/000000_0001.djvu

			ISSN 0137-480 X Cena 7 zł 381004 miesięcznik poświęcony życiu chrześcijańskiemu 8 (324) 2000 EWANGELIZACJA WŚRÓD ŻYWIO�?U ŚWIATA
		

/0000_0001.djvu

			DLACZEGO JEZUS ICH NIE OBCHODZI? rozmowa z biskupem Edwardem Dajczakiem po**wi^ rony życiu rhrz< ijańskiemu 8 (324) 2000 WYDAWCA Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W DRODZE ul. Kościuszki 99 60-920 Poznań tel. (061) 852 31 34 tel./faks (061) 852 39 62 www.wdrodze.pl e-mail: miesiecznik@wdrodze.pl REDAGUJE ZESPÓ�? Joanna Brodniewicz Jan Grzegorczyk Katarzyna Karczewska Paweł Kozacki (red. nacz.) WSPÓ�?PRACA Joanna Dąbrowska Irena Kozak Justyna Nowaczyk PRENUMERATA informacja na okładce KONTO PKO BP SA II O. Poznań 10204030-72430-270-1 KONTO DEWIZOWE PKO BP SA II O. Poznań 10204030-72430-270-2161787 DRUK Drukarnia Księży Werbistów Górna Grupa tel. (052) 33 24 954 Cum permissione auctoritatis ecclesiasticae Nie chodzi o bitwę z Owsiakiem. To zmaganie się o człowieka. Myślę, że z panem Owsiakiem różne rzeczy można by robić razem. Zawsze w grę wchodzi dobra wola człowieka, szcze¬ rość intencji i choć odrobinę wspólna płaszczy¬ zna wartości — wystarczy człowiek. Myślę, że na tym świecie zawsze będą bitwy o człowieka i zmaganie dobra ze złem. Jerzy Grzybowski WYCHODZIĆ Z WIECZERNIKA Ogromna część naszego apostolstwa odbywa się wtedy, kiedy o tym nie wiemy. Przez odruch, gest, postawę. Bez apostolskich intencji. Jako rzecz najnormalniejsza w świecie. Śmiem twier¬ dzić, że jest to część najcenniejsza. Wtedy naj¬ bardziej ujawnia się moc Ducha Świętego, a nie własna. Każde nasze słowo, postawa, każdy gest, poprzez który jesteśmy bliżej Boga i drugiego człowieka, oznacza otwarcie się na moc Du¬ cha Świętego. Zdzisław Nowicki PARTIA ŚWI�?TYCH Syn męczennika za wiarę katolicką napisał: „Nigdy nie czytałem Biblii. Kiedy poznałem prawdę o mordzie popełnionym na moim ojcu i jego towarzyszach, zwłaszcza zaś epilog spra¬ wy— uwierzyłem, że szatan istnieje". To bodaj najbardziej bolesne wyznanie, jakie zdarzyło mi się usłyszeć na Wschodzie... Na okładce: APOSTO�?OWIE PIOTR I PAWE�? Nowogród, połowa XI wieku Redakcja dziękuje Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego za pomoc finansową w wydaniu tego zeszytu.
		

/0001_0001.djvu

			Drodzy Czytelnicy, sierpień jest dla mnie miesiącem dominikańskim. Ósmego wspominamy świę¬ tego Dominika, siedemnastego świętego Jacka, a do nowicjatu przyjmowani są młodzi ludzie, którzy po roku — również w sierpniu — składają swoje pierwsze śluby. Dlatego nieprzypadkowo tematem aktualnego zeszytu uczyniliśmy apo¬ stolstwo, wpisane w istotę charyzmatu dominikańskiego. Niestety zbyt często wychodzenie ewangelizatorów z wieczernika kojarzo¬ ne jest z posługą kapłańską. Bardzo powoli przyjmujemy w Kościele, że jest to powołanie każdego ochrzczonego. Zauważmy, że kiedy Pan Jezus „przywołał do siebie dwunastu i zaczął ich rozsyłać po dwóch", to głosicielami dobrej nowiny nie uczynił kapłanów czy uczonych w Piśmie, ale ludzi świeckich. Je¬ den był rybakiem, inny celnikiem. Sam Mistrz z Nazaretu był — jak mówi Tra¬ dycja — cieślą. Gdy apostołowie zostali po raz pierwszy rozesłani, otrzymali od Jezusa wskazania, by „nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie". Początkiem ich przepowiadania nie były słowa, ale sposób życia. Wyzbyli się majętności, by wskazać, że swój skarb ulokowali w niebie. Szli po dwóch, by ich jedność mówiła, że miłość jest możliwa. Zgod¬ ność słów i czynów jest gwarancją wiarygodności głoszonego orędzia. Często w rozmowach słyszę, że ktoś nie czuje się powołany do ewangeliza¬ cji, bo jest zbyt ubogi intelektualnie i duchowo, by opowiadać innym o wierze. Myślę, że Pan Jezus uprzedził takie wymówki, nakazując apostołom wyrzecze¬ nie się bogactwa. Nie chodziło Mu tylko o wymiar materialny. Apostołowie nie byli intelektualnymi ani duchowymi gigantami. Nie mieli czerpać z zasobów swojej osobowości ani głosić mądrości tego świata, „tylko Chrystusa ukrzyżo¬ wanego, który jest głupstwem dla pogan i zgorszeniem dla żydów" Święty Dominik mówił, że zapalać może ten, kto płonie, dlatego rozmawiał tylko z Bogiem albo o Bogu. Potrafił czynić to na tyle umiejętnie, że przemawiał do każdego w języku najbardziej dla niego zrozumiałym. Podobnie każdy apos¬ toł zaproszony jest do takiej bliskości z Bogiem, by usłyszeć poszukujących, zbuntowanych i obojętnych, którzy nigdy sami nie przekroczą progu kościoła. Dotrze do nich ten, który opuści utarte drogi tradycyjnego duszpasterstwa i w indywidualnym kontakcie będzie miał odwagę zapuścić się na bezdroża ich lęków, obaw czy pytań... �?atwiej będzie to osiągnąć chrześcijaninowi, spotyka¬ jącemu zagubionych w ich codzienności. Paweł Kozacki OP
		

/0002_0001.djvu

			SPIS TREŚCI EWANGELIA NA PRZYSTANKU 4 DLACZEGO JEZUS ICH NIE OBCHODZI? rozmowa z biskupem Edwardem Dajczakiem 17 Ks. Artur Godnarski KIEDY JEZUS PRZYCHODZI W GLANACH 26 Ks. Andrzej Draguła DWA PRZYSTANKI, DWA ŻYWIO�?Y ■ WŚRÓD ŻYWIO�?U ŚWIATA 31 Jerzy Grzybowski WYCHODZIĆ Z WIECZERNIKA 42 Marek Przepiórka OTO POSY�?AM CI�?... ■ SYLWETKA 49 Dariusz Kulesza SZCZ�?ŚLIWIE NIESPE�?NIONE NAWRÓCENIE ■ BIBLIA W R�?KU CHRZEŚCIJANINA 59 Ewa Madeyska ZBUDŹ SI�?, O ŚPIĄCY ■ OPOWIADANIE 67 Waldemar Borzestowski BERTA ■ LISTY ZE ŚWIATA 73 Zdzisław Nowicki PARTIA ŚWI�?TYCH
		

/0003_0001.djvu

			■I FELIETON 80 Jan Góra OP NIE TYMI S�?OWAMI, �?ASKAWY PANIE! Ü CZYTELNICY W DRODZE 83 Andrzej Kilichowski, Elżbieta Kegel, Ania Żabińska HU KRONIKA 87 opracowanie na podstawie serwisu KAI ■I ORIENTACJE 89 OPATRZNOŚCIOWY WYBÓR rozmowa z Georgem Weiglem 95 Andrzej Babuchowski MONOLOG DUSZY 100 Krzysztof Kornacki BIBLIA PAUPERUM DLA INTELIGENCJI ■I KIEDY SI�? MODLISZ 105 MODLITWA DO ŚWI�?TEGO JACKA ■ SZUKAJĄCYM DROGI 106 OFIARA ABRAHAMA
		

/0004_0001.djvu

			Dlaczego Jezus ich nie obchodzi? z biskupem Edwardem Dajczakiem rozmawia Jan Grzegorczyk Między Przystankiem Jezus, na który jeździł Ksiądz Biskup, a Przystankiem Wood- v -, ^ stock pana Owsiaka nie doszło do otwar¬ tej wojny Tym niemniej stosunki nie były —zbyt sympatyczne. Obciążając w dużej mie¬ rze winą ewangelizatorów, Jerzy Owsiak # wyprowadził swoją imprezę z Żar i chciał ją przenieść do Lęborka. On i jego zwo¬ lennicy podkreślali, że przyjeżdżacie na Woodstock w przekonaniu, że musicie na¬ wracać upadłą młodzież. Bezustannie powtarzałem, że idziemy do ludzi z pełnym szacunkiem, że nie idą lep¬ si do gorszych. Różnimy się tylko i równocześnie aż tym, że z łaski Boga mieliśmy szczęście spotkać Jezusa. Dla nas jest On życiem, radością, siłą i tym pragniemy się podzielić. Nie można nam zarzucić, że tego nie robili¬ śmy albo że nie chcieliśmy tego robić i że odnieśliśmy się z pogardą do drugiego człowieka. Oczywiście, mogła nastąpić słabość pojedynczych ewangelizatorów, o czym nie wiem, bo nie sprawuję nad wszystkimi kon¬ troli. Natomiast plan był taki, że muzyką, słowem, świadectwem, chlebem i wszelką pomocą pokazujemy, kim jest Jezus i Jego Kościół. Czy Ksiądz Biskup nie sądzi, że zasadniczą przyczyną konfliktu było to, iż Woodstock w rozumieniu organizatorów i przyjeżdżającej tam młodzieży miał być przystankiem „ od Jezusa ”? Ludzie ci chcieli odpocząć od Boga, od religii, a wy nie pozwalaliście im żyć na luzie, grzeszyć, zapomnieć o rodzinie, szkole, zasadach. Oni są przejęci starym hasłem Owsiaka: „Rób- ta, co chceta ”, a wy im mówicie, że są przykazania i zasady moralne. 4 EWANGELIA NA PRZYSTANKU
		

/0005_0001.djvu

			ROZMOWA Z BISKUPEM EDWARDEM DAJCZAKIEM Generalnie takiej tezy nie można postawić, ponieważ na Woodstock bar¬ dzo wielu — wydaje się, że większość — to ludzie wierzący. Myśmy ich spotykali. Na przykład kiedy nasze grupy ewangelizacyjne witały na dwor¬ cu przyjeżdżających, pytając, skąd przybywają, padła błyskawiczna odpo¬ wiedź: „Parafia Matki Bożej w Wałbrzychu”. Dlatego uważam, że nieobec¬ ność Kościoła na Woodstock byłaby przedziwna i niezrozumiała. Niektórzy nie mieli pojęcia, że tam trwa ewangelizacja, ale gdy się o tym dowiedzieli, zareagowali bardzo pozytywnie. Niektórzy mieli ochotę się w nią włączyć. Druga sprawa: większość obecnej tam młodzieży — być może poza grupami satanizującymi, gdzie zło jest w programie działania — nawet tej znajdującej się w moralnej biedzie, przyjeżdża i w sposób dramatyczny szuka obecności drugiego człowieka. Jeśli wcześniej niż czło¬ wieka młodzi znajdą alkohol czy narkotyki, to one w nich robią swoje. Wówczas zachowują się tak, jak się zachowują. Wszelkiego typu używki i środki odurzające są przyczyną brutalnego wyuzdania. Część ewangelizatorów, która nie miała doświadczenia Jarocina lub po¬ dobnej ewangelizacji, w pierwszych chwilach bała się iść w ten tłum. Szyb¬ ko jednak okazało się, że znalazło się pośród niego bardzo dużo chętnych do rozmowy, a wielu innych z wdzięcznością przyjmowało serdeczne sło¬ wo lub udzieloną pomoc. Okazało się również, że wielu, choć nie żyje na¬ uką Jezusa, sporo o Nim wie i nie zadawala się banalnymi stwierdzeniami. Młodzi czytają teksty o chrześcijaństwie i innych religiach, tylko nie wie¬ dzą, co z sobą zrobić. Jadą na Woodstock, bo tam się coś dzieje. Nie mam poczucia, że nasza obecność tej młodzieży przeszkadza. Oczywiście poza wyjątkami. Czyli nie można mówić, że Woodstock to zjazd młodzieży pogańskiej? Nie. Wydaje mi się, że obserwujemy tam dramatyczną mieszaninę pięk¬ nych i smutnych postaw, z jaką mamy do czynienia w życiu współczesnym. Na Woodstock jest to skondensowane jć k w pigułce i dlatego tak jaskrawo widoczne. Niebezpieczeństwo tkwi w tym, że większa liczba bardzo mło¬ dych, niedoświadczonych ludzi, przy bniku osłony i w klimacie moralnego luzu, doświadczy tam jednak zła. EWANGELIA NA PRZYSTANKU 5
		

/0006_0001.djvu

			DLACZEGO JEZUS ICH NIE OBCHODZI? Siostra Teresa Szatkowska, jedna z ewangelizatorek, napisała w swojej relacji z Woodstock: „ Widziałyśmy przedsionek piekła ” Myślą, że takie stwierdzenia szalenie denerwują organizatorów Przystanku Woodstock, któ¬ rzy widzą tą imprezą jako manifestacją wspaniałej młodości, radości. W wypowiedziach pana Owsiaka widzę pewne idealizowanie tego wy¬ darzenia. Rozumiem, że jako organizator, chce tam widzieć dobro. Może je nawet zakłada. Nigdy z nim nie rozmawiałem, choć przyznam, że był czas, kiedy miałem ochotę się z nim spotkać. Jednak nie zgadzam się z jego jed¬ noznacznymi ocenami wydarzeń. Między namiotami widzimy małolatów, próbujących uwolnić się od świata, który czegoś od nich wymaga. To jest charakterystyczne dla imprez, gdzie muzyką, luzem, jednym czy drugim kuflem piwa wywołuje się stan podniecenia, w którym młodzież podejmu¬ je działania i decyzje, jakich w innej sytuacji by nie podjęła. My mówimy im, że zło jest złem i że jeśli ktoś traktuje tę imprezę jako okazję do wyuz¬ danego wyżycia się np. seksualnego, to popełnia błąd, choćby deklarował, że jego dekalog nie obowiązuje. Patrzymy na to wszystko w świetle ewan¬ gelii, która jest dla nas programem, sprawdzającym się przez dwa tysiące lat, ale posądzanie nas o pogardzanie tymi ludźmi jest nie w porządku, bo właśnie ewangelia zobowiązuje nas do traktowania ich — gubiących drogi — z miłością. Pana Owsiaka denerwuje również to, że ewangelizatorzy uważają, iż jedynie oni wychowują młodzież. Tymczasem w wywiadzie udzielonym „ Wię¬ zi” mówi on tak o Woodstock: „Tutaj posłuchaj muzyki, którą dla ciebie przygotowaliśmy, a następnie usłysz z tej sceny kilka prostych słów: bądź mądry, spróbuj przeżyć swoje życie tak, abyś mądrze wybierał, żebyś popa¬ trzył na świat z jakąś wiedzą, której mnie akurat nigdy nie udało się po¬ rządnie zdobyć. Przede wszystkim ucz się języków obcych. (...) Mówimy też wyraźnie «Stop przemocy! Stop narkotykom!» i to ma oczywisty wymiar wychowawczy ” To są piękne hasła i nikt nie zaprzecza ich słuszności. Nigdzie również nie głosimy, że tylko nasze wspólnoty mogą głosić i czynić dobro. Staramy 6 EWANGELIA NA PRZYSTANKU
		

/0007_0001.djvu

			ROZMOWA Z BISKUPEM EDWARDEM DAJCZAKIEM się być razem ze wszystkimi, którzy dobro głoszą i czynią. Wydaje się jed¬ nak słuszne stwierdzić, że trudnych problemów nie rozwiązuje się hasłami, ale konkretnymi czynami. Na Woodstock jest zbyt dużo okazji do niewłaś¬ ciwych moralnie postaw, nabycia alkoholu, narkotyków, a wyłapanie mi¬ zernej liczby dystrybutorów wydaje się poświadczać słuszność naszych nie¬ pokojów. To nieprawda, że brak rozróby potwierdza poprawność wood- stockowego klimatu. Szliście do miejsca, gdzie się działo zło, i mówiliście, że to zło się dzieje. Czy nie można by równie dobrze udać się do miejsc rozpusty, do agencji, na ulice prostytutek? W tego typu instytucjach zło jest zaprogramowane, tam się na tym bru¬ talnie robi pieniądze. Na Woodstock przyjeżdżają ludzie poszukujący, po¬ gubieni, jak również pełni ideałów, których przyciąga muzyka. Ta rzesza nie jest jednoznacznie określona. Niektórzy przyjeżdżają po prostu się za¬ bawić. I tak jak przyjechali fajni ludzie, takimi również i wyjechali. Tam jest ogromna różnorodność. Często w polskim Kościele padało hasło z odcieniem przygany czy iro¬ nii: „Jestem katolikiem, ale... ” i tych wszystkich, którzy mieli jakieś „ale” traktowano z góry Natomiast na imprezach „młodzieży zagubionej” hasło ewangelizatorów jest nieraz odwrotne: „Mówisz, że jesteś daleko od Ko¬ ścioła, daleko od Boga, ale... Ale my wierzymy, że na dnie twej duszy jest prawdziwe dobro, pragnienie Boga ” Z jednej strony Kościół ma pretensje do tych, którzy mówią „ale” a z drugiej biegnie do tych, którzy się od Kościoła odwrócili. Czy nie jest czasem tak, że wyrzuca się ludzi, którzy chcieliby dyskutować, a potem szuka się ich w rynsztoku? Brakuje mi w podstawowym, zwyczajnym programie duszpasterskim Kościoła w Polsce propozycji skierowanych do ludzi będących w drodze ku ewangelii. I myślę, że właśnie w takich miejscach jak Woodstock, gdzie było kilkunastu księży, ponad osiemdziesięciu kleryków, siostry i rzesza młodych świeckich, Kościół uczy się tej postawy. EWANGELIA NA PRZYSTANKU 7
		

/0008_0001.djvu

			DLACZEGO JEZUS ICH NIE OBCHODZI? Oczywiście, ja również jestem przeciwny, gdy widzę, że ktoś przez to „ale” chce pokazać, jak bardzo jest nowoczesny i gdy z tej przyczyny wyci¬ na kawałek dekalogu. To jest nie do przyjęcia. Natomiast co innego, gdy ktoś powie: „Chcę bardzo żyć z Jezusem, ale mam wiele wątpliwości; prag¬ nę, ale nie potrafię”, czy też: „Jestem za słaby”. Przecież wszyscy klękamy przy konfesjonale i spowiadamy się z tego „ale”, które zrobiliśmy w życiu. Boję się deklaratywnych „ale”, które są swoistym szpanem. Co innego, gdy ktoś mówi: „Mam wątpliwości” Naprawdę to inaczej brzmi i jest inną ja¬ kością. Jedno „ale” nie jest równe drugiemu. Mnie słowa Biskupa przekonują, ale... Jeżeli młody, zbuntowany i pew¬ ny swego człowiek uważa, że w zgodzie ze swym sumieniem inaczej by ume¬ blował sprawy w Kościele, to trudno od niego oczekiwać, żeby obłudnie stwierdzał, że ma wątpliwości. On wie, on jest całym sercem przekonany, że ma rację... Co z nim zrobić? To jest luka w duszpasterstwie. Mamy program dla tych w pełni wierzą¬ cych. Dla tych, którzy się spowiadają. Nie mamy jednak stałych propozycji duszpasterskich dla ludzi, którzy poszukują. To jest paląca sprawa i im szyb¬ ciej zareagujemy, tym lepiej dla wszystkich. Na Woodstock ludzie nie grali, byli prawdziwi — no, może było trochę dopuszczalnego młodzieńczego szpanu. Młode pokolenie jest bardziej szcze¬ re niż pokolenie średnie. W średnim jest, niestety, więcej niedobrej układ- ności i hipokryzji. Na Woodstock młodzi mówili: „Jesteście chrześcijana¬ mi (to było negatywne), a jesteście tacy fajni” Ale również tak: „Jezus mi się podoba, On jest OK. Ale wy mi się nie podobacie” A dlaczego się nie podobacie? Bo... Młodzi na przykład mają awersję instytucjonalną. I często z tym przesadzają. Bywa tak, że spotkali się ze sztywną parafią, gdzie miłość jest przywalona bezdusznym prawem, gdzie jest więcej Starego Testamentu niż Nowego. 8 EWANGELIA NA PRZYSTANKU
		

/0009_0001.djvu

			ROZMOWA Z BISKUPEM EDWARDEM DAJCZAKIEM Mówią, że Ksiądz jest biskupem, który nie zbiskupiał. Oznacza to mię¬ dzy innymi, że z taką samą pasją żyje problemami młodzieży, jak wówczas, gdy był szeregowym księdzem. Że nie chce wymyślonych raportów na jej temat, tylko sam się jej przygląda. Zna Ksiądz hasło: „Księża na księżyc” krzyczane pod pałacami biskupimi. Czy Ksiądz, zostawszy biskupem — i znając poglądy młodzieży —powiedział sobie, że będzie inaczej sprawo¬ wał swą funkcję? W styczniu 1990 roku przyjąłem święcenia biskupie. Przeżywaliśmy wówczas czas powrotu religii do szkół. Postanowiłem, że w czasie odwie¬ dzin parafii i szkół będę się spotykał z najstarszymi klasami. I robię to regu¬ larnie do dziś. Na tej biskupiej katechezie uczniowie mogą mi zadawać wszystkie nurtujące ich pytania. Piszą je najczęściej na kartkach, bo wiem, że czasem się krępują, by wstać i zapytać. Pamiętam, że na pierwszej lekcji nastąpił potworny atak. Powtarzano wszystkie zarzuty i slogany przeciwko katechezie słyszane w telewizji. Powiedziałem: „Ja będę słuchał, pisał, tyl¬ ko na koniec dajcie mi czas, żebym odpowiedział”. Rozstaliśmy się sympa¬ tycznie, bo szczerość w takich sytuacjach łagodzi agresję. W zestawach pytań, które otrzymuję, powiększa się sfera dotycząca mojego życia. Pytają o moją wiarę, o to, co robię z pieniędzmi, jak żyję, czy pomagam ubogim, o celibat, o wszystko. Jest to czasem młodzieńczo za¬ dziorne, bo oni w ten sposób mnie weryfikują, poszukując świadka. Jeżeli potraktuję ich poważnie i okażę się w ich oczach choć trochę wiarygodny, to zaczyna się dialog o wierze. Może podam przykład. Na jednym ze spot¬ kań, w czasie takiej ostrej dyskusji usłyszałem: „Ewangelia, Jezus jest OK, ale żyć się tym dzisiaj nie da”. Nie dając za wygraną, chciałem ich przeko¬ nać, że jednak się da żyć dzisiaj ewangelią. Wówczas usłyszałem z ust jed¬ nego z chłopaków: „No dobrze, niech więc biskup powie, skąd ma siłę” Wiedziałem jedno, że oni nie czekają na kilka mądrych cytatów i moraliza¬ torskich pouczeń. Powiedziałem więc: „Przepraszam, jestem biskupem, powinno być ze mną lepiej, niż jest, ale ja mam trochę odcisków na kola¬ nach od klęczenia, jak chcecie, to możecie sobie sprawdzić” W tym mo¬ mencie zrobiła się taka cisza jak w czasie przeistoczenia, a pytania zmieni¬ EWANCELIA NA PRZYSTANKU 9
		

/0010_0001.djvu

			DLACZEGO JEZUS ICH NIE OBCHODZI? ły jakość. Nie mówiono już w kategoriach „można — nie można”, a poja¬ wiły się pytania o to, jak się nauczyć modlitwy itp. Nie uważam się jednak za innego biskupa, to jest przecież normalne, że każdy człowiek ma swój styl. W Kościele są różne pokolenia. Komuś może mój styl nie odpowiadać. Czyja chciałem być innym biskupem i za coś dzi¬ siaj przepraszam? Tak, chcę przepraszać za to, co we mnie jest niewystar¬ czająco ewangeliczne, by przekonywało innych. Jestem zwolennikiem tej prawdy, którą tak pięknie wyartykułowała Matka Teresa. Kiedyś dziennikarz zapytał ją, który z problemów w Kościele jest największy, co by należało zmienić, a ona odpowiedziała: „Ja i pan. Jak my się zmienimy, to Kościół będzie lepszy” To normalne, że zanim otworzę usta do głoszenia ewangelii, muszę zmagać się ze sobą o zgodę na osobiste przyjęcie tego słowa. Czy ta pokora i świadectwo modlitwy są dla młodzieży rzeczywiście tak przekonujące? To pokolenie, zarzucone słowami, doświadczające pięknych i bez skru¬ pułów nie dotrzymywanych obietnic, przekonuje świadectwo. Na szczę¬ ście jest ono wrażliwe na nie i na wszelki autentyzm. Młodzież mówi krótko: biskup jadący mercedesem i mieszkający w pała¬ cu nie jest dla nas wiarygodnym świadkiem ewangelii. Zgadza się. Chociaż ja też mieszkam w ładnym domu w Gorzowie i nie¬ raz czuję się źle, dlatego że jest on taki ładny. Robię, co mogę, żeby był otwarty. W tym domu nie zdarza się, żeby ktoś zadzwonił, nawet ten nie bardzo trzeźwy, i nie dostał jeść. Nie może przecież być takiego biskupiego domu, z którego człowiek odszedłby głodny. Ustaliłem z siostrami, że jeśli ktoś głodny zadzwoni, muszą go nakarmić. Płotów okalających pałacyk biskupi nie rozwalę, ale staram się otwierać bramy. Tak samo drzwi swoje¬ go samochodu otwieram autostopowiczom, choćby byli prowokacyjnie ubrani. Zresztą Woodstock nauczył mnie większego rozumienia tych ludzi. Wcześniej bardziej się ich obawiałem, tak jak wielu ludzi się boi. Na placu 1 0 EWANGELIA NA PRZYSTANKU
		

/0011_0001.djvu

			ROZMOWA Z BISKUPEM EDWARDEM DAJCZAKIEM Woodstock niepokój mnie opuścił. Ten strój —jeżeli nie jest pustym szpa¬ nem — to jest najczęściej krzykiem: „Zauważcie mnie wreszcie!” Można się oczywiście pomylić, bo można mieć do czynienia z człowiekiem zapro¬ gramowanym przez grupę satanistyczną, ale ja to ryzyko podejmuję, bo wiem, że najczęściej jest to człowiek wołający o zwrócenie na niego uwagi. Myślą, że biskup może mieszkać w pałacu, ale wokół niego nie może być kordonów sióstr, sekretarzy i kapelanów, broniących dostępu zwykłym śmier¬ telnikom. Zasadą winno być to, że biskup jest dostępny. Potrzebna jest jednak ja¬ kaś osłona, ponieważ człowiek kierujący diecezją musi zachować swoją przestrzeń. Jeśli dopuści do tego, że co pięć minut będzie szedł do drzwi, to kiedy znajdzie czas na modlitwę, lekturę, przemyślenia, a dalej duszpaster¬ skie inspiracje i kierowanie diecezją? Jednak współczesny człowiek bar¬ dzo potrzebuje osobistego kontaktu i trzeba o tym pamiętać. Często w se¬ minariach głoszę rekolekcje, ale potem rozmawiam indywidualnie, bo dzi¬ siaj każdemu (również klerykowi) zdecydowanie mniej wystarcza ogólne przesłanie. Próbuję z tego wyciągać wnioski. Wróćmy do Woodstock. Czy pogląd Księdza Biskupa, że należy tam jeź¬ dzić, jest powszechny w episkopacie? Raz tylko usłyszałem, że nie należałoby tam iść. Natomiast zwykle sły¬ szę: jeśli umiesz, to idź. Dla mnie Woodstock jest tylko koncentracją zjawi¬ ska, które w formie rozdrobnionej spotykamy w każdej parafii. W zeszłym roku któryś z liderów grupy rockowej, dający świadectwo, krzyknął: „Pan Jezus Cię kocha”, a w odpowiedzi usłyszał: „A ja mam Go w d...” Muzyk niezrażony ciągnął dalej dialog: „Ale On cię kocha i stam¬ tąd” Jakie są granice dialogu z młodzieżą? Młodzież na Woodstock używa często wulgarnego języka. Ale przecież nie tylko tam. Wystarczy przejść się ulicą, by się przekonać, co się stało EWANGELIA NA PRZYSTANKU 1 1
		

/0012_0001.djvu

			DLACZEGO JEZUS ICH NIE OBCHODZI? z naszym językiem. Młodzi często bezwiednie, nawet mówiąc, że kochają Jezusa, używają wulgarnego słowa. To zdanie, które pan przytoczył, zna¬ czy tyle, co: „Mnie On nie obchodzi” Tak to należy zinterpretować. Jeżeli tak jest, to Kościół nie może się obrazić i zostawić tego człowieka. Powi¬ nien sobie stawiać pytanie, dlaczego temu młodemu człowiekowi Pan Je¬ zus jest obojętny. Musi spróbować opowiedzieć mu o Jezusie, którego on nie zna, bo z różnych powodów nie spotkał Go w swoim życiu. Być może — tak jest często —jest to życie bez świadków nie tylko wiary, ale i czło¬ wieczeństwa, szalenie zagmatwane i smutne. Bywa przecież i tak pośród tych ludzi, że nie potrafią zbudować jednego zdania bez przekleństwa. Widziałem człowieka, który po latach poszedł do spowiedzi, a potem, szczęśliwy, z płonącymi oczami mówił, klnąc siarczy¬ ście, jak kocha Jezusa. Mówił to w taki sposób, że przeciętny katolik uznał¬ by to za bluźnierstwo. I ja tego powtórzyć nie mogę, bo to się nie nadaje do druku. To oczywiste, że trzeba młodych uczyć innego języka, a to przecież wymaga czasu. Dzisiaj w myśleniu tego człowieka, w jego woli i w języku, którym się posługuje, nie ma intencji bluźnierstwa. Przekonuję się o tym wielokrotnie. Spotykam się z opinią, że nie można głosić Jezusa pomniejszonego, ogra¬ niczonego, że o pewnych sprawach nie można rozmawiać poniżej godności dziecka Bożego, natomiast Ksiądz Biskup powiedział mi kiedyś, że nie ma łudzi straconych dla Pana Boga, że ewangelizować można nawet w przed¬ sionku piekła. Nie tylko można, ale trzeba. Dla mnie swoistym wzorcem jest ksiądz Guy Gilbert, Ksiądz wśród bandziorów, jak brzmi tytuł jednej z jego ksią¬ żek. Jest wiarygodny, bo wytrzymał w środowisku przestępczym, w tym najtrudniejszym ze światów, ponad 30 lat. To wystarczy, żeby powiedzieć, że on tych ludzi kocha. Uznajemy przecież, że małżonkowie, kochający się przez trzydzieści lat, są wiarygodnymi świadkami pięknej miłości. Guy napisał w książeczce Bóg, moja pierwsza miłość, że jego podopieczni mają zasób mniej więcej dwustu słów i on musi się w świecie tych słów poru¬ szać. Każde inne słowo jest dla nich niezrozumiałe. Tu się niczego nie po- 1 2 EWANGELIA NA PRZYSTANKU
		

/0013_0001.djvu

			ROZMOWA Z BISKUPEM EDWARDEM DAJCZAKIEM mniejsza, lecz, idąc w to środowisko, trzeba używać takich słów, by czło¬ wiek, do którego się zwracam, rozumiał, o czym mówię, bo inaczej, to co da takie gadanie? Dla wielu nie jest to najprzyjemniejsza sytuacja, ale tak wygląda ta część naszej rzeczywistości. W swoich kazaniach za wszelką cenę szukam najpełniejszego, egzysten¬ cjalnego zakorzenienia dla głoszonej prawdy. Szukam sytuacji, które poka¬ żą człowiekowi, co się z nim dzieje, gdy pozwoli, by Bóg go dosięgnął. I kiedy na przykład na bierzmowaniu mówię, że Duch Święty coś sprawia, próbuję to zobrazować, zilustrować, udowodnić życiem. Jeśli tego nie po¬ każę, to rozważanie pozostanie dla dużej części zgromadzonych wyłącznie pobożnym gadaniem. Dla młodzieży „przeżyć” jest ważniejsze niż „wiedzieć”. A co my robi¬ my? Katechezy przesadnie przegadane, kazania przegadane, konferencje przegadane. Trzeba tak mówić, żeby wprowadzać ewangelię w doświad¬ czenia młodych ludzi, a więc w ich świat, i wówczas próbować czynić go bardziej Bożym. Liczyć się jednak trzeba z realiami ich życia, z ich osobis¬ tą historią i doświadczeniami. Jeśli użyję języka zbyt dostojnego, to oni nazwą to truciem albo nieekologicznym gadaniem, mową trawą. Chcąc mówić w sposób czytelny i przekonujący, trzeba się zdecydować na odważ¬ ne wejście w problemy tych ludzi i pełniejsze dzielenie ich losu. Wówczas nie jest się kimś z zewnątrz. Żeby przebywać w takich środowiskach, trzeba być nieomal niczym ko¬ mandos, trzeba być przygotowanym na szokujący język, sytuacje, zacho¬ wania, a bywa, że księża są chowani w seminariach w świecie zamkniętym. Myślę, że nie jest tak źle. Byłem w wielu seminariach na rekolekcjach i wiem, że u części alumnów następuje wyraźny proces przemiany. Chcia¬ łoby się, by był szybszy, dobrze jednak, że jest. Trzeba uczyć kleryków i księży większej odwagi i zgody na porzucenie mieszczańskiego stylu ży¬ cia. Właściwie wystarczy otworzyć swoje serce i drzwi plebani, a ten świat wedrze się tam jak tajfun. Sytuacja jest na tyle dobra, że ludzie czekają na człowieka, który im okaże trochę serca. Wystarczy do ludzi iść z miłością i nie ma sprawy. EWANGELIA NA PRZYSTANKU 1 3
		

/0014_0001.djvu

			DLACZEGO JEZUS ICH NIE OBCHODZI? Tak jest właśnie na Woodstock. To jest poligon dla młodych księży. Po paru godzinach ewangelizacji ludzie byli spokojni i uśmiechnięci, nato¬ miast jak przyjechał ktoś z gości — świecki czy duchowny — i prowadzili¬ śmy go na plac Woodstock, to kulił się i bał. I nie bardzo potrafił się w tym wszystkim znaleźć. Trzeba ten świat wpuścić w siebie albo w niego wejść. Na Woodstock jedziemy, bo tam jest dużo takich ludzi, którzy już do nas sami nie przyjdą. Chłopak z Woodstock wchodzi do kościoła i łzy mu płyną, bo po pięciu latach wszedł do niego po raz pierwszy i go złamało. Takie jedno wydarzenie wystarczy, żeby chcieć Przystanek Jezus zorga¬ nizować. Mówiliśmy o języku, ale czy problem da się sprowadzić do kwestii języ¬ ka? Wchodzi Ksiądz Biskup między namioty, gdzie nie tylko ktoś powita Księdza: „ O kurwa, cześć księżulku ”, w czym można by się jeszcze doszu¬ kiwać nieporadnie wyrażonej sympatii. Ten człowiek w tym samym mo¬ mencie może jednak ćpać, pić, współżyć na trawie czy w błocie. I Ksiądz jest zmuszony zaakceptować już nie tylko człowieka grzesznego, ale w trakcie popełniania grzechu. Co innego, gdy ktoś przyjdzie i powie, że jest naj¬ większym grzesznikiem, a co innego, gdy ksiądz czy siostra zakonna przy¬ patruje się grzechowi. Dam przykład. Jest piękna grupa ewangelizacyjna „Pustynia miast”, są w niej między innymi ludzie nawróceni na spotkaniach ewangeliza¬ cyjnych, którzy później włączają się w ich działanie. To dobry pomysł! Kiedy przyjechali na Przystanek Jezus, zanim jeszcze na dobre rozbili na¬ mioty, poszli omodlić ludzi na placu. W stylu Woodstock zdjęli koszule, wymalowali sobie krzyż na piersi, wzięli różańce do ręki i poszli przez plac, modląc się. Nie zawsze da się coś zrobić słowem lub czynem. Na Przystanku Jezus 24 godziny na dobę był wystawiony Najświętszy Sakrament. Była grupa adoracyjna, która większość czasu spędzała na kolanach, modląc się za tych, którzy poszli między woodstockowiczów. Wszyscy zaś mieli swoje godzi¬ ny modlitwy. Idąc i widząc postawy ludzi, o których pan wspomniał, mo¬ dliliśmy się zawsze za nich. Ta modlitwa nie była dodatkiem czy wynikiem 1 4 EWANGELIA NA PRZYSTANKU
		

/0015_0001.djvu

			ROZMOWA Z BISKUPEM EDWARDEM DAJCZAKIEM niemożności działania, to istotny program ewangelizacji. Jako człowiek jestem kompletnie bezradny wobec grzeszącego człowieka. Ale Bóg jest mocniejszy od grzechu! Dużo ma Ksiądz sytuacji w życiu, gdzie jakby przegrywa człowieka? Wiele się nie udaje. Również przegrana jest losem każdego głoszącego ewangelię. Przegrana po ludzku, bo ja nie wiem, czy Bóg człowieka nie dosięgnie wtedy, gdy jest już poza naszą możliwością kontaktu. W tej per¬ spektywie nie ma sytuacji na pewno przegranych. Trzeba to sobie jasno powiedzieć. Powtarzam to aż do bólu: Kościół jest Jezusa, ja — człowiek w tym Kościele — mam coś do zrobienia, Bóg mnie do czegoś powołał, ale nic więcej. Mam coś do zrobienia, tak jak miał mój Tata i Mama, i ktoś jeszcze inny. Cieszę się, że Kościół coraz częściej mówi o powołaniach, a nie o powołaniu. I wtedy jest wszystko w porządku, bo każdy ma swoje miejsce, swoją Bożą propozycję mądrego, szczęśliwego i owocnego życia. Jan Paweł II powtarza nam, że kiedy każdy ze świeckich uzna się za głosi¬ ciela ewangelii, nie będzie kłopotów z nową ewangelizacją. Sprawą bisku¬ pa jest, żeby ludzi ośmielać do tego. Kościół musi przejść tę drogę. Słuchając niektórych księży, mam wrażenie, jakby między Kościołem i Owsiakiem toczyła się bitwa o młodzież. Kiedyś podobną walkę toczono z Markiem Kotańskim, ale to się zmieniło. Nie chodzi o bitwę z Owsiakiem. To zmaganie się o człowieka. Myślę, że z panem Owsiakiem różne rzeczy można by robić razem. Zawsze w grę wchodzi dobra wola człowieka, szczerość intencji i choć odrobinę wspólna płaszczyzna wartości — wystarczy człowiek. Na tym świecie zawsze będą bitwy o człowieka i zmaganie dobra ze złem. Tak było od początku. Mam nadzieję, że wychodzimy z mentalności totalitarnej, która jest czarno-bia¬ ła, jednostronna i skazująca strony na przepychankę. Wiele rzeczy możemy robić razem, i lekcja Woodstock jest w tej mierze bardzo pomocna. Droga zbliżania do siebie, rozumienia nadchodzi i ta cała szarpanina w czasie dwóch Przystanków obu stronom coś dała. Nie poszło to na marne. EWANGELIA NA PRZYSTANKU 1 5
		

/0016_0001.djvu

			DLACZEGO JEZUS ICH NIE OBCHODZI? Woodstock miał się przenieść do Lęborka. Ostatecznie okazało się, że nie będzie go wcale. Jak Ksiądz Biskup zapełni w swoim życiu pustkę po Przystanku? Całą pierwszą część sierpnia spędzę na pieszych pielgrzymkach naszej diecezji, jak również na „Warsztatach w drodze”, które są ogólnopolską pielgrzymką nauczycieli. Do tego Oazy, obozy Caritas i innych wspólnot charytatywnych oraz wszystkie inne grupy, które w tym czasie odwiedza¬ my. Ani chwili nie będzie pusto ani też nudno. Dziękuję za rozmowę. ur. 1949, biskup pomocniczy diecezji zielonogórsko-gorzow- £ 0 W A R skiej, członek Komisji Episkopatu Polski ds. Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego, był oj- 0 A C Z 4 K cem duchownym i rektorem seminarium duchownego, mieszka w Gorzowie Wielkopolskim. Książka wydawnictwa W drodze JEZUS z Nazarethu ffmMN ümxbMrtfrr Roman Brandstaetter Jezus z Nazarethu Sugestywny i przekonujący psychologiczny por¬ tret Boga-Człowieka w czterotomowej powieści Romana Brandstaettera Część I (tom I i II) stron 488 Część II (tom III i IV) stron 464 cena kompletu w oprawie twardej: 53 zł w oprawie broszurowej: 42 zł 6 EWANGELIA NA PRZYSTANKU
		

/0017_0001.djvu

			Kiedy Jezus przychodzi w glanach KS. ARTUR GODNARSKI Nie lękajcie się powiedzieć „ tak" Jezusowi i iść za Nim jako Jego uczniowie. Wówczas w waszych sercach zagości radość i staniecie się błogosławieństwem dla Polski i świata. Jan Paweł II Z przeszłości słów kilka Od wielu lat w gronie przyjaciół szukaliśmy dróg docierania do młodych ludzi z ewangelią, która jest zawsze tylko i aż propozycją. „Tylko”, ponie¬ waż można ją odrzucić, nie przyjąć jej. „Aż”, bo człowiekowi w jego wol¬ ności nigdy się ona nie narzuca, nie kusi łatwym życiem, nie daje tanich obietnic bez pokrycia. W 1998 roku, podczas intensywnej formacji ewangelizatorów, którą prze¬ żywaliśmy z kilkusetosobową grupą w Gubinie, odwiedził nas biskup Edward Daj czak. Wracał z Żar, gdzie modlił się z ewangelizatorami na placu Woodstock, święcąc postawiony na polu krzyż. Powiedział wówczas, że powinniśmy być tam, gdzie inni potrzebują Jezusa, a tak mało jest tych, którzy mogą dzielić się Nim. Był to ostatni z kursów wakacyjnej Szkoły Nowej Ewangelizacji, po któ¬ rym wielu z ewangelizatorów dołączyło do spotkania na Woodstock. W sercach tych, którzy jeździli do Jarocina, Mrągowa, Gorzowa, rodziło się pragnienie zrobienia czegoś więcej. We wrześniu 1998 roku, podczas spotkania w Paradyżu u rektora Semi¬ narium Duchownego, wraz z biskupem Edwardem i kilkoma księżmi posta¬ nowiliśmy tak pracować cały rok, by dodać odwagi katolickiej młodzieży, z którą działamy na co dzień, i przygotować ją do podjęcia dzieła Nowej Ewangelizacji w takich warunkach, jakie stwarza nam coroczna impreza Przystanek Woodstock. EWANGELIA NA PRZYSTANKU 1 7
		

/0018_0001.djvu

			KS. ARTUR GODNARSKI Zawiązał się komitet organizacyjny ogólnopolskiej inicjatywy ewange¬ lizacyjnej „Młodzi — Młodym” pod sztandarem Przystanku Jezus. Zapro¬ siliśmy do przygotowań młodzież z całej Polski zaangażowaną w życie Kościoła. Jako Wspólnota św. Tymoteusza przyjęliśmy propozycję zorganizowa¬ nia zaplecza całego przedsięwzięcia. Stworzyliśmy biuro, prowadziliśmy korespondencję, umawialiśmy spotkania, podpisywaliśmy umowy. Kiedy wieść o inicjatywie ewangelizacyjnej poszła w świat, bardzo szybko odpowiedzieli na nią muzycy z różnych formacji. Moim doradcą został znany muzyk, Darek Malejonek. Muzycy też chcieli ewangelizować, tak jak po¬ trafią, śpiewem — dlatego powstał pomysł chrześcijańskiej sceny. Było zupełnie inaczej niż przy organizowaniu jakiegokolwiek festiwalu. Nikt nie mówił o pieniądzach, każdy chciał dać coś od siebie, a powód był jeden: „Ja też zostałem znaleziony przez dobrego Boga i chcę innym pomóc” Przygotowania uruchomiły lawinę telefonów, listów i modlitwę wielu naszych przyjaciół z Polski i z zagranicy. Doświadczaliśmy, że Jezus otwie¬ ra przed nami drzwi. Dla mnie był jeszcze jeden ważny głos, który do dziś słyszę. W listopadzie 1998 roku, w czasie kongresu międzynarodowych służb Odnowy Charyzmatycznej, mieliśmy prywatne spotkanie z Janem Pawłem II w Watykanie. W czasie tej audiencji Papież z naciskiem powie¬ dział: „Idźcie pracować w winnicy Kościoła, ponieważ to nie jest czas, by odpoczywać” Cały ciężar bezpośrednich przygotowań przyjęli na siebie ludzie świeccy, mimo swoich codziennych obowiązków. Spotykaliśmy wielu wspaniałych ludzi i wśród księży i biskupów, i między biznesmenami. Pewnego wieczoru zostaliśmy zaproszeni do rozgłośni radiowej i mówi¬ liśmy o tym, co przygotowujemy wraz z młodzieżą dla młodzieży. Otrzy¬ mywaliśmy wiele telefonów ludzi, którzy obiecali swoją modlitwę i popar¬ cie. Kiedy wróciłem nad ranem do domu, wszedłem do biura, by zostawić teczkę. Zobaczyłem, że na sekretarce jest pozostawiona wiadomość. By¬ łem jednak tak zmęczony, że poszedłem spać. W południe odsłuchałem wiadomości i nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę: jeden z biznesmenów deklarował pokrycie kosztów wynajmu sceny dla chrześcijańskich muzy¬ ków podczas Przystanku Jezus. 1 8 EWANGELIA NA PRZYSTANKU
		

/0019_0001.djvu

			KIEDY JEZUS PRZYCHODZI W GLANACH W lutym 1999 roku, kiedy widzieliśmy, że całe dzieło i jego wizja roz¬ szerza się, nabiera odpowiednich kształtów, skontaktowaliśmy się z panem Jerzym Owsiakiem, przedstawicielem Przystanku Woodstock. Z jego ini¬ cjatywy spotkaliśmy się 1 marca w Żarach. Później wiele razy rozmawiali¬ śmy przez telefon. Za każdym razem, kiedy byłem w Warszawie, kontakto¬ wałem się z sekretarzem pana Owsiaka, panem Bogdanem, ale z samym panem Jerzym już nigdy nie doszło do spotkania, ponieważ był zajęty. Nie wiem dlaczego, ale od samego początku wyczuwałem pewną dozę nieuf¬ ności z jego strony. Dostawaliśmy różne listy o treści zupełnie innej niż to, co później można było usłyszeć w mass mediach. I, niestety, tak już zostało do końca. 28 lipca 1999 roku, w Zespole Szkół Zawodowych w Żarach, mieliśmy ostatnie spotkanie organizacyjne, na którym za pośrednictwem pana Bogda¬ na zaprosiłem Jerzego Owsiaka na chrześcijańską scenę w przededniu Przy¬ stanku Woodstock. W kilka dni później otrzymaliśmy zaproszenie od pana Jerzego Owsiaka na otwarcie jego Przystanku. Skorzystaliśmy z niego. Jak się ksiądz zachowuje? Tydzień przed rozpoczęciem Przystanku Jezus nasi bracia i siostry in¬ tensywnie pracowali, by dopiąć wszystko na ostatni guzik. Jeszcze czekały mnie oficjalne spotkania z przedstawicielami służb, domówienie popra¬ wek, poinformowanie o odwołaniu — ze względów bezpieczeństwa — chrześcijańskiej dyskoteki, i można było przyjmować ewangelizatorów z całej Polski. Przyjechało blisko tysiąc osób. Było to doświadczenie pięknej młodzie¬ ży, nie różniącej się prawie w niczym od tej, która za kilka dni przyjechała na pole Woodstock. Rozpoczęliśmy rekolekcjami prowadzonymi przez biskupa Edwarda Dajczaka. Dzień i noc modlitwa przed Najświętszym Sakramentem, a po¬ południami przebywanie z tymi, którzy już wiele wcześniej przyjechali na Przystanek Woodstock. Tym spotkaniom towarzyszyła twórczość chrześci¬ jańskich zespołów muzycznych. Tutaj pod sceną bawiła się młodzież, róż¬ nokolorowa i z różnych subkultur. Chrześcijanin to nie jest człowiek na- EWANGELIA NA PRZYSTANKU 1 9
		

/0020_0001.djvu

			KS. ARTUR GODNARSKI wiedzony, z różańcem w ręku, z głową w chmurach i nie umiejący po ludz¬ ku pogadać i zrozumieć codziennej rzeczywistości. Wspólna zabawa to część chrześcijańskiej spontaniczności, natury młodości, sposobu wyrażania wnę¬ trza i uczuć. Dlatego nieobce były i takie obrazki: Gdy na naszej scenie grał zespół „Tymoteusz”, wraz z moim kolegą Rafa¬ łem zaczęliśmy razem z punkami skakać przy scenie. Po chwili do mojego kolegi podeszła starsza pani i zaczęła go uświadamiać: „Jak się ksiądz za¬ chowuje? Jak ksiądz chce z nimi skakać, to niech zdejmie sutannę!”. Rafał przytulił tę panią i powiedział jej: „Niech mi pani powie, jak mam powie¬ dzieć tym ludziom, że ich kocham i że Jezus ich kocha” W tym czasie podszedł do mnie chłopak z dziewczyną: „Widzimy, że ksiądz jest auten¬ tyczny, może się ksiądz nad nami pomodlić?”. Okazało się, że ładnych kilka lat nie byli w kościele, nie zapamiętali nawet najprostszych modlitw, jednak tego dnia płakali z radości, gdyż zaprosili Jezusa do swojego życia i do¬ świadczyli Jego miłości '. Z momentem oficjalnego otwarcia Przystanku Woodstock, wyłączaliśmy aparaturę na naszej scenie, w czasie gdy na dużej scenie odbywały się kon¬ certy. Tak się wcześniej umówiliśmy. Klimat spotkań był specyficzny, a określało go prawo młodości — szcze¬ rość, bezpośredniość i autentyczność: Podszedł do mnie Piotrek, 2 metry wzrostu, dobrze zbudowany. Wszyst¬ kich, których spotykał na drodze, rozpychał na boki, siarczyście przeklina¬ jąc. Okazało się, że tego dnia nic nie jadł, więc zaproponowałem mu, że przyniosę coś dojedzenia. Akurat został jeszcze wojskowy bigos. Kiedy podawałem mu talerz bigosu z chlebem, popatrzył na mnie z niedowierza¬ niem i zapytał: „To za darmochę? Nie chcesz mnie nawracać?”. „Przecież miłość jest za darmo — odpowiedziałem. — Jeśli nie będziesz chciał, to Jezus do Ciebie nie przyjdzie. On jest dżentelmenem i nie wchodzi z butami w niczyje życie”. Na drugi dzień znowu się spotkaliśmy. Piotrek podbiegł do mnie, zaczął mnie ściskać i krzyczeć: ”To ksiądz dał mi wczoraj jeść, jeszcze trochę, a zacznę wierzyć w tego waszego Chrystusa” Jednak z dnia na dzień było coraz trudniej. Nasz lazaret, czyli miejsce, gdzie zbieraliśmy z pola Woodstock młodzież, która przedawkowała alko¬ hol czy narkotyki, niestety okazał się kroplą w morzu potrzeb: 20 EWANGELIA NA PRZYSTANKU
		

/0021_0001.djvu

			KIEDY JEZUS PRZYCHODZI W GLANACH W nocy o pierwszej wracałem z adoracji, nagle usłyszałem głos: „Niech ksiądz mi pomoże, bo zaraz umrę!”. Odwróciłem się i zobaczyłem młodego człowieka. Miał może 18 lat. Był akurat „na gigancie”. Okradli go z pienię¬ dzy, ubrań, nie miał gdzie spać, co jeść, okazało się, że jest nosicielem wiru¬ sa HIV. Wziąłem go do lazaretu. Okazało się, że nie ma już miejsca. Ludzie leżą na podłodze, salezjanie jednak, na moją prośbę, znaleźli jakiś kąt do spania dla niego. Jak wielkie było me zdumienie rano, gdy się okazało, że rozmawiał z kapłanem, wyspowiadał się i przyszedł do mnie. Powiedział, że chce rzucić narkotyki. Rozpoczęliśmy starania odnośnie katolickiego ośrodka odwykowego. W wielu sytuacjach, w których się znajdowaliśmy, nie pozostawało nam nic innego, jak tylko modlić się za naszych młodszych braci i siostry, któ¬ rzy doświadczali jedynie złudnych namiastek wolności, przyjaźni czy też bardzo wąsko traktowanej miłości. W tłumie owładniętym unoszącym się kurzem, między namiotami przechadza się młoda dziewczyna z zawieszo¬ ną na szyi kartką, na której widać wyraźny napis: „Oddam się za 5 zł”, i niestety nie był to żart. Nie brakowało jednak pięknych spotkań. Pewnego dnia do Leszka przy¬ szedł chłopak, którego okradziono i nie miał nawet butów. Jak tu wracać do domu? Leszek, nie namyślając się długo, zdjął swoje jedyne buty i ofiaro¬ wał je oniemiałemu z niedowierzania nastolatkowi. Sam mówił później, że to wielka radość dać, nie spodziewając się niczego w zamian. Innym razem, kiedy w nocy szliśmy z biskupem Edwardem przez pole Woodstock, zadałem mu pytanie, jak czuje się w takiej nowej sytuacji. Odpowiedział z ujmującą prostotą: „Gdyby z tego placu można było zrobić diecezję, chciałbym być jej pasterzem”. Chwilę później w jego ramionach, pod krzyżem postawionym w chrześcijańskiej wiosce, wylądował młody chłopak, który dopiero co odszedł od spowiedzi i radował się tym, że może się spotkać i tak zwyczajnie porozmawiać ze swoim biskupem. Byli na polu także sataniści, młodzież, która najczęściej przez cieka¬ wość lub dla zabawy wchodzi do takich formacji, nie zdając sobie sprawy, że jest kierowana w stronę programowego zła, a kiedy to odkrywa, nie wie już, jak z tego wyjść. Ci nowi próbują grać cwaniaków; szpan i możność ostentacyjnego manifestowania pogardy dla chrześcijan jest ich stylem. Kiedy niektórzy z nich zauważają w końcu, że zbliżają się coraz bardziej EWANGELIA NA PRZYSTANKU 21
		

/0022_0001.djvu

			KS. ARTUR GODNARSKI J ♦ li do totalnego bezsensu, w którym trudno jest żyć, rozpoczyna się wołanie 0 pomoc. Jednego razu odprawiliśmy egzorcyzmy nad satanistą, ponieważ chłopak nie potrafił sobie dać rady z sobą i mimo wcześniejszej spowiedzi, przeżywał nieuzasadniony lęk i niepokój. Po modlitwie doświadczył pełnej wolności dziecka Bożego, wyrzekając się zła. To są chwile i spotkania, które trudno opisać, bo noszą w sobie całe brzemię ludzkiej nieporadności wobec grzechu, pragnienia wolności i bez¬ silności w rozwiązaniu problemów, a zarazem niemożliwego do zdefinio¬ wania doświadczania działania Boga, który przynosi całkowitą wolność 1 dar nowego życia. Gdzie był Bóg? W jakże wielu przypadkach młodzi ludzie na co dzień są samotni, czują się nikomu niepotrzebni, oszukani. Dowiadujemy się o tym z listów, które otrzymujemy, a także od ludzi spotkanych na Woodstock. Z niektórymi z nich utrzymujemy nadal kontakt. To, co spotykamy wśród młodzieży na Przystanku, to nie zawsze tylko chwilowe rozluźnienie i pragnienie dobre¬ 22 EWANGELIA NA PRZYSTANKU
		

/0023_0001.djvu

			KIEDY JEZUS PRZYCHODZI W GLANACH go zabawienia się w odlotowej atmosferze totalnego luzu. To życie, bardzo poważne, krzyczące często ku nam z prośbą o pomoc. Bardzo trudnymi doświadczeniami dla mnie były spotkania z młodymi, którzy zostali wyrzu¬ ceni ze swoich rodzinnych domów i przez cały rok włóczą się po kraju, kombinując, jak przeżyć, bo nie mają dokąd wracać. Chciałbym w tym miej¬ scu oddać głos jednej z naszych sióstr: Pięknie było mówić o Bogu i Jego miłości, choć czasem brakowało słów i argumentów, np. gdy chłopak, który uważał się za satanistę, krzyczał: „Gdzie Bóg był, gdy ojciec mnie bił, gdy matka mnie biła, gdy złamali mi nos?”. Co mu powiedzieć? Jak im to zrekompensować, tym biednym bitym, zaniedba¬ nym, opuszczonym dzieciom, których rodzice nie umieli się nimi zaopieko¬ wać, zajęci swoimi niedosytami, swoją frustracją? Rodziny są chore, rodzą i wychowują chore dzieci, które zakładają chore rodziny i proces ten rozsze¬ rza się, choruje całe społeczeństwo pełne ludzi głodnych miłości, a niezdol¬ nych ją dać. Mam nadzieję, że książka przygotowywana na podstawie świadectw osób, które były na Przystanku Jezus, odda klimat tamtych dni i wyświetli praw¬ dę o tym, jak Jezus dotykał serc młodych ludzi. Będzie nosić tytuł dość prowokacyjny, ale także bardzo wymowny: „Kiedy Jezus przychodzi w gla- nach...” Wierzę bowiem w to mocno, że gdyby nie było innego sposobu, by dotrzeć z prawdą pełną miłości do serca człowieka, by źródło miłości nie zostało niedostrzeżone, Jezus nie wahałby się założyć glanów. Tylko czy nam wystarczy odważnej miłości? Ewangelizacja prowadzona na Przystanku Jezus pokazuje, że słowa Jana Pawła II: „Jezus nie stoi z dala i nie pozostawia was samych wobec tego wyzwania. Jest zawsze z wami, aby przemieniać waszą słabość w moc”, nie są słowami bez pokrycia. Za tą obietnicą, która wypływa z Bożego Sło¬ wa, rzeczywiście stoi Jezus Chrystus, który umarł i zmartwychwstał, który ma moc przemienić słabość każdego z nas w moc pięknego życia. Smutne żniwo Kilka miesięcy temu spotkałem się z Markiem Kotańskim, który dzielił się tym, co obecnie robi dla tych, których społeczeństwo chętnie określa EWANGELIA NA PRZYSTANKU 23
		

/0024_0001.djvu

			KS. ARTUR GODNARSKI mianem młodzieży z marginesu. Wspomniał wówczas, że co roku, po Przy¬ stanku Woodstock, do jego ośrodków trafia duży procent młodzieży, która pytana o pierwszy kontakt z narkotykami, wskazuje, niestety, na tę impre¬ zę, gdzie jednym z naczelnych haseł jest „Stop narkotykom!” Ci spośród nas, którzy mogli służyć najbardziej potrzebującym, dali ta¬ kie świadectwo tego czasu: Posługiwałem w lazarecie dwie noce. Przynoszono ludzi nieprzytomnych od alkoholu lub środków odurzających, często zasikanych. W trakcie tej posługi zdarzali się też tacy, którym ukradziono namioty, karimaty, śpiwory. Widziałem młodzież z torebkami foliowymi napełnionymi rozpuszczalni¬ kiem, który wąchała. Dlaczego Przystanek Jezus? Przystanek Jezus na pewno nie był konkurencją dla Przystanku Wood¬ stock. Nie to stanowiło cel tej inicjatywy. Zamiar był prosty: być w służbie młodzieży przyjeżdżającej na Woodstock. Jeżeli ktoś widzi w tym, co robi¬ my, zagrożenie dla siebie lub konkurencję, jest nam bardzo przykro, ponie¬ waż oznacza to odepchnięcie dłoni ludzi gotowych do służby człowiekowi. Nasi bracia i siostry starają się ewangelizować przy okazji wszelkich zgro¬ madzeń młodzieży. Przystanek Jezus nie jest to żaden osobny festiwal, ale ewangelizacja w bardziej rozbudowanej formie, której do tej pory na naszym podwórku może nie widziano. Jest to jednak to samo dzieło, które prowadzi Kościół od dwóch tysięcy lat. Ewangelia jest ta sama, choć zmieniają się środki wyrazu i komunikacji. Wielu jest ludzi, którzy zachęcają nas do budowania własnych dróg, na których można by ewangelizować. Posądza się Kościół, że pasożytuje na innych. Jestem zapraszany na różne spotkania, konferencje, kongresy i wi¬ dzę, jak wiele jest festiwali, spotkań młodzieżowych, które gromadzą ogrom¬ ne rzesze. Jesteśmy i tam. Jako przykład takich inicjatyw można podać: Międzynarodowy Ekumeniczny Festiwal Muzyki Chrześcijańskiej „Song of Songs” w Toruniu, Ogólnopolski Festiwal „Pokój i dobro” w Zielonej Górze, Ogólnopolski Festiwal Piosenki Chrześcijańskiej „Fantastyczne śpie¬ 24 EWANGELIA NA PRZYSTANKU
		

/0025_0001.djvu

			KIEDY JEZUS PRZYCHODZI W GLANACH wanie” w Tarnowie, Festiwal Piosenki Religijnej „Sacrosong” w Krako¬ wie, Ogólnopolski Studencki Festiwal Piosenki Religijnej „Żakeria” w Lublinie. Istnieje jeszcze wiele innych, jak na przykład młodziutki, ale jakże piękny festiwal „Młodzi i Miłość” w Matemblewie koło Gdańska. Będąc tam, spotkałem wspaniałą młodzież, bawiącą się przy równie ostrej muzyce jak na Przystanku Jezus. Klimat tych spotkań jest jednak zdecydo¬ wanie inny. Tutaj mówi się, dyskutuje o odpowiedzialności, pięknie miło¬ ści małżeńskiej, byciu w służbie drugiego człowieka. Te festiwale są jakby drugim stopniem pewnej drogi, którą pokonuje dzisiejszy młody człowiek. Nie można jednak pominąć tego pierwszego, którym wczoraj był Jarocin, a dziś jest Przystanek Woodstock. Myślę, że dobrze podsumuje to wszystko zdanie jednej z naszych sióstr: Wyjeżdżałam z Przystanku Jezus ze świadomością, że gdyby Jezus chodził dziś po świecie, to pojechałby na Woodstock, a nie do naszych malowanych świątyń i pięknych katedr, i chwała Mu za to! Naszym zadaniem nie było nawracanie, upominanie, przyciąganie na siłę do Kościoła czy reklamowanie Jezusa. Chcieliśmy przede wszystkim być z tamtą młodzieżą i zaświadczyć o Chrystusie, który jest obecny w naszym życiu, aby ci, których spotkaliśmy, nie mogli powiedzieć: „Nie słyszeliśmy o Chrystusie!” 1 Cytowane fragmenty zostały zaczerpnięte z przygotowywanej właśnie książki Kiedy Jezus przychodzi wglanach... oraz z korespondencji nadesłanej do biura Ogólnopolskiej Inicjatywy Ewan¬ gelizacyjnej Przystanek Jezus w roku 1999. ur. 1969, kapłan diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, asystent Katolickiego Stowarzyszenia w Służbie Nowej Ewangelizacji Wspólnota św. Tymoteusza, mieszka w Gubinie. EWANGELIA NA PRZYSTANKU 25
		

/0026_0001.djvu

			■ Trudno sobie nie postawić pytania, czy w ogóle do dogadania się między nami mogło dojść. Jestem coraz bardziej przekonany, że niestety nie, i to z obu stron. A jeśli nawet, to za cenę ogromnych kompromisów, zwłaszcza ze strony organi¬ zatorów Przystanku Jezus. Trzeba jednak pamiętać, że kompromisy mają swoje granice. KS. ANDRZEJ DRAGU�?A Dwa Przystanki, dwa żywioły Redakcja „W drodze” zwróciła się do mnie z prośbą, bym wyjaśnił, dla¬ czego ostatecznie nie doszło do porozumienia między fundacją Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która była organizatorem festiwalu Przy¬ stanek Woodstock, a Inicjatywą Ewangelizacyjną Przystanek Jezus. Na tę propozycję przystałem z dość dużym ociąganiem. Dlaczego więc zgodzi¬ łem się na napisanie tego tekstu? Najpierw dlatego, że liczba kierowanych do mnie pytań, nie tylko zresztą ze strony miesięcznika „W drodze”, uświa¬ domiła mi, że temat jest wciąż aktualny i wiele w nim wciąż niejasności. Poza tym pomyślałem sobie, że może jest to dobry moment, by ostatecznie się z tym problemem rozliczyć i przewrócić tę kartę historii Przystanku Jezus. Na pytanie, dlaczego podczas ostatniej rozmowy między Jurkiem Owsia¬ kiem a nami, która odbyła się 15 lutego w Warszawie, nie dogadaliśmy się, odpowiedzi może być przynajmniej kilka. Zależy bowiem, czy chodzi o pretekst, dla którego rozmowy te zostały zerwane, czy też o rzeczywisty powód niemożności dogadania się w ogóle. Wszystkiemu winien lazaret Zdaje się, że minęło już dość dużo czasu od wspomnianych rozmów, można więc do nich bez emocji powrócić. Rozmowy układały się dobrze, 26 EWANGELIA NA PRZYSTANKU
		

/0027_0001.djvu

			DWA PRZYSTANKI, DWA ŻYWIO�?Y może nawet bardzo dobrze. Uzgodniliśmy wiele. Dogadaliśmy się co do naszych koncertów ewangelizacyjnych, ustaliliśmy ich miejsce i czas. Usta¬ liliśmy, jaką rolę ma spełniać nasze zaplecze ewangelizacyjne na boisku przy szkole budowlanej, gdzie miała być kaplica połowa. Miała tam odbyć się niedzielna Msza św. Problemy zaczęły się, gdy przeszliśmy do naszej obecności na placu. Darmowe rozdawanie chlebów zostało jakoś zaakcep¬ towane, utknęliśmy przy lazaretach, do których — wzorem roku ubiegłego — mieli być znoszeni z pola zatruci alkoholem i narkotykami. W tym właś¬ nie momencie rozmowy zostały przerwane. Jurek Owsiak powiedział, że na żadne lazarety na terenie pola namiotowego nie zgadza się. Według nie¬ go nie jesteśmy w stanie udzielić fachowej pomocy tym, którzy rzeczywi¬ ście jej potrzebują. Taka pomoc jest zresztą przygotowana przez organiza¬ torów Przystanku Woodstock. A poza tym — i chyba przede wszystkim — chcemy zrobić z Woodstock narkomańską imprezę. Rozumiem Jurka Owsiaka. Na jego miejscu też bym się na lazaret nie zgodził. Jurek gotów był przełknąć wiele z naszej obecności, ale nie to, że p * % \ / JHU> ^ zu/ ' ■ "f- r i j - , ,u f \ ■£, •t -, 'd ^ ■ ' » EWANGELIA NA PRZYSTANKU 27
		

/0028_0001.djvu

			KS. ANDRZEJ DRAGU�?A jesteśmy tam po to, by pomóc tym, którzy na jego Przystanku dotykają — w naszym oczywiście rozumieniu — moralnego dna. Ktoś powiedział, że nasza obecność na Woodstock obnaża jego słabe strony. I taka też jest praw¬ da. Jeżeli jedziemy tam, by pomóc ludziom, to znaczy, że są tacy, którzy tej pomocy potrzebują. Trzeba było widzieć Woodstock nad ranem, by sobie to uświadomić w całej pełni. Jurkowi Owsiakowi bardzo zależy na image’u jego imprezy. Dlatego łączy ją z Wielką Orkiestrą, dobroczynnością, tole¬ rancją i sercem. Dlatego nie mógł się zgodzić na lazaret, gdyż ewentualna zgoda byłaby przyznaniem się do tego, że jego Woodstock jest świetną oka¬ zją, by zapomnieć o świecie, wlewając w siebie alkohol i zażywając narko¬ tyki. Tyle o bezpośrednim powodzie, a może nawet tylko pretekście do ze¬ rwania rozmów. Trudno sobie nie postawić jednak pytania, czy w ogóle do dogadania się między nami mogło dojść. Jestem coraz bardziej przekona¬ ny, że niestety nie, i to z obu stron. A jeśli nawet, to za cenę ogromnych kompromisów, zwłaszcza ze strony organizatorów Przystanku Jezus. Trze¬ ba jednak pamiętać, że kompromisy mają swoje granice. Przystanek w Przystanku, czyli dwa w jednym Do rozmów z fundacją pana Owsiaka przystąpiliśmy z absolutną wolą porozumienia. Zresztą dlatego też do rozmów doszło tak późno. Chcieli¬ śmy bowiem, zanim zaczniemy rozmawiać, jasno sprecyzować, jak daleko możemy pójść na ustępstwa. Z drugiej jednak strony mieliśmy świadomość, że na wszystko zgodzić się nie można. Jurek Owsiak nie ukrywał we wszystkich wypowiedziach, że możliwy jest tylko jeden sposób naszej obecności — wewnątrz Przystanku Wood¬ stock, na takich samych zasadach, jak ruch Hare Kriszna czy Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot. Dlatego bardzo mu zależało na tym, byśmy maksy¬ malnie weszli na jego teren. Tam miała się odbywać nasza ewangelizacja muzyczna, tam mieliśmy wszyscy mieszkać, tam miała być sprawowana li¬ turgia. Pierwotnie Jurek chciał, aby Mszę św. niedzielną odprawić na wielkiej scenie Przystanku, co zdaje się — w ocenie wielu — miałoby ten Przysta¬ nek bez mała poświęcić. Pojawił się też pomysł, aby ewangelizatorzy Przy¬ stanku Jezus zostali zaopatrzeni w pomarańczowe podkoszulki i włączeni 28 EWANGELIA NA PRZYSTANKU
		

/0029_0001.djvu

			DWA PRZYSTANKI, DWA ZYWIOtY do pokojowego patrolu, Jurek bowiem potrzebował do tego mnóstwa ludzi. Zgoda na tego typu propozycję miałaby jednak dla nas dość istotne skut¬ ki. Włączenie Przystanku Jezus w Przystanek Woodstock na proponowa¬ nych wszystkim zasadach uczyniłoby z nas współorganizatorów festiwalu i podzieliłoby odpowiedzialność za wszystko, co się dzieje. A filozofie obu inicjatyw nie były przecież tożsame. Wystarczy przypomnieć, iż na festi¬ walu w Żarach gratisowo rozdawane były prezerwatywy, co — choć zgod¬ ne jest z filozofią Woodstock — niezgodne jest przecież z moralnością Kościoła. Mówiąc krótko, organizatorzy inicjatywy ewangelizacyjnej nie mogli zgodzić się na to, by doszło do zupełnego wchłonięcia ich przez fe¬ stiwal, tak aby w przekonaniu opinii publicznej zamiast dwóch Przystan¬ ków był jeden. Powtórzę to, co mówiłem już kilkakrotnie. Nie wiem do końca, czym polski Woodstock jest w zamyśle, nie wiem, czy można o nim powiedzieć, iż w założeniach jest imprezą złą. Wiem, że w swej realizacji staje się bardzo dobrą okazją do tego, by zło czynić, dotknąć go czy posma¬ kować. Pod tym podpisać się nie mogliśmy Powód lepszy niż inne Z jakim nastawieniem do rozmów przystąpił Jurek Owsiak — nie wiem. Gdy rozpoczynaliśmy rozmowy, byłem przekonany, że dominuje w nim otwarcie i chęć porozumienia. Dzisiaj już przekonania tego we mnie nie ma. Nie wiem, czy siadając do rozmów, Jurek Owsiak planował, że je w pewnym momencie zerwie, mam jednak wrażenie, że było mu to na rękę. Podczas rozmów szef Orkiestry kilkakrotnie sygnalizował, że góra proble¬ mów związanych z organizacją kolejnej edycji festiwalu rośnie. Mówił o niechęci ówczesnych władz wojewódzkich, o odmowie współfinansowa¬ nia festiwalu przez miasto Żary, o niechęci pewnej części prasy do Wood¬ stock, o zwiększonych wymaganiach dotyczących bezpieczeństwa jego uczestników. Ciągle przewijało się hasło, że nie wiadomo, czy festiwal w Żarach w ogóle się odbędzie. W pierwszych wypowiedziach po zerwaniu rozmów Jurek Owsiak wska¬ zywał na Przystanek Jezus jako na bezpośrednią przyczynę odwołania Woodstock. Dostało się nam wtedy zdrowo. Niechęć, żeby nie powiedzieć EWANGELIA NA PRZYSTANKU 29
		

/0030_0001.djvu

			KS. ANDRZEJ DRAGU�?A także — nienawiść, spadła na organizatorów Przystanku Jezus. Wystarczy¬ ło poczytać sobie choćby w Internecie Księgę Gości na stronach Orkiestry. Dla większości wszystko było jasne — to przez Kościół nie ma Woodstock, to czarni rozwalili nam festiwal. Po jakimś czasie jednak sam Jurek Owsiak w różnych wypowiedziach zaczął zdejmować z nas brzemię winy. W wy¬ wiadzie dla „Więzi” sam przyznaje, że były naprawdę inne powody odwo¬ łania festiwalu niż Przystanek Jezus. Dlaczego więc jednak i od samego Jurka Owsiaka, i od prasy ewangeli¬ zatorom dostało się najwięcej? Po pierwsze, myślę, że ten powód potrzeb¬ ny był prasie. Odwołanie festiwalu na skutek konfliktu z Kościołem to jest news, a odwołanie tegoż festiwalu z powodów organizacyjnych to chała, nie informacja. Po wtóre — w końcu trzeba też to wyartykułować — mam jednak wrażenie, że ten konflikt potrzebny był samemu Jurkowi Owsiako¬ wi. Wszyscy wiemy, że Jurek stał przed dylematem: robić Woodstock czy nie robić. Po zakończeniu festiwalu w roku 1999 mówił dużo o tym, że impreza się zbyt rozrosła, że przestała być tym, o czym marzył, że trzeba ją już zrobić gdzie indziej, że trzeba odejść z Żar. Wielu dziennikarzy pytało mnie, czy nie uważam, że Jurek przestał panować nad imprezą. Tak, to wszystko stało się zbyt duże. Czy Przystanek Jezus stał się kozłem ofiarnym? W pewnym sensie tak. Jurek Owsiak — przynajmniej na początku — znalazł dobry powód, by odwołać imprezę w Żarach. Taki powód, który nie czyni go za to odpowie¬ dzialnym, a wręcz przeciwnie — on sam staje się ofiarą kościelnych prze¬ śladowań. Czy tak było rzeczywiście? Nie wiem, to tylko moja teoria, moja próba zrozumienia, dlaczego się tak stało. Dlaczego nie doszło więc do porozumienia? Powodów — jak widać — jest wiele. Który był pierwszy, rzeczywisty czy najważniejszy — tego nie wiem. Z perspektywy czasu pogłębia się jednak we mnie świadomość, że dogadać się chyba nie mogliśmy, byliśmy bowiem z różnych żywiołów. ur. 1966, kapłan diecezji zielonogdrsko-gorzowskiej, rzecznik prasowy kurii, dr teologii, wykładowca homiletyki w WSD, mieszka w Zielonej Górze. 30 EWANGELIA NA PRZYSTANKU
		

/0031_0001.djvu

			WŚRÓD ŻYWIO�?U ŚWIATA Ogromna część naszego apostolstwa odbywa się wtedy, kiedy o tym nie wiemy. Przez odruch, gest, postawę. Bez apostolskich intencji. Jako rzecz najnormal¬ niejsza w świecie. Śmiem twierdzić, że jest to część najcenniejsza. Wtedy naj¬ bardziej ujawnia się moc Ducha Świętego, a nie moc własna. Każde nasze słowo, postawa, każdy gest — świadomy lub odruchowy — poprzez który jesteśmy bliżej Boga i drugiego człowieka, oznacza nasze otwar¬ cie się na moc Ducha Świętego. JERZY GRZYBOWSKI Wychodzić z wieczernika o apostolstwie świeckich Podstawowe pytania Pamiętam pełne bezradności i rozterek pytanie jednego z moich znajo¬ mych. Skąd my, zwykli ludzie, mający rodziny, obciążeni coraz trudniejszą pracą zarobkową, mamy jeszcze znajdować czas i siłę, by zajmować się apostolstwem? Przypomniałem sobie wtedy tłumaczenie się Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego: „Nie mogę, zrozum, jestem mały urzędnik w wiel¬ kim biurze świata, a Ty byś chciał, żebym ja latał i wiarą swą przenosił skały”. Myślę, że każdy doświadczył w jakimś stopniu owego „nie mogę” Kiedy z uwagą, w wewnętrznym wyciszeniu, zatrzymamy się nad Li¬ stem św. Pawła do Filipian, znajdziemy inną odpowiedź: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13). Jednak tak często wyrywa nam się: „co ja mogę”, „cóż mogę na to poradzić”, „do czego mnie umacnia?” Warto wtedy zajrzeć do adhortacji Christifideles laici, w której Ojciec Święty wyjaśnia: „Duch Święty namaszcza ochrzczonego, wyciska na nim swoją niezatartą pieczęć (por. 2 Kor 1,21-22). (...) Po tym duchowym «namasz¬ czeniu» chrześcijanin może na swój sposób powtórzyć słowa Jezusa: «Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym WŚRÓD ŻYWIO�?U ŚWIATA 31
		

/0032_0001.djvu

			JERZY GRZYBOWSKI ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przej¬ rzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnych, abym obwoływał rok łaski od Pana» (�?k 4,18-19; por. Iz 61,1-2). Tak oto przez chrzest i bierzmowanie ochrzczony uczestniczy w misji samego Jezusa Chrystusa, Mesjasza i Zba¬ wiciela” (ChL 13). To znaczy, że już zostaliśmy mocą obdarowani. I oto powstają pytania zupełnie podstawowe. W jaki sposób z tej mocy korzystamy? W jaki sposób ja, my wszyscy, którzy przez chrzest i bierzmo¬ wanie włączeni jesteśmy w misję Jezusa Chrystusa, niesiemy ubogim do¬ brą nowinę? W jaki sposób każdy z nas więźniom głosi wolność, a niewi¬ domym przejrzenie? W jaki sposób uciśnionych odsyłamy wolnymi? I czy obwołujemy rok łaski od Pana? Jest to szczególne wezwanie do ruchów i stowarzyszeń, zwłaszcza w obliczu przemian społecznych, w obliczu nowych, nieraz prowokacyj¬ nych wyzwań rzeczywistości wokół nas. To zobowiązanie u progu trzecie¬ go tysiąclecia chrześcijaństwa. Jest ono aktualne dla każdego z nas, bo często jesteśmy więźniami sa¬ mych siebie, niewidomymi i uciśnionymi przez brak akceptacji siebie, przez tak zwane układy, a nieraz przez zagmatwane ścieżki życiowe. Prozaiczne odpowiedzi Otwarcie na głos Ducha Świętego rozpoczynamy od apostolstwa wobec sa¬ mych siebie. Zaczyna się ono nieraz od przyznania się do własnego poranie¬ nia, do tego, że potrzebuję wewnętrznego uzdrowienia, uświadomienia sobie na przykład, że warto pojechać na rekolekcje czy też porozmawiać o swo¬ ich problemach z kapłanem albo z inną zaufaną osobą. Czasem trzeba po prostu odpocząć, by z dystansu popatrzeć na siebie i swoje zaangażowanie. Otworzyć się na moc Ducha Świętego znaczy zaakceptować własną sła¬ bość, niemoc, ograniczenia i poczucie bezsiły. Bo „moc w słabości się do¬ skonali” (1 Kor 12,9). Moc Ducha Świętego może działać poprzez naszą słabość. Jeśli czujemy się wielcy, silni i wspaniali, to Duch Święty jest nam niepotrzebny. Nie korzystamy z Jego mądrości, tylko z własnej. Jeśli zdaje¬ my się na Niego, On działa przez nas. Wtedy „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. Nie chodzi o to, by brać na siebie dosłownie wszystko, co 32 WŚRÓD ŻYWIO�?U ŚWIATA
		

/0033_0001.djvu

			WYCHODZIĆ Z WIECZERNIKA — jak to się mówi — wpadnie w rękę, bo mogę wszystko to, do czego umacnia mnie Pan, a nie ja sam siebie. Dlatego potrzebne jest rozeznanie. Otwarcie na moc Ducha Świętego w wychodzeniu do innych ludzi za¬ czyna się od spraw zupełnie drobnych. Od wrażliwości na drugiego czło¬ wieka. Niech wolno mi będzie przytoczyć historię pewnego małżeństwa, bardzo skłóconego, o którym mówiono, że powinno się rozpaść. Spotka¬ łem je po latach na korytarzu szpitalnym. On popychał wózek, na którym siedziała jego sparaliżowana żona. Widziałem jego czułość, opiekuńczość, wiedziałem o przerwanej przez niego z bólem, ale bez wahania, karierze zawodowej. Żona na wózku — to był człowiek jemu zadany. I wiem, że musiał wiele w sobie przepracować. Widziałem zdumione spojrzenia pie¬ lęgniarek, które oglądały się za nim. I coś szeptały między sobą. Wiem, że nie robił tego na pokaz. Nigdy nie miał intencji apostołowania, a przecież to było świadectwo. Ogromna część naszego apostolstwa odbywa się wtedy, kiedy o tym nie wiemy. Przez odruch, gest, postawę. Bez apostolskich intencji. Jako rzecz naj¬ normalniejsza w świecie. Śmiem twierdzić, że jest to część najcenniejsza. Wtedy najbardziej ujawnia się moc Ducha Świętego, a nie moc własna. Każde nasze słowo, postawa, każdy gest — świadomy lub odruchowy — poprzez który jesteśmy bliżej Boga i drugiego człowieka, oznacza nasze otwarcie się na moc Ducha Świętego. I najczęściej chodzi o sprawy bardzo drobne. Okazanie życzliwości najbliższym. Uśmiech, dobre słowo. W domu. W pracy. Nieraz właśnie tam potrzebna jest szczególna moc Ducha Święte¬ go, by pokonać własną ociężałość, niechęć, nieżyczliwość. W duchu służby Duch Święty stopniowo może przygotowywać do zadań coraz większych i coraz trudniejszych. Stoimy wobec nowych wyzwań, na które musimy być otwarci, ale potrzebne jest tu bardzo szczególne rozeznanie własnych wartości, zalet, owych ewangelicznych talentów. To nie ma nic wspólnego z pychą, zarozumialstwem, ale z zobaczeniem w Duchu i w Prawdzie tego talentu, który możemy pomnażać, którym mamy obracać, a nie zakopać go. Często bardzo negatywnie patrzymy na siebie, łatwiej byłoby nam wymie¬ WŚRÓD ŻYWIO�?U ŚWIATA 33
		

/0034_0001.djvu

			JERZY GRZYBOWSKI niać swoje wady niż zalety. Otwarcie się na moc Ducha Świętego polega między innymi na rozpoznaniu, czym mogę służyć, a następnie poddaniu tego oczyszczającej mocy Ducha, aby była to służba drugiemu człowieko¬ wi, a nie sobie, swoim ambicjom, karierze. On sam będzie wspierał mnoże¬ nie tych talentów w nas, bo On zawsze przychodzi z pomocą naszej słabo¬ ści (Rz 8,26). Bardzo w owym otwieraniu się na moc Ducha Świętego potrzebna jest modlitwa, szukanie wyciszenia. Trochę jak Eliasz, który musiał bardzo wyciszyć się, by po burzy, gwałtownej wichurze, zobaczyć Boga w szmerze łagodnego powiewu. Każdy z nas, każde z naszych stowarzyszeń, ruchów czy zrzeszeń zosta¬ ło obdarowane określonymi charyzmatami i nimi właśnie powinno się po¬ sługiwać, rozeznawać je indywidualnie w swoim wnętrzu. Być świadkiem. Moc w słabości się doskonali Chodzi o to, abyśmy potrafili na wewnętrzne poruszenie — tam, gdzie jesteśmy: w szkole, na uczelni, w małżeństwie, w rodzinie, ale także w sferze społecznej, w zaangażowaniu w pracę, w działalność charytatyw¬ ną, samorządową, także polityczną — na to wewnętrzne Zesłanie Ducha Świętego, odpowiedzieć całym sobą. W duchu łagodnego powiewu, ale z mocą wyniesioną z wydarzenia, które miało miejsce w Jerozolimie. Jeste¬ śmy bowiem następcami owych uczniów zebranych w czasie Pięćdziesiąt¬ nicy i mamy — tak jak oni — wyjść do innych ludzi, nie marnując otrzyma¬ nych darów. Gdy usłyszymy to wezwanie, będziemy coraz szerzej wychodzić z wie¬ czernika i rzeczywiście iść na krańce ziemi, na cały świat. Cały w sensie geograficznym, cały w sensie wszystkich jego płaszczyzn, przestrzeni, śro¬ dowisk, nieraz fizycznie blisko nas, a tak odległych duchowo. Odwołam się w tym miejscu do drobnego przykładu z własnego podwór¬ ka. Chciałbym, by każdy — obojętnie czy działa sam, czy we wspólnocie — odnalazł w nim jakieś przesłanie dla siebie. Kiedy przed przeszło dwu¬ dziestu laty zaczynaliśmy pracę Spotkań Małżeńskich, mówiliśmy sobie, że będą to rekolekcje dla tak zwanych dobrych małżeństw. W miarę upły¬ 34 WŚRÓD ŻYWIO�?U ŚWIATA
		

/0035_0001.djvu

			WYCHODZIĆ Z WIECZERNIKA wu lat zaczęło przyjeżdżać coraz więcej ludzi z poważnymi problemami z porozumieniem we własnym małżeństwie. Wielu ujawniało na końcu re¬ kolekcji, że podczas nich znaleźli odpowiedzi na bardzo poważne proble¬ my swojego życia. Tak jest do dziś. Przyjeżdżają spięci, obolali. Wyjeżdża¬ ją najczęściej radośni. Wielu z nich odsyłamy naprawdę wolnymi, wielu — w przenośni rzecz ujmując — niewidomych przejrzało; dostrzegli, że ich małżeństwo może być coraz piękniejsze, coraz bardziej radosne, a nie spi¬ sane na straty. I z tą dobrą nowiną poszli do innych. Zachęcili ich do przy¬ jechania na weekend Spotkań Małżeńskich. Jest to możliwe tylko poprzez uznanie własnej słabości przez uczestni¬ ków, którzy mają odwagę przyznać się do niej przed samym sobą i podej¬ mują decyzję o przyjeździe na weekend na rekolekcje. Jest to możliwe, jeśli my, animatorzy, uznamy, że naprawdę sami nic nie możemy, pomimo bardzo starannego przygotowania do prowadzenia spo¬ tkań. Przed każdym weekendem Spotkań Małżeńskich animatorzy przeży- wająpoczucie słabości. Czujemy się bezsilni. Problemy, z jakimi przyjeżdża¬ ją uczestnicy, przerastają nas. Są znacznie większe od naszych. A z drugiej strony — przyjeżdża tak wiele małżeństw, przeżywających miłość w swo¬ im małżeństwie dużo pełniej niż my sami. Przerastają nas wiedzą, doświad¬ czeniem życiowym. Cóż my im możemy powiedzieć? Możemy tylko, nie rezygnując z coraz głębszego przygotowania się do prowadzenia, oddać siebie i uczestników Panu Bogu w Trójcy Świętej. Każdej Osobie Trójcy zgodnie z przymiotami Jej właściwymi. Wtedy On zaczyna działać. Ja przestaję. Może właśnie dlatego tak wielu uczestników wyjeżdża wyzwolonych z uwięzienia w samych sobie, z odzyskanym wzro¬ kiem miłości, i głosi teraz innym rok łaski od Pana. I chyba w ten sposób moc w słabości się doskonali. I to jest pierwsze uniwersalne przesłanie — na przykładzie własnego podwórka. Wychodźmy z naszych wieczerników Przesłanie drugie brzmi: warto wychodzić na ewangeliczne opłotki Ko¬ ścioła (por �?k 14,23). One są dla nas wyzwaniem. Tam są ludzie, którzy oczekują nie naszego nauczania, nie teologii, ale dobrego słowa, serca. WŚRÓD ŻYWIO�?U ŚWIATA 35
		

/0036_0001.djvu

			JERZY GRZYBOWSKI Zaproszenia, cierpliwego zachęcania. Świadectwa. Do tego potrzebna jest odwaga, ale czyż nie słyszymy wciąż z kart Pisma świętego: „Odwagi! Nie lękaj się!”? Przesłanie trzecie to zauważyć człowieka. Starać się go wysłuchać, zro¬ zumieć, zauważyć jego osobę. Nie oceniać, nie osądzać, ale rozumieć jego powikłany nieraz życiorys, wiarę. Mieć czas dla drugiego. Odpowiadać na jego autentyczne problemy. Kochać go. Nie być działaczem, ale kimś blis¬ kim. „Być dobrym jak chleb” —jak mawiał św. Albert Chmielowski. Jed¬ nak, żeby być dobrym jak chleb, trzeba nieraz przełamać wewnętrzne ba¬ riery, przepracować w sobie uczucie niechęci, odrazy, zagrożenia, nieufno¬ ści, faryzejskie poczucie, że nie jestem , jak oni” Trzeba pokonywać schematy, utarte ścieżki myślowe, otwierać się na nowe wyzwania, na autentyczne, wewnętrzne potrzeby świata. Nieustannie szukać środków adekwatnych do wyzwań. Rzeczywistość wokół nas zmie¬ nia się i trzeba bez przerwy weryfikować metody naszego oddziaływania na nią. W ostatnich latach przejawiło się to na przykład rozwojem audiowi¬ zualnych metod ewangelizacji. Nie chodzi jednak tylko o technikę, lecz o zmianę języka, sposobu dawania świadectwa, docierania do ludzi. Na pewno nie do wszystkich dotrzemy z dobrą nowiną, skoro nawet Jezus w swoim rodzinnym mieście nie dokonał wielu cudów z powodu niedo¬ wiarstwa ludzi (por. Mk 6). Obserwuję czasem zbyt łatwe zrzucanie winy na innych: że są obojętni, że się nie angażują, nie przychodzą, a tymczasem sami wciąż pracujemy tymi samymi metodami, co dwadzieścia lat temu. Nie potrafimy ich zainteresować, uważając stare metody działania za naj¬ lepsze. Niekiedy w takich sytuacjach żniwo zbierają sekty. Żywioł świata i jego wyzwanie Otwierajmy się na ten żywioł w duchu charyzmatu własnego środowiska czy ruchu. Potrzebne jest wciąż odczytywanie go na nowo. Nie naśladowa¬ nie, nie zapożyczanie od innych, ale drążenie własnego charyzmatu. Moglibyśmy tu znaleźć odniesienie do Pawiowych słów, że źle byłoby, gdyby w mistycznym ciele Chrystusa ręka chciała być uchem, a głowa szy¬ ją (por. 1 Kor 12,12n). Każdy z nas ma swoje miejsce i powinien starać się 36 WŚRÓD ŻYWIO�?U ŚWIATA
		

/0037_0001.djvu

			WYCHODZIĆ Z WIECZERNIKA je odnajdywać, i tą swoją ręką czy uchem ożywiać cały organizm, całe mi¬ styczne ciało Chrystusa. Nadawać Mu wewnętrzną dynamikę, czerpiąc moc z ożywiającego tchnienia Ducha Świętego. Potrzebna jest świadomość bycia cząstką organizmu, aby to ciało mogło być naprawdę żywe. Stąd ta potrzeba rozeznawania własnego miejsca we wspólnocie, w środowisku, w społeczności. W Kościele. To ułatwia właś¬ ciwe korzystanie z mocy Ducha Świętego. Wygodniej byłoby pozostać tylko w kręgu ludzi nam bliskich przekona¬ niami, systemem wartości, we własnym elitarnym środowisku. Wygodniej byłoby odizolować się, zamknąć w swojej rodzinie, kręgu, wspólnocie. Jed¬ nak Ojciec Święty, w czasie spotkania z młodzieżą w Poznaniu w 1997 roku, powiedział, że „świat stanowi dla człowieka wyzwanie, tak jak jezio¬ ro stanowiło wyzwanie dla Piotra. Było mu ono bliskie i znane jako miejsce codziennej pracy rybaka, a z drugiej strony był to żywioł, z którym trzeba było konfrontować swe siły i doświadczenie” I ten świat jest żywiołem, z którym mamy konfrontować swe siły i do¬ świadczenie. Konfrontować — z pomocą Ducha Świętego. W Nim. Z ta¬ kim nastawieniem prowadzimy Spotkania Małżeńskie. I zdarzyło się w związku z tym, że przy wejściu do domu rekolekcyjnego ktoś na widok księdza zareagował agresją: „A ten pan to kto?!”, po czym wyjechał, nie zważając na perswazje żony. Raz czy drugi przyjechali na Spotkania Mał¬ żeńskie ludzie związani z jakąś sektą i rekolekcje nie zaowocowały natych¬ miastowym ich nawróceniem. Czasem po dwóch godzinach pobytu na Spo¬ tkaniach wewnętrzne burze są tak wielkie, że jakaś para przerywa uczest¬ nictwo i wyjeżdża. Bywa też, że się mimo wszystko rozwodzi. Jednak o wiele ważniejsze jest zauważenie setek małżeństw, które odkryły na nowo wartość swojego związku, przekonały się, że można być dobrym małżeń¬ stwem, że warto. Odkryły też prawdziwy obraz Boga i Kościoła, mimo że przyjechały z ogłoszenia w prasie nie całkiem katolickiej. O wiele ważniej¬ sze jest przypomnienie w tym miejscu sakramentu pojednania, do którego na Spotkaniach Małżeńskich przystąpiło wiele małżeństw po raz pierwszy od kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu lat, a na szczególną uwagę zasłu¬ guje co najmniej kilkanaście sakramentów małżeństwa zawartych przez żyjących bez ślubu kościelnego, po latach wewnętrznych zmagań i po otwar¬ WŚRÓD ŻYWIO�?U ŚWIATA 37
		

/0038_0001.djvu

			JERZY GRZYBOWSKI ciu się na świat Bożych wartości. Spotkania Małżeńskie inspirują takie wewnętrzne zmagania z żywiołem świata, niczego nie narzucając. Propo¬ nują jedynie dialog męża i żony ze sobą i z Bogiem. Ważne wyzwanie przychodzi ze strony mediów. Bardzo cenię sobie współ¬ pracę z nimi. Na ogół spotykałem się z bardzo rzetelnym warsztatem dzien¬ nikarskim. Jednakże raz czy drugi zdarzyło się, że moje wypowiedzi zos¬ tały przytoczone w postaci wyrwanej z kontekstu i służyły poparciu tez redaktora programu czy dziennikarza, a kaleczyły moje. Kiedyś na przy¬ kład umówiono się ze mną na audycję o sakramencie małżeństwa i for¬ mach pomocy rozpadającym się małżeństwom. Kiedy byłem już na fonii, pierwsze pytanie, jakie zadała mi dziennikarka, brzmiało: „Czy zgadza się pan z tezą ministra, że całą odpowiedzialność za rozpad rodziny ponoszą pisma kobiece?” i „Dlaczego wolne związki są teraz popularniejsze niż małżeństwa?”. O sakramencie nie miałem okazji powiedzieć ani słowa. Nie zrażam się tym. Bardzo cenne jest doświadczenie kontaktu ze słuchaczami lub czytelnikami mediów, które nie są katolickie z szyldu. To właśnie oni są światem, do którego jesteśmy posłani. Doświadczam w tym świecie ży¬ wiołu, czasem jakaś fala przytopi, ale może się przecież zdarzyć, że nawet częściowo zniekształcona myśl zainspiruje kogoś do dalszych poszukiwań. Potrzeba mądrości w Duchu Pytań, które postawiła mi owa dziennikarka, świat dzisiejszy stawia nam coraz więcej. Padają niekiedy pytania podobne do stawianych Jezusowi przez faryzeuszy: „Czy wolno płacić podatek cesarzowi?” Na przykład: Czy w parafiach można prowadzić kampanię wyborczą, czy nie? Czy moż¬ na udzielić katolickiego pogrzebu osobie, która uważała się za katolika, a głosiła poglądy nie całkiem zgodne z nauką Kościoła? Dlaczego niektó¬ rzy księża są tacy biurokratyczni i wymagają tylu papierów do ślubu? Czy wolno handlować w niedzielę, czy nie? Takich prowokacyjnych pytań świat będzie nam stawiał coraz więcej. Będzie nas zaskakiwał nimi, przypierał do muru. Będzie nas chciał „podchwycić w mowie” (por. �?k 20,20). Po¬ trzeba wielkiego rozeznania i mądrości w Duchu Świętym, by odpowie¬ dzieć na nie sobie i innym, kierując się nie emocjami, nie taką czy inną 38 WŚRÓD ŻYWIO�?U ŚWIATA
		

/0039_0001.djvu

			WYCHODZIĆ Z WIECZERNIKA sugestią polityczną, ale mądrością Ducha Świętego. Potrzebne jest do tego pokonywanie w sobie własnej inercji, poczucia niemożności, i rozeznawa¬ nie, do czego powołuje Pan w danej chwili, w danym miejscu. Duch Święty wieje, kędy chce, ale zawsze jest to wiatr miłości. Przeła¬ muje schematy, utarte ścieżki, rutynowe sposoby myślenia. Wprowadza nieraz w zakłopotanie. Czasem zaskakuje, jak zaskoczył mnie na spotka¬ niach, założonej przeze mnie i moją żonę, wspólnoty małżeństw niesakra- mentalnych — wspólnoty, która swoim świadectwem tęsknoty i głodu Boga miała ogromny wpływ na przymnożenie wiary mnie samemu, porządnemu, sakramentalnemu. Duch Święty był we wspólnocie. Jest. Umacnia. W apostolstwie Jego Moc ujawnia się nie tylko poprzez dawanie, ale także poprzez przyjmowanie darów. Z pokorą i wdzięcznością. Otwarcie się na Ducha Ożywiciela w działaniu i zaangażowaniu to przede wszystkim rozróżnienie, co w moim duchu jest Duchem Bożym, a co Nim nie jest. Co usiłuję przy Jego pomocy wesprzeć, czym zamanipulować? Na ile działam jeszcze ja, a na ile oddaję się i powierzam Duchowi Świętemu? Napięcie między duchem i ciałem To rozróżnienie jest trudne, bo w każdym z nas jest napięcie pomiędzy ciałem i duchem. Ogarnia ono także zaangażowanie apostolskie. „Ciało bowiem do czego innego dąży niż duch, a duch do czego innego niż ciało, i stąd nie ma między nimi zgody” (Ga 5,17). Jest rzeczą wiadomą — pisze dalej Paweł — jakie uczynki rodzą się z ciała. Wymienia m.in. spór, zawiść, niewłaściwą pogoń za zaszczytami, niezgodę, rozłamy, podziały. Warto, by każdy z nas zastanowił się, w jakich sytuacjach, w miejscach, gdzie jest zaangażowany, sam wprowadzał spór i podziały, kierował się zawiścią, może niewłaściwą pogonią za zaszczytami, za uprzywilejowa¬ nym miejscem we wspólnocie, za karierą duchową, wygodą, konformizmem. Czy własnych frustracji nie odreagowywał w swojej wspólnocie, wnosząc do niej zamęt i osłabiając tym samym jej moc działania? Kiedy kierował się nienawiścią w sporach politycznych, a w zakładzie pracy utrącał mło¬ dych, zdolnych ludzi, utrudniając im awans zawodowy z lęku o własne sta¬ WŚRÓD ŻYWIO�?U ŚWIATA 39
		

/0040_0001.djvu

			JERZY GRZYBOWSKI nowisko? Kiedy zamykał się wewnętrznie na pełną prawdę o wydarzeniach, bo nie pasowała ona do własnego obrazu rzeczywistości, ideologii? Kiero¬ wanie się uczynkami ciała może przejawiać się manipulowaniem informa¬ cją w środkach masowego przekazu. Niekiedy wyraża się pogrążaniem w błogim samozadowoleniu, że Pan Bóg o wszystko sam się zatroszczy i samemu nie trzeba już nic robić. Przed każdym z nas takie lub inne pokusy mogą się pojawiać. Przede mną też. Napięcie między duchem i ciałem jest w każdym. Ewangeliczny radykalizm owoców ducha Może się czasem zdawać, że biblijne owoce ducha — a więc miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opa¬ nowanie (por. Ga 5,22) — skłaniają do rezygnacji z walki, z działania, osła¬ biają moc naszych poczynań. Jest wręcz przeciwnie. By odkryć, w czym tkwi moc Ducha Świętego, trzeba nieustannie te owoce ducha pielęgno¬ wać. One radykalizują nasze działania. Warto, by każdy z nas wciąż o nie się troszczył. I to nie tylko w wielkich działaniach, podejmowanych ak¬ cjach czy realizowanych programach — nawet jeśli są to programy duszpa¬ sterskie — ale przede wszystkim w najprostszych relacjach z samym sobą, z drugim człowiekiem. Czy jest w nas pokój, który pochodzi od Ducha Świętego? Czy w rodzinie, we wspólnocie, w miejscu pracy wnoszę mi¬ łość, radość, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opa¬ nowanie, pokój? Jednemu z nas przychodzi to łatwiej, drugiemu trudniej. Zależy to od cech naszego temperamentu. Mnie przychodzi dość trudno, zwłaszcza gdy czuję się przypierany do muru, atakowany i nierozumiany. Gdy mam po¬ czucie, że jakieś wartości są zagrożone. Najchętniej uderzyłbym mieczem jak Piotr Apostoł. Pociesza mnie to, że choć Jezus wtedy skarcił Piotra, to właśnie jemu polecił pasterzowanie w Kościele. Jest to jednak dla mnie wyzwanie, by nieustannie szukać nowych dróg dialogu. Warto, doznając różnorodnych wewnętrznych poruszeń, najrozmaitszych pomysłów, które przychodzą do głowy, i wezwań płynących z zewnątrz, każde z nich badać, starając się rozeznać, czy są to poruszenia Boże, czy 40 WŚRÓD ŻYWIOtU ŚWIATA
		

/0041_0001.djvu

			WYCHODZIĆ Z WIECZERNIKA własne. To nic innego, jak otwarcie się na moc Ducha Świętego w naszym apostolstwie. On przychodzi z pomocą naszej słabości. Warto, by każdy pomyślał nad owym napięciem między ciałem i du¬ chem w swoich relacjach w domu, wśród kolegów i koleżanek, w miejscu pracy, we wspólnocie, może w urzędach państwowych, w radzie gminy albo w parlamencie, w ministerstwie, w miejscu, w którym jest zaangażowany. Owocami ciała są zawiść, rozłam, spór i podziały. Czasem chce się osiąg¬ nąć coś dla siebie właśnie tą drogą. Trudno o bardziej fałszywą. Cóż więc mamy czynić? Co więc robić, żeby — po zachwycie Pięćdziesiątnicą, wspaniałą atmo¬ sferą, wielkim poruszeniem — coraz bardziej kierować się mocą Ducha Świętego? Co mamy czynić? To pytanie postawili Piotrowi ci, którzy wraz z nim i apostołami uczestniczyli w Zesłaniu Ducha Świętego. Odpowiedź jest bardzo prosta. Komuś może się zdawać, że wręcz banalna. „Nawróćcie się” — tak brzmiały pierwsze słowa św. Piotra w Jerozolimie. Mamy się nieustannie nawracać. Nikt z nas nie może powiedzieć, że jest nawrócony. Ani świecki, ani duchowny. Jeśli będziemy coraz wrażliwsi — w domu, we wspólnocie, w radzie gminy czy w parlamencie — nie na własne korzyści materialne czy ducho¬ we, ale na Pana Boga i drugiego człowieka, to będzie znaczyło, że się na¬ wracamy, że się otwieramy na moc Ducha Świętego, a umniejszamy moc Odkrycie własnej słabości, zaakceptowanie jej — otwiera na moc Du¬ cha Świętego, co powoduje, że naprawdę jesteśmy w stanie skały przeno¬ sić. „Nawróćcie się” — powiedział Piotr zebranym w Jerozolimie. I powta¬ rza to nam dzisiaj. Reszta należy do każdego z nas. własną. ur. 1950, dr geografii, redaktor naczelny „Misjonarza", współ¬ założyciel i główny odpowiedzialny ruchu rekolekcyjnego Spo¬ tkania Małżeńskie, żonaty, dwie córki, mieszka w Warszawie. WŚRÓD ŻYWIO�?U ŚWIATA 41
		

/0042_0001.djvu

			IW poniedziałek łączymy się w modlitwie z hindusami, we wtorek z muzułmana¬ mi i tak dalej, poprzez żydowską sobotę, do katolickiej niedzieli. Teoretycznie piękne, ale w praktyce doświadczam, że w tym religijnym kalejdoskopie moja wiara się rozmywa. Wytwarza się tu jakaś swoista duchowość, religijna sałatka wyznaniowa. MAREK PRZEPIÓRKA Oto posyłam cię... Na dworcu i w konfesjonale Gdańsk — Paryż. Styczeń 1994. Po 30 godzinach męczącej jazdy auto¬ karem stoję na dworcu Montparnasse z ogromnym bagażem i nic nie rozu¬ miem. Za chwilę przybędzie pociąg, którym po północy dojadę do Le Mans. Stamtąd będę miał jeszcze 30 km do wspólnoty Arche, celu mojej podróży, i z pewnością ktoś by po mnie przyjechał samochodem, ale nie mogę się dodzwonić, w słuchawce głucho. Czyżbym miał zły numer? Niemożliwe. Z Polski łączyłem się bez problemu. Co robić? Przeraża mnie myśl spędze¬ nia tej mroźnej nocy na ulicy. Na 10 minut przed odjazdem pociągu, wzywając pomocy niebios, posta¬ nawiam jeszcze raz spróbować. Gdy zdejmuję słuchawkę, podchodzi do mnie jakiś włóczęga i mówi mi, że aby dzwonić z Paryża na prowincję, trzeba wykręcić numer kierunkowy: 16. Nie zdążyłem nawet podziękować, bo znikł w tłumie. Anioł Stróż? Następnego roku, gdy po spędzeniu świąt Bożego Narodzenia w domu wracałem do Francji, znów doświadczyłem interwencji z góry, tym razem w konfesjonale. W trakcie spowiedzi, poprzez którą chciałem się przygoto¬ wać duchowo do wyjazdu, kapłan, któremu w dwóch zdaniach objaśniłem, czym jest Arche, wyskoczył z absurdalnym ostrzeżeniem, że pobyt tam utrud¬ ni mi praktykowanie mej wiary. Bzdura! Prawda, że wspólnoty, choć złożo¬ ne w większości z katolików, sytuują się poza obszarem Kościoła, ale po to, 42 WŚRÓD ŻYWIO�?U ŚWIATA
		

/0043_0001.djvu

			OTO POSY�?AM CI�?. aby stanowić płaszczyznę spotkania, pojednania dla wyznawców wszyst¬ kich religii świata. Dlatego np. w budynku klasztornym karmelitanek — który siostry-staruszki, nie mając nowych powołań, przekazały dla Arche — bracia usunęli z publicznych miejsc wszystkie krzyże, aby nie utrudniać wejścia żydom. Reguła Arche zakłada bowiem, że każda grupa wyznaniowa w swym gronie pogłębia własną wiarę, a potem wszyscy stają przed Jedynym, Wiecz¬ nym w tak sformułowanych modlitwach, aby i chrześcijanie, i muzułma¬ nie, i żydzi mogli je razem odmawiać. Czyż nie wspaniała idea? Spowied¬ nik, choć bez entuzjazmu, uległ moim argumentom i pobłogosławił mnie na drogę. Jadę, ale te niespodziane słowa, wypowiedziane przez zastępcę Chrystu¬ sa podczas sakramentalnego spotkania, nie dają mi spokoju. Przybywam w sobotę po południu, a wieczorem, podczas modlitwy dowiaduję się, że na następny dzień jest wielkie święto wspólnotowe, czas pojednania i radości. W niedzielę wszyscy bracia i siostry są zaproszeni na uroczyste śniadanie. Hm. O tej porze grupa katolików zwykła udawać się samochodem na mszę (jedyną w regionie). Ale dla mych braci w wierze zastąpienie uczty eucharystycznej ucztą braterską nie stanowi żadnego problemu. Dla mnie — ogromny. Mogę wsiąść na rower i przejechać te 20 km do kościoła, ale takim aktem wyłamię się ze wspólnotowej solidarności i — co gorsza — osądzę mych braci, gdyż moja nieobecność zostanie odczytana jako mani¬ festacyjne wytknięcie im, że łamią Boże przykazanie: „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”. I kim będę? Faryzeuszem. Tym, który mówi: „Panie, Panie!”, podczas gdy oni zaliczają się do tych, którzy wypełniają wolę Ojca. Tak, bo w niedzie¬ lę jestem przykładnym katolikiem, a w tygodniu bezprzykładnym egoistą. Wielu z nich do kościoła wybiera się od święta, ale na co dzień naprawdę służą bliźnim z poświęceniem, co mogę tylko podziwiać. Skąd czerpią moc? Ja wierzyłem, że częste spożywanie Ciała Chrystusa uzdolni mnie do takiej postawy, ale zaczynam tracić wiarę. Może powinienem szukać źródła mocy gdzie indziej, tam, skąd oni czerpią? Skąd? Z religijności Arche? W poniedziałek łączymy się w modlitwie z hindusami, we wtorek z mu¬ zułmanami i tak dalej, poprzez żydowską sobotę, do katolickiej niedzieli. WŚRÓD ŻYWIO�?U ŚWIATA 43
		

/0044_0001.djvu

			MAREK PRZEPIÓRKA Teoretycznie piękne, ale w praktyce doświadczam, że w tym religijnym kalejdoskopie moja wiara się rozmywa. Wytwarza się tu jakaś swoista du¬ chowość, religijna sałatka wyznaniowa, która żywi dusze braci i sióstr i chyba im wystarcza. Ale jest ich z roku na rok coraz mniej. Arche, przez 40 lat dynamicznie rozwijająca się na świecie, od 10 lat przechodzi głęboki kryzys, wspólnoty jedna po drugiej upadają, jakby Bóg odjął swe błogosła¬ wieństwo, i na jej pokładzie — wydaje mi się — pozostali sami moralni herosi, tacy, którzy nie potrzebują Lekarza. Dawniej, za życia Lanzy dei Vasto, żarliwego katolika, każdy praktyko¬ wał gorliwie swoją wiarę, ale obecnie we wspólnotach przeważają tzw. po¬ szukiwacze Prawdy i szukają jej raczej w atrakcyjnych buddyzmach, w zen i jodze. Nieliczni, starsi datą, udają się w niedzielę do nudnego, prowincjo¬ nalnego kościoła, gdzie, prawdę mówiąc, można do reszty stracić wiarę. Więc po cóż, Panie, mnie tu posłałeś? Przecież wiesz, że jestem słaby i grzeszny. Zgaduję, to Ty w konfesjonale ostrzegłeś mnie przed niebezpie¬ czeństwem, ale to przecież również Ty poprzez tajemnicze wydarzenie na dworcu Montparnasse powiedziałeś mi: „Oto posyłam cię do Arche”. Ale jaka ma być moja rola? Na stanowisku proroka Z tym trawiącym mnie od dłuższego czasu pytaniem na Wielkanoc 1996 udaję się do pustelni dominikańskiej. Po całonocnym czuwaniu w poranek Zmartwychwstania otwieram Biblię i odczytuję słowo o Apollosie, który „znał drogę Pańską i nauczał dokładnie tego, co dotyczyło Jezusa, znając tylko chrzest Janowy” (Dz 18,25). Jakże zdumiewająca analogia, gdyż Ar¬ che również „zna tylko chrzest Janowy”. Temu starotestamentowemu pro¬ rokowi — który wskazywał na Chrystusa, ale za Nim nie poszedł — bracia powierzyli duchową pieczę nad wspólnotą i 24 czerwca obchodzą swe naj¬ większe święto. W Dziejach Apostolskich Paweł w imię Jezusa Chrystusa chrzci Apollosa i jego grupę. Czy Bóg nie żąda dziś tego samego od Arche? W duszy odczuwam coraz wyraźniej, że tak, że... Nie! — zrywam się gwał¬ townie sprzed ołtarza. Nie, ja nie pójdę im tego powiedzieć. Mogę wyrażać własną opinię, ale nie będę przemawiać w Twoim imieniu. Kimże jestem 44 WŚRÓD ŻYWIOtU ŚWIATA
		

/0045_0001.djvu

			OTO POSY�?AM CI�?. w Arche? Zostanę wykpiony i na tym się skończy moja misja. Znajdź, Pa¬ nie, kogoś innego na to stanowisko proroka. Pan nie ustępuje, ja również, tak trwamy w zmaganiach do Zesłania Ducha Świętego. W tę noc, którą również spędzam na czuwaniu, dochodzimy do kompromisu. Zgadzam się mówić w imieniu Pana, jeżeli On zaaranżuje sprzyjającą ku temu sytuację. Na razie takiej nie widzę. Wracam do Polski z dość ochłodzoną ideą Arche w sercu, a tu — ku memu zaskoczeniu — wydawnictwo, które długo zwlekało, zdecydowało się wydać następną książkę Lanzy dei Vasto. Zasiadam nad Buduj Arkę i w trakcie pracy moje wątpliwości znikają. Oto znów rozpalam się do tego stopnia, że w maju 1999 jadę do Francji i składam uroczyste przyrzeczenie, formalnie staję się członkiem Arche. W sierpniu jestem zaproszony jako... delegat reprezentujący Polskę na międzynarodowym zjeździe Arche. Prócz zawarcia interesujących znajomości nie oczekiwałem niczego wię¬ cej po tym zgromadzeniu. Skąd więc powiał ten wicher, który zmiótł osad mych ostatnich trzech lat i osadził mnie w Nocy Paschalnej ’96, naprzeciw żądania Pana: „Oto posyłam cię...”. Pewnie z Nogaret, gdzie André w swej pustelni pościł i modlił się, aby Duch zstąpił na nas, obradujących. Swoje wystąpienie rozpocząłem od postawienia pytania, czy ekumenizm Arche, rozmachem idei przekraczający ten, który podejmuje Kościół, nie jest po prostu wielką prostytucją religijną. Należy otwierać okna i drzwi własnego Kościoła — śmiało mówiłem oszołomionym delegatom — ale... bez burzenia murów. I zbierając całą odwagę, w zakończeniu wyraziłem przekonanie, że Bóg w Polsce chce Arche, ale ochrzczonej w imię Jezusa Chrystusa. Wypowiedziawszy to, zerknąłem w kierunku nieba: Czy już wypełniłem misję, którą mi powierzyłeś? Nie zamierzałem już więcej się wychylać, ale następnego dnia zjazd for¬ malnie uznał w swych szeregach związki homoseksualne. Stało się dla mnie jasne, że Arche, usiłująca do tej pory płynąć pod prąd cywilizacji konsump¬ cyjnej, teraz nabrała w swe żagle ducha tego świata i gna wraz z nim na zatracenie. Koniec. Idę do Patriarchy (głównego odpowiedzialnego) i mówię mu, co o tym myślę. „Ale to jest twoja osobista opinia” — odpowiada mi z naciskiem, tak że w jego głosie wyczuwam obecność Ducha Świętego, który przypiera WŚRÓD ŻYWIOtU ŚWIATA 45
		

/0046_0001.djvu

			MAREK PRZEPIÓRKA mnie do muru. Tak, mam się zdecydować, czy chcę mówić w imieniu Pana, czy odmawiam. Uff! Chryste, w kraju to łatwo trzymać z Tobą, ale nie tu, w nowoczesnej Europie, gdzie patrzą na mnie jak na obywatela ciemnogrodu. Przecież oni wyszydzą moje paschalne nawiedzenia. Dziękuję Ci, Jezu, choć za to, że mi się nie ukazujesz, jak Faustynie. Ale co mam robić? Zdejmuję odznakę sprzymierzonego, którą zawiesi¬ łem na piersi 3 miesiące wcześniej, i oddaję ją przełożonym. Występuję oficjalnie z Arche, choć pragnę zachować przyjaźń z tym ruchem, z tymi ludźmi. Jestem jednak miotany wątpliwościami. Czy Arche Jana Chrzci¬ ciela naprawdę tonie? A przede wszystkim, czyja mam im to prorokować? Potwierdź to, Panie, proszę, jeszcze raz Twoim znakiem, słowem! W ostatni dzień zjazdu, w niedzielę rano, przyjeżdża kapłan odprawić Eucharystię dla katolików. Wierzę, że poprzez nią Pan coś nam powie. Nie mylę się. W Ewangelii (Mt 14,22-33) widzimy łódź, miotaną niebezpiecz¬ nie falami, w której płyną uczniowie — bez Jezusa. Gdy On zjawia się, idąc po wodzie, Piotr wyskakuje z zagrożonej barki i maszeruje ku Zbawi¬ cielowi. W zakończeniu obaj wchodzą na pokład i wiatr natychmiast się uspokaja. Czyż Arche (Arka) nie jest taką łodzią bez Chrystusa, bez sterni¬ ka? Czyż ja, zrywając moje przyrzeczenie, nie opuściłem jak Piotr tonące¬ go statku? W epilogu wyraźnie jest wskazane, w kim tkwi ratunek. Nie bez znaczenia jest również fakt, że ten rozdział Ewangelii zaczyna się od śmierci Jana Chrzciciela. Jakże mocno Pan przemówił! Wzmocniony tym słowem, postanawiam wieczorem, przed uroczystym odnowieniem przyrzeczenia, składanym przez uczestników, publicznie oświadczyć o mojej decyzji i motywach. Patriarcha nie zgadza się jednak na moje wystąpienie, aby „nie mącić świątecznego nastroju” Świąteczny nastrój został i tak całkowicie zburzony — tragiczną śmiercią Oliviera, jed¬ nego z najbardziej zaangażowanych w organizację zjazdu. Hm... Z tonącej łodzi w Bieszczady Jestem, Panie, gotów wypełnić misję do końca, ale mimo tylu znaków, wciąż rodzą się w mej duszy wątpliwości, czy aby nie jestem ofiarą iluzji. 46 WŚRÓD ŻYWIOtU ŚWIATA
		

/0047_0001.djvu

			OTO POSYtAM CI�?. Jak się upewnić, że to naprawdę Ty mnie prowadzisz? I co mam przedsię¬ wziąć? Już wiem. Ogłaszam dla siebie tydzień modlitwy, wzmocnionej całko¬ witym postem, i w tym czasie będę spisywał mą historię. Wierzę, że Duch rozjaśni me myśli, pozwalając zdemaskować podstępy Złego, pokieruje mymi działaniami. I jeżeli nie zostanę odwiedziony od mych przekonań, wówczas zrodzony tekst postaram się rozpowszechnić w Arche, roześlę go do wszystkich grup, gdyż najprawdopodobniej nie zostanie on opubliko¬ wany w oficjalnym biuletynie. W ten sposób wypełnię mą misję do końca. Czyż tak, Panie? Błogosławiony post, już w trzecim dniu znajduję prosty środek uniknię¬ cia sideł szatańskich — posłuszeństwo. Biedną Faustynę Jezus gwałtownie przynaglał do podjęcia różnych działań, ale w końcu zawsze dodawał: „Nie czyń nic bez zgody przełożonych” I ja, choć prowadzony przez Ducha, mogę mieć pewność, że nie pobłądzę tylko wtedy, gdy poddam się ludzkiej władzy. Komu? Patriarsze, w którego dobrą wolę prowadzenia tego tonące¬ go okrętu ku Prawdzie całkowicie wierzę. Jeżeli nawet on błądzi, to swoją wojującą racją mogę wyrządzić więcej zła aniżeli dobra, tak jak Luter w Kościele. Dlatego moje świadectwo złożę na ręce Patriarchy, bez wzglę¬ du na to, co on z nim uczyni, nie będę go po partyzancku upowszechniać. W takiej gorliwości Szatan założył swe sidło. Zasadzka została wykryta, mogę więc już przerwać głodówkę. Tylko co pomyślą sobie bracia? Przecież oznajmiłem, że będę pościć siedem dni. Ot, następne sidło. Dzwon wspólnotowy wzywa na obiad. Idę do stołu. Lepiej być upokorzonym i najedzonym, aniżeli głodnym i pysznym. Smacznego! We wrześniu 1999 roku wracam z mym spisanym po francusku proroc¬ twem do kraju. Jakże słabej jestem wiary! Znów tonę w niepewności, czy te wszystkie wydarzenia, które na papierze poukładałem w Bożą historię, nie są tylko moją literacką fikcją. Niestety, jestem Tomaszem, potrzebuję Cię dotknąć, aby uwierzyć. Znów proszę Pana o znak, mocny znak: powołanie w Polsce wspólnoty Arche, ochrzczonej w imię Jezusa Chrystusa. W taki konkretny znak mogliby uwierzyć także Tomasze z Francji. Dam ci ten znak — słyszę w duszy szept Boga — ale najpierw ty zaufaj Mi i wyślij Patriarsze przesłanie, które Ja ci dyktowałem. WŚRÓD ŻYWIOtU ŚWIATA 47
		

/0048_0001.djvu

			MAREK PRZEPIÓRKA Mijają miesiące. Książka Buduj Arkę złączyła kilka osób zainteresowa¬ nych tą ideą, ale żeby mogła powstać stała wspólnota, musi być jakiś dom. Z nieba spadnie? Jednak zachęcony tymi pierwszymi oznakami, 17 stycz¬ nia wysyłam wreszcie moje proroctwo do Patriarchy. W piątek powinien je otrzymać — myślę. A ja w piątek otrzymuję telefon i poważną propozycję dużego domu z ziemią w Bieszczadach na tworzenie wspólnoty Arche. MAREK ur�? 1 w^cz?8a' przebywa w różnych wspólnotach i pustel¬ niach, zimą zwykle wraca do kraju, tłumacz, współpracownik PRZEPIÓRKA „Gwiazdy Morza" Książka wydawnictwa W drodze Jo Croissant Kobieta. Kapłaństwo serca przeł. Katarzyna Kubaszczyk Ta książka, w której kobieta zwraca się do kobiet, cieszy się nie słabnącym zainteresowaniem czytelników. stron 176, cena 14 zł Przed kobietą otworzyło się wiele zamkniętych dotąd drzwi. Choć na zewnątrz kobieta pozornie rozkwita, wydaje się panią swego życia, często jest to jedynie zewnętrzna otoczka, która skrywa egzystencjalny niepokój. 48 WŚRÓD ŻYWIO�?U ŚWIATA
		

/0049_0001.djvu

			SYLWETKA Mauriac nie potrafił pisać wbrew sobie. Niezależnie od nacisków z zewnątrz i podejmowanych pod ich wpływem prób wpasowania się w standardy „ literatury ewangelizacyjnej", pozostał wierny surowej, jansenistycznej edukacji. Nie porzu¬ cił tego, co sam rozpoznał jako najmocniejszą stronę własnej twórczości: nie prze¬ stał realistycznie pisać o „mrokach ludzkiej duszy". Mauriac jako chrześcijanin i artysta pozostał wierny sobie. Wiarygodność jego wiary i jego literatury tylko na tym zyskała. DARIUSZ KULESZA Szczęśliwie niespełnione nawrócenie kilka uwag o świętości i literaturze Kiedy pada pytanie: „jak pogodzić artystyczne powołanie z wiarą?”, nie mogę pozbyć się wrażenia, że sprawa jest już nieaktualna. Nie ma przecież żadnych podstaw, by upierać się przy tezie o istotnej zależności między religijnością twórcy i jakością uprawianej przez niego sztuki. Biografia ar¬ tysty bywa wykorzystywana przy opisywaniu jego dzieł, ale każde z nich wobec krytyków, widzów, czytelników i słuchaczy musi bronić się samo. Wracam do tych oczywistości, by przypomnieć, że na początku XX wieku estetyka neotomistyczna Jacques’a Maritaina sprowadzała problem litera¬ tury zwanej wówczas katolicką do kwestii katolickiego pisarza. Utrzymy¬ wano wówczas, iż wystarczy oczyścić źródło, by uzyskać arcydzieło. Najzwyklejszy ksiądz powie mi (...): „Bądź czysty (...), a wtedy i twoje dzie¬ ło będzie odbiciem nieba. Oczyść najpierw źródło, a ci, którzy z niego pić będą, nie będąjuż więcej chorować...”. (...) Przyznaję rację temu zwykłemu księdzu. Tak pisał François Mauriac, od którego dwudziestowieczna powieść ka¬ tolicka bierze początek. Oczyszczenie źródła, oczyszczenie samego siebie, jest niezbędne po to, by — jak mówił Maritain — być uczciwym, prawdzi¬ SYLWETKA 49
		

/0050_0001.djvu

			DARIUSZ KULESZA wym, uniwersalnie realistycznym powieściopisarzem. Takim — według niego — może być tylko chrześcijanin, tylko mistyk, który wie, co jest w człowieku. Tezy Maritaina nie są pozbawione racji. Konfrontując pisarza i jego dzieło, chrześcijański filozof wybiera osobę zamiast rzeczy Trudno się temu dzi¬ wić, tym bardziej, że jest to wybór, który nie bagatelizuje dzieła. Wymaga¬ jąc od twórcy oczyszczenia, Maritain dba przecież o jego sztukę. Nie jest to troska bezinteresowna. W grę wchodzi odpowiedzialność za czytelników. Oczyszczony pisarz tworzy dzieło równie jak on czyste i dzięki temu sku¬ tecznie oczyszczające odbiorców. Ten higieniczny układ ewidentnie funkcjo- nalizuje literaturę, sprowadza ją do niewątpliwie chwalebnych, ale czysto usługowych zadań. Tomizm czy raczej humanizm Maritaina jest rzeczywi¬ ście integralny (dotyczy wszystkiego, zbawia wszędzie) i właśnie dlatego można mu zarzucić nadmierną ekspansywność, że o innych, dużo bardziej drastycznych inwektywach nie wspomnę. Jak pogodzić artystyczne powołanie z wiarą? Jacques Maritain udzielił na to pytanie odpowiedzi, która nie wytrzymała próby czasu. Nie sądzę, by dekonstrukcjonizm Derridy był za to odpowiedzialny, ale dzisiaj pisarz, tekst i czytelnik (poza targami książek) funkcjonują osobno. Pisarz sam musi dać sobie radę z wiarą. Sakralny, religijny albo chrześcijański charak¬ ter tekstu to kwestia jego cech immanentnych (modusu egzystencji postaci, fabuły albo organizacji czasu i przestrzeni). Deklaracje, chęci czy wyzna¬ nie autora niewiele tu znaczą. A czytelnik? Czytelnik czyta, co chce, i jak może nie mieć prawa do własnego, zupełnie dowolnego zdania na temat wybranej przez siebie literatury? To nie nasz ponowoczesny świat rozdzielił pisarza, tekst i czytelnika. Już w czasach Maritaina problem ten wyraźnie, wręcz drastycznie, można było obserwować na przykładzie twórczości François Mauriaca, który jako zdeklarowany katolik pisywał, zdaniem wielu, antykatolickie książki. Mau¬ riac „siał zgorszenie”, a więc „szkodził” wyznawanej przez siebie wierze. Wszystko to wbrew własnej woli. Jak poradzić sobie z sytuacją, w której autorska intencja jest inna niż tożsamość dzieła rozpoznawana przez czy¬ telników? Najskuteczniejszym ratunkiem wydaje się separacja pisarza, tek¬ stu i czytających. Takie rozwiązanie ma symptomy rezygnacji, ale literatu¬ 50 SYLWETKA
		

/0051_0001.djvu

			SZCZ�?ŚLIWIE NIESPE�?NIONE NAWRÓCENIE roznawcom, a prawdopodobnie także pozostałym czytelnikom, daje poczu¬ cie bezpieczeństwa, ponieważ oznacza poruszanie się na pewnym (choć niepoznawalnym jak osoba) gruncie literatury (tekstu, języka). Dzieło staje się najważniejsze. Nie wyklucza to jednak prób poznania autora. Nie prze¬ czy zainteresowaniu tym, jak jego książki są (były) odbierane. Przed nawróceniem, po nawróceniu Zasadniczy wpływ na twórczość Mauriaca wywarł jansenizm, który do¬ tarł do pisarza przede wszystkim przez Pascala. Mauriac zawsze uważał się za pascalistę. Od 15. roku życia nie rozstawał się z tekstami swego mistrza. Pisał o nim i o jego siostrze. Nawet jeśli uważał, że autor Myśli nie miał racji „w konkretnym czasie i przypadku”, przyznawał mu ją „w pojęciu absolutnym” To właśnie Pascal w swoim rygoryzmie nie pozwolił Mauria- cowi na pobłażliwe traktowanie katolicyzmu. Wywołał w nim ostrość wi¬ dzenia przeciwstawionych sobie bezwzględnie: natury i łaski. Odsłonił wewnętrzną słabość pisarza wobec ciążących na nim moralnych obowiąz¬ ków i nie pozwolił mu przejść nad nią do porządku dziennego. We mnie istnieje mój sobowtór — pisał dwudziestopięcioletni Mauriac w jednym z listów do Roberta Vallery-Radota — (...) zmysłowy i gwałtow¬ ny, który wyciąga ręce ku życiu jeszcze nieznanemu i którego wabią wszel¬ kie rozkosze. Z sobowtórem tym pisarz musiał identyfikować się aż nazbyt często albo musiał ulegać mu wystarczająco wiele razy, skoro miał świadomość ocze¬ kiwania na nawrócenie, skoro przyznawał się do miejsca „u progu Ko¬ ścioła” Trudno wyobrazić sobie inny efekt połączenia jansenistycznego rygoryzmu z przemożnym pragnieniem życia nie unikającego wszelkich rozkoszy. Być u progu Kościoła. W wypadku Mauriaca nie była to sytuacja Simo¬ ne Weil czy Henriego Bergsona. Autor Losów wychował się w rodzinie pedantycznie katolickiej. Sam twierdził, że należy do gatunku tych ludzi, którzy przyszedłszy na świat w łonie katolicyzmu, zrozumieli, dochodząc do pełnoletności, że nigdy nie mogliby się go wyrzec. Mimo to mówi się SYLWETKA 51
		

/0052_0001.djvu

			DARIUSZ KULESZA o nawróceniu Mauriaca. W jego wypadku oznacza ono podjęcie życia zgod¬ nego z wyznawaną wiarą. W Bogu i złotym cielcu, za Pascalem, Mauriac pisze: „A więc można, (...) nawracać się, nie odchodząc od chrześcijań¬ stwa!” Przyjmuje się, że tak pojmowane nawrócenie miało miejsce pod koniec 1928 roku, dzięki, zaaranżowanemu przez Charlesa du Bos, spotka¬ niu pisarza z księdzem Altermancm. Nawet po „konwersji” nikt nie był w stanie wyegzekwować od autora Teresy Desqueyroux czytelnie katolickiej beletrystyki, chociaż — zmuszo¬ ny do tłumaczenia katolickości swoich książek — Mauriac rozpoczął wów¬ czas publikowanie pozycji o charakterze eseistycznym, wspomnieniowym, pamiętnikarskim oraz dotyczących samej materii pisarstwa, gdzie „stacza się w publicystykę”, nazywając swój katolicyzm po imieniu. Znamienne dla niezmiennego oblicza powieści Mauriaca są losy Kłębo¬ wiska żmij. Książka została wydana w 1932 roku. Pisarz włożył w nią całą swoją wiarę, a w rezultacie domagano się od niego „ze względów... moral¬ nych” listu, który dołączony do powieści, miał zapewnić jej właściwy, ka¬ tolicki charakter. Ostatecznie wymagana epistoła została skrócona o poło¬ wę. Trudno obarczać nadmiernym znaczeniem historię jednej książki, ale warto uzupełnić ją lekturą eseistyki Mauriaca, by także tam spróbować od¬ naleźć literacką niezmienność jego twórczości. Kiedy Mauriac opublikował Cierpienia chrześcijanina, wydawało się, że nic już nie zasypie w nim przepaści między życiem według porządku natury a życiem według porządku łaski. Jansenizm zrobił swoje. Nie widać było szans na pogodzenie przyjętej w dzieciństwie, przeżywanej na progu Kościoła wiary, i zmysłowego sobowtóra pisarza, „który wyciąga ręce ku życiu jeszcze nieznanemu i którego wabią wszelkie rozkosze” Wiele wska¬ zywało na kolejny gorzki, niezamierzony tryumf Pascala, urzekającego wszystkich liberałów udających, że „nie mogą się nawrócić”, ponieważ gdy chodzi o świętość, tak jak on, uznają jedynie absolut. Cierpienia... okazały się jednak punktem granicznym, który przygotował Mauriaca do przejścia na stronę intensywnie doświadczanych przez niego napięć związanych z życiem wiarą, gdzie istnieje prawdopodobieństwo chrześcijańskiego szczę¬ ścia. Pisarz przyjął z pokorą krytyczne oceny swojego tekstu formułowane przez opiniotwórcze środowiska francuskiej inteligencji katolickiej, gdzie 52 SYLWETKA
		

/0053_0001.djvu

			SZCZ�?ŚLIWIE NIESPEtNlONE NAWRÓCENIE niepodważalnym autorytetem cieszyli się Maritain i Claudel. Ten ostatni napisał nawet w liście do Mauriaca o tym, że Cierpienia chrześcijanina przygnębiły go i wręcz potraktował je jako dowód zerwania z katolicyzmem. Mauriac zaakceptował także tę opinię. Odnalazł w niej słuszną „pogardę” i „potępienie” Pozwolił sobie na tak okrutne słowa (w rzeczywistości bar¬ dziej pokutnej samoanalizy niż interpretacji diagnozy Claudela), ponieważ przeżył swój esej jako okazję do wielkiej odmiany, jeden z najistotniej¬ szych elementów sprawczych dokonującego się w nim nawrócenia. Konsekwencją przemiany, jaka w nim nastąpiła, niosąc ze sobą akcepta¬ cję bardzo krytycznych ocen Cierpienia chrześcijanina, był tekst progra¬ mowo zaprzeczający publikacji, która zbulwersowała nie tylko Claudela. Mauriac zatytułował go Szczęście chrześcijanina. W eseju tym przeczy sam sobie. Pisząc do matki, skarży się, że do napisania Szczęścia chrześcijani¬ na został zmuszony. Przyjął jednak tę ofiarę jako konieczne oczyszczenie, jako ekspiację, po której będzie mógł pracować spokojnie pod okiem Boga. Pisanie tego tekstu — wbrew pozorom i skargom samego Mauriaca — nie musiało być pokutą zbyt uciążliwą, skoro w jednym z listów pisarza zacho¬ wało się zdanie: „Niczego jeszcze nie pisałem z tak wielką miłością”. Szczę¬ ście chrześcijanina — mimo skupionych wokół niego kontrowersji — wy¬ daje się zapisanym na gorąco świadectwem nawrócenia, przemiany i nie ma specjalnego znaczenia to, że powstało na zamówienie. (Również Cier¬ pienia chrześcijanina zostały u Mauriaca zamówione.) Traktując Szczęście... jako bezpośredni skutek nawrócenia, można spo¬ dziewać się w nim zasadniczych przewartościowań w porównaniu z po¬ przednimi opiniami czy publikacjami konwertyty. Tymczasem Mauriac, pisząc o chrześcijańskim szczęściu, zauważa: Jak człowiek po amputacji odczuwa ból w nieistniejących już członkach, tak w człowieku wskrzeszonym ustawiczna czujność wywołuje złudzenie, że przezwyciężona namiętność pali go jeszcze. Nieco dalej podobna myśl została sformułowana w bardziej dosadny sposób: To, co porzucamy, nie chce nas porzucić. (...) Wydaje się nam, że umiłowa¬ liśmy pokój, a tymczasem ociekamy krwią namiętności aż do kresu naszych SYLWETKA 53
		

/0054_0001.djvu

			DARIUSZ KULESZA dni. Chociaż bowiem zostaliśmy uleczeni przez łaskę, pycha żywota kusi nas, byśmy zdobytą moc wykorzystali w tym celu, by uciec od Boga, który nam tę moc przywrócił. Można mieć poważne wątpliwości, czy zacytowane fragmenty Szczę¬ ścia... umieszczone w Cierpieniach chrześcijanina zwracałyby uwagę za¬ sadniczą odrębnością. Ciekawe jest również to, że Mauriac w eseju Jeszcze o szczęściu ustosunkowuje się negatywnie do pewnych sformułowań istot¬ nych dla neotomistycznej estetyki, opublikowanych przez niego wcześniej, w innej rozrachunkowej pozycji zatytułowanej Bóg i złoty cielec. Doświadczywszy nawrócenia, Mauriac zachował specyficzny realizm swojego pisarstwa. Nawet w Życiu Jezusa — książce tak szczególnej, wy¬ dawałoby się zmuszającej (zwłaszcza osobę świeżo nawróconą) do zasto¬ sowania technik pisarskich innych niż te, które wzbudzały kontrowersje przed 1928 rokiem — nawet tam Mauriac nie zmienia się. Krytyki, poja¬ wiające się w odniesieniu do tej pozycji, wytykają pisarzowi literacką za¬ twardziałość. Paul Claudel nie mógł mu na przykład darować wykreowania Jezusa, który pod względem wyglądu zewnętrznego był taki jak Jego oto¬ czenie. Według Claudela całun turyński dowodzi, że wzrost Mesjasza — w czasach Jezusa, na Wschodzie — był nietypowy, wyraźnie przewyższa¬ jący przeciętny. Mauriac, odpowiadając na takie zarzuty, bywał porywczy. Bronił konsekwentnie swej niezmienności mimo zmiany. Nie widział nic hieratycznego ani bizantyjskiego w odbiciu, jakie ukazuje całun. Święte Oficjum, doceniając wybitne natchnienie chrześcijańskie Mauriaca, też miało swoje zastrzeżenia. Nie potrafiło — jak Claudel — zaakceptować zbyt ludzkiego, mauriacowskiego wizerunku Jezusa. Na zasadzie anegdoty można dodać, że Mauriac po nawróceniu nie tylko pisze, ale także żyje jak dawniej. Oto znamienny fragment jednego z li¬ stów: Człowiek nadstawia lewy policzek, potem prawy, potem raz jeszcze lewy (...) — aż wreszcie wali pięścią... taka już jest nasza nieszczęsna natura! Taka już jest „nieszczęsna natura” Mauriaca. Wynotowane fakty nie są jedynie argumentem potwierdzającym tezę o niemożliwym do załagodzenia konflikcie, o braku prostej, niezmiennej 54 SYLWETKA
		

/0055_0001.djvu

			SZCZ�?ŚLIWIE NIESPE�?NIONE NAWRÓCENIE odpowiedni ości, występującej między pisarzem i chrześcijaninem; między tym, jak się żyje, i tym, jak się pisze. Zgromadzony materiał, mimo swej szczupłości, wskazuje na wymykającą się wszelkim teoriom tajemnicę osoby ludzkiej, której konsekwentnie paradoksalna, mauriacowska tożsamość re¬ alizuje się poza chrześcijańsko-pisarskim napięciem — „w najbardziej zmą¬ conej części człowieczego ja” Nie jest to przestrzeń ograniczona w swej funkcjonalności do artystycznego tworzenia. To przede wszystkim prze¬ strzeń esencjonalnego bycia. Mauriac często powtarzał, że wszystkie jego książki są z niego. W datowanym na lipiec 1921 roku liście do Marcela Prousta pisał: „Dziwaczność moich książek stąd zapewne pochodzi, że się w nich zwierzam” Ten niekonwencjonalny powrót neotomizmu pozwala na nowo — praktycznie — zobaczyć kwestię odpowiedzialności pisarza za jego dzieło. Pisarz — odpowiedzialność — czytelnik Bóg i złoty cielec Mauriaca zawiera następujące stwierdzenie: „Nasze książki są bardzo podobne do nas samych i ludzie mają prawo według nich sądzić nas i potępiać” Kategoryczność tego sformułowania została nieco osłabiona, gdy Mauriac — uznając istnienie zasadniczej więzi między oso¬ bowością pisarza a postaciami i wydarzeniami zrodzonymi w jego wyobraźni — dodaje, że twórca nie jest panem absolutnym swego dzieła, jak nie jest panem swego własnego losu. Autor Genitrix, przyjmując odpowiedzial¬ ność za oddziaływanie swoich powieści, próbuje neutralizować ją enigma¬ tycznym przeznaczeniem. Lepiej przygotowana jest linia obrony budowa¬ na na opinii pisarzy (m.in. marzącego o sławie demoralizatora Flauberta) utrzymujących, że utwór, który gorszy, jest niemal zawsze utworem wy¬ zwalającym. Chociaż: W oczach chrześcijanina pisarze ci są w błędzie (dogmat upadku) (...), gdyż nie zdają sobie sprawy z tego, ile jadu i zarazków kryje się w ranach, które z rosnącym zuchwalstwem obnaża dzisiejsza literatura. (...) Czyż zatem — pyta Mauriac — pisarz z racji swoich skrupułów powinien zniekształcać obiekt swych studiów i w obawie przed wniesieniem niepokoju do czyjejś duszy fałszować obraz studiowanego przez siebie życia? SYLWETKA 55
		

/0056_0001.djvu

			DARIUSZ KULESZA Według autora Kłębowiska żmij pisarze, którzy sprzeniewierzają się roz¬ poznanemu przez siebie światu, by pozytywnie oddziaływać na czytelnika, rzadko osiągają zamierzony cel. W liście z 1936 roku Mauriac jednoznacznie wypowiada się na temat prawdy i pięknego zmyślenia w literaturze. „Pisarz ma nie tylko prawo, ma obowiązek niepisania niczego innego niż to, co jest prawdą” Prawda w książkach Mauriaca bywa głównie posępna. Między innymi na tej pod¬ stawie twierdzono, że lubuje się on w tym, co ciemne, grzeszne, niebez¬ pieczne, że opisując to, odnajduje w sobie dość talentu, żaru, zaangażowa¬ nia, dość artystycznych środków wyrazu. Natomiast tam, gdzie pojawia się światło, gdzie pojawia się świętość, tam Mauriac mógłby już tylko złamać swoje pióro. Nawet nie podejmując polemiki z tą opinią, warto zwrócić uwagę na fakt, iż mrok przenikający powieści Mauriaca mógł brać się tak¬ że z jego miłości życia, bowiem dla autora Fatyzeuszki kochać życie zna¬ czyło „kochać je bez żadnych przyozdobień, jak się kocha istotę ludzką, choćby była bardzo żałosna” Mauriac chce dzielić z czytelnikiem ciężar odpowiedzialności za funk¬ cjonowanie utworu literackiego, bo przecież „czytelnik współtworzy z po- wieściopisarzem” i posługuje się książką w sposób „niepozwalający się przewidzieć” Potwierdzenia współodpowiedzialności czytelnika za dzieło literackie — choć jest ona sprzeczna z neotomistyczną estetyką — szuka Mauriac w klasyce. Powołuje się na przykład najoczywistszy — Cierpienia młodego Wertera. Mówi o tym, że młodzi ludzie popełniający samobój¬ stwo po przeczytaniu tej książki pewnie znaleźliby z równym powodze¬ niem inne przyczyny, które by ich skłoniły „do poddania się śmiertelnej pokusie” Dowód ten nie jest specjalnie przekonujący. Więcej znaczy tu sama obecność arcydzieła Goethego. Mauriac, nie mogąc zakwestionować wpływu Cierpień na ówczesne młode pokolenie, przypuszcza jedynie, że spowodowane lekturą samobójstwa mogły wydarzyć się z innych przyczyn, albo — były one właściwie nieuchronne, a niemiecka powieść spełniła rolę, która równie dobrze mogłaby przypaść okolicznościom absolutnie niezwią- zanym z lekturą. W sukurs przychodzi Mauriacowi także jego własna twórczość. Na pod¬ stawie listów i rozmów z czytelnikami zanotował on, że wśród książek przyj¬ 56 SYLWETKA
		

/0057_0001.djvu

			SZCZ�?ŚLIWIE NIESPE�?NIONE NAWRÓCENIE mowanych bardzo krytycznie są i takie, które — wbrew opiniom na ich temat — pomogły w życiu religijnym wielu osób. Argumentem zamykającym w Bogu i złotym cielcu historię zmagania się pisarza z odpowiedzialnością za dzieło, za czytelnika jest pytanie: „Czy człowiek do głębi cnotliwy nie zacząłby od zrezygnowania z pisania po¬ wieści?”. Przecież święty — dowodzi Mauriac — gdyby był prawdziwym artystą, „czułby się niezdolny do produkowania ckliwych, budujących hi¬ storyjek, pozbawionych całkowicie wszelkiej prawdy ludzkiej” Poza tym „wiedziałby (...), że żywe dzieło literackie zawsze będzie w wysokim stop¬ niu niepokojące” Z punktu widzenia Mauriaca albo jest się pisarzem narażonym na grzech gorszenia innych, albo jest się „człowiekiem do głębi cnotliwym”, który przestaje pisać. Zamiast definitywnie antagonizo¬ wać świętość i pisanie, Mauriac wolał wypowiadać się o świętości jako jasnym widzeniu nędzy, która nieuchronnie tkwi w naturze człowieka. Tym samym bycie świętym przez pisarza stawało się z punktu widzenia Mauria¬ ca prawdopodobne i pożądane, ale uzyskiwało także jansenistyczne, mroczne zabarwienie — tak dobrze znane z jego powieści. Przywołane fragmenty tekstów francuskiego noblisty oraz wypowiedzi oceniających go osób zdają się uzasadniać mauriacowską— mimo nawró¬ cenia — niezmienność. Sam Mauriac mówi wyraźnie o wiecznej obecno¬ ści tego, co przeszłe, odrzucone, o niemożności uniknięcia tego, kim się jest, także wtedy, gdy ubyło to wszystko, co stanowiło ognisko zapalne. Właśnie dlatego nawet oczyszczone źródło — według niego — zachowuje mętność swego dna. Niezależnie od wątpliwości wzbudzanych przez twórczość Mauriaca, miarą katolickości (czy raczej chrześcijańskości) literatury nie powinna być wiara jej autora. Jerzy Zawieyski w znanym, wiekowym już (1947 rok) eseju Zagadnienie literatury katolickiej sformułował to w sposób następu¬ jący: „Mauriac jako człowiek jest niewątpliwie żarliwym katolikiem, ale ocena jego katolicyzmu należy do jego spowiednika, nie do nas” Weryfi¬ kowanie katolickiego (chrześcijańskiego) charakteru powieści, dramatu czy wiersza wymaga analityczno-interpretacyjnych narzędzi literaturoznaw¬ czych, które są w stanie rozpoznać, a także opisać konstytutywną obecność SYLWETKA 57
		

/0058_0001.djvu

			DARIUSZ KULESZA katolickiej (chrześcijańskiej) sakralności wewnątrz dzieła, czyli tam, gdzie ujawnia się tożsamość jego przestrzeni, czasu, fabuły, postaci czy podmio¬ tu lirycznego. Jeszcze jedno: wartość chrześcijańskiej prozy Mauriaca polega nie tylko na jej pesymistycznie egzystencjalnej wiarygodności („�?atwiej jest uwie¬ rzyć w zło, dobro wzbudza nieufność”). Mauriac nie potrafił pisać wbrew sobie. Niezależnie od nacisków z zewnątrz i podejmowanych pod ich wpły¬ wem prób wpasowania się w standardy „literatury ewangelizacyjnej”, po¬ został wiemy surowej, jansenistycznej edukacji. Nie porzucił tego, co sam rozpoznał jako najmocniejszą stronę własnej twórczości: nie przestał reali¬ stycznie pisać o „mrokach ludzkiej duszy” Mauriac jako chrześcijanin i artysta pozostał wiemy sobie. Wiarygodność jego wiary i jego literatury tylko na tym zyskała. ur. 1963, adiunkt w Instytucie Filologii Polskiej na Uniwersyte- D Ą R I U S Z cie w Białymstoku, współpracownik „Gazety Współczesnej", fe- KULESZA l'eton'sta Radia Białystok, publikował w między innymi w „Kart¬ kach" i „Ruchu Literackim", mieszka w Białymstoku. Nowa książka wydawnictwa W drodze Alice von Hildebrand Jak kochać po ślubie? przeł. Magdalena Angrot Dlaczego mówi się, że miłość jest ślepa? Może powinnam rzu¬ cić pracę? Czy mam kochać go tylko po to, by wracał do domu? Ja chcę zmywarkę, a on miniwieżę. Tak trudno jest się zmienić. Alice von Hildebrand, doktor filozofii, od wielu lat zajmuje się problematyką związaną z miłością małżeńską. Głoszone przez nią bezpośrednio lub za pośrednictwem mediów idee są zako¬ rzenione w jej osobistej religijności oraz doświadczeniu długo¬ letniego małżeństwa z wybitnym filozofem Dietrichem von Hildebrandem. stron 140, cena 17 zł HILD IR*, n ►Jak kochac po s1 ub i • 58 SYLWETKA
		

/0059_0001.djvu

			BIBLIA W R�?KU CHRZEŚCIJANINA Chrystus okazał się prawdziwym Panem snu i śmierci. Obudził córkę Jaira, wyrwał �?azarza z objęć otchłani. Tymi znakami zapowiedział największy cud w historii zbawienia: zmartwychwstanie. Potrzeba przebudzenia i ciągłego czuwania w świetle Nowego Testamentu nabierają szczególnych znaczeń. Chrześcijanin bowiem nie jest dzieckiem nocy i ciemności, lecz dzieckiem prawdziwej Światłości. ■ EWA MADEYSKA Zbudź się, o śpiący Sen starożytny Wiele greckich, sumeryjsko-akadyjskich i babilońskich mitów opowia¬ da o śniących i śpiących ludziach oraz bogach. Spał Enki — babiloński bóg powietrza — zanim z gliny stworzył człowieka (na początku zresztą ułomne¬ go); cudownie śnili Gilgamesz (w jednej trzeciej człowiek) i jego towarzysz Enkidu, bohaterowie najstarszego eposu powstałego między Eufratem a Tygrysem. Pierwszy z nich miał widzenie mówiące o rychłej przyjaźni z Enkidu, silnym człowiekiem, dorównującym Gilgameszowi namiętno¬ ściami. Drugi zaś w trakcie sennej wizji usłyszał zapowiedź zbliżającej się śmierci. Proroctwo spełniło się po dwunastu dniach. W greckich opowieściach sen był najczęściej karą za ziemskie, ludzkie przewinienia, za nieposłuszeństwo lub zdradę. Hera wielokrotnie zsyłała czarodziejski sen na kochanki Zeusa lub doświadczała je znacznie okrut¬ niejszą w skutkach bezsennością. Znamienne, że obie kultury — mezopo- tamska i grecka — uznawały sen za przedsionek śmierci. W starożytnej Helladzie Hypnos i Tanatos to bracia bliźniacy, synowie Nocy. Tezę o śnie, jako zapowiedzi śmierci, potwierdza historia o poszukującym nieśmiertel¬ ności Gilgameszu. Bohater został wystawiony na ciężką próbę — miał nie spać przez kilka nocy, aby udowodnić, że pokonanie snu równoznaczne jest z przezwyciężeniem śmierci i osiągnięciem upragnionej nieśmiertel¬ ności. Przegrał pojedynek z naturą, zrozumiał, że nikt nie może przekro- BIBLIA W R�?KU CHRZEŚCIJANINA 5lJ
		

/0060_0001.djvu

			EWA MADEYSKA czyć praw boskich, a sen, podobnie jak śmierć, wpisuje się w skończoną egzystencję człowieka. Śpiący ufa Jahwe Motyw snu i śnienia występuje nie tylko w mitach i legendach starożyt¬ nej Mezopotamii i Grecji, ale również w Biblii. Można w niej odnaleźć wiele zbieżności ze wspomnianymi wyżej motywami, chociaż różni je jed¬ na, podstawowa cecha: dawcą snu w Biblii jest jedyny i odwieczny Bóg. To On na początku czasów zapanował nad chaosem, oddzielając światłość od ciemności (Rdz 1,1-5) ', On stworzył noc i dzień, wpisał w rytm życia czło¬ wieka chwile czuwania i odpoczynku. Właśnie dlatego podczas snu Bóg czasem przychodził, by mówić do człowieka. Spokojny, bezpieczny sen dla starotestamentalnych autorów był znakiem Bożego błogosławieństwa. Przynosił strudzonemu Izraelicie zasłużony od¬ poczynek po dniu pełnym pracy: „Słodki jest sen robotnika, czy mało, czy dużo on zje, lecz bogacz mimo swej sytości nie ma spokojnego snu” (Koh 5,11). Brak spokojnego snu czy bezsenność uważano za konsekwencję uwikłania w sprawy świata; dotykała ona tych, którzy troszczyli się o swój majątek: „Bezsenność z powodu bogactwa wyczerpuje ciało, a troska o nie oddala sen” (Syr 31,1). Czasem pozbawiony spokoju nocnego odpoczynku bywał cierpiący grzesznik, człowiek błagający Boga o litość i zmiłowanie, proszący o ocalenie swej duszy, człowiek słaby, taki, który nie zasypia, po¬ nieważ —jak sam mówi — „Zmęczyłem się moim jękiem, płaczem obmy¬ wam co noc moje łoże, posłanie moje skrapiam łzami” (Ps 6,7). Śpiący całkowicie powierzał się opiece Bożej; sen był zatem znakiem zaufania Jahwe. Bożki tworzone przez ludzi — a za takie uważano bóstwa babilońskie — mogły opuścić człowieka, „zamyślić się”, „udać się w dro¬ gę”, a kiedy nie odpowiadały na prośby i wołania, sądzono, że śpią (1 Kri 18,27). Jahwe natomiast czuwał nad każdym krokiem człowieka: On nie pozwoli zachwiać się twej nodze ani się zdrzemnie Ten, który cię strzeże. Oto nie zdrzemnie się ani nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem (Ps 121,3-4). 60 biblia w ręku chrześcijanina
		

/0061_0001.djvu

			ZBUDŹ SI�?, O ŚPIĄCY Idealne zaufanie Bogu w czasie spoczynku symbolizuje sen Jezusa pod¬ czas burzy. Kiedy Jego uczniowie walczyli o przetrwanie, próbując opano¬ wać żywioł, Jezus „spał w tyle łodzi na wezgłowiu” (Mk 4,38). Apostoło¬ wie zbudzili Mistrza, prosząc, by uciszył burzę, Ten zaś zapytał ich: „Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?” (Mk 4,40). Ufność Bogu — będąca również warunkiem wierności — polega na całkowitym zdaniu się na łaskę Najwyższego i przekonaniu, że nawet w obliczu największych niebezpieczeństw schronienie człowieka znajduje się właśnie w Nim. Je¬ zus uczy zaufania Bogu, zachęcając jednocześnie, by słaby człowiek w czasie największych burz, życiowych doświadczeń, chwil wielkiego lęku, zbliżył się i przylgnął do Niego, trwał wspólnie z Nim w ciszy i pokoju, albowiem On, siedzący „na wezgłowiu łodzi”, czuwa nad człowiekiem. Sen to dar pochodzący od Boga. Niejednokrotnie był czasem działania Stwórcy, wkraczania w historię zbawienia. Śpiącego bowiem uważano za osobę bezwolną, a moment nocnego odpoczynku za odpowiedni dla Boże¬ go nawiedzenia. W takim śnie został pogrążony Adam, któremu Jahwe wyjął żebro, by stworzyć matkę rodzaju ludzkiego (Rdz 2,21-23); podobnie Abram, zaniepokojony przyszłością swojego rodu, został obdarzony głębo¬ kim snem, w którym przyszedł do niego Bóg, by zawrzeć ze swoim sługą przymierze: A gdy słońce chyliło się ku zachodowi, Abram zapadł w głęboki sen i opa¬ nowało go uczucie lęku, jak gdyby ogarnęła go wielka ciemność. (...) A kiedy słońce zaszło i nastał mrok nieprzenikniony, ukazał się dym jakby wydobywający się z pieca i ogień niby gorejąca pochodnia. (...) Wtedy to właśnie Pan zawarł przymierze z Abramem (Rdz 15,12.17a. 18a.). Badać nocne widzenia Tajemniczą obecność i błogosławieństwo, obietnicę opieki i licznego po¬ tomstwa Stwórca objawił Jakubowi (Rdz 28,11-15), stojąc w jego śnie na szczycie wysokiej drabiny, sięgającej wierzchołkiem nieba; również strwo¬ żonego Józefa, męża Maryi, pocieszył w trakcie snu, wysyłając anioła z ważnym poselstwem (Mt 1,18-25). Takie sny były wyrazem łaskawości Boga, czyniły śniącego wybranym. Szczególnym jednak błogosławieństwem BIBLIA W R�?KU CHRZEŚCIJANINA 61
		

/0062_0001.djvu

			EWA MADEYSKA i Bożą opieką cieszyli się ci, którym Jahwe ofiarował dar tłumaczenia wi¬ dzeń. Występują oni głównie w Starym Testamencie, ponieważ — co nale¬ ży podkreślić — sny opisane w Nowym Testamencie nie mają charakteru alegorycznego, nie potrzebują wykładni, albowiem pouczają wprost. W natchnionych księgach Starego Testamentu człowiek, obdarzony łaską eksplikacji marzeń sennych, był często prorokiem: Słuchajcie słów moich: Jeśli jest u was prorok, objawię mu się przez widzenia, w snach będę mówił do niego (Lb 12,6). Stary Testament odnosi się do snów również w sposób krytyczny. Istnia¬ ła bowiem płynna granica między tym, co było snem danym od Jahwe, a tym, co tylko czczym widzeniem, niewartym uwagi. Pisma Starego Testa¬ mentu niejednokrotnie ostrzegały zbytnio ufających snom, które mogły być również sferą działania demonów. Syrach poucza: Mąż głupi miewa sny czcze i zwodnicze nadzieje, a marzenia senne uskrzydlają bezrozumnych. Podobny do chwytającego cień i goniącego wiatr jest ten, kto się opiera na marzeniach sennych. Marzenia senne podobne są do obrazów w zwierciadle, naprzeciw oblicza — odbicie oblicza. (...) Wróżbiarstwo, przepowiednie z lotu ptaków i marzenia senne są bez wartości, jak urojenia, które tworzy serce rodzącej. Poza wypadkiem, gdy Najwyższy przysyła je jako nawiedzenie, nie przykładaj do nich serca (Syr 34,1-3.5-6). Bóg Starego Testamentu nakazywał bardzo dokładne badanie marzeń sennych. Jahwe —jeśli chciał — objawiał przez nie swoje słowa i wolę, pocieszał i zapewniał o opiece, ale zanim człowiek przystąpił do jakiejkol¬ wiek wykładni nocnych widzeń, musiał rozeznać ich pochodzenie. Jeśli tego nie uczynił, zasługiwał na miano niewiernego głupca chwytającego wiatr. 62 BIBLIA W R�?KU CHRZEŚCIJANINA
		

/0063_0001.djvu

			ZBUDŹ SI�?, O ŚPIĄCY Stwórca ostrzegał przed fałszywymi prorokami opowiadającymi profe¬ tyczne sny. Podstępni i kłamliwi bezprawnie wkraczali w kompetencje Najwyższego, zapominając, że mówienie o przyszłości należy tylko do Nie¬ go, jest łaską i darem, znakiem błogosławieństwa i wybrania. Takim proro¬ kom groziła kara (Pwt 13,6; Jr 23,25-32), gdyż działalność ich nie różniła się niczym od egipskich i babilońskich wróżbitów, służących potępianym przez Prawo bożkom. Natomiast brak obecności Boga w snach poczytywano za rodzaj opuszczenia przez Jahwe. Świadectwem tego niech będzie histo¬ ria Saula, który „radził się Pana, lecz Pan mu nie odpowiadał ani przez sny, ani przez urim [święte losy, przechowywane u arcykapłana], ani przez pro¬ roków” (1 Sm 28,6). Wywołany przez wróżkę z Endor duch Samuela po¬ uczył Saula, mówiąc: „Dlaczego więc pytasz mnie, skoro Pan odstąpił cię i stał się twoim wrogiem” (1 Sm 28,16). Osobą, którą sny doprowadziły najpierw do poniżenia, a następnie do wywyższenia, był Józef, potomek Jakuba. Jako siedemnastoletni chłopiec miał dwa widzenia, które wzbudziły zazdrość w jego braciach. W pierw¬ szym widział siebie wiążącego wspólnie z rodzeństwem snopy na polu. Snop Józefa wyszedł na środek, a należące do jego braci pokłoniły się mu. W drugim ujrzał słońce, księżyc i gwiazdy oddające mu pokłon. Skarcony przez ojca, a przez rodzeństwo skazany na śmierć, cudownie ocalony przez Madianitów, a następnie sprzedany przez nich jako niewolnik, Józef trafił do Egiptu (Rdz 37,5-36). Najpierw służył u Putyfara, lecz fałszywe oskar¬ żenie sprawiło, iż znalazł się w więzieniu. Tam spotkał podczaszego i prze¬ łożonego nadwornych piekarzy, uwięzionych przez faraona. Obaj mieli tej samej nocy sny. Jedyną osobą, która je zrozumiała, był Józef. Podczaszemu przepowiedział rychłe uwolnienie i powrót do łask władcy, a nadwornemu piekarzowi śmierć z rąk faraona. Stało się tak, jak rzekł. Przypomniano sobie o Józefie, gdy żaden z wróżbitów i mędrców egip¬ skich nie umiał objaśnić snu władcy. Wówczas przywołano go, ten zaś z pomocą Bożą wyjaśnił („nie ja, lecz Bóg da pomyślną odpowiedź” — Rdz 41,16b), iż siedem tłustych krów pożartych przez chude i biedne kro¬ wy oraz siedem dorodnych kłosów pochłoniętych przez puste kłosy ozna¬ cza nadejście najpierw siedmiu lat obfitości, urodzaju, a następnie siedmiu lat głodu. Zachwycony faraon rzekł: „Skoro Bóg dał ci poznać to wszystko, BIBLIA W R�?KU CHRZEŚCIJANINA 63
		

/0064_0001.djvu

			EWA MADEYSKA nie ma nikogo, kto by ci dorównał rozsądkiem i mądrością” (Rdz 41,39). Józef zgodnie z przepowiednią został wywyższony, a już wkrótce mieli mu się pokłonić jego bracia, sprowadzeni do Egiptu przez głód i suszę... (histo¬ ria Józefa — por. Rdz 37,5-36.39-45). W postawie Józefa należy zwrócić uwagę na fakt, iż traktował on sny jako przejaw tylko Bożego działania, łaskę zaś ich wyjaśniania uważał za szczególny, pochodzący wyłącznie od Jahwe, przywilej. Tezę tę potwierdza historia Daniela tłumaczącego sen Nabuchodonozo- ra o rozpadającym się posągu, symbolizującym zagładę królestwa babiloń¬ skiego. Prorok jednak został wystawiony na jeszcze większą próbę niż Jó¬ zef. Miał najpierw opowiedzieć widzenie króla babilońskiego (zadania tego nie wykonał żaden z wróżbitów, magów, astrologów i mędrców pogańskich), a następnie wyłożyć jego treść. Daniel — podobnie jak poprzedni bohater — z całą mocą podkreślił, iż łaska rozumienia snów pochodzi wyłącznie od Boga, a skoro „wielki Bóg wyjawił królowi, co nastąpi później; prawdziwy jest sen, a jego wyjaśnienie pewne” (Dn 2,45). Daniel został wywyższony przez Nabuchodonozora, który upadł na twarz przed prorokiem i oddał mu pokłon (Dn 2,46). „...ale ciało słabe" Sen mógł być również wyrazem ludzkiej słabości. Ten, który nawiedził uczniów w Getsemani, udowodnił, że apostołowie nie rozumieli sensu nad¬ chodzących wydarzeń. Pozostawieni przez Jezusa w nocnej ciszy ogrodu, zostali pouczeni przez Mistrza udającego się na modlitwę pełną trwogi ko¬ nania: „Zostańcie tu i czuwajcie ze Mną!” (Mt 26,38b; też: Mk 14,34b). Uczniowie jednak zasnęli. Jezus obudził ich słowami: „Czuwajcie i módl¬ cie się, abyście nie ulegli pokusie; duch wprawdzie ochoczy, ale ciało sła¬ be” (Mt 26,41; Mk 14,38). Zobaczywszy jednak powtórnie, że śpią, zosta¬ wił apostołów i odszedł, aby się modlić (Mt 26,43-44). Rozumiał bowiem ludzką słabość, skłonność do ulegania pokusom. W taki sposób urzeczy¬ wistniło się całkowite, bezwzględne osamotnienie Jezusa w obliczu nad¬ chodzącej śmierci, osamotnienie wypełnione pełną pokory modlitwą i lę¬ kiem przed śmiercią. 64 BIBLIA W R�?KU CHRZEŚCIJANINA
		

/0065_0001.djvu

			ZBUDŹ SI�?, O ŚPIĄCY Sen jest wielokrotnie metaforą, obrazem śmierci, tak cielesnej, jak i du¬ chowej. Dlatego Chrystus wołał: „Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie (...). By niespodziewanie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie!” (Mk 13,35- -36). Czuwajcie! W rozkazie tym Jezus zawarł potrzebę ciągłego oczeki¬ wania na Jego przyjście, na Jego powrót, trwania w Nim i przy Nim, uwagi na Bożą obecność, gotowości przyjęcia Chrystusa w każdym momencie swojego życia. On przyjdzie niespodziewanie. Zapomniały o tym głupie panny. Zasnęły, nie spodziewając się, że Oblubieniec może przyjść w każ¬ dej chwili. Drzwi domu weselnego zamknęły się przed nimi bezpowrotnie. Mądre panny, oczekując pana młodego, czuwały z pełną gotowości miło¬ ścią (Mt 25,1-13). Ostrzegając, pouczając i rozkazując, Jezus mówił z upo¬ rem: „Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny!” (Mt 25,13). Mówił do wszystkich. Słowa Mistrza potwierdza święty Paweł, nauczając: Nie śpijmy przeto jak inni, ale czuwajmy i bądźmy trzeźwi! Ci, którzy śpią, w nocy śpią, a którzy się upijają, w nocy są pijani. My zaś, którzy do dnia należymy, bądźmy trzeźwi, odziani w pancerz wiary i miłości oraz hełm nadziei zbawienia (1 Tes 5,4-6). Zbudzeni przez Pana Chrystus okazał się prawdziwym Panem snu i śmierci. Obudził córkę Jaira (Mt 9,23-26; Mk 5,35-43; �?k 8,49-56), wyrwał �?azarza z objęć ot¬ chłani (J 11,1-44). Tymi znakami zapowiedział największy cud w historii zbawienia: zmartwychwstanie. Potrzeba przebudzenia i ciągłego czuwania w świetle Nowego Testamentu nabierają szczególnych znaczeń. Chrześci¬ janin bowiem nie jest dzieckiem nocy i ciemności (Ef 5,8), lecz dzieckiem prawdziwej Światłości, postępującym sprawiedliwie, badającym swoje serce i czyny, sprawdzającym, czy są one miłe Panu. Powołany do kontemplowa¬ nia Jego Miłości i Tajemnicy, chrześcijanin musi być gotowy na przyjście Jezusa, musi być człowiekiem oczekiwania, pełnym nadziei na powrót Pana. Bóg jest obecny w każdym momencie życia człowieka. Jako najlepszy Dawca ofiaruje swojemu stworzeniu noc i dzień, czas odpoczynku i działa¬ nia. Ostrzega swój lud przed niebezpieczeństwami wynikającymi ze zbyt- BIBLIA W R�?KU CHRZEŚCIJANINA 65
		

/0066_0001.djvu

			EWA MADEYSKA niej ufności, pokładanej w snach czy w tłumaczących je fałszywych wróż¬ bitach. Chce również pokazać, że sen może stać się narzędziem Jego dzia¬ łania, objawienia Jego woli, mocy, uznania Jego wyższości. Tych, których kocha, obdarza swoim błogosławieństwem, nawet we śnie, bo wszelka po¬ myślność pochodzi tylko od Boga (Ps 127,2), a Jego nieustanna opieka jest gwarancją bezpiecznego, spokojnego snu (Ps 4,9). Bóg wreszcie daje ludziom swego Syna, Syn zaś poucza, że człowiek jest powołany do ciągłego czuwania, do gotowości na przyjście Oblubień¬ ca, do wewnętrznego, duchowego przebudzenia, do życia w prawdziwej światłości. Chrystus przychodzi, aby obudzić człowieka ze snu. Jeśli więc jeszcze śpisz, „Zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus” (Ef 5,14). ur. 1971, absolwentka polonistyki i doktorantka na Uniwersyte¬ cie Wrocławskim, publikowała w „Odrze", „Dykcji", „Pracach Literackich", jej pasją jest pisanie bajek dla dzieci (na razie tyl¬ ko dla córki Natalii), tworzenie krótkich opowiadań dla doros¬ łych, mieszka we Wrocławiu. 1 Por.: Biblia Tysiąclecia, Poznań — Warszawa 1980. Wszystkie cytaty biblijne w tym tłuma¬ czeniu Pisma Świętego. 66 biblia w ręku chrześcijanina
		

/0067_0001.djvu

			OPOWIADANIE M WALDEMAR BORZESTOWSKI Berta W dniu, w którym przyszła na świat Berta, padał deszcz, nie wiało, nie było też specjalnie zimno. Krople deszczu tańczyły w powietrzu, wydzwa¬ niały na parapetach, dachach, na czym tylko mogły, wesołe melodyjki, jed¬ ne drugim życząc dobrego lądowania. Szumiały w liściach nieco zmęczo¬ nych spiekotą dwóch letnich miesięcy, ale pogodnie, nie jak kaskada wśród nagich skał rzucająca się w przepaść, raczej strumieniem przemykającym ku ziemi, to tędy, to owędy. W kałużach, gdy już się pojawiły, pluskały unisono, dotykając ich powierzchni nie nachalnie, tylko tak aby, aby, rzec by można, głaszcząc lub pieszczotliwie, dla zabawy, stukając palcem, pa¬ luszkiem, opuszkiem palca z prośbą — „zgadnij, jakie jest moje imię” Podobało się to małej Bercie, usłyszała też wtedy, a jeżeli nie wtedy, to niedługo potem, pierwsze słowa — „kocham cię” Powiedziała tak, nisko pochylając się nad dziecięcym, rozdygotanym serduszkiem, mama. Potem mówiła to jeszcze wielokrotnie, zawsze z tym samym ciepłem w głosie. Zanim jednak Berta zdołała, poruszając nóżkami i rączkami, w niewymow¬ nym napięciu wysylabizować ma-ma, rodzicielkę o jasnych włosach w ta¬ jemnicy przed jej dzieckiem wywleczono z domu, wrzucono do dołu i za¬ sypano. Amen. Umarła na tyfus. Właśnie zaczynała się po ciężkiej zimie wiosna, świat odradzał się. Mała Berta musiała się teraz przyzwyczaić do godzin spędzanych w samotności, do swojego głosu, gdy płakała, a potem do ciszy, która zazwyczaj stanowiła odpowiedź na wszelkie jej pytania i łzy. Musiała się też nauczyć innego, twardszego słowa — „tato” To słowo jak kamień stawało jej w gardle, niejeden raz myślała, że ją zadławi. Ru¬ dolf Cheuff, jej ojciec, pił. Gdy okazało się, że mała jest kaleką, pociąga prawą nóżką, podrzuca głową i mówi niewyraźnie, wściekł się i oddał ją do sierocińca. — Przekleństwo spadło na moją głowę! — krzyczał. — Lepiej zdechła¬ by w pierwszym dniu swojego życia. OPOWIADANIE 67
		

/0068_0001.djvu

			WALDEMAR BORZESTOWSKI Dwaj synowie, których miał z poprzedniego małżeństwa, zakosztowaw¬ szy niejeden raz jego pięści, uciekli z domu w nieznane, pozostawiając ojca pijaka swojemu losowi. Los zaś, twardy lichwiarz, poczekał jeszcze dwa lata, a potem wystawił rachunek i zażądał spłaty. Pewnego zimowego dnia, wyjątkowo mroźnego i śnieżnego, Rudolf, straszliwie pijany, przewrócił się, wracając do domu, i zasnął w rowie snem, jak się okazać miało, wieku¬ istym. Znaleziono go dopiero wtedy, gdy śnieg zaczął topnieć. Podobno uśmiechał się głupawo. Był to pierwszy uśmiech, jaki widziano na jego ustach od lat, i stąd wnoszono, że po śmierci Rudolf Cheuff stał się szczę¬ śliwszy, niż był za życia. Berta wyrosła w sierocińcu na dziewczynę pracowitą i bogobojną, także wrażliwą. Rosła tam, gdzie ją Bóg posiał, i bez specjalnych skarg znosiła swoje kalectwo. Moc do życia czerpała z wiary, do katolickiego kościoła na mszę chodziła codziennie, bo po matce bardziej się czuła katoliczką niż po ojcu protestantką. Nie miała własnego kąta, więc noce spędzała w przytuł¬ ku. Cieszyła się tam pewnymi względami, prowadził go bowiem Jakub Rubbe, który wcześniej nauczał religii w sierocińcu, więc znał ją od dziec¬ ka i lubił. Parę groszy na utrzymanie zarabiała, pomagając miejskim go¬ spodyniom, robiła pranie, zakupy, sprzątała mieszkania, warsztaty, zagrody dla zwierząt, nosiła wodę. Robiła wszystko, co kazali. Dzieciaki z ulic na¬ zywały ją złośliwie „Potrykus” albo „Kaczka” Nie lubiła tych dzieci, bo znęcały się nad słabszymi, obojętnie kto by to był: koledzy, koleżanki lub zwierzęta. Okrucieństwo ich stawało się niekiedy bardzo wymyślne, byle czym się nie zadowalało. Berta była szczególnie wdzięcznym obiektem ich polowań, drobna, ze względu na kalectwo nie potrafiła dość szybko uciec, obrzucana była zgniłymi owocami, kłuta gwoźdźmi i kopana. Dla zabawy. Doświadczała w tych spotkaniach losu bezpańskich psów, podwórzowych kotów lub pochwyconych w locie chrabąszczy. Prócz Boga w niebie, wyso¬ ko, daleko, tu na świecie przez Niego stworzonym, nie miała nikogo bli¬ skiego. Bracia po ucieczce z miasta nigdy nie usiłowali jej odnaleźć. Bywały jednak i dobre chwile w życiu Berty Cheuff, gdy podczas wigilii dla żebraków śpiewano kolędy, albo latem, kiedy za parę groszy kupowała na targu ciastko drożdżowe z posypką, jadła je, a potem spała na słonku gdzieś, byle gdzie. Żarliwe ciepło dotykało jej twarzy, łagodny wietrzyk 68 OPOWIADANIE
		

/0069_0001.djvu

			BERTA rozwiewał upięte pod czepkiem włosy. Wyobrażała sobie wtedy to, co wy¬ obraża sobie niemal każda uboga i niezbyt ładna dziewczyna: że jest pięk¬ ną panną, taką, jakich wiele widziała na mieście, w wytwornej sukni z ko¬ ronkowymi kołnierzami, w bucikach na obcasach, że otwiera oczy, a po drugiej stronie alejki w parku siedzi młodzieniec o oczach niebieskich, nie- bieskozielonych, w kolorze morza. Po takim śnie wzdychała i czuła się za¬ zwyczaj lepiej, jednak nie zawsze. Pewnego razu, obudziwszy się, płakała. Bardzo starała się uspokoić, ale nie mogła. �?zy lały się ciurkiem z jej oczu przez dobre pół godziny. Choroby omijały ją, choć jadła byle co i spała byle gdzie. Widać surowa natura, już na początku drogi zabrawszy dziewczynie to, co najcenniejsze, postanowiła w swojej łaskawości na dalszą drogę pozostawić ją w spokoju. Którejś zimy, równie tęgiej jak ta, która utuliła do snu pijaka Rudolfa, szczę¬ ście uśmiechnęło się do sieroty. Przygarnęła ją dość zamożna rodzina Bos- smansów, gorzelników ze Starego Przedmieścia. Zamieszkała na strychu ich starego domu przy kanale Raduni, obok warsztatów drzewnych i go¬ rzelni. Swoją lichą izdebkę dzieliła z szarymi gołębiami, parką, którą na¬ zywała Balbinami. Gołąbki jak to gołąbki — kochały się bardzo, dbały 0 siebie, siadały zawsze jedno obok drugiego, dzieliły się pokarmem 1 z niezwykłą starannością układały sobie piórka. Berta przyglądała się im codziennie z uwagą. Bardzo brakowało jej mi¬ łości. Myślała czasami: „Nikt mnie nigdy nie pokocha”, bo zdawała sobie sprawę z tego, że ona, kaleka, brzydka, biedna, nigdy nie znajdzie sobie nikogo, nie zazna tego, o czym ludzie marzą skrycie. Dwa lub trzy razy zaczepili ją na ulicy pijaczkowie. Uciekała przed nimi co sił, jak przed dziećmi. Czuła się wtedy jak ptak, co wyleciał z gniazda na swój pierwszy lot i spadł na bruk, i nie potrafi się wznieść, i jest coraz bardziej przestraszony, i próbuje, wciąż próbuje, bo widzi przed sobą kota i myśli o jego łapach i swojej zgubie. Latem, gdy zaczęła się pora nadzwyczajnych lipcowych upałów, Berta zachorowała. Pojawił się ból gardła, kaszel. Miała zamiar położyć się na łaskawym słonku i wygrzać zaziębienie, ale akurat wtedy wszystkie gospo¬ dynie z ulicy zapragnęły wody, każda po kilka wiader. Rozgorączkowana nosiła je puste — pełne, puste — pełne, aż brakło jej tchu. Pot lał się OPOWIADANIE 69
		

/0070_0001.djvu

			WALDEMAR BORZESTOWSKI z czoła. Przed oczami błyskały mroczki. Każdy krok przyprawiał o zawrót głowy. Chwiała się jak ojciec, kiedy wracał przed nocą z karczmy. Wtedy też, pod koniec tego strasznego dnia, ujrzała Jego. Dostrzegła odbicie na dnie studni, gdy wrzucała do środka puste wiadro ze sznurem. Mignął jej, przepadł, zanim go pochwyciła wzrokiem. Najpierw się przestraszyła — po¬ myślała, że to topielec, ale twarz miał zbyt jasną, potem przypomniała sobie opowieści starych kobiet o wodnikach zamieszkujących stare stawy w po¬ bliżu młynów, więc może także studnie. Czy jednak od tego, kto żyje w cze¬ luściach wodnych, biłaby taka jasność? Tylko iskierka pozostała po jego na¬ głym zniknięciu, a toń wody w studni wydawała się odmieniona. Wygląda¬ ła tak, jakby podniosła się w górę, ku słońcu, o metr, a może nawet o dwa. Berta po czasie zdała sobie sprawę, że on musiał stać obok niej, za nią, bardzo, bardzo blisko, aby mógł znaleźć się na dole jako odbicie. Rozejrza¬ ła się wokół. Nikogo nie było. Jego nagłe rozpłynięcie się w rozgrzanym powietrzu świadczyło, że nie był kimś zwyczajnym, nie zdziwiło to jednak dziewczyny. Świat musi być wypełniony tajemnicą — przeczuwała to od lat. Miała pewność, że w stu¬ dziennej toni ujrzała niezwykłą twarz swego anioła stróża. Od tego pierw¬ szego spojrzenia pokochała go żarliwie, była przekonana, że jak panicz ze snu miał oczy najpiękniejsze z pięknych, niebieskozielone. Choroba trwała kilka tygodni i miała ciężki przebieg. Przychodziły od¬ wiedzać Bertę młode Bossmansówny z matką, kobiety z przytułku opieko¬ wały się chorą. Raz nawet zaszedł na stryszek opłacony przez gospodarza medyk — puścił krew, zapisał mikstury i okłady. Ksiądz i pastor przy łożu chorej ucięli sobie przyjemną pogawędkę. Mówili: „Berto, przygotuj się na najgorsze” Przygotowywała się radośnie. On był blisko, wierzyła w jego obecność, zwłaszcza w nocy. Poprzez gorączkę i sen zdawało się jej, że czuje jego dotyk, że to on, a nie troskliwa dłoń Jadwigi z przytułku przytyka do jej warg miseczkę z wodą, ociera ręcznikiem twarz, zmienia okłady. Słyszała też łopot jego skrzydeł, takich samych, jakie miały Balbiny, tyle że większych i pełnych blasku, promieniujących na całą izdebkę. Nie mówiła o tym nikomu, nawet spowiednikowi. Było to jej najczulsze wspomnienie z tych dni. Kiedy już wszyscy położyli na niej krzyżyk, po dwóch miesiącach leżenia, wstała. 70 OPOWIADANIE
		

/0071_0001.djvu

			BERTA Podeszła do okna, pierwszą rzeczą, którą ujrzała na zewnątrz, na dachu sąsiedniego domu, był deszcz. To jesień — zdziwiła się. Lubiła deszcz od chwili swoich narodzin. W pewnym sensie — pomyślała — urodziłam się powtórnie. Lata biegły szybko, a Berta, otaczana opieką swego anioła stróża, podró¬ żowała po życiu, nie gromadząc tego, co przemijające, lecz to, co wieczne i trwałe. Nie ustawała w pomocy innym, bardziej od siebie potrzebującym, nie odmawiała jej nikomu. Nawet dzieci przestały ją tak drażnić, nawet pijacy zastępujący jej drogę nie napełniali jej strachem. Miała przecież obrońcę, widziała go na dnie studni. Wiedziała, że jej miłość do anioła być może jest grzeszna, lecz od tamtego wejrzenia w niebieskozielone oczy nie przestawała go kochać. To uczucie nosiła stale przy sobie i choć nigdy wię¬ cej nie udało się jej ujrzeć ponownie swego opiekuna, tamten raz wystar¬ czył za wszystkie inne. Miała pewność. Jej serce przepełnione było dobro¬ cią, która zrodziła się z tego niezwykłego uczucia. Młode Bossmansówny powychodziły za mąż. Starzy zostali sami. Berta przeniosła się do nich i opiekowała się nimi aż do śmierci, potem ich wnu¬ kami, a potem, na stare lata, zamieszkała znów na strychu starego domu przy kanale Raduni. Nowi gospodarze, pomni jej zasług dla rodziny, nie chcieli się na to zgodzić, była jednak uparta, jak to często bywa z ludźmi starymi, i postawiła na swoim. „Będzie mi tam dobrze” — tymi słowami odpierała wszelkie błagania, prośby, groźby i nakazy. Na strychu mieszkała nowa parka gołębi, tym razem nie były to jednak szare dachówce, lecz dumne grzywacze, młode i duże jak kurki. Patrzyły zrazu nieufnie na kogoś, kto zakrada się do ich cichego królestwa. Musiały się przyzwyczaić. Patrzenie na ptaki sprawiało staruszce ogromną radość. Na swoją śmierć musiała Berta Cheuff poczekać jeszcze trzy lata, do zimy 1789 roku. Umarła we śnie. Śmierć pojawiła się o świcie, niewyspana, była jak pierwszy śnieg, opadała niczym welon utkany z mgły na wyciągnięte sztywno ciało. Nie trwało to długo, cisza i chłód wypełniły poddasze. Prze¬ ścieradło, w które wpaść miała skrzydlata dusza Berty, Śmierć narzuciła na łóżko szerokim gestem, niczym rybak ciskający przed siebie sieć. Wcześ¬ niej zamknęła szeroko otwarte usta, oczy, które podpierały lodowatym spoj¬ rzeniem sufit. Musiały ustąpić. OPOWIADANIE 71
		

/0072_0001.djvu

			WALDEMAR BORZESTOWSKI — Nie ma już nic do oglądania — powiedziała Śmierć, siadając na kra¬ wędzi łóżka, jakby była sąsiadką, co przyszła w odwiedziny do chorej. Spło¬ szył ją łopot skrzydeł, zdziwiła się, po raz pierwszy od bardzo, bardzo daw¬ na. Spod prześcieradła, które rozpostarło się niczym chorągiew, wyprysła dziewczyna. „To nie dusza” — spojrzała na nią Śmierć, była mocno zasko¬ czona. Ciało, które trzymała za rękę, było stare, chore, ludzkie, a zatem godne współczucia, to zaś, co przypadło do ściany plecami, za którymi usi¬ łowały trzepotać niewprawnie skrzydła, było jasne, pierzaste, anielskie. Wyskoczyło z grobu doczesności prosto w słońce Boga. — Anioł — powiedziała Śmierć półgłosem, pomyślała też, że już za długo żyje i sama zasługuje na śmierć, bo męczy ją i to, że wszystko prze¬ biega ciągle tak samo, i to, że czasami zdarza się coś innego. W A i n F M À R ur- 19f>4' artysta, pisze i maluje, współpracownik „Gwiazdy Morza", żonaty, mieszka w Gdańsku. BORZESTOWSKI Książka wydawnictwa W drodze Waldemar Borzestowski Nocny sprzedawca owoców Twórczość Waldemara Borzestowskiego charakteryzuje nieskrępo- f wana wyobraźnia i bogaty malarski język (autor jest także malarzem) oddające niepowtarzalną niezmienność i dramat ludzkiego losu, \A K N Y w którym najwyższą wartością jest prawość, miłość i zachwyt nad dziełem stworzenia. Próbuje także odtworzyć to, co niepoznawalne i ' i > v i i \ , i zbudowane na tajemnicy. Mamy tu zaklęty w czasie, chagallowski świat małomiasteczkowych Żydów, mamy dawny Gdańsk czasów * reformacji i światy egzotyczne — a wszystko to odmalowane i reali¬ stycznie, i magicznie, na poły baśniowo. stron 304, cena 21 zł 72 OPOWIADANIE
		

/0073_0001.djvu

			LISTY ZE ŚWIATA Syn męczennika za wiarę katolicką napisał w 1991 roku: „Nigdy nie czytałem Biblii. Kiedy poznałem prawdę o mordzie popełnionym na moim ojcu i jego towa¬ rzyszach, zwłaszcza zaś epilog sprawy— uwierzyłem, że szatan istnieje". I wymie¬ nił z imienia i z nazwiska tych wszystkich, którzy mieli udział w morderstwie Partii Świętych. To bodaj najbardziej bolesne wyznanie, jakie zdarzyło mi się przeczytać i usłyszeć w czasie mojej pracy na Wschodzie... ZDZIS�?AW NOWICKI Partia Świętych Latem 1996 roku przyjechałem z petersburskich chłodów, do których przez ponad cztery lata zdążyłem przywyknąć, do Charkowa — w samo centrum europejskiego klimatu kontynentalnego. Tam, od początku czerw¬ ca aż do końca sierpnia, barometr stoi w miejscu, a termometr, na który oprócz nowo przybyłych nikt nie spogląda, regularnie ukazuje plus trzy¬ dzieści pięć. To było bardzo trudne lato. Placówka w proszku, urzędowanie na kupie gruzów. Parę kilometrów obok, grupa polskich specjalistów pracująca na cmentarzu, gdzie w 1940 roku bolszewiccy oprawcy zakopali ciała pol¬ skich oficerów ze Starobielska, przedstawicieli polskiej inteligencji z Ma¬ łopolski Wschodniej i wymordowanych w kolejnych sowieckich „wielkich terrorach” mieszkańców Charkowa i okolic. Kierujący pracami ekshumacyjnymi profesor Andrzej Kola z Uniwersy¬ tetu Mikołaja Kopernika w Toruniu starał się w swojej pracy uwzględniać dokumenty pochodzące z archiwów, wyniki wstępnych badań archeologicz¬ nych, był otwarty na wszelkie sygnały pochodzące od żywych świadków. Informacje bardzo wnikliwie weryfikowano, jednakże nigdy nie przecho¬ dzono obok nich obojętnie. Pamiętam szok całej ekipy, kiedy to archeolodzy — a w ekipie oprócz nich byli i antropolodzy, i specjaliści od medycyny sądowej, i specjaliści od LISTY ZE ŚWIATA 73
		

/0074_0001.djvu

			ZDZIS�?AW NOWICKI kryminalistyki, a nawet prawnik, przedstawiciel polskiej adwokatury — odkopali ślady wskazujące wyraźnie na użycie ogromnych świdrów, które zruszywszy ziemię, miały zniszczyć ślady ludzkiej tkanki znajdujące się pod powierzchnią. Bardzo szybko określono, że świdrowanie ziemi, wy¬ raźnie w celu zatarcia śladów zbrodni ludobójstwa, miało miejsce w końcu lat siedemdziesiątych lub na początku lat osiemdziesiątych, w czasie schył¬ kowego Breżniewa. To było bardzo ważne odkrycie. Wynikało z niego jed¬ noznacznie, że KGB już wówczas doskonale znało miejsca pochówku pol¬ skich oficerów i innych ofiar bolszewickich represji. W jego kierownictwie wyraźnie obawiano się ujawnienia prawdy. Jednak mieli też świadomość, iż czas ideologii i systemu opartych o strach, przemoc i kłamstwo kończy się. Komuniści, tak jak i hitlerowcy, usuwali ślady swoich zbrodni. Szybko przyszło potwierdzenie tego faktu, wskazujące dodatkowo na skrajne be¬ stialstwo ostatnich bolszewickich wodzów. Brimemberg Któregoś południa umówiliśmy się z profesorem Andrzejem Kolą na kubek gorącej kawy. Było to już po odkryciu świdrów. — Wie pan, panie konsulu, raz po raz odwiedza naszą ekipę stary czło¬ wiek... — A któż to taki? — Nazywa się Brimemberg, z pochodzenia jest �?otyszem. To działacz „Memoriału”, tyle że ten ich „Memoriał” jest tutaj bardzo skłócony. Był rzekomo jednym z pierwszych, którzy wpadli na ślad pochówków na na¬ szym VI kwartale. On ma sporo informacji, które winny pana zaintereso¬ wać. Nie zechciałby go pan przyjąć? — Jak najbardziej... Rozmawialiśmy potem z panem Brimembergiem wielokrotnie. Był to wysoki, postawny staruszek, siwy jak gołąb, z trudem chwytający powie¬ trze. Jeszcze w Związku Sowieckim, na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, pisał do miejscowej, moskiewskiej i tomskiej prasy o charkowskim szóstym kwartale, gdzie bolszewiccy kaci pochowali pol¬ skich oficerów. 74 LISTY ZE ŚWIATA
		

/0075_0001.djvu

			PARTIA ŚWI�?TYCH Najwięcej pisał o swoim ojcu zamordowanym z wyroku trojki na Sybe¬ rii wraz z liczną grupą �?otyszy, a także ludzi innych narodowości, zamiesz¬ kałych w sąsiadujących ze sobą wioskach pod Tomskiem. W akcie oskar¬ żenia nazwano ich Partią Świętych. I byli to święci! Połączyła ich modlitwa — w tamtych strasznych czasach wystarczający powód, by być uznanym za „wrogów ludu” Powiązało ich przywiązanie do katolickiej wiary i już na koniec, ziemski koniec: męczeńska śmierć za tę wiarę. Męczeńska śmierć tylko oprawcom i ich mocodawcy wydaje się końcem... W tej sprawie pojawiło się coś tak bardzo bolesnego, co nie daje mi spokoju, co nakazuje mi jeszcze bardziej surowo i jednoznacznie spojrzeć na komunizm, bolszewizm, jego doktrynę i praktykę realnego socjalizmu. Oprócz wiedzy o męczeńskiej śmierci ojca i jego braci w wierze ujrzałem bezmiar tragedii syna — według sowieckiego kodeksu karnego: syna „wroga ludu” Ten syn po latach męki i upokorzeń postanowił upomnieć się o swe¬ go ojca, o utraconą młodość, o godność. Wysiłek, którego podjął się: dobi¬ janie się poprzez gabinety postsowieckich decydentów, poprzez dziesiątki wniosków i petycji, do drzwi archiwów NKWD, zbyt krótkie i niecierpli¬ we, pełne pośpiechu, dnie i godziny spędzone nad dokumentami, setki stron zapisanych notatek, to wszystko jest godne najwyższego szacunku. A prze¬ cież nie wszystko zrozumiał, nie wszystko mógł zrozumieć ten przejęty na własność przez totalitarne i bezbożne państwo syn „wroga ludu” Pożary, których nie było Wszystkich obwinionych o przynależność do tak zwanej Partii Świętych aresztowano 12 kwietnia 1938 roku. Prawie wszystkich też — sądząc po tak zwanych sprawkach (zaświadczeniach) — w jednym dniu rozstrzelano. Mordu dokonano 22 maja 1938 roku na terenie kołpaszewskiego więzie¬ nia. W tej jednej sprawie miano rozstrzelać 125 osób. Wszystko zostało przygotowane z góry. W którym momencie NKWD faktycznie rozpoczęło dieło rzekomej łotewskiej grupy kontrrewolucyjnej, kronikarz tej zbrodni nie dowiedział się. Pisał w tej sprawie wnioski do najwyższych władz so¬ wieckich za pośrednictwem charkowskiego KGB w maju i czerwcu 1991 roku, zaledwie więc na dwa miesiące przed sierpniowym puczem Janaje- LISTY ZE ŚWIATA 75
		

/0076_0001.djvu

			ZDZIS�?AW NOWICKI wa. KGB miało wówczas ważniejsze sprawy na głowie. Większość jego pism pozostała bez odpowiedzi. Jednak wywalczył krótkie informacje o po¬ mordowanych, nazwiska tych, co uczestniczyli w zbrodni — zarówno bez¬ pośrednio, jak i pośrednio — wreszcie ograniczony wgląd w akta sprawy. Pod aktem oskarżenia podpisał się naczelnik V wydziału w III oddziale Urzędu Bezpieczeństwa Państwowego NKWD, lejtnant gosbiezopastno- stii (bezpieczeństwa państwowego) Wołkow, zapomniał tylko wpisać do¬ kładną datę sporządzenia aktu bezprawia. Z dokumentu wynika, że na ślad „łotewskiej nacjonalistycznej grupy dywersyjno-kontrrewolucyjnej”, no¬ szącej nazwę Partia Świętych, NKWD wpadło w lutym 1938 roku. Celem tej tak dziwnie nazwanej organizacji miało być, zdaniem opraw¬ ców, „zniszczenie władzy sowieckiej w drodze zbrojnego powstania, które miało wybuchnąć wraz z początkiem wielkiej wojny przeciwko Związkowi Sowieckiemu” Wszyscy „przestępcy” w liczbie 125 przyznali się do winy... Na czele Partii Świętych stała trójka przywódców, którzy za pośrednic¬ twem moskiewskiej Ambasady Republiki �?otewskiej utrzymywali kontakt z Rzymem. Bezpośrednim łącznikiem pomiędzy Rzymem a organizacją rzekomo działającą w głębi sowieckiego Sybiru miał być ksiądz Groński, wydalony w 1934 roku ze Związku Sowieckiego do �?otwy. Ta trójka przy¬ wódców, to byli: Piotr Christoforowicz Brimemberg, agronom rejonu kri- woszieinskiego, ojciec Witalija Brimemberga; Anton Użan, syn Francisz¬ ka, szewc, mieszkaniec Kriwoszieino; Osip Wajwod, syn Adama, człowiek samotny, mieszkaniec miejscowości Madoga w rejonie kriwoszieinskim. Witalij Brimemberg na przełomie maja i czerwca 1991 roku, w char¬ kowskiej siedzibie KGB, miał możność zapoznania się z aktami sprawy, której ofiarą padł jego ojciec. Widział protokoły przesłuchań. W systemie prawnym towarzysza Wyszyńskiego właśnie te protokoły stanowiły pod¬ stawowy element: oskarżony miał i musiał się przyznać. Pod protokołem z przesłuchania swojego ojca odnalazł nazwisko lejt- nanta gosbiezopastnostii Ulianowa. Sporządzono protokoły przesłuchania wszystkich 125 oskarżonych. Akta każdego z nich kończą się jednobrzmią¬ cą sprawką. Oto jej treść: „Aresztowany w sprawie nr 2636, postanowie¬ niem NKWD ZSRS z dnia 12 kwietnia 1938 roku, nr 224, został skazany na najwyższy wymiar kary. Wyrok wykonano 22 maja 1938 roku” Pod za¬ 76 LISTY ZE ŚWIATA
		

/0077_0001.djvu

			PARTIA ŚWI�?TYCH świadczeniem podpisał się młodszy lejtnant gosbiezopastnostii Mitiuszow, przy czym dokumenty zostały wystawione 29 kwietnia 1940 roku — dwa lata po mordzie — w Nowosybirsku. I tutaj Witalij Brimemberg odnalazł nieścisłość: na podstawie akt osobo¬ wych ustalił, że aresztowany Iwan Antonowicz Wucyn zmarł w areszcie 23 kwietnia 1938 roku. Zapewne był to rezultat przesłuchań; może nie chciał się przyznać? Niemal każdy z oskarżonych miał coś podpalać, ot, na przy¬ kład średnią szkołę we wsi Malinowka, szkołę, której nigdy nie było, albo chlew kołchozowy... 7 września 1955 roku, były to już czasy Chruszczowa, Kolegium Sądo¬ we ds. Karnych Sądu Najwyższego ZSRS z braku znamion przestępstwa uchyliło oskarżenie w stosunku do pomordowanych członków Partii Świę¬ tych. Cóż więc było ich winą? Dlaczego zginęli? Czy to typowe stalinskije szcziepkil Stalin lubił powtarzać: „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą” Partia Świętych. Święty, z greckiego hagios — inny, odmienny W so¬ wieckim społeczeństwie, może inaczej: w społeczeństwie, które chcieli bu¬ dować bolszewicy — oni byli inni... Inni — dwudziestu ze wsi Malinowka, dwudziestu czterech ze wsi Malicziewno, dziewiętnastu ze wsi Pietropaw- łowka... Nigdy nie czytałem Biblii Uchylenie wyroków na „wrogów ludu” w okresie chruszczowowskim z zasady — dziś wiemy to dokładnie — wiązało się z przekazywaniem rodzinom pomordowanych fałszywych informacji o okolicznościach ich śmierci. Dla rodzin w tamtym czasie najistotniejsze znaczenie miał jednak fakt anulowania wyroku — w ten sposób z żyjących krewnych ofiar zdej¬ mowano piętno „członków rodziny wroga ludu” To oznaczało zaś możli¬ wość powrotu do normalnego — w kategoriach sowieckich — życia. Pew¬ nie to uchylenie wystarczyło wówczas i Witalijowi... Zabrakło mi odwagi, żeby go bezpośrednio o to zapytać. Jednak, kiedy tylko pojawiła się szansa wyjaśnienia do końca okoliczności śmierci ojca — Witalij się nie zawahał. Pewnie w najstraszniejszym śnie nie przypuszczał, dokąd zaprowadzi go jego własna dociekliwość. LISTY ZE ŚWIATA 77
		

/0078_0001.djvu

			ZDZIS�?AW NOWICKI Kołpaszewskie więzienie, gdzie wymordowano członków Partii Świę¬ tych, leżało nad samym brzegiem rzeki Ob — w perspektywie ulic Lenina i Dzierżyńskiego, czyli akurat tych, co rozpętali bolszewickie piekło na Zie¬ mi. Mordowano w Kołpaszewie „wrogów ludu” tradycyjnie — strzałem w tył głowy, chyba że ktoś wcześniej „procesu przyznawania się do winy nie wytrzymał”... Była tu jednak istotna różnica w stosunku do innych miejsc kaźni: na terenie więzienia miejsca było niemało, więc nie wywożono tru¬ pów. Jamy-mogiły kopano na terytorium więzienia. Śladów po pochówkach nie zostawiano. Ludzka pamięć jest ulotna, po¬ dobno człowiek z czasem obojętnieje. I tylko rzeka nie pozostała obojęt¬ na... Podmywała brzeg starej tiurmy, podmywała, aż w 1979 roku, po zi¬ mie, w jej wodach pojawiły się ludzkie kości. Wtedy do akcji przystąpiła władza sowiecka. Kto podjął taką decyzję — dokładnie nie wiadomo. Zda¬ niem Witalija Brimemberga, trop wiedzie do ówczesnego sekretarza nowo¬ sybirskiego obkomu KPSS Jegora Lichaczowa. Do brzegu podpłynął prze¬ robiony na spycharkę holownik. Pracował dwa tygodnie, dzień i noc. Ze¬ pchnął więzienny brzeg do rzeki. Z nurtem popłynęły kości i całe trupy z tak zwanych mokrych mogił — trupy „wrogów ludu” Dokonał się osta¬ teczny — tak się barbarzyńcom zdało — akt „socjalistycznej sprawiedli¬ wości dziejowej” Witalij Brimemberg zdołał ustalić, kto dowodził tą akcją: był to pułkow¬ nik KGB Nikołaj Iwanowicz Pietruczenko. Dziś — cieszący się dobrym zdrowiem „weteran służby socjalistycznej” Pewnie tak jak i on, po dziś dzień żyją i czują się dobrze ci, którzy w tym samym czasie świdrowali mogiły polskich oficerów w Charkowie. Syn męczennika za wiarę katolicką napisał w 1991 roku: „Nigdy nie czytałem Biblii. Kiedy poznałem prawdę o mordzie popełnionym na moim ojcu i jego towarzyszach, zwłaszcza zaś epilog sprawy — uwierzyłem, że szatan istnieje” I wymienił z imienia i z nazwiska tych wszystkich, którzy mieli udział w morderstwie Partii Świętych. To bodaj najbardziej bolesne wyznanie, jakie zdarzyło mi się przeczytać i usłyszeć w czasie mojej pracy na Wschodzie... 78 LISTY ZE ŚWIATA
		

/0079_0001.djvu

			PARTIA ŚWI�?TYCH Zobaczył tylko szatana Kiedy aresztowano jego ojca, Witalij Brimemberg miał osiemnaście lat. To wystarczająco dojrzały wiek, żeby ukształtować swój światopogląd, zwłaszcza gdy się ma takiego ojca. Mimo to napisał: „Biblii nigdy nie czy¬ tałem” Tak jakby chciał się od tej Biblii odżegnać... Jego ojciec też pewnie nie czytał — bo skąd? Widziałem na Białorusi, w Rosji i na Ukrainie Pismo święte przepisywane w szkolnych zeszytach w kratkę, widziałem takie ksią¬ żeczki do nabożeństwa, modlitewniki, śpiewniki... Widziałem te material¬ ne dowody wierności Bogu i Kościołowi wcale nie tak dawno. Takie to były czasy, taki to był system. Ale Biblia jest dobrą nowiną. Dla niej Piotr Brimemberg i jego 124 współ¬ braci w wierze ponieśli męczeńską śmierć. Witalij, syn „wroga ludu” i męczennika za wiarę, w całej sprawie swoje¬ go ojca zobaczył tylko szatana. Męczeństwa za wiarę nie potrafił dostrzec ani zrozumieć. Czy mógł dostrzec, jeśli ta wiara była mu całkowicie obca? To prawda, bez szatana nie sposób pojąć historii XX-wiecznej Rosji. Ale jego ojciec — Piotr Christoforowicz Brimemberg — umarł w Bogu, umarł dla Chrystusa, który żyje i który jest Życiem. Umarł dla Chrystusa, który zwycięża zło, który zwycięża szatana i jego moc. ur. 1951, ekonomista, w latach 1992-1998 przebywał na pla¬ cówkach dyplomatycznych w Sankt Petersburgu i Charkowie, publikował po polsku i rosyjsku, żonaty, mieszka w Poznaniu. LISTY ZE ŚWIATA 79
		

/0080_0001.djvu

			FELIETON z nogami za kaloryferem JAN GÓRA OP Nie tymi słowami, łaskawy panie! Wir przygotowań do Lednicy ogarniał co¬ raz szersze kręgi. Entuzjaści przedsięwzię¬ cia nie znali spoczynku, a godziny nocne były tak samo dobre do pracy i telefonowania, jak v dzienne, przedpołudniowe. Gdyby ktokol- I wiek wyraził wątpliwości co do słuszności naszej sprawy, dziwiłbym się jego postawie, a nawet odesłałbym go do psychiatry, ponie¬ waż słuszność była oczywista. Od dawna media i słupy uliczne zaprasza¬ ły nad Lednicę. Płynęły zgłoszenia. I oto na¬ gle pewnej nocy na murze kościelnym pojawił się napis: „Lednica to ch...owa okolica” Ojciec przeor zdębiał, zaniemówił, protestował, oburzał się i ra¬ dził, do jakich służb i urzędów złożyć skargę. Co robić: po kryjomu zama¬ lować, czy też jeszcze bardziej wyeksponować, aby głupota wyjawiona do¬ szła do absurdu i sama skazała się na zagładę? Pojawiły się artykuły w prasie, złożono stosowne protesty. Świadom, że różne dyskryminowane mniejszości piszą do prezydenta o wsparcie, nosił się z zamiarem złożenia i tam odpowiedniego protestu. Do zakrystii i na furtę co rusz przybiegały przedstawicielki zgorszonego laikatu i nieśmiało wypowiadały kwestie: „Nie wiem, czy ojcowie już wi¬ dzieli... ten brzydki napis na murze. To oburzające w naszym katolickim społeczeństwie. Co ojcowie zamierzają z tym zrobić?” Ojcowie niewiele zrobili, ale szlachetny przedsiębiorca na własną rękę i własny koszt zama¬ 80 FELIETON
		

/0081_0001.djvu

			NIE TYMI S�?OWAMI, �?ASKAWY PANIE! lował ten haniebny napis. Napisu nie widziałem. Próbowano mnie zaciąg¬ nąć, abym na własne oczy zobaczył tę zgrozę. Tak jakbym już w życiu głu¬ poty i diabła nie widział. Nie poszedłem, zajęty byłem przygotowaniami. Pie¬ ski poszczekały, karawana poszła dalej, aczkolwiek nie bez trudności. Nabożeństwo nad Lednicąbyło wspaniałe. Ale na trasie do Ryby wielogo¬ dzinne korki autokarowe zdenerwowały niejednego. Zjawisko niebywałe. Jedni klęli, inni podziwiali. Z powietrza i z wody, z ziemi i z serc ludzkich wydobywał się eliksir rzadki i drogocenny, jakim jest entuzjazm. Ponad dwudziestu skoczków, spadających z nieba na biblijny tłum w tumanach kurzu, wznieconego tańcem tysięcy młodych. Tańcem i pieśnią przyjmo¬ wali oni przykazania dekalogu. A przede wszystkim był z nami Papież, Jan Paweł II. Jego przesłanie, wysłuchane w absolutnej ciszy i skupieniu, zapa¬ liło mocniejsze jeszcze ognie w źrenicach tysięcy młodzieży, a za pośred¬ nictwem mediów — całej Polski. Wszystko to jeszcze kiedyś opiszę. Tym¬ czasem musiałem skonsumować szereg nagród, jakimi mnie obdarowano. W związku z tym, że nagle stałem się osobą publiczną, zwrócono się do mnie z prośbą o wywiad. Rozumiejąc siłę nośną mediów, nie zważając na zmęczenie, rozmawiałem, jak umiałem. — Skąd biorą się ojcu te pomysły? Każda Lednica nas zaskakuje, iskrzy, wzbudza ciekawość. Skąd się to bierze u ojca? Czy mógłby nam ojciec zdradzić? — A znikąd, ja już tak mam od urodzenia. Widzi pan, mnie się to wszystko jakoś tak wyśni... Kiedy idę spać, to zawsze spojrzę sobie w okno, czy sto¬ ją pod nim te dziewczyny, co tym staniem pod moim oknem zarabiają na życie. I zaraz wszystko mi się układa w głowie. Kto jest kto, i kto jest naj¬ ważniejszy. A potem, dziękując Panu Bogu za miniony dzień, staram się zasnąć. I zasypiam, z reguły bez kłopotów. Rano budzę się z krzykiem „Al¬ leluja”, i już wszystko wiem, co dalej. Ja już taki po prostu jestem. — A dlaczego ojcu ludzie tak chętnie pomagają, chcą z ojcem praco¬ wać, coś zawsze ojcu dają? — No, bo ludzie są jacyś dziwni, każdemu, kto się nazywa Jan Góra, ludzie chcą pomagać, coś dawać, i wszyscy się zawsze uśmiechają. Wy¬ starczy tylko zmienić nazwisko. Zaraz świat się odmienia. — Ojcze, proszę teraz już poważnie. FELIETON 81
		

/0082_0001.djvu

			JAN GÓRA OP — Proszę bardzo. Ja od początku poważnie... — To ogromny sukces, ta ojca Lednica. Jak ojciec się czuje jako ktoś, kto osiągnął sukces w dziedzinie niezwykle trudnej i kontrowersyjnej, jaką jest duszpasterstwo? Jest to sukces policzalny — 80 tysięcy, a może i wię¬ cej młodych nad Lednicą — ciągnął dalej młody dziennikarz w korytarzu. Spostrzegłem, że on wcale nie żartuje, tylko że to jest kategoria, w której on postrzega świat. Zacząłem mu tłumaczyć, że w służbie Bożej działania nie można mierzyć sukcesem. Sukces nie jest miarą życia i dynamiki Ko¬ ścioła. W Kościele trzeba służyć, cierpieć, kochać wszystkich, nawet nie¬ przyjaciół, trzeba stale zwyciężać siebie. Że nie trzeba demonstrować i wy¬ grywać siebie, ale służyć i rozwiązywać problemy. Bronić człowieka w imię Boga. Sukces nie jest miarą tej służby. Bo jak nam się coś już udało, to zaraz postarają się inni, ażeby przywołać nas do porządku, i zadbają o to, żeby nie móc się w pełni cieszyć. A i ja sam nie jestem tak naiwny, aby twierdzić, że wszystko robię dla nagrody. Spełniliśmy obowiązek, zrobili¬ śmy to, co do nas należało, zrobiliśmy to, co trzeba było zrobić, bo inni robili akurat co innego. — Otrzymanie tej nagrody sprawia ojcu ogromną przyjemność, nie¬ prawdaż? — Też nie tak, bo widzi pan, pan jest taki młody, przyjemność jest wte¬ dy, kiedy zjemy coś dobrego, napijemy się koniaczku, ktoś nam coś dobre¬ go powie albo ostatecznie podrapie za uchem. Tymczasem to, co robię, nie mieści się w kategorii przyjemności zmysłowej. Kto raz zakosztował rado¬ ści tworzenia, radości studiowania i poznawania prawdy, radości kontem¬ placji i modlitwy, ten nigdy nie pomyli radości duchowej z przyjemnością, która zawsze jest gdzieś na powierzchni. I na tym polega współczesna bie¬ da, że ludzie nie potrafią rozróżniać przeżyć duchowych od psychicznych, zmysłowych. Podniecenie to nie jest to samo co wzruszenie. ur. 1948, dominikanin, duszpasterz akademicki, dr teologii, twór- A N C* Ô 8 A ca ' prezes holdingu duszpasterskiego Hermanice-Jamna-Led- j nica, autor 16 książek, mieszka w Poznaniu. 82 FELIETON
		

/0083_0001.djvu

			CZYTELNICY W DRODZE Refleksja po lekturze wywiadu z Marcinem Libickim „A jeśli zawoła sprzątaczka?" („ W drodze" 5/2000). Zmusza się najsłabszego Prawdopodobnie większość głosów zabieranych na forum to te, które nie zga¬ dzają się z przedstawionym oglądem sprawy. Tak jest i tym razem. Myślę, że mówienie o „świętości” prywatnej własności jest tym, o co chodzi ludziom, którzy na samym wstępie chcą nam zablokować pewne rozwiązania sta¬ wianego problemu. To jest właśnie „sztuka” negocjacji tak postawić problem, by rozmówca sam był strażnikiem swego myślenia, by bał się pewnych rozwiązań, które w innej sytuacji lub w innym środowisku uznałby za słuszne. Ale jest to temat na zupełnie inną roz¬ mowę. (...) Własność prywatna w czasie okupacji 1939-1989 została utracona przez właści¬ cieli w wyniku działań wojennych i prawa ustanowionego przez władze okupacyjne (uwaga! tu może zadziałać automatyczny strażnik poprawnego myślenia). Wyrów¬ nywaniem szkód związanych z działaniem sił wyższych w czasie pokoju zajmują się zakłady ubezpieczeniowe, w czasie wojny odszkodowania wojenne wypłaca oku¬ pant (pod warunkiem, że został pokonany w wyniku działań wojennych, w przeciw¬ nym wypadku poczucie sprawiedliwości najczęściej nie jest zaspokajane). Główny ciężar związany z usuwaniem szkód wynikłych z działań wojennych bierze na siebie całe społeczeństwo, w trudzie i znoju odbudowując swój kraj, dom. Nakładanie prawnych ciężarów związanych z odbudową gospodarki, budynków, fabryk, nieruchomości wszelkiego rodzaju na część społeczeństwa po to, by oddać ją niekiedy temu, kto i tak nie podjął próby odbudowania tego kraju, bo np. sam dobrowolnie wybrał emigracją, jest jawną niesprawiedliwością. Oto ofiara tejże sa¬ mej wojny i okupacji musi płacić kontrybucje wojenne innej ofierze wojny, bo sprawca nie chce tego uczynić, a poczucie „sprawiedliwości” musi być zaspokojone. Zmusza się więc najsłabszego do ponoszenia dalszych niesprawiedliwości, by „sprawiedli¬ wość” została zaspokojona. Dziwią sią, że przedstawiciel ZChN-u przyjął, nawet po części, ten sposób argu¬ mentacji. Natomiast rozumiem (tzn. umiem racjonalnie wytłumaczyć, nie podziela¬ jąc tych poglądów) stroną, która kolaborowała z okupantem. Rząd kolaboracyjny: tych sformułowań w sposób oczywisty bądą mogły używać dopiero przyszłe pokole¬ nia, nasz strażnik myślenia nie pozwoli na to. Będzie nam sią wydawać, że nazywa¬ CZYTELNICY W DRODZE 83
		

/0084_0001.djvu

			ANDRZEJ KILICHOWSKI jąc ten rząd rządem zdrady, chcemy rzucać kalumnie, oczerniać, a nie nazwać rzecz po imieniu. Stąd dopiero przyszłe pokolenia ocenią ten problem w sposób trafny, postawią rzetelną diagnozę. Do tego czasu jedna katastrofa będzie wyrównywana kosztem (krzywdą) innych. Mam 34 lata, z czego 23 przeżyłem w okupowanym kraju; pozo¬ stałe 11 lat to lata odzyskiwania niepodległości. Pozdrawiam redakcją „W drodze” Andrzej Kilichowski Toruń PS Nie ma „świętej” własności prywatnej. Jest nienaruszalne prawo do posiada¬ nej własności. Święty jest Bóg. Jeżeli przez grzeczność pozwolimy postawić coś na Jego miejscu, już nic nie będzie na właściwym miejscu. Refleksja po lekturzeartykulu KatarzynyBróździak„Przedlużenie mojej ręki" („W drodze" 6/2000). Nie naruszyć tego, co święte Mieszkam i pracują w Toronto. Od kilku lat spotykam sią ze świeckimi szafarza¬ mi Komunii św. Moje pytanie odnosi sią raczej do kobiet wykonujących tą posługą. Cząsto budzą one sprzeciw. Ameryka to kontynent wojującego feminizmu, gdzie kobiety MUSZĄ być wszędzie. Odnosi sią to też do dziewczynek „ministrantek” Cząsto cała posługa przy ołtarzu „obsługiwana” jest przez kobiety i dziewczynki. Jest to chyba przegięcie. Czy jest to jakoś regulowane, czy to jest „duch naszych czasów”, czy to jest normalne? Szanują Tradycją Kościoła jako wspólnoty, w której wszyscy biorą czynny udział (żeńska cząść też), ale czy w wielu wypadkach po prostu nie dajemy sią zakrzyczeć feministkom (dla nich men to tylko mężczyzna — co jest prawdą — a nie liczba pojedyncza rzeczownika people; a to powoduje tak popularne „nowe” tłumaczenie Pisma świętego). Gdzieś ucieka sacrum, a kobiety czując sią stworzone do wyższych rzeczy, zapominają o powołaniu, o tym, co mo¬ głyby zrobić dla wspólnoty parafialnej. Proszą mnie źle nie zrozumieć, nie występu¬ ję przeciw kobietom, nie spycham ich na margines, nie odmawiam im posługi w Kościele; ale nurtuje mnie pytanie o właściwe miejsce dla każdego, aby nie naru¬ szyć tego, co święte, aby zło, które wciska sią sprytnie wszędzie, nie „wziąło nas przez zaskoczenie”. Może czasami warto by pomyśleć bardziej nad modlitwą o nowe 84 CZYTELNICY W DRODZE
		

/0085_0001.djvu

			ANIA ŻABI�?SKA powołania niż nad nieograniczonością świeckich w Kościele. Przepraszam, jeśli to jest trochę niepoukładane, ale szukam odpowiedzi na moje wątpliwości, zwłaszcza tutaj, w kraju takiego dobrobytu materialnego i takiej pustyni życia duchowego lu¬ dzi zapatrzonych w nieograniczoną możliwość własnego ja. Z Bogiem! Ania Żabińska Toronto, Kanada Refleksja po lekturze artykułu janne Haaland Matlary Jak gdyby nie były matkami" („W drodze" 6/2000). Obdarzył mnie powołaniem matki Witam! Bardzo sią zawsze cieszą, kiedy przeczytam — rzadziej usłyszą — że są ludzie, którzy myślą podobnie jakja. Otóż mam 52 lata i siedmioro dzieci. Jak sięgną pamięcią, kiedy jeszcze chodzi¬ łam do szkoły i marzyłam o swoim domu — zawsze widziałam siebie jako matką, która sama (nie w sensie samotnej matki) wychowuje swoje dzieci. Nigdy nie zastanawiałam się, „jak zarobić” Zawsze wiedziałam, że będę w domu ze swo¬ imi dziećmi. Niestety, taka decyzja i taki styl życia nie są uznawane za ważne czy konieczne — czasami nawet wśród najbliższych — ani nie są przez większość doceniana. Spo¬ tkałam się nawet z opinią, że pewnie mam „poprzestawiane klepki” w głowie, skoro sama dobrowolnie decydują sią na tyle dzieci i dodatkowo jeszcze chcą je sama wychowywać w domu. Również określenie „średniowieczna kura domowa, która nie potrafi nic innego robić, jak tylko rodzić dzieci” było swego czasu podsumowa¬ niem mojego sposobu życia. Na dodatek, dowiedziałam sią też kiedyś, że zamiast prowadzić dzieci do kościoła, powinnam przeczytać miejscowy dziennik i stamtąd czerpać wskazówki do wychowywania! ! ! Ot, ona „siedzi” z dziećmi w domu — tak była często kwitowana moja i podob¬ nych matek praca z dziećmi w domu. A jak bardzo jest ta praca „siedzeniem” w domu, może zobrazować fakt, że do¬ piero gdy dzieci są większe (zaczęłam pracować, gdy najmłodsze dziecko poszło do szkoły), zaczynam zdawać sobie sprawę, jak bardzo byłam zajęta; wtedy, kiedy dzieci były małe (rodziły się dość często, bo wszystkie siedmioro urodziło się w ciągu CZYTELNICY W DRODZE 85
		

/0086_0001.djvu

			ELŻBIETA KEGEL dwunastu lat) nie miałam czasu na zastanawianie się nad wielu sprawami — za co dziękuję Panu Bogu teraz, bo myślę, że byłoby mi bardzo ciężko żyć, gdybym uświa¬ domiła sobie sprawy, które dotarły do mnie dopiero, gdy miałam odrobiną czasu na jakiekolwiek myślenie nad czymkolwiek i kiedy moja wiara i ufność w Opatrzność Bożą pomogły mi te sprawy zaakceptować i z nimi żyć. Moje siedzenie w domu było takie, że teraz, kiedy najmłodsze dziecko już jest tak duże, że potrafi od biedy zrobić sobie obiad — czasami zastanawiam się „co ja mam robić, co ja muszę zrobić” i konstatuję, że tak naprawdę to nic nie muszę! Nikt nie będzie płakał, nikogo nie muszę przewijać, nikomu nie muszę wkładać smocz¬ ka, bo nie mam czasu wziąć na ręce itd. Natomiast oczywiście zostały mi inne obowiązki z racji tego, że jestem matką i żoną, z racji tego, że takie życie wybrałam i tak je rozumiem. Inna strona — o całe niebo przyjemniejsza i obrazująca „opłacalność” osobiste¬ go wychowywania dzieci —jest taka jak jedna z już dorosłych córek powiedziała mi kiedyś, będąc „na swoim”: „Cieszę się, że mam taką mamę, która mnie nauczyła tylu praktycznych rzeczy, że teraz, gdy czasami jest mniej pieniędzy, to ja nie pani¬ kuję, tylko robię zupę z niczego, potrafię poradzić sobie, kiedy moje koleżanki wpa¬ dają w rozpacz” To ogromna radość usłyszeć coś takiego! Z drugiej jednak strony, gdybym powie¬ rzyła wychowywanie dzieci przedszkolu czy jakiejś niańce ani nie byłabym w stanie nauczyć je tego, czego nauczyłam, ani nie byłoby wspomnień, które są naszą wspól¬ ną własnością, ani nie wyobrażam sobie, że byłaby między nami taka więź, jaką mamy teraz, wszystko to przez to moje bezproduktywne siedzenie w domu! Dziękuję zatem Panu Bogu, że obdarzył mnie powołaniem matki. Elżbieta Kegel Goteborg, Szwecja 86 CZYTELNICY W DRODZE
		

/0087_0001.djvu

			• Tekst i komentarz do trzeciej tajemnicy fatimskiej zostały opublikowane 26 czerwca w Watykanie. • Rada miejska w Turynie, jako pierwsza we Włoszech przegłosowała wniosek o niekaralności eutanazji. Uchwała spo¬ tkała się z potępieniem metropolity Turynu, który podkreślił, że protestuje, bo życie jest wartością ludzką a nie tylko religijną. • 4 lipca zmarł w Ne¬ apolu, w wieku 81 lat, Gustaw Herling Grudziński. • Kulminacyjnym momentem narodowej pielgrzymki do Rzymu, w której uczestniczyło po¬ nad 30 tysięcy osób, była Msza św. na placu św. Piotra, celebrowana przez Ojca Świętego. • Kierownictwo sieci barów szybkiej obsługi McDonald’s o zasięgu ogólnoświatowym potwierdziło po raz kolejny, że wspiera finan¬ sowo kampanię reklamową prezerwatyw w amerykańskim stanie Ohio. • Jan Paweł II wyraził rozgoryczenie w imieniu Kościoła Rzymu z powodu, jak się wyraził, afrontu, jakim był dla Wielkiego Jubileuszu nie¬ dawny światowy zlot homoseksualistów w Wiecznym Mieście. • Jan Pa¬ weł II mianował 8 lipca dwóch nuncjuszy apostolskich: prał. Antonio Men- niniego w Bułgarii i abp. Emila Paula Tscherriga w krajach karaibskich. • 9 lipca rozpoczęło się w amerykańskim mieście Baltimore na zaproszenie miejscowego metropolity kard. Williama Keelera kolejne posiedzenie Mię¬ dzynarodowej Komisji Mieszanej ds. Dialogu Teologicznego między Ko¬ ściołem katolickim a Kościołami prawosławnymi. Będzie to wznowienie tych rozmów po 7—letniej przerwie. • Sto tysięcy chrześcijan na indone¬ zyjskiej wyspie Moluki pilnie potrzebuje natychmiastowej ewakuacji, gdyż grozi im zamordowanie przez bojówkarzy z uzbrojonych grup „Laskar Jihad” Ten dramatyczny apel wystosowali wspólnie 9 lipca biskup pomoc¬ niczy diecezji Amboina Jos Tethool i przedstawiciel miejscowej wspólnoty protestanckiej Agus Ulahaiyanan. • Kościół katolicki oraz Kościoły ewan¬ gelickie w Czechach poprosiły o wybaczenie za grzechy i błędy popełnione w przeszłości oraz w czasach obecnych. Prośbę o wybaczenie wypowie¬ dział biskup Pilzna Frantiśek Radkovsky. • Warunkiem ewentualnej wi¬ zyty papieża Jana Pawła II w Korei Północnej jest wprowadzenie wolności religii w tym kraju, rządzonym przez komunistów. Taką opinią wyraził pod¬ czas konferencji prasowej 10 lipca arcybiskup Seulu, Nicholas Cheong. • 13 lipca w wieku 86 lat w Waszyngtonie zmarł legendarny kurier podzie¬ mia — Jan Karski. • Kościół ewangelicki w Berlinie korzystał w czasie II wojny światowej z pracy robotników przymusowych. Ewangelicki biskup Berlina Wolfgang Huber przyznał, że od 1943 roku w stolicy Niemiec znaj¬ dował się obóz dla ok. 100 osób. W ramach zadośćuczynienia Kościoły ewangelickie postanowiły wypłacić na rzecz ofiar 10 milionów marek. KRONIKA 87 KRONIK * Ąi *!MI A
		

/0088_0001.djvu

			• Stypendia dla 43 uczniów szkół średnich i studentów ufundowała Polska Prowincja Dominikanów. Rozdysponowana kwota wynosi ponad 80 tys. zło¬ tych i została zebrana przez polskie klasztory dominikańskie. • Instytucje kościelne w Polsce wydają dziennie ponad 100 tys. posiłków - poinformo¬ wał KAI ks. Jan Drob, ekonom Episkopatu Polski. • Dominikanin o. Jan Góra, biskup Markijan Trofimiak z Ukrainy i opat benedyktynów z Osh- kosh w USA, Regis Norbert Barwig, znaleźli się wśród laureatów nagrody im. Włodzimierza Pietrzaka, przyznanej przez „Civitas Christiana” • Die¬ cezja wrocławska obchodziła 1000-lecie swojego istnienia. • 20 czerw¬ ca w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego zginął w wypadku samochodo¬ wym abp Alan de Lastic, przewodniczący Konferencji Episkopatu Indii, znany obrońca praw człowieka. • 23 czerwca w wieku 84 lat zmarła Anna Turowiczowa, żona Jerzego Turowicza. • Caritas zorganizowała wysył¬ kę na tereny dotknięte suszą pasz, warzyw i owoców oraz środków finan¬ sowych dla rolników najbardziej poszkodowanych skutkami upałów. • 28 czerwca, w wieku 69 lat umarł w Krakowie ks. prof. Józef Tischner, jeden z najwybitniejszych i najoryginalniejszych polskich teologów i filo¬ zofów. Od kilku lat cierpiał na raka krtani. Uroczyste Msze żałobne odbyły się w Krakowie oraz w jego rodzinnej �?opusznej. • W Kielcach odbył się pogrzeb tragicznie zmarłego ks. prof. Andrzeja Zuberbiera. • Rekordo¬ wa liczba ponad 20 tys. osób wzięła udział w festiwalu „Song of Songs 2000” Ta największa w Europie Środkowej impreza muzyki chrześcijań¬ skiej odbyła się 1-2 lipca w Toruniu. • Najważniejszym problemem chrze¬ ścijan u progu III tysiąclecia jest duchowa formacja świeckich - do takiego wniosku doszli członkowie Krajowej Rady Katolików Świeckich, która ob¬ radowała 1 lipca w Warszawie. • Marsz pokuty przeszedł ulicami Kielc 4 lipca w 54. rocznicę tzw. pogromu żydowskiego. Jego inicjatorami byli: pastor metodystów Janusz Daszuta, redaktor naczelny dziennika „Słowo Ludu” Bogdan Białek oraz Michał Płoski, pisarz ikon. • Ks. Tomasz Da¬ widowski, pierwszy polski kapłan Bractwa św. Piotra, odprawił swoją Mszę prymicyjną w rycie trydenckim w poznańskim sanktuarium Matki Bożej w Cudy Wielmożnej. • 170 letnich obozów dla osób niepełnosprawnych (głównie upośledzonych umysłowo) organizuje w czasie wakacji ruch wspól¬ not „Wiara i Światło”. Oparte są one na zasadzie pełnego partnerstwa mię¬ dzy osobami zdrowymi a niepełnosprawnymi. • Ewangelicki prymas Nie¬ miec bp Manfred Kock 13 lipca przybył do Polski z wizytą roboczą, w cza¬ sie której zapozna się z życiem Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce i działalnością Polskiej Rady Ekumenicznej. 88 KRONIKA
		

/0089_0001.djvu

			Opatrznościowy wybór z Georgem Weiglem, autorem biografii Jana Pawła II Świadek nadziei, rozmawiają Jarosław Głodek OP i Jarosław Kupczak OP Czy dwadzieścia lat temu, u początku pontyfikatu, czułeś, że należy spodziewać się wielkich wydarzeń? Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tym, - ^ iż kardynał Wojtyła został wybrany papie- ? żem, mieszkałem w Seattle, w stanie Wa- szyngton na północnym zachodzie Stanów Zjednoczonych. Wróciłem właśnie z lunchu i usłyszałem wiadomość, iż polski kardy¬ nał został papieżem. Podejrzewałem, że to kardynał Wyszyński. Pomyślałem, iż jest niezwykle korzystne dla Kościoła i dla ca¬ łego świata, że papieżem stał się człowiek, który wcześniej pracował w takim Kościele jak Kościół polski. Uważałem, iż papież pochodzący z Kościoła prześladowanego, który wydał wielu mę¬ czenników w XX wieku, nada urzędowi papieskiemu specjalną i bardzo znaczącą jakość. George, od kilkunastu lat piszesz na temat tego pontyfikatu. Dwie książ¬ ki, które chciałbym wymienić, to „ Ostateczna rewolucja ’’ przetłumaczona na język polski, i druga — „ Dusza świata ", gdzie znalazło się dużo bardzo ważnych artykułów na temat Jana Pawła II. Skąd wziął się pomysł, aby napisać papieską biograjlę? Oprócz tego, że to był mój pomysł — był to pomysł i tchnienie Ducha Świętego. Wiosną 1995 roku byłem przekonany, iż pontyfikat papieski jest bardzo istotny. W tamtym okresie nie istniała żadna mądra, wnikliwa bio- ORIENTACJE 89
		

/0090_0001.djvu

			OPATRZNOŚCIOWY WYBÓR grafia papieża. Kiedy spotkałem się w maju 1995 roku w Rzymie z rzeczni¬ kiem Stolicy Apostolskiej, który był moim długoletnim przyjacielem, do¬ szliśmy do wniosku, iż faktycznie jest potrzeba stworzenia obszernej bio¬ grafii Papieża. Wówczas padły trzy, cztery nazwiska osób, które mogłyby tę książkę napisać. Nasze rozmowy trwały kolejne sześć miesięcy. W grud¬ niu tegoż roku spotkałem się ponownie w Rzymie z Navarro-Vallsem i z Papieżem, który już znał nasz projekt i zaproponował mi stworzenie takiej książki. Trzy miesiące później ponownie pojawiłem się w Rzymie. Zaczęliśmy dyskutować nad szczegółami. Powiedziałem Papieżowi, iż będą mi potrzebne dwa elementy do tego, aby tę biografię napisać. Po pierwsze musiałem mieć dostęp do Jego Świątobliwości, do przyjaciół Papieża, jego pomocników, a także do materiałów, które z mojego punktu widzenia były niesłychanie ważne w powstawaniu tej książki. Drugą istotną rzeczą było to, iż pragnąłem, aby Ojciec Święty otrzymał książkę dopiero wtedy, gdy ją zakończę. Oczywiście Papież się zgodził. W czerwcu 1996 roku rozpoczą¬ łem pracę. Można powiedzieć, że ta książka powstała z zagniewania, że tak płasko patrzy się na ten wielki pontyfikat. Pojawiło się parę biografii, z których byłeś bardzo niezadowolony. Czym Twoja książka różni się od nich? Nie powiedziałbym, że książka ta zrodziła się z gniewu. Raczej pojawiła się z poczucia zatroskania i przekonania o tym, iż tak ważne życie, pontyfi¬ kat zasługuje na lepsze potraktowanie. Moja książka nie powstała jako ko¬ rekta wcześniejszych dzieł o Papieżu. Nie miałem zamiaru zbijać argumen¬ tów poprzednich biografów. Chciałem napisać jak najbardziej szczegóło¬ wą biografię Ojca Świętego. Założyłem inną perspektywę oraz dobrałem inne materiały. Wcześniejsi biografowie Papieża, dziennikarze, a także ko¬ mentatorzy pontyfikatu Jana Pawła II, przez niemal dwadzieścia dwa lata opisywali go jako ważną postać historyczną, przywódcę politycznego czy też dyplomatę nowego stylu. Tymczasem marginalnie traktowali to, co jest osią jego pontyfikatu — fakt, iż jest chrześcijaninem, biskupem Kościoła. To tak, jak byśmy pisali o Einsteinie, nigdy nie wspominając o fizyce. Nie można zrozumieć w pełni Papieża bez zrozumienia jego myślenia, działal¬ 90 ORIENTACJE
		

/0091_0001.djvu

			ROZMOWA Z GEORGEM WEIGLEM ności, która wyrasta z życia wiarą. Druga rzecz, którą warto podkreślić, to dobór materiałów. Jedna trzecia tekstu książki dotyczy życia Karola Wojty¬ ły, zanim został papieżem. W niej przyglądam się Papieżowi jako młodemu księdzu, profesorowi filozofii, a następnie arcybiskupowi Krakowa. Ten fragment jego życiorysu generalnie jest pomijany przez innych biografów. Jeśli chodzi o pontyfikat, omawiam dosyć szczegółowo każdy z ważnych dokumentów, które Ojciec Święty wydał. Dołączam także dosyć dużo no¬ wych informacji o publicznym wymiarze pontyfikatu, między innymi ob¬ szerny rozdział poświęcony „Solidarności” oraz kryzysowi w roku 1980— -1981, a także próbie poparcia Papieża dla „Solidarności” w czasie stanu wojennego. Jest też dogłębna analiza negocjacji trwających pomiędzy Wa¬ tykanem a Izraelem, które siedem lat temu doprowadziły do nawiązania stosunków dyplomatycznych między tymi krajami. Zanalizowałem również kontakty Papieża z kilkoma dyktatorami. Jest także wiele historii, które uważam za dosyć ważne, np. opowiadające o tym, jak doszło do wizyty Papieża na Kubie. Przy okazji pisania książki stałem się świadkiem wielu przyjaźni papieskich, między innymi bardzo wzruszającej przyjaźni z An- driejem Sacharowem. Próbuję to oddać w mojej pracy. George, myślę, że jest jeszcze jedna różnica pomiędzy Twoją książką i wcześniejszymi biografami, zwłaszcza biografią Tada Schultza. Dotyczy ona polskości Jana Pawia II. Nieustannie się z nią zmagamy, staramy się zadawać sobie pytanie, w jakiej mierze Papież jest polski i równocześnie uniwersalny. Dla Schultza było to pytanie dosyć niewygodne. W jego uję¬ ciu polskość dyskredytowała Papieża. W twojej książce jawi się ona inaczej. Można powiedzieć, iż Jan Paweł II był człowiekiem uniwersalnym i stał się uniwersalnym papieżem. Stało się tak nie pomimo wiary chrześcijań¬ skiej, ale właśnie dzięki niej, dzięki katolicyzmowi. Na uniwersalizm Ojca Świętego wpłynął między innymi czterdziestoletni okres życia w Krako¬ wie, mieście, w którym od wieków krzyżowały się kultury, języki, religie i różne opcje polityczne. Jednak w moim odczuciu, jeszcze głębszą przy¬ czyną uniwersalizmu papieskiego jest świadomość Jana Pawła II, że współ¬ czesna historia Polski jest metaforą historii całego świata i tego, co na nim ORIENTACJE 91
		

/0092_0001.djvu

			OPATRZNOŚCIOWY WYBÓR Świadek nadziei się dzieje. Wielokrotnie zadajemy sobie pytanie, skąd tyle cierpienia w świecie, w którym obserwujemy ogromny postęp techniczny, a średniej długości życia po¬ zazdrościliby nam nasi dziadkowie. Odpo¬ wiedź jest następująca: w XX wieku mamy do czynienia z dwiema wielkimi herezja¬ mi. Pierwszą jest pogląd, który objawił się po rewolucji francuskiej w końcu XVIII wieku. Mówi on, iż polityka i politycy rzą¬ dzą światem. Drugą jest marksizm, który twierdzi, iż światem rządzi ekonomia, a pozostałe sfery życia ludzkiego są nie¬ ważne. Te dwie herezje spotkały się w ko¬ munizmie. Tymczasem Polska pokazuje światu — i to postrzega Papież jako metaforę ludzkiej kondycji u progu III tysiąclecia — iż drogą poza mury marksizmu-Ieninizmu, poza mury dykta¬ tury jest odnowienie duchowe i moc kultury. Te czynniki pozwoliły Polsce przetrwać okupację nazistowską i komunistyczną. Doprowadziły do tego, że Polska zainicjowała rewolucję świadomości, przemiany w obrębie Europy Środkowej i Wschodniej. Jest to niewątpliwy wkład Polski w to, na czym może wzorować się cały świat. Dlatego uważam wybór Wojtyły na papieża za opatrznościowy dla Kościoła i świata. i BIOGRAMA PAPIEŻA JANA TAWtA II Kontynuując temat humanizmu i rozmaitych herezji, można powiedzieć, że dla Papieża centrum stanowi człowiek. Mamy zatem do czynienia ze specyficzną postacią humanizmu. Jakbyś opisał humanizm papieski? Czym on się różni od współczesnych wizji człowieka? Cechą charakterystyczną humanizmu księdza Wojtyły, potem Papieża, jest chrześcijaństwo. Podkreśla on, iż Chrystus nie tylko pokazuje nam twarz Boga Ojca, ale odkrywa także prawdę o człowieku, o życiu ludzkim. Chry¬ stus pokazuje nie tylko, kim jest Bóg, ale także, kim jest człowiek. Oczywi¬ ście to, co mówię, to jest rozumienie osoby ludzkiej, głoszone przez chrze¬ 92 ORIENTACJE
		

/0093_0001.djvu

			ROZMOWA Z GEORCEM WEIGLEM ścijaństwo od dwóch tysięcy lat. Znajdujemy je w Piśmie świętym, w pi¬ smach św. Tomasza z Akwinu oraz w dokumentach Soboru Watykańskie¬ go II. Cechą specyficzną tego pontyfikatu i podejścia Papieża do człowieka jest traktowanie tego, co mówi chrześcijaństwo o godności osoby ludzkiej, w świetle współczesnej analizy filozoficznej. Jan Paweł II uważa, że każdy z nas jest moralnym aktorem w sztuce życia ludzkiego i w sposób zupełnie naturalny każdy pyta, kto tę sztukę napisał, gdzie następuje rozwiązanie akcji, jaki jest punkt kulminacyjny każdego aktu. Osobiście zawdzięczam Ci spostrzeżenie, że Jan Paweł II jest tak do¬ brym pasterzem Kościoła uniwersalnego i dobrym biskupem Rzymu, ponie¬ waż był bardzo dobrym biskupem Krakowa, bardzo dobrym ordynariuszem diecezji, metropolii krakowskiej. Najważniejszym wydarzeniem był wów¬ czas Sobór Watykański II, który wpłynął na to, w jaki sposób prowadzona była diecezja krakowska. Z Soborem związane są również najważniejsze książki biskupa Wojtyły. Jak to jest możliwe, że dzisiaj krytycy Jana Pawła II przedstawiają go jako tego, który zaprzepaszcza dorobek Soboru? Mam nadzieję, że nikt po przeczytaniu Świadka nadziei nie będzie mógł twierdzić, iż Papież zaprzepaszcza idee soborowe. Poświęcam cały roz¬ dział wkładowi arcybiskupa Wojtyły w pracę Soboru Watykańskiego, ko¬ lejny, bardzo długi, jego pracy w stolicy biskupów krakowskich. Podczas jednej z konferencji z Ojcem Świętym powiedziałem mu: „Uderza mnie w pontyfikacie Waszej Świątobliwości kontynuacja — bardzo łatwe przej¬ ście od tego, co robił Ojciec Święty jako arcybiskup Krakowa, do tego, co robi jako papież” Odpowiedział, że to nie powinno dziwić, bo jeżeli Duch Święty powołał arcybiskupa Krakowa na Stolicę Piotrową, to na pewno Bóg uważał, że jest coś w posłudze arcybiskupa krakowskiego, co da się przetransponować na pasterzowanie całemu Kościołowi. Kiedy kardynał Wojtyła został biskupem Rzymu, nie uważał, iż potrzebuje wielu porad od tych, którzy tradycyjnie pomagali papieżom w ich posłudze apostolskiej. Nie korzystając z ich rad, stworzył taki model papiestwa, który będzie mo¬ delem nośnym przez następne wieki. Nie jest to nowy model, on jest starej daty. Jeżeli zajrzymy do Dziejów Apostolskich, zauważymy, iż św. Piotr ORIENTACJE 93
		

/0094_0001.djvu

			OPATRZNOŚCIOWY WYBÓR nie jest zarządcą instytucji, którą nazywamy Kościołem katolickim, ale jest świadkiem. Głosi kazania, jest pasterzem. Ojciec Święty skorzystał z mo¬ delu posługi z pierwszego wieku naszej ery. Przetransponował go w czasy współczesne i dodał do niego wszystkie zdobycze technologii, techniki i komunikacji. Dlatego Papież może być pasterzem Kościoła w wymiarze całego świata. Od ostatnich pięćdziesięciu lat każdy z papieży jest bardzo zaangażowa¬ ny w ekumenizm. Wszyscy czują jednak, że ekumenizm Jana Pawła II jest odrobinę inny. Na czym polega nowość jego zaangażowania? Po zakończeniu prac Soboru Watykańskiego II wielu katolików myślało, iż ekumenizm jest ważny, ale do życia niekonieczny. Obecny Papież w en¬ cyklice Ut unum sint wyraźnie pokazał, że jest on bardzo istotny. Chciałbym przytoczyć wypowiedź sekretarza generalnego Światowej Rady Kościołów, wygłoszoną chyba w roku 1994. Powiedział on, iż poszu¬ kiwanie jedności, które oparte byłoby na prawdzie i zrozumieniu innych, należy już do przeszłości. Teraz powinniśmy się martwić o takie rzeczy, jak globalne ocieplenie, efekt cieplarniany, ochrona ginących gatunków itd. Papież zaś mówi, że trzeba poszukiwać jedności opartej na wierze w to, iż Chrystus stworzył Kościół. Można by powiedzieć, iż Jan Paweł II odnowił i uratował myślenie ekumeniczne, które było już wcześniej obecne w Ko¬ ściołach chrześcijańskich Zachodu. Odnowił je i ukazał jego ważny wy¬ miar teologiczny i uniwersalny. Można powiedzieć, że ekumeniczne myślenie Papieża, zwłaszcza w od¬ niesieniu do Kościołