSIĄŻECZKA” ARCYBISKUPA MICHA�?A 85 jakichkolwiek wniosków — w świątyniach nie pojawia się wcale lub prawie wca¬ le. Minąnajprawdopodobniej całe dziesięciolecia, zanim w Cerkwi, choćby i troszkę, zwiększy się liczba ludzi żywych duchem, znających Chrystusa, świadomie będą¬ cych członkami Jego Kościoła i poczuwających się do obowiązku wypełniania Jego przykazań Miłości i Prawdy. Jednakże należy pamiętać, że losy Kościoła, jak i całej ludzkości zależą od Bożej woli, a „Bóg może i z kamieni wzbudzić Swoje dzieci Abrahamowi” (Mt 3,9), tym bardziej więc możemy wierzyć i mieć nadzieję, że On przyprowadzi do Siebie wybranych Swoich i jak w Dzień Pięćdziesiątnicy znów i znów zaczną wypełniać się słowa prorocze: „I będą nauczeni przez Boga” (J 6,45; Iz 54,13). Ból i jakże głęboka wiara, tuż obok siebie. Przenikająca wszystkie stroni¬ ce tej książeczki odpowiedzialność za Kościół, i to za Kościół Powszechny, co we współczesnej prawosławnej publicystyce teologicznej nie jest bynaj¬ mniej powszechne. I ból podziału chrześcijaństwa: „Nie osiągnąwszy sukce¬ su w otwartej walce przeciw Królestwu Światła i Prawdy Bożej, wróg rodu ludzkiego zasiał podziały, obcość i wrogość pomiędzy chrześcijanami, po¬ budził do walki jednych z drugimi, popchnął do wojen religijnych, z najbar¬ dziej surowym prześladowaniem chrześcijan przez chrześcijan (J 16,2-3), jednakże wbrew jego staraniom chrześcijanie różnych konfesji coraz bar¬ dziej odczuwają swoją wspólnotę w Chrystusie i zamierzają osiągnąć jed¬ ność w Miłości przykazanej im przez Boskiego Nauczyciela (J 17,21)”. Autor nie pisze tego jednoznacznie, ale w domyśle, w trakcie lektury wciąż błądzi to pytanie: czy rosyjska tragedia nie wynika z naszych podziałów? Powraca odwieczny problem społecznego wymiaru grzechu... Czy koniec ro¬ syjskiej tragedii nie przyjdzie wraz z naszym, chrześcijańskim pojednaniem? Kończy swoje rozważania Arcybiskup Michał wezwaniem do rachunku sumienia: „Naszej Cerkwi Prawosławnej, tak jak i każdemu z osobna chrze¬ ścijaninowi, potrzeba jest, mówiąc słowami modlitwy Efrema Syryjczyka, „ostrzegać swoje przewiny i nie osądzać swojego brata”, w szczególności zaś chrześcijan nie należących do Niej. Tylko upodobniwszy się w pokorze, w znoszeniu cierpienia i w miłości do swojego Pana i Zbawiciela, Cerkiew będzie w stanie dochować Jemu wierności i wypełnić Jego przykazanie: „Idź¬ cie na cały świat i głoście wszystkim Ewangelię” (Mk 16,15)”. W tym „idźcie” zawarty jest cały ładunek chrześcijańskiej odpowiedzial¬ ności... Naszej odpowiedzialności. Zdzisław Nowicki
		

/0086_0001.djvu

			felieton — Ojcze, Kostek nie żyje — zadzwonił przed chwilą Staszek z Jamnej. Nie mogłem uwierzyć. Jeszcze nie tak dawno odwiedzaliśmy go w szpitalu w Brzesku. Kostek ogolony i wy¬ kąpany, do siebie niepodobny. Przez cały gru¬ dzień i Święta nikt go nie odwiedził. Cieszył się zatem jak dziecko. Wstał z łóżka i nadzi¬ wić się nie mógł, że komuś przyszło do gło¬ wy go odwiedzić. Wesoło rozmawiał z nami, śmiał się i żartował. Aż wreszcie ze łzami odprowadził nas do drzwi na korytarzu. I my cieszyliśmy się z tych odwie¬ dzin. Czuliśmy wszyscy jedno, że spełniliśmy coś niezwykle ważnego. Od¬ wiedziliśmy Kostka w szpitalu. Ale zaraz ruszaliśmy w drogę do Poznania. Przed nami jak zawsze 600 kilometrów do pokonania. Kostek miał wiele zawodów. Nikt nie wie, gdzie się uczył i co studiował. Był mędrcem i prorokiem. Filozofem, lekarzem, wojskowym, przyrodnikiem i zdobywcą. Kiedy trzeba było bywał weterynarzem, kucharzem, położni¬ kiem, zielarzem i różdżkarzem. Kiedy indziej znowu przepowiadał pogodę, zimę, mrozy i deszcze. Na wszystkim się znał. Sam się leczył i żywił. Żył odmierzając czas wschodami i zachodami słońca. Mieszkał w walącym się domu na Jamnej, w naszym najbliższym sąsiedz¬ twie. O tym, że żyje poznawaliśmy po dymie wychodzącym z komina. Jak zapalił w piecu, to znaczyło, że żyje. Koło południa wychodził ze swojej no¬ ry i szedł po wodę, albo po drzewo do lasu. Stale palił w piecu. Nam wyda¬ wało się, że będzie żył wiecznie, bo taki uwędzony. Kostek miał swoje imię i nazwisko. Ale nazwiska nikt nie używał. Wszy¬ scy mówili i zwracali się do niego Kostek. On nie obrażał się, kiedy tak mówili do niego starsi, niekoniecznie znajomi, ale również zgadzał się, by tak do niego mówiła młodzież, a nawet dzieci. Wyglądał na starszego, niż był w rzeczywistości. Za młodu tak przystojny, że podobno szalały za nim z nogami za kaloryferem Kostek Zr* J
		

/0087_0001.djvu

			KOSTEK 87 kobiety. Był w wojsku, w podhalańczykach i wtedy z gracją nosił swoją wojskową pelerynkę. W jego okopconej izbie, pośród wielu obrazów świę¬ tych i pajęczyn, wisi zdjęcie z czasów, gdy chodził w mundurze. Kochaliśmy Kostka wszyscy. Lubiliśmy bardzo, kiedy do nas przychodził. Zrobić coś dla niego albo go nakarmić było czymś, co dawało szczęście. Kostek pozwalał sobie pomóc w sprawach drobnych. Nie pozwalał nato¬ miast tknąć swojego domu, ani też nie pozwalał nikomu tam zrobić porząd¬ ku. Byliśmy w kłopocie. Bo pomagać na siłę komuś, kto sobie tego nie ży¬ czy, napawało nas niesmakiem. Pomagaliśmy zatem dorywczo. Dawaliśmy od czasu do czasu coś ciepłego do zjedzenia, jakiś ciuch do ubrania. Chwila serdecznej rozmowy. Najbardziej lubiłem, kiedy Kostek opowiadał. Opowiadał o dawnych cza¬ sach i dawnych ludziach. To nic, że nie były to aż tak dawne czasy, ani tak dawni ludzie. W jego ustach było to bardzo dawno. Jakby na samym począt¬ ku świata. Kostek umiał w wielu językach po kilka słów, i już wydawało mu się, że potrafi w każdym języku się dogadać. Jak wziął jaki instrument do ręki, to mówił, że zagra. I grał, chociaż to do niczego nie było podobne. Najbardziej bał się, by go nie oddano do jakiegoś przytułku lub zakładu opieki. Chciał być do końca u siebie. I został. Był tylko przez ostatni gru¬ dzień w szpitalu, gdzie nawet przyszedł do siebie i zbytnio wydelikatniał. Zaczął się kąpać i golić. Przestał zupełnie palić. Toteż kiedy wrócił na Jam- ną, nie mógł poznać siebie, ani Jamna nie mogła poznać Kostka. Z natury samotnik coraz częściej zaczął przesiady¬ wać u Staszka, swego sąsiada. Rozgrzany wybiegał dla ochłody na zimno, a potem znowu wracał się ogrzać. Aż w ostatnią so- : ; botę zaczął się skarżyć i prosił, aby mu kto ' wyjął obojczyk, to by mu się lżej oddycha- ■ ■ ■ ło. Staszek zawiózł go do szpitala w Czcho- ; wie, gdzie umarł na drugi dzień na zapale- ** nie płuc. , ^ Już za życia był dla wszystkich odwie¬ dzających Jamną legendą. Jeśli ktoś wracał v do domu nie zobaczywszy Kostka to tak, > jakby naprawdę na Jamnej nie był. Z ust do .. . ust przekazywano sobie Kostkowe anegdoty i powiedzenia. Nie wszystkie zresztą nada- '* -• ? ją się, by uwieczniać je w pobożnym piśmie. " '
		

/0088_0001.djvu

			88 JAN GÓRA Najzabawniejszy był w rozmowie z arcybiskupem Życińskim, kiedy ten, jesz¬ cze jako biskup tarnowski, odwiedził nas na Jamnej. Chcąc pokazać bisku¬ powi Jamną i nasz teren, poszliśmy Drogą Krzyżową, nie omijając chałupy Kostka. Kostek stanął w progu i zaprosił do środka. Paliło się w piecu. Pach¬ niało dymem. Goła żarówka na drucie dawała nieco światła. Zmierzchało. Był ostatai dzień starego roku — w Sylwestra późnym popołudniem. Kostek zagadnął — Czy Wy wicie, że to tu, u nas, na Jamnej, narodził się Pon Je¬ zus? Ano, tak. Tak było. No bo wicie, Jamna nazywała się wtedy Betlejem, Paleśnica Palestyną, a Dunajec Jordanem. To było tutaj, u nas. Biskup za¬ skoczony spojrzał na Kostka, jakby po raz pierwszy usłyszał Dobrą Nowinę. Z natury wymowny, zaniemówił. A Kostek skomentował: — Jakoś mi się widzi, żeście mało władni. Musimy czekać na Ojca Świętego. Taki to był nasz Kostek. Ze wszystkimi rozmawiał, bez skrępowania. Biskup też niejed¬ nokrotnie wypytywał o Kostka. Płakał jak dziecko, kiedy zobaczył w telewizji, tak, bo on miał telewizor w tej swojej chałupie, jak kiedyś podczas Anioł Pański gołąb usiadł na gło¬ wie Ojca Świętego. I płakał za każdym razem, kiedy o tym opowiadał. Bo wicie, to był Duch Święty. Innym nie usiadł, a jemu usiadł, i co wy na to... Do spowiedzi nie chodził, bo jak twierdził, nie miał grzechów. Zawsze przystę¬ pował do Komunii Świętej. I wtedy tak łagodnie się uśmiechał. Coś go pcha¬ ło do tego. A na pytanie, czy jest szczęśliwym człowiekiem, bezradnie roz¬ kładał ręce: — No jo nie wim. Przecież skąd jo mom wiedzieć? Jo bym tak rozumiał, bo skoro jo nikomu nic nie winien, to co jo mogę mieć, jakieś złe drogi... No to o to chodzi. Był to najbiedniejszy, ale również najszczęśliwszy człowiek, jakiego spo¬ tkałem w życiu. Chociaż odszedł od nas, to przecież pozostał wśród nas. Nie ma przecież rozłąki ze zmarłymi. Zmienia się tylko sposób naszego z nimi obcowania. Bo kiedy ich ludzki szczątek oddajemy cmentarnej ziemi na prze¬ chowanie, to nie tyle jest to akt żałoby, ile akt wierności. Kostek od nas nie odszedł. Ani my nie odeszliśmy od Kostka. Kostek na zawsze pozostanie na Jamnej. Pozostanie w naszych modlitwach. A kiedy mgły zasnują jamneń- skie wzgórze, to przecież znowu zobaczę Kostka, jak wlecze za sobą gałęzie z lasu, albo z trudem niesie wiadro z wodą, przystając na chwilę. Bo Jamnej nie można sobie wyobrazić bez Kostka. Tak postanowił Pan Bóg. Jan Góra OP
		

/0089_0001.djvu

			preteksty Wojna na slogany „Francja jest krajem wolnym i laickim, a nie krajem klerykalnej pseudodemokracji” — pisał czytelnik „Le Nouvel Observateur” po paryskiej manifestacji przeciwko tzw. Pak¬ towi Solidarności Cywilnej (PACS), zrównu¬ jącego prawa związków homoseksualnych * z heteroseksualnymi. „Laickośćjest kruchym kompromisem, zawartym po oddzieleniu pań¬ stwa od Kościoła na początku XX wieku. Dla¬ czego trzeba ją ciągle renegocjować”— pytał * * dziennik „Le Monde”. 18-letnia, „głęboko ' wierząca” katoliczka domagała się religijnej tolerancji, albowiem — jak dowodziła — Bóg nie powiedział, że jedynie małżeństwo jest dopuszczalne, lecz że jedni drugich mają kochać. „Kościół nie powinien się wtrącać do cywilnego prawa” — twierdził katolicki du¬ chowny, opowiadając się za neutralnością bosko-ludzkiej instytucji. Madonną nietolerancji, popleczniczką Watykanu i rzeczniczką Opus Dei (na konferencji w Kairze w 1994 roku „sprzymierzającą się z najbardziej fimdamentalistycznymi reżimami islamistycznymi”), propagatorką „strate¬ gii geopolitycznej Jana Pawła II” — okrzyczano deputowaną z Yvlines, Chri¬ stine Boutin, która na forum francuskiego parlamentu przeciwstawiała się nowej, legalizującej związki homoseksualne, ustawie. „Kiedy widzę panią Boutin, histerycznie agitującą na rzecz swojej Biblii, wydaje mi się, że je¬ stem w Iranie” — wyznał były prawicowy minister spraw wewnętrznych Charles Pasqua. „Dla homoseksualistów, od dwóch tysięcy lat prześladowanych lub mar¬ ginalizowanych przez tradycję judeochrześcijańską, PACS znaczy o wiele więcej niż zdobycie kilku uregulowań prawnych i podatkowych” — pisał Dominiquez Femandez. Autor listu otwartego do żony prezydenta Francji, znany pisarz i publicysta, wyjaśniał, iż tym, czego żądają geje,, jest zadość¬ uczynienie moralne, analogiczne do tego, jakiego domagali się i otrzymali
		

/0090_0001.djvu

			90 MAREK WITTBROT Żydzi po Holocauście: odkupienie wielowiekowej niesprawiedliwości”. Shmuel Trigano, socjolog z Uniwersytetu Paris-X-Nanterre, przekonywał, iż równouprawnienie dla seksualnej mniejszości jest szansą dla demokracji XXI wieku. Czy „małżeństwo-bis” przestanie być traktowane jako anoma¬ lia i odstępstwo od normy? — zastanawiał się filozof François Dagognet. „Skończmy z hipokryzją” — postulowała Irène Théry, socjolog, walcząca 0 prawa osób żyjących w konkubinacie. Rząd nie jest od tego, żeby mówić ludziom, jak mają żyć, lecz — jak przekonywała minister pracy Martine Aubry — „musi pomagać, żeby do¬ brze żyli i naprawdę się kochali”. Prawica nic nie zrozumiała z liberalizmu, jej reakcje — zdaniem politologa Guy Sormana — są dowodem, że jest ona ślepa na przemiany zachodzące we francuskim społeczeństwie. Jednak Ju¬ lien Dray, deputowany z Essonne, nie zachowując „dyscypliny partyjnej” 1 nie biorąc udziału w parlamentalnym głosowaniu, nie był jedynym człon¬ kiem Partii Socjalistycznej przyczyniającym się do upadku „lewicowego” projektu. PACS, czyli Pacte civil de solidarité, reguluje między innymi sprawy majątkowe i spadkowe, kwestie ubezpieczenia i wspólnego opodatkowania, nie jest wprawdzie ślubem, nie mówi o adopcji dzieci i sztucznym zapłod¬ nieniu, sankcjonuje jednak związek osób tej samej płci. Parlamentarna debata zapoczątkowała nie tylko „wojnę na slogany” i uak¬ tywniła organizacje pro- i anty-Pacsowskie, przyczyniła się też do burzli¬ wej dyskusji: lawina artykułów i audycji, dociekania, czy istnieje gen odpo¬ wiedzialny za homoseksualizm, teorie o dwupłciowości biblijnego Adama, sodomia w starożytnej Grecji, a nawet związki genialności z homoseksuali¬ zmem stały się zasadniczym tematem. Nie pominięto Kościoła, jego grzechów i win, ale też —jak głoszą nie¬ którzy—jego niespójnej doktryny moralnej, zróżnicowania i skomplikowa¬ nej historii. Kościół — mówił Jacques Rossiaud, mediewista, profesor Uni- werytetu Lyon-11-Lumière — przechodził różne okresy, od Pawłowego (z Listu do Rzymian i Listu do Koryntian) wykluczenia gorszycieli ze spo¬ łeczności i zamykania przed nimi bram Królestwa Niebieskiego, poprzez nieufność do spraw cielesnych, także osób żyjących w związku heteroseksu¬ alnym, aż do traktowania homoseksualistów jak przestępców. Kler — jak dowodził — „nigdy nie przemawiał jednym głosem, wśród [duchownych] byli rygoryści, laksyści, konserwatyści i zwolennicy umiarkowanej linii” po¬ stępowania. Kościół i dziś — co często podkreślają oponenci — nie mówi jednym głosem. Wszak są tacy hierarchowie, których wypowiedzi przypo¬
		

/0091_0001.djvu

			WOJNA NA SLOGANY 91 minają retorykę Frontu Narodowego, ale są też i tacy, którzy nie ukrywają, że w samym Kościele istnieje problem księży-homoseksualistów, którzy potrafią być solidami nawet z tymi, którzy zostali odsunięci, wypędzeni spod ołtarza. Na szczęście — przekonują niektórzy zwolennicy PACS-u — nie¬ wielu wierzących akceptuje paragraf 2357 nowego Katechizmu Kościoła Katolickiego i brak tolerancji dla „kochających inaczej”. „Wojna na slogany” trwać będzie długo i nie zakończy jej, planowane przez rząd Jospina na jesień 1999, wprowadzenie ustawy w życie, czy też, w co z kolei wierzą anty-Pacsowcy, przewidziane na koniec roku całkowite jej odrzucenie. Problem w tym, że batalia toczy się nie na linii „katolicy — reszta społeczeństwa”, „fundamentaliści — liberałowie”, „chrześcijanie- -żydzi-muzułmanie — ateiści” czy „intelektualiści — ciemnogród”. Deba¬ ta dotycząca Paktu Solidarności Cywilnej odsłania tylko wierzchołek góry lodowej, jest soczewką, w której skupiają się rzeczywiste linie podziału. Pierre-Patrick Kaltenbach, przewodniczący Stowarzyszenia Rodzin Pro¬ testanckich, nazwał obecną politykę rodzinną „wielkim blamażem”. Rząd —jego zdaniem — chce tylko zachować pozory, że zajmuje się prawdziwy¬ mi, społecznymi problemami. Nie obchodzi go wzrost przestępczości nielet¬ nich, alkoholizm, narkomania, rozbite małżeństwa, bezrobocie, szok cywili¬ zacyjny, zanik więzi rodzinnych, czy nawet sami homoseksualiści. Joseph Sitruk, Wielki Rabin Francji, nazwał projekt pani Roselyne Bachelot nisz¬ czącym i niebezpiecznym dla kraju. David Massas, Wielki Rabin Paryża, stwierdził, że „prawo żydowskie jest jasne, homoseksualizm jest po prostu niedozwolony”. Przewodniczący Konferencji Episkopatu Francji, abp Louis- -Marie Billé z Lyonu, przypominał, że uszanowanie godności, poszukiwa¬ nie dróg integracji osób homoseksualnych ze społeczeństwem, odrzucanie wszelkich form dyskryminacji, nie oznacza, iż heteroseksualizm należy zrów¬ nać z homoseksualizmem, nie są one bowiem ekwiwalentami. Zgiełk, jaki zapanował w mediach, prowadzi jednak do tego, że przecięt¬ ny widz czy czytelnik przestaje się orientować, o co chodzi, kto jest naprawdę „humanistą”, a kto „homofobem”, kto „obrońcą”, a kto „ofiarą”, wreszcie, kto prawdziwym i kto fałszywym demokratą. „Pokolenie Mitterranda”, któremu się przypisuje wszystkie najlepsze albo najgorsze cechy, nie bardzo wie, jak się określić. Starsi nie rozumieją mło¬ dych, młodzi uciekają od „wieku dojrzałości”, ideową pustkę zasłania się „potrzebą zmiany”, kłopoty w szkolnictwie, lecznictwie czy — o dziwo — w rolnictwie tłumaczy się brakiem solidarności, zabójczą konkurencją, od¬ chodzeniem od modelu państwa socjalnego, a jednocześnie tworzy się nowe
		

/0092_0001.djvu

			92 MAREK WITTBROT ideologie, obiecuje raj i wielkie szczęście, nakręca spiralę konsumpcji, ofe¬ ruje nowe formy rozrywki i rozkoszy. Proponuje się nawet takie prawa, któ¬ re pozwolą „lepiej żyć i prawdziwie kochać”, a zupełnie zapomina się o tym, czym są: przyjaźń, oddanie, solidarność i miłość. Karl Rajmund Popper, występując „przeciwko wielkim słowom”, mówił o tych, którzy mają „sposobność i przywilej studiowania”, wzywał ich do zwięzłości i prostoty, przekazywania swoich myśli w jak najklarowniejszej formie. „Najgorsze, co intelektualiści mogą robić — grzech przeciwko Du¬ chowi Świętemu — to pozować na wielkich proroków” — pisał W poszu¬ kiwaniu lepszego świata. Przestrzegał Zachód przed mitem „społeczeństwa otwartego” i przypominał, że „najgorsze zło naszych czasów zrodziło się ze szczerej chęci niesienia pomocy innym”. Być może rolą współczesnych polityków jest czynienie złudnych obiet¬ nic, zaspokajanie nie tylko egzystencjalnych potrzeb. Być może polityk to ktoś, kto musi mieć odpowiedź na wszystkie pytania, wątpliwości, lęki czło¬ wieka XXI wieku. Czy jednak rolą „intelektualistów”, pisarzy, filozofów czy nawet politologów, jest „wojna na slogany”, zaś rabin powinien zamknąć się w synagodze, imam w meczecie, biskup w swojej katedrze? Nie ma ludzi nieomylnych—i rabin, i biskup mogą się mylić — lecz czy to znaczy, że tylko większość (dziennikarzy) się nie myli? Czy mamy walczyć o takie społeczeń¬ stwo, które otworzy się tak bardzo, że myślącym nie pozostanie nic innego, jak zamknąć się w swoim, coraz bardziej odległym od naszego świecie? Marek Wittbrot
		

/0093_0001.djvu

			kronika Jerzy Turowicz (1912 — 1999) Życia Jerzego Turowicza nie można w żaden sposób oderwać, ani zrozumieć bez „Tygodnika Powszechnego”. Kiedy przegląda się pozo¬ stawione roczniki pisma, ze wszystkich minionych dziesięcioleci, to przy¬ pomina się stwierdzenie, że „Tygodnik” ukształtował kilka pokoleń pol¬ skiej inteligencji i to nie tylko katolickiej. Jerzy Turowicz przez ponad 50 lat wskazywał na Kościół i uczył nas jak o Nim pisać, jak starać się Go zrozumieć, i jak Go kochać. Kościół był dla niego skarbem bezcen¬ nym. W wywiadzie udzielonym miesięcznikowi „W drodze”, w 1993 roku, zatytułowanym Kościół w dialogu ze światem, Jerzy Turowicz po¬ wiedział: „...mam to szczęście, że od dzieciństwa dzięki domowi rodzin¬ nemu, rodzicom, jestem katolikiem wierzącym i praktykującym... Stąd moje rozumienie istoty Kościoła, w tym duchu, w jakim o tyle lat póź¬ niej (od czasów lwowskiego Odrodzenia) wypowiedział się Sobór Wa¬ tykański II. Rozumienie Kościoła jako misji wobec świata doczesnego, apostolstwa, wpływu na rzeczywistość ziemską, ale przede wszystkim Kościoła jako wspólnoty, w której człowiek rozwija swoje życie we¬ wnętrzne, w której się nawraca. Troska o zbawienie, chociaż może nie trzeba się o nie specjalnie troszczyć, jeżeli się żyje życiem Kościoła, życiem wewnętrznym, liturgią...” Bliskie Jerzemu Turowiczowi było również nauczanie Jana Pawła II, cieszył się z przyjaźni, jaką najpierw ksiądz, później biskup, kardynał i papież go obdarzał. Redaktor naczelny „Tygodnika” często powtarzał papieskie sformułowanie zaczerpnięte z pierwszej encykliki Redemptor hominis, że to „człowiek jest drogą Kościoła”. Odnajdywał siebie, ale i swoje myślenie w takim spojrzeniu na Kościół. Jerzy Turowicz pozo¬ stanie w naszej pamięci jako ten, który w niełatwych latach komuni¬ stycznego totalitaryzmu, jak również w pierwszych latach wolności, uczył nas bycia Wspólnotą żyjącą Ewangelią oraz otwartą na wartości znajdu¬ jące się poza Kościołem. Stąd na jego pogrzebie wspólnie mogli się zgro¬ madzić katolicy, chrześcijanie różnych wyznań, przedstawiciele innych religii, jak również ludzie niewierzący. Najbliższej rodzinie Zmarłego pragniemy przekazać zapewnienia o modlitwie od tych, którzy jeszcze są „w drodze”.
		

/0094_0001.djvu

			94 KRONIKA "7~k{*y~k»%\r>~k Trzydniowe zamieszki na tle religijnym, do jakich O doszło na indonezyjskich wyspach Ambon oraz Sanana i Seram, pociągnęły za sobą 24 ofiary śmier¬ telne. 134 osoby zostały ciężko ranne. • Austra¬ lijski misjonarz protestancki, 58-letni ks. Graham Stewart Staine i jego dwaj synowie zostali żywcem spaleni w samochodzie przez fundamentalistów hinduistycznych w Indiach. • W archidiecezji florenckiej trwają przygotowania diecezjalne do rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego Savo- naroli, spalonego na stosie, włoskiego dominikanina, kaznodziei i reformatora. • Nowy rytuał egzorcyzmowania przedstawił 26 stycznia w Watykanie kard. Jorge Arturo Medina Estévez, prefekt Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. • Ponad 40% osób mieszkających na terenie byłej NRD de¬ klaruje się jako całkowicie niewierzący. W Czechach za całkowitych ateistów uważa się jedna czwarta obywateli. Duży procent ateistów mająteż Węgry i Sło¬ wenia. W Polsce tylko 1% ludzi zalicza siebie do kategorii „całkowity ateista” i „ateista”. • Biskupi włoscy gotowi są wykupić od rządu swego kraju długi dwu wybranych krajów afrykańskich. Decyzję w tej sprawie, związanej z Wiel¬ kim Jubileuszem Roku 2000, podjęła Rada Stała Episkopatu Włoch. • Po raz pierwszy w historii spotkała się Konferencja Episkopatu Rosji, utworzona decyzją Stolicy Apostolskiej. Przewodniczącym Konferencji został wybrany abp Tadeusz Kondrusiewicz. • Salman Rushdie, autor Szatańskich wersetów uzna¬ nych przez wielu muzułmanów za obrazę islamu, przypuścił obecnie atak na, jak to określa, „fałszywe” chrześcijaństwo. • Młodzieżowe organizacje hindu- istów w Bangalore w hinduskim stanie Kartnataka zapowiedziały kolejne ataki na chrześcijan, jeśli ci nie zaprzestaną działalności misyjnej. Prawie 5 tys. hindu¬ skich kapłanów i przywódców religijnych zażądało wydania zakazu działalności misyjnej oraz przechodzenia na chrześcijaństwo. • Papież Jan XXIII będzie beatyfikowany w 2000 roku, poinformował o tym tygodnik „La Vie”. • Rząd Chin dał do zrozumienia, że w obecnej sytuacji wizyta papieża Jana Pawła II jest niepożądana. Rzecznik chińskiego ministerstwa spraw wewnętrznych oświad¬ czył, że Watykan powinien zerwać stosunki z Tajwanem i „przestać się mieszać w wewnętrzne sprawy Chin, włącznie z problematyką religijną”. • Jan Paweł II jest jednym z kandydatów do tegorocznej Pokojowej Nagrody Nobla, poinfor¬ mował 15 lutego w Oslo komitet Nagrody Nobla. • Stolica Apostolska wyra¬ ziła gotowość uczestniczenia w inicjatywie humanitarnej na rzecz przywódcy Kurdów Abdullaha Ocalana, przebywającego w tureckim więzieniu. • Licz¬ ba katolików na świecie wzrosła i wynosi obecnie ponad miliard. Pod koniec 1997 roku na świecie żyło 1.005 min. wyznawców Kościoła katolickiego, co stanowi 17,3% ludności świata. Opiekę duszpasterską nad wiernymi sprawuje 3,3 min. duszpasterzy, w tym 4.420 biskupów, ponad 404.200 księży, 24.400 stałych diakonów. Na całym globie jest 819.200 zakonnic.
		

/0095_0001.djvu

			KRONIKA 95 Zwierzchnik Kościoła Starokatolickiego Mariawitów, |X ~ ! bp Zdzisław Maria Włodzimierz Jaworski przeprosił *** **) w imieniu swojej wspólnoty rzymskich katolików za winy popełnione wobec nich. Te słowa były bez wąt¬ pienia najmocniejszym akcentem tegorocznego Tygo¬ dnia Modlitw o Jedność Chrześcijan w Polsce. • Na misjach pracuje obecnie 1905 Polaków. Dane obejmują stan na dzień 15 stycznia 1999 roku. Kontynen¬ tem, gdzie pracuje najwięcej polskich misjonarzy, jest Afryka. Na drugim miej¬ scu z 765 misjonarzami jest Ameryka �?acińska, ponadto 203 Polek i Polaków pracuje w Azji, a 68 w Oceanii. • Kard. Józef Glemp zaapelował do sumień polskich anestezjologów. Stwierdził, że zjawisko masowego porzucania pracy przez anestezjologów jest niepokojące, oznacza odstępstwo nie tylko od pryncy¬ piów chrześcijańskich, ale i od ogólnie obowiązujących zasad etycznych. • Je¬ rzy Turowicz, redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” zmarł na serce 27 stycznia przed południem w szpitalu Krakowie. Miał 87 lat. „Wraz ze śmiercią Jerzego Turowicza kończy się pewna epoka w dziejach polskiego katolicyzmu” - powiedział metropolita gnieźnieński abp Henryk Muszyński, wspominając zma¬ rłego. Prawie 2 tys. współpracowników, przyjaciół i wiernych czytelników poże¬ gnało Jerzego Turowicza 30 stycznia w podkrakowskim Tyńcu. Mszy św. po¬ grzebowej w kościele opactwa benedyktynów przewodniczył kard. Franciszek Macharski, metropolita krakowski, w koncelebrze z abp. Damianem Zimoniem, metropolitą krakowskim, bp. Tadeuszem Pieronkiem, rektorem PAT i 30 ksi꿬 mi. • Bp Alojzy Orszulik uważa, że na Okrągłym Stole skorzystali komuni¬ ści. „To prawda, że w wyniku tych rozmów [...] doszło do przemian ustrojowych, politycznych i gospodarczych. Ale skorzystali na nich głównie funkcjonariusze partii i aparatu ucisku.” • Caritas sosnowiecka pomoże dziewczętom, które uciekły z domów publicznych na Zachodzie. Pragnie zaoferować im schronienie przed ścigającymi członkami grup przestępczych i pomóc w powrocie do nor¬ malnego życia. • Generał księży marianów, 64-letni ks. Adam Fredro Bo¬ niecki został nowym redaktorem naczelnym „Tygodnika Powszechnego”. Na kilka miesięcy przed swoją śmiercią, twórca pisma i wieloletni redaktor naczelny, Je¬ rzy Turowicz, wskazał go jako swego następcę. • Do gangsterów, prostytu¬ tek i handlarzy narkotyków zwrócił się metropolita katowicki abp Damian Zimoń w liście na Wielki Post. „Moi kochani! (...) W imię Chrystusa proszę: pojednaj¬ cie się z Bogiem! Rozerwijcie kajdany zła! Miłosierdzie Boże jest silniejsze niż ludzki grzech!” - zaapelował arcybiskup. • W nocy z 15 na 16 lutego nie¬ znani sprawcy próbowali podpalić siedzibę redakcji „Gościa Niedzielnego” w Katowicach. Około godz. 4.00 nad ranem nieznani sprawcy podjechali samo¬ chodem i wrzucili do sali konferencyjnej butelkę z płynem zapalającym. Sala znajduje się pod pomieszczeniami redakcji. Dzięki czujności stróżów pilnują¬ cych obiektu udało się ugasić pożar.
		

/0096_0001.djvu

			orientacje TOMASZ WtODEK Zwoje z Qumran(3) Zwoje z Qumran a Nowy Testament Dla ścisłości należy wyjaśnić jeszcze jedną kwestię: czy wśród zwojów z Qumran znajdują się fragmenty Nowego Testamentu? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. W roku 1972 hiszpański jezuita José O’Callaghan ogłosił, że zdołał odczytać wśród niektórych fragmentów zda¬ nia pochodzące z Ewangelii. W rzeczywistości jednak owe kawałki zwojów są do tego stopnia nieczytelne, że zaledwie kilkanaście z zapisanych liter może być uznane za na tyle wyraźne, że ich identyfikacja może być jedno¬ znaczna. W efekcie trudno mówić o „odczytaniu” owych tekstów, raczej należałoby powiedzieć o „zgadywaniu”. Pomimo upływu kilkudziesięciu lat od czasu, kiedy O’Callaghan opublikował swoje obserwacje, bibliści pozo¬ stają co do niego raczej sceptyczni. Osobną kwestię stanowi fragment w katalogu znalezisk występujący pod symbolem 4Q246 ’. Jest to krótki, liczący zaledwie kilka linijek tekst, mówią¬ cy, że ktoś (z tekstu nie wynika kto) będzie nazwany Synem Bożym oraz Synem Najwyższego. Jest w nim jeszcze kilka innych niejasnych sformułowań. Nie wiadomo, kto wypowiada te słowa, ani do kogo, jednak budzą one odległe skojarzenia z Ewangelią �?ukasza: Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie on wielki i będzie nazwany Synem Naj¬ wyższego, a Pan Bóg da mu tron Jego praojca Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a panowaniu Jego nie będzie końca2. Czy fragment 4Q246 zawiera cytat z Ewangelii? Nie — gdyż Ewangelia �?ukasza została zapisana w języku greckim, podczas gdy ów tekst używa języka aramejskiego. Czy może więc być tak, że 4Q246 zawiera jakiś star¬ szy przekaz, na podstawie którego �?ukasz opracował później swoją relację? Może — ale nie musi. Jak już powiedziałem — nie wiadomo, ani kto w tym tekście mówi, ani do kogo, ani o czym. Fragment 4Q246 stanowi tylko jeden z tysięcy odnalezionych w Qumran i trudno jest na jego podstawie wysuwać jakiekolwiek hipotezy.
		

/0097_0001.djvu

			ORIENTACJE 97 Co się stało z sektą esseńczyków? To jest akurat jedyna z niewielu rzeczy dotyczących tej sekty, co do której badacze wydają się nie mieć wątpliwości: klasztor w Qumran został zburzo¬ ny przez Rzymian, zaś jego mieszkańcy pozabijani. Jak już wspomniałem, pewne fragmenty pism ąumrańskich odnaleziono w ruinach fortecy Massa- da — ostatniej z fortec zdobytych przez Rzymian podczas powstania ży¬ dowskiego. Oznacza to, że nieliczni ocaleni esseńczycy przyłączyli się do partii zelotów i ponieśli śmierć po upadku Massady. Jeżeli w Palestynie prze¬ trwali jacyś członkowie ich sekty, to z biegiem lat stopniowo wymarli. Myślę jednak, że Czytelnik przyzwyczaił się już do tego, że historia es¬ seńczyków obfituje w mnóstwo rozmaitych, często sprzecznych ze sobą, a czasami zupełnie fantastycznie brzmiących hipotez. Pozwolę więc sobie przytoczyć jedną— odmiennie widzącą dalsze ich losy, z całym jednak na¬ ciskiem zaznaczając, że jest to tylko hipoteza, w dodatku niezbyt poparta dowodami. Wspomniałem już, że pierwszy dokument sekty z Qumran odnaleziono w synagodze w Kairze — i że miał on nie więcej niż tysiąc lat. Naturalne pytanie brzmi więc: skąd się on tam wziął — prawie millenium po rozpro¬ szeniu esseńczyków? Najprostsze wyjaśnienie brzmi: po prostu przez stulecia żydowscy uczeni przepisywali dla przyszłych pokoleń święte księgi. I choć często sami nie rozumieli znaczenia kopiowanych tekstów, jednak uważając swoją pracę za służbę Bogu, przykładali się do niej z ogromną sumiennością. W podobny sposób chrześcijańscy mnisi zachowali dla nas wiele z oryginalnych dzieł autorów antycznych. Odpowiedź na pytanie: dlaczego „Dokument Dama¬ sceński” znalazł się w Kairze tysiąc lat po zniszczeniu sekty esseńczyków, brzmi więc: jest to zasługą kopistów, którzy mozolnie przepisywali kolejne wersje Biblii, a „przy okazji” zachowali również ów Dokument. Gdy po stuleciach rabini zorientowali się, że mają w ręce jakiś tekst, którego zna¬ czenia nie rozumieją, ale który musi być zapewne bardzo stary — złożyli go z szacunkiem w genizie. Ale może warto zaryzykować inną hipotezę? Czy może sekta zdołała prze¬ trwać w absolutnej konspiracji jeszcze kilkanaście stuleci? Wiadomo, że w VIII wieku n.e. wśród Żydów doszło do poważnego roz¬ łamu. Grupa kierowana przez niejakiego Anana ben-Davida odrzuciła auto¬ rytet Talmudu twierdząc, że zniekształca on pierwotne prawo Mojżesza. Jego następcy dali początek sekcie karaimów, która przez długi czas żyła na Bli¬
		

/0098_0001.djvu

			98 ORIENTACJE skim Wschodzie, nad Morzem Śródziemnym, w Babilonii, a także w Polsce i na Litwie (nieliczne grupki ich wyznawców żyją tam zresztąpo dziś dzień). Niektórzy uczeni próbują się doszukiwać związku pomiędzy esseńczyka¬ mi a karaimami, twierdząc, że po zburzeniu Qumran sekta esseńczyków prze¬ trwała kilkaset lat w kompletnej konspiracji po to, aby ponownie się ujawnić w postaci ruchu karaimów. Na poparcie takiej — dość trzeba przyznać ryzy¬ kownej — hipotezy przytacza się zazwyczaj podobieństwa w interpretacji pewnych subtelności prawa mojżeszowego, jakie występują pomiędzy tymi sektami. Ponieważ jednak brak na ten temat jakichkolwiek naprawdę prze¬ konujących dowodów, więc pozwolę sobie tych kwestii nie omawiać. Intrygi i skandale wokół zwojów Jak już wspominałem wielokrotnie, pomimo upływu prawie półwiecza od odkrycia zwojów dotąd jeszcze ich teksty nie zostały opublikowane w całości. Jakiekolwiek by były przyczyny wolnego tempa prac naukowców opracowujących znaleziska, stało się ono źródłem najbardziej nawet fanta¬ stycznych teorii, twierdzących na przykład, że odczytane fragmenty negują historyczność wydarzeń opisanych w Nowym Testamencie, co sprawia, że Watykan za wszelką cenę nie chce dopuścić do ich ujawnienia. Ogólna mądrość życiowa mówi, że nie należy się doszukiwać spisku tam, gdzie możliwe jest wyjaśnienie naturalne. Przyczyną kilkudziesięcioletnie¬ go opóźnienia prac była najprawdopodobniej żmudność całego przedsięwzię¬ cia. Ostatecznie nawet ułożenie zwykłego dziecięcego puzzla potrafi zająć nieraz kilka tygodni. Ułożenie dziesiątków tysięcy pasków ze skóry w jedną całość i odczytanie zapisanego na nich tekstu jest po prostu zadaniem wy¬ magającym nieprawdopodobnej cierpliwości oraz mnóstwa czasu — a co najważniejsze —jest zadaniem morderczo nudnym. Teksty nie zostały opu¬ blikowane, gdyż po prostu naukowcy zostali przytłoczeni ogromem pracy. Nic więc dziwnego, że prace zaczęły się posuwać w ślimaczym tempie. Być może rzeczą rozsądną byłoby dokooptowanie do zespołu większej licz¬ by badaczy — ale przypomnieć należy przysłowie o psie ogrodnika, co sam nie zje, a i innym nie da. Najprawdopodobniej naukowcy, którzy stanęli przed okazją, jaka zdarza się raz na dwa tysiąclecia, po prostu nie chcieli dzielić się sławą ewentualnego odkrycia z kimkolwiek. Ostatecznie uczeni też są ludźmi, więc można to zrozumieć. Sprawa trafiła na nagłówki gazet na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy grupa biblistów nie dopuszczonych do prac nad tekstami postanowiła je
		

/0099_0001.djvu

			ORIENTACJE 99 opublikować samodzielnie, wykorzystując rewolucję, jaka w ostatnich la¬ tach miała miejsce w technice obliczeniowej. Jednym z dokumentów, jakie zostały na temat znalezisk z Qumran opu¬ blikowane, była konkordancja — czyli spis występujących w nich słów he¬ brajskich. Każdy wyraz znajdujący się w tym spisie wymieniony jest wraz z adnotacją i numerem fragmentu, na jakim się znajduje, oraz słowem bez¬ pośrednio go poprzedzającym i następującym po nim. Oznacza to, że słow¬ nik ów zawiera wystarczająco informacji, aby z jego pomocą można było z dość dużą dokładnością odtworzyć tekst nie opublikowanych fragmentów. Rzecz oczywiście wymagać musiała mnóstwa pracy, ale ostatecznie żyjemy w epoce, której symbolem stanie się w przyszłości komputer—wystarczyło spis słów przenieść do bazy danych, aby następnie bez specjalnych trudno¬ ści móc, poczynając od dowolnie wybranego wyrazu, znaleźć następujący po nim, następnie kolejny i tak dalej. W efekcie okazało się rzeczą możliwą opublikowanie hebrajskiego tekstu znalezisk pomimo braku zgody badaczy zajmujących się ich odczytywaniem. Zadania tego podjął się profesor Ben Zion Wacholder z Hebrew Union College w USA. Wraz z grupą doktoran¬ tów oraz informatyków zdołał, na podstawie konkordancji, odtworzyć pierw¬ szy fragment nie opublikowanej części zwojów, ogłosić go drukiem oraz zapowiedział publikację następnych. W środowisku biblistów wybuchł mały skandal — uczeni, którzy spędzili lata odczytując i porządkując mozolnie fragmenty, uważali, zresztą nie bez racji, że ukradziono im owoc ich pracy. Uczeni, którzy do fragmentów do¬ stępu nie mieli, uważali, że skoro ci, którzy znaleziska opracowują, nie po¬ trafią się z tym zadaniem uporać w rozsądnym czasie, to powinni do prac dopuścić też innych. Słowem, przez krótki czas, było na temat zwojów w prasie dość głośno. Na tym awantura nie zakończyła się. Jeszcze w latach pięćdziesiątych, na samym początku prac zmierzających do odczytania zwojów, postanowiono — na wszelki wypadek — wszystkie odnalezione fragmenty sfotografować, zaś negatywy filmów złożono w bibliotekach kilku renomowanych ośrod¬ ków naukowych. Przez następne dziesięciolecia nikt nie miał do owych „ko¬ pii bezpieczeństwa” dostępu. Po prostu sądzono, że badaczom pracującym nad odczytaniem tekstów przysługują pewne — nazwijmy je tak — „prawa autorskie”, zgodnie z którymi, przed oficjalnym opublikowaniem i opraco¬ waniem danego fragmentu, osoby postronne nie powinny mieć do niego wglądu. Na początku lat dziewięćdziesiątych biblioteka Huntington z Kalifornii
		

/0100_0001.djvu

			100 ORIENTACJE ujawniła, że jest w posiadaniu kompletu negatywów zdjęć fragmentów z Qumran. Kolekcja ta stanowiła dar Elisabeth Hay Bethel — bogatej ame¬ rykańskiej damy-filantropki, która zdołała przekonać naukowców zajmują¬ cych się odczytywaniem zwojów, co do konieczności ich skopiowania. W wyniku zawartego gentelemen s agreement dama uzyskała zgodę na sfo¬ tografowanie kolekcji, zobowiązując się w zamian do jej niepublikowania. Po jej śmierci zbiór trafił do wspomnianej biblioteki, której dyrekcja począt¬ kowo czuła się związana udzieloną przez panią Bethel obietnicą i nie ujaw¬ niała faktu posiadania kopii zwojów. Gdy jednak Wacholder i jego ekipa wydrukowali „pirackie” wydanie nie opublikowanych fragmentów znale¬ zisk, nowy dyrektor biblioteki, William A. Moffet uznał, że dalsze utrzymy¬ wanie tajemnicy nie ma sensu i ogłosił, że cała kolekcja zostanie udostęp¬ niona badaczom. Wkrótce w jego ślady poszła inna biblioteka dysponująca mikrofilmami zwojów — Biblical Archeology Society — publikując kom¬ plet fotografii. Izraelskie Biuro ds. Starożytności oraz Muzeum Rockefellera i pracujący w nim uczeni odpowiedzieli groźbami procesów sądowych. Nie jestem w stanie zrelacjonować szczegółowo dalszego toku sprawy. Dość powie¬ dzieć, że środowisko biblistów pogrążyło się w inwektywach, choć jedynym korzystnym aspektem całej historii stał się fakt, że cały komplet tekstów stał się obecnie — czy to w formie „pirackich wydań”, czy też mikrofilmów — dostępny dla zainteresowanych. Pozostaje tylko opublikowane teksty opra¬ cować i przetłumaczyć, co jest pracą żmudną, która na pewno potrwa jesz¬ cze szereg lat. Według wszelkiego prawdopodobieństwa nie będziemy świadkami żadnej wielkiej sensacji ani żadnego odkrycia, które zrewolucjonizowałoby nasze poglądy na początki chrześcijaństwa. Jak się wydaje, zwoje nie zawierają nie tylko żadnych wzmianek na temat Jezusa lub innych postaci znanych nam z Nowego Testamentu, ani też żadnych fragmentów Ewangelii, ani w ogóle niczego specjalnie ciekawego—w każdym razie ciekawego z punktu widzenia kogoś, kto nie zajmuje się biblistyką zawodowo. Po skandalach związanych z publikacją „pirackich” wydań tekstów zna¬ lezisk na scenę wkroczyły władze państwa Izrael, do tej pory dyskretnie trzy¬ mające się na uboczu całej afery, i zmusiły ekipę z muzeum Rockefellera do dokooptowania kilku uczonych izraelskich, wyznaczając jednocześnie nie¬ przekraczalny termin, do którego opracowywanie znalezisk ma zostać za¬ kończone, grożąc, że w razie jego niedotrzymania, naukowcy opóźniający prace zostaną usunięci z zespołu i zastąpieni innymi.
		

/0101_0001.djvu

			ORIENTACJE 101 Wygląda więc na to, że w niezbyt odległej przyszłości historia zwojów powinna zostać zakończona. A może jednak teorie spiskowe są troszeczkę prawdziwe? Na zakończenie pozwolę sobie wysunąć pewną hipotezę związaną z intry¬ gami wokół znalezisk. Jak pisałem, istnieją dwa komplety zwojów—mniej¬ szy, zawierający kilka kompletnych ksiąg, przechowywanych w zachodniej Jerozolimie, dawno już ogłoszonych drukiem, i większy — przechowywany w Muzeum Rockefellera, złożony z mnóstwa fragmentów, a w dodatku cią¬ gle jeszcze nie opracowany i nie opublikowany do końca. Ten pierwszy jest raczej bezdyskusyjnie własnością Państwa Izrael — został on ostatecznie zakupiony przez profesora Sukenika i Y. Yadina. Postawmy jednak pytanie formalnoprawne: czyją własnością jest zbiór drugi — ten z Muzeum Rockefellera? Zwoje odnaleziono w Qumran w czasach, gdy miejscowość ta znajdowa¬ ła się w Jordanii. Część została odnaleziona przez archeologów, ale niektóre odkupiono od Beduinów za pieniądze dostarczone przez kilka dużych ośrod¬ ków naukowych, a także Watykan. Opracowanie znaleziska oraz piecza nad nim została powierzona przez rząd Jordanii międzynarodowej komisji ar¬ cheologów. Po wojnie sześciodniowej Wschodnia Jerozolima — a wraz z nią zwoje , jordańskie” — znalazła się w Izraelu. Jak już mówiłem, ze względów politycznych wśród naukowców wyznaczonych do pracy nad zwojami nie było ani jednego Żyda. Gdy Izraelczycy zajęli Wschodnią Jero¬ zolimę w roku 1967 oczekiwano więc, że zwoje po prostu skonfiskują, a do opracowania ich wyznaczą swoich uczonych. Ku powszechnemu zaskocze¬ niu nie uczynili tego, być może z obawy przed protestami międzynarodowy¬ mi. Komisja wyznaczona przez władze Jordanii mogła spokojnie pracować dalej. Taki stan rzeczy panował do końca lat 80., kiedy to — po wspomnia¬ nym wcześniej, „pirackim” opublikowaniu fragmentów tekstów Izraelczycy —zmusili jądo dokooptowania kilku uczonych izraelskich. Pozostaje otwarte pytanie: do kogo należą teksty z Muzeum Rockefellera? Do Jordanii — gdyż to na jej terenie znajdowało się Qumran, gdy doko¬ nano odkrycia? Można tak sądzić, ale z punktu widzenia prawa międzynaro¬ dowego, nie jest to jednak zbyt jasne, gdyż aneksja Zachodniego Brzegu przez Jordanię w latach 1948-1967 nie została uznana przez większość kra¬ jów świata. Do powstającego obecnie państwa palestyńskiego — na którego terenie
		

/0102_0001.djvu

			102 ORIENTACJE wkrótce znajdzie się Qumran — i na którego terenie Qumran miało się zna¬ leźć w myśl rezolucji ONZ z roku 1948 stanowiącej o podziale Palestyny na część żydowską i arabską? Formalnie może jest to prawda, lecz przecież zwoje stanowią raczej bezdyskusyjnie dziedzictwo narodu żydowskiego, a nie arabskiego i nawet najbardziej zaciekli wrogowie państwa Izrael tego nie wydają się kwestionować. A może do państwa Izrael, uważającego się za spadkobiercę państw ży¬ dowskich istniejących w Ziemi Świętej przed tysiącleciami? Ostatecznie esseńczycy byli sektą żydowską. A może zwoje są własnością ludzkości? A jeżeli tak — to kto ma się nimi opiekować? ONZ? Nie muszę Czytelnikowi tłumaczyć, że z izraelskiego punktu widzenia zwoje są własnością narodu żydowskiego — i nikogo innego, stąd pieczę nad nimi sprawować powinno państwo Izrael, co zresztą wydaje się rozwią¬ zaniem dość logicznym i historycznie uzasadnionym. Jak na razie Muzeum Rockefellera znajduje się de facto w Izraelu3, zaś Palestyńczycy (jeszcze) nie wysunęli żądań objęcia kontroli nad nim. Myślę jednak, że nie należy mieć specjalnych złudzeń — kwestia własności zwo¬ jów stanie się w (być może niedalekiej) przyszłości tematem niezwykle wy¬ buchowym. Przeglądając rozmaite przewodniki turystyczne oraz popularne opraco¬ wania na temat zwojów, wydane w Izraelu, odniosłem wrażenie, że unikają one rozróżniania kolekcji z Muzeum Księgi i Muzeum Rockefellera, zupeł¬ nie jak gdyby chodziło im o wywołanie wrażenia, że obie od zawsze były i są zarządzane przez władze izraelskie. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy jest to tylko moje złudzenie, przypadek czy też polityka celowa. Całkiem możliwe, że naciski władz izraelskich, zmierzające do włączenia do komisji uczonych żydowskich, stanowią w istocie element długofalowej polityki mającej na celu przejęcie kontroli nad zwojami. Gdy w niedługiej już przyszłości wybuchnie poważny kryzys dyploma¬ tyczny wokół kwestii praw własności do zwojów, proszę wspomnieć, że ja go przewidziałem! Przybytek Księgi Jak już napisałem, „izraelska” część kolekcji zwojów złożona została, po jej odczytaniu i opublikowaniu w Przybytku Księgi — specjalnie w tym celu wybudowanym muzeum w Jerozolimie. Jego centralny budynek, architekto¬ nicznie przypominający gliniany garnek, w jakim esseńczycy przechowy¬
		

/0103_0001.djvu

			ORIENTACJE 103 wali swoje pisma, mieści stałą ekspozycję składającą się z wybranych frag¬ mentów znalezionych pism. Według większości przewodników turystycz¬ nych pośrodku sali znajduje się gablota, w której wystawione jest na widok publiczny najcenniejsze znalezisko — księga proroka Izajasza, jedyna z Ksiąg Starego Testamentu odnaleziona w Qumran w całości. W rzeczywistości w gablocie można ujrzeć jedynie jej kserokopię — oryginał znajduje się ukryty w bunkrze mogącym, jeżeli wierzyć jego konstruktorom, przetrwać nawet wybuch atomowy. W czasach zagrożenia schron ten staje się miej¬ scem przechowywania również i pozostałych znalezisk — po raz ostatni zostały one złożone w nim w roku 1991, gdy podczas wojny w Kuwejcie Irak rozpoczął ostrzał rakietowy Izraela. Słyszałem od ludzi, dla których język hebrajski jest językiem ojczystym, że są oni w stanie czytać eksponowane w gablotach teksty zupełnie jak gdy¬ by były to współczesne gazety. Muszę przyznać, że jakoś nie zrobiło to na mnie wrażenia, dopóki nie odwiedziłem Przybytku Księgi osobiście i nie spróbowałem samodzielnie odcyfrowywać pokazanych tam znalezisk. Nieste¬ ty, choć w owym czasie uczyłem się już języka hebrajskiego i nawet potrafiłem się nim w miarę swobodnie posługiwać w sytuacjach dnia co¬ dziennego, to jednak moja jego znajomość pozostawiała wiele do życzenia. W dodatku okazało się, iż większość tekstów napisana jest niezrozumiałym dla mnie pismem starohebrajskim, toteż moje próby odczytania ich spełzły na niczym. Nieoczekiwanie jednak w jednej z gablot odkryłem tekst, który — czy to napisany był łatwiejszym językiem, czy to znanym mi pismem „kwadratowym” — dość, że ku własnemu zdumieniu nagle zorientowałem się, iż jestem w stanie przeliterować poszczególne wyrazy, a potem łączyć je w zdania psalmu, które mogłem rozumieć. Dreszcz emocji, który poczułem, musiał być podobny do tego, jaki prze¬ żyli archeolodzy, którzy jako pierwsi od tysięcy lat odczytywali zapisane kiedyś zdania. Wtedy też zrozumiałem, jak trudnym do wyobrażenia sobie cudem jest fakt, iż język hebrajski został przywrócony do codziennego użyt¬ ku po dwudziestu paru stuleciach przerwy... Tomasz Włodek 1 Symbol ten oznacza: Qumran, grota nr 4, fragment 246. 2 �?k 1,31-33. 3 Ściślej — we wschodniej Jerozolimie, której aneksja przez Izrael nie została uznana przez większość kra¬ jów de iure, ale która de facto znajduje się pod władzą izraelską.
		

/0104_0001.djvu

			kiedy się modlisz Psalmiczna droga krzyżowa Musi wypełnić się wszystko, co napisano o Mnie w Pra¬ wie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach (�?k 24,44). Jezus skazany na śmierć „Osądź mnie, Boże, sprawiedliwie i broń mojej sprawy przeciw ludo¬ wi nie znającemu litości; wybaw mnie od człowieka podstępnego i nie¬ godziwego” (Ps 43,1). Jezus bierze krzyż na swe ramiona „Radością jest dla mnie pełnić Twoją wolę, mój Boże, a Twoje prawo mieszka w moim sercu” (Ps 40,9). Jezus upada po raz pierwszy „Z głębokości wołam do Ciebie, Panie” (Ps 130,1). Jezus spotyka swą dziewiczą Matkę „O Panie, jestem Twoim sługą, Twym sługą, synem Twojej służebni¬ cy” (Ps 116,16). Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Jezusowi „Gdy chodzę wśród utrapienia, Ty podtrzymujesz me życie... wybawia mnie Twoja prawica” (Ps 138,7). Weronika ociera twarz Jezusowi „O Tobie mówi moje serce: Szukaj Jego oblicza! Będę szukał oblicza Twego, Panie” (Ps 27,8). Jezus upada po raz drugi „W proch runęło nasze życie, ciałem przylgnęliśmy do ziemi” (Ps 44,26).
		

/0105_0001.djvu

			KIEDY SI�? MODLISZ 105 Jezus przemawia do płaczących kobiet „Dusza moja jest niepocieszona, jęczę, kiedy wspomnę Boga, słabnie mój duch, gdy rozmyślam” (Ps 77,3-4). Jezus upada po raz trzeci „Prześladuje mnie nieprzyjaciel, moje życie na ziemię powalił, pogrą¬ żył mnie w ciemnościach, jak dawno umarłych” (Ps 143,3). Jezus z szat obnażony „Dzieląmiędzy siebie moje szaty i los rzucająo mojąsuknię” (Ps 22,19). Jezus przybity do krzyża „Przebodli ręce moje i nogi, policzyć mogę wszystkie moje kości” (Ps 22,17-18). Jezus umiera na krzyżu „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?” (Ps 22,1). „W ręce Twoje powierzam ducha mego” (Ps 31,6). Jezus zdjęty z krzyża i oddany Matce „Zwróć się ku mnie i zmiłuj się nade mną, siły swej udziel słudze Two¬ jemu, ocal syna swojej służebnicy” (Ps 86,16). Jezus złożony w grobie „Między zmarłymi jest moje posłanie, tak jak poległych, którzy leżą w grobie” (Ps 88,6). opracował Marcin Morawski
		

/0106_0001.djvu

			szukającym drogi Pozaziemskie cywilizacje Współczesna astronomia uświadomiła nam bezmiar kosmosu. Rewolucja kopemikańska to kaszka manna w stosunku do tego, co o wszechświecie wiemy obecnie. Słońce to tylko jedna z milionów (jeśli nie miliardów) gwiazd, które krążą w kosmosie. A Ziemia jest to pyłek kosmiczny, krążący wokół jednej z tych gwiazd! Kiedy już człowiekowi dobrze zakręci się w głowie po pomyśleniu o tym wszystkim, pojawia się ta wątpliwość, którą pragnę przedstawić: czy to możliwe, że akurat właśnie na tym pyłku kosmicznym, który jest naszą ziemią, dokonało się odkupienie świata? Pana Jezusa nazywamy Odkupi¬ cielem świata. A może ta nasza wiara to tylko przejaw naszego gatunkowe¬ go infantylizmu i antropocentryzmu? Zastanawiam się, czy sprzeciwiałoby się naszej wierze, że przez śmierć Jezusa zostaliśmy odkupieni, gdyby przy¬ puścić, że jeśli istnieją w kosmosie inne cywilizacje rozumne — a przy ogro¬ mie kosmosu takich cywilizacji może być wiele, wiele — to może niektóre z nich wytrwały przy Bogu i nie potrzebowały odkupienia, a te, które po¬ dobnie do nas upadły, może zostały odkupione odrębnie. Co Ojciec na to? Czy domyślać się, że może Pan Jezus odkupił samą tylko ludzkość, a inni, jeśli potrzebowali odkupienia, otrzymali je odrębnie, narusza w czymś naszą wiarę? Inny, ale dość podobny problem pojawiał się u chrześcijan, którzy żyli w czasach przed wielkimi odkryciami geograficznymi. Ziemia jawiła się wów¬ czas ludziom jako niepojęcie wielkie, nieznane nam przestrzenie. Zrozumia¬ łe więc, że niektórzy stawiali sobie pytanie, czy gdzieś na ziemi nie mieszka¬ ją jakieś nieznane nam istoty rozumne, które nie są ludźmi. Przypominano sobie starogreckie opowieści o cyklopach, które mają jedno oko na środku czoła, o skopiodach, mających stopy tak duże, że w ich cieniu mogli chronić się przed upałem słonecznym, o cynocefalach, ludziach mających głowę psa, o antypodach, poruszających się nogami do góry, o jakichś monstrach bez głowy, które oczy, nos i usta miały umieszczone na piersi. Teologowie unikali dyskusji na te tematy. Jednym z nielicznych, który poruszył ten problem, był święty Augustyn, a rozdział na ten temat zakoń¬ czył następującą konkluzją: albo opowieści o tych monstrach są „zupełnie bezpodstawne, albo, jeżeli stworzenia takie rzeczywiście istnieją, nie są to
		

/0107_0001.djvu

			SZUKAJĄCYM DROGI 107 ludzie, albo jeśli są ludźmi, pochodzą od Adama” (Państwo Boże, 16,8). Nawet teoretycznie trudno wymyślić jeszcze jakąś czwartą możliwość. Natomiast nie udało mi się znaleźć ani jednego tekstu, w którym jakiś teolog zastanawiałby się nad tym, czy istoty takie, jeżeli istnieją, są odkupio¬ ne przez Chrystusa. Brak zainteresowania tym problemem wynikał, jak są¬ dzę, z dwóch powodów. Po pierwsze, z niechęci do podejmowania proble¬ mów, których nie ma i które, choć pojawić się mogą, zapewne nigdy się nie pojawią. Po wtóre, wiara chrześcijańska jednoznacznie wyznaje, że to, co się stało w Jezusie Chrystusie, nie jest tylko partykularnym wydarzeniem w dziejach tej cząstki stworzenia, jaką jest nasza ludzkość, ale realnie doty¬ czy całego wszechstworzenia. Tej ostatniej prawdzie warto przypatrzeć się dokładniej, bo wysuwane jest nieraz podejrzenie, czy przypadkiem nie jest ona obciążona przezwycię¬ żonym przez Kopernika geocentryzmem, który — w świetle tego, co wiemy na temat kosmosu dzięki współczesnej astronomii — nas po prostu rozśmie¬ sza. Ziemia, jak słusznie Pan pisze, jest w dostępnym nam obrazie kosmosu prawie niedostrzegalnym pyłkiem. Zacznijmy od tego, że Biblia — wbrew wszystkim znanym nam mitolo¬ giom — przedstawia rzeczywistość jako jedną stworzoną przez Boga całość. Wbrew mitologicznym wyobrażeniom o jakimś pierwotnym bezsensownym chaosie, który był macierzą wyłaniającą z siebie wszystko co sensowne, Bi¬ blia pouczała, że Bóg stworzył wszystko, co istnieje, że „na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1,1). Wbrew mitologicznym wyobrażeniom, że ciała niebieskie stanowią jakiś niestworzony świat boski, Biblia nie pozo¬ stawiała wątpliwości co do tego, że Bóg stworzył również słońce, księżyc i gwiazdy (por. Rdz 1,14-18). Kiedy mnie czasem ktoś pyta, czy dopuszczam istnienie jakichś poza¬ ziemskich cywilizacji, lubię odpowiadać, że cywilizacje takie, jeżeli rzeczy¬ wiście istnieją, to po prostu istnieją, a jeżeli nie istnieją, to ich po prostu nie ma. Dobrze jest czasem uświadomić sobie rzeczy najprostsze: że my naszy¬ mi poglądami nie kreujemy rzeczywistości. Naszymi poglądami nie powoła¬ my do istnienia owych pozaziemskich cywilizacji, jeżeli ich nie ma, ani też ich nie unicestwimy, jeżeli one są. Ale jedno wiem na pewno: jeżeli istnieją jakieś cielesne istoty rozumne, które nie są ludźmi, to — tak jak wszystko, co stworzone, tak jak cały rów¬ nież świat stworzeń duchowych — stworzone zostały przez tego samego Syna Bożego, który dwa tysiące lat temu stał się człowiekiem i dokonał na¬ szego odkupienia. W Nowym Testamencie mówi się o tym niejednokrotnie.
		

/0108_0001.djvu

			108 SZUKAJĄCYM DROGI Przeczytajmy wypowiedź z Listu do Kolosan, gdzie mówi się o tym szcze¬ gólnie uroczyście: „On jest obrazem Boga niewidzialnego — Pierworod¬ nym wobec każdego stworzenia. Bo w Nim zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne, czy Trony, czy Panowania, czy Zwierzchności, czy Władze. Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone. On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie” (1,15-17). Czy jednak to, czego dokonał Syn Boży w naszej ludzkiej naturze, nie dotyczy samej tylko ludzkości? Otóż Nowy Testament jednoznacznie po¬ ucza, że śmierć i zmartwychwstanie Pana Jezusa ogarnęły swoim zbawczym wpływem całe stworzenie, w tym również cały przekraczający naszą wy¬ obraźnię świat stworzeń niewidzialnych. Niektóre z tych wypowiedzi mówią o zwycięstwie Chrystusa Pana nad stworzeniami, które się zbuntowały przeciw Bogu. Istota tego zwycięstwa już się dokonała: „Po rozbrojeniu Zwierzchności i Władz jawnie wystawił je na widowisko, powiódłszy je dzięki Niemu w triumfie” (Kol 2,15). W pełni zwycięstwo to objawi się w Dniu Ostatnim: „Wreszcie nastąpi koniec, gdy przekaże królowanie Bogu i Ojcu, i gdy pokona wszelką Zwierzchność, Władzę i Moc. Trzeba bowiem, ażeby królował, aż położy wszystkich nie¬ przyjaciół pod swoje stopy” (1 Kor 15,24n). Inne jednak święte teksty na ten temat pozwalają domyślać się, że to wy¬ niesienie Chrystusa Pana — również w Jego ludzkiej naturze — ogarnia także jakimś niepojętym błogosławieństwem świat duchów wiernych Bogu: Bóg „wskrzesił Go [Chrystusa] z martwych i posadził po swojej prawicy na wyżynach niebieskich, ponad wszelką Zwierzchnością, i Władzą, i Mocą, i Panowaniem, i ponad wszelkim innym imieniem wzywanym nie tylko w tym wieku, ale i w przyszłym” (Ef l,20n). Kto tekstów tych słucha w wierze, nie może mieć wątpliwości, że doty¬ czą one również pozaziemskich cywilizacji, jeżeli takie istnieją. Przyzna też Pan, że nie widać, żeby teksty te naznaczone były charakterystycznym dla dawnego pojmowania świata geocentryzmem, natomiast niewątpliwie prze¬ nika je duch chrystocentryzmu. Otóż gdybyśmy kiedykolwiek w naszym patrzeniu na rzeczywistość przestali być chrystocentryczni, tym samym prze¬ stalibyśmy być chrześcijanami. Na koniec wspomnę o dwóch — opublikowanych we „Frondzie”, t. 13/14 (1998) — niezmiernie interesujących artykułach na temat tak licznych od pewnego czasu doniesień o przybyszach z kosmosu. Obaj autorzy sądzą, że „kontakty z UFO nie są niczym innym, jak tylko współczesną formą okulty¬
		

/0109_0001.djvu

			SZUKAJĄCYM DROGI 109 stycznych fenomenów, istniejących już długie wieki. Ludzie odeszli od chrze¬ ścijaństwa i oczekują zbawicieli z kosmosu; właśnie dlatego fenomen ten mnoży obrazy przybyszów z innych planet oraz ich gwiezdnych statków” (s. 152). Nawet we wstępie bibliografii na temat UFO, sporządzonej na zamówie¬ nie ośrodka naukowego wojsk lotniczych USA, napisano, że „wiele z publi¬ kowanych obecnie w wysokonakładowej prasie relacji o UFO jest zadziwia¬ jąco podobnych do historii demonicznych opętań czy zjawisk parapsycholo- gicznych, znanych od dawna teologom i parapsychologom” (s. 154). Mnie osobiście opinie te wydają się bliskie prawdy. I w ogóle za¬ chęcam Pana do zapoznania się z tymi dwoma artykułami.
		

/0110_0001.djvu

			Prenumerata miesięcznika »W drodze« w roku 1999 krajowa: 1 egzemplarz 5,00 zł kwartalna 15,00 zł półroczna 30,00 zł roczna 60,00 zł zagraniczna: • opłacona w kraju - ze zleceniem wysyłki pocztą zwykłą: 1 egzemplarz 10,00 zł kwartalna 30,00 zł półroczna 60,00 zł roczna 120,00 zł - ze zleceniem wysyłki pocztą lotniczą: 1 egzemplarz 1 5,00 zł kwartalna 45,00 zł półroczna 90,00 zł roczna 180,00 zł • opłacona za granicą: 1 egzemplarz 4,50 USD półroczna 27,00 USD roczna 54,00 USD Wpłaty na konto: złotówkowe: PKO BP II O. Poznań • 10204030-72430-270-1 dewizowe: PKO BP II O. Poznań • 10204030-72430-272-19 Cena detaliczna egzemplarza poza prenumeratą wynosić będzie 6,00 zł. Przy zamówieniu wiekszej ilości egzemplarzy udzielamy korzystnych rabatów.
		

/0111_0001.djvu

			Odcinek dla banku Zł gr. Odcinek dla posiadacza rachunku zł gr. wpłacający 3'2 o w ' o słownie złotych === . groszy. >s okładn adres wpłacający Wydawnictwo „W drodze” ul. Kościuszki 99 60-920 Poznań Wydawnictwo „W drodze” ul. Kościuszki 99 60-920 Poznań PKO BP II Oddział Poznań PKO BP II Oddział Poznań 10204030-72430-270-1 10204030-72430-270-1 Oplata Oplata Datowni Datowni _ . . zl gr  Podpis przyjm. —■ : ■ zi gr  Podpis przyim. Odcinek dla poczty Odcinek dla wpłacającego Zł . gr. . . zł. gr. . . słownie złotych słownie złotych >s ■ gioszy ___ ^ ^ wyfej >s groszy = jakwyzej -n w m 0) JO c wpłacający *D W i'g wpłacający O O Wydawnictwo „W drodze” Wydawnictwo „W drodze” ul. Kościuszki 99 ul. Kościuszki 99 60-920 Poznań 60-920 Poznań PKO BP II Oddział Poznań PKO BP II Oddział Poznań 10204030-72430-270-1 10204030-72430-270-1 Oplata * ; Oplata CO : O « i O ' X Wypełnić na odwrocie zl gr. zl gr.
		

/0112_0001.djvu

			wI drodze Prenumerata na okres mies. od  Kontakt w Polsce: (dotyczy prenumeraty zagranicznej): wI drodze w^drodze PRENUMERATA KRAJOWA 1999 kwartalna 15,00 zł półroczna 30,00 zł roczna 60,00 zł Prenumerata zagraniczna (wysyłka pocztą zwykłą) jest o 100% droższa
		

/0113_0001.djvu

			Cennik reklam w miesięczniku widrodzę Wymiary Cena (szer. x wys.) czarno-białe kolor IV str. okładki 1 str. 11,3 x 17,3 cm 1500 zł 2100 zł 1/2 str. 11,3 x 8 cm 1200 zł 1 700 zł III str. okładki 1 str. 11,3 x 17,3 cm 900 zł 1/2 str. 11,3 x 8 cm 450 zł Str. 111 i 112 1 str. 11,3 x 17,3 cm 600 zł 1/2 str. 11,3 x 8 cm 300 zł Do ceny doliczany jest podatek VAT w wysokości 22%. Zniżki: • za trzykrotną emisję — 10% • za czterokrotną i więcej — 15% • za gotowy materiał — 5% NIE ZAMIESZCZAMY OG�?OSZE�?, KTÓRE PROPAGUJĄ TREŚCI SPRZECZNE Z PROFILEM NASZEGO PISMA. Zainteresowanych umieszczeniem reklam w miesięczniku „W drodze" prosimy o kontakt: Wydawnictwo „W drodze", 60-920 Poznań, ul. Kościuszki 99 tel./fax (0-61) 852-39-62, tel. (0-61 ) 852-31-34.
		

/0114_0001.djvu

			CZAS NA REKOLEKCJE WIELKOPOSTNE total utgntU, list owa biblioteka Brat Efraim REKOLEKCJE DLA TWARDZIELI Książka założyciela Wspólnoty Błogosła¬ wieństw stanowi zbiór czterech konferencji rekolekcyjnych wygłoszo¬ nych do młodzieży. Brat Efraim odwołując się do najnowszych badań prenatalnych ukazuje źródła niedojrzałości emocjonalnej (tzw. kompleksu "Piotrusia Pana") i jego przejawy we współczesnym świecie (w kulturze m.in. u Charlie Chaplina, Stevena Spiel¬ berga, Dustina Hoffmana, Simona & Garfunkla...) Zadzwoń lub napisz. Prześlemy Ci pełną ofertę naszych LISTOWYCH wydawnictw. Nasz adres: Stowarzyszenie Ewangelizacji przez Media LIST, ul. Dominikańska 3/12, 31-043 Kraków, tel. (012) 429 54 79, tel/fax (012) 423 11 99, e-mail: list@pp.com.pl, adres strony w Internecie: www.pp.com.pl/list/ V - Mój tata przeczytał i "wymiękł"!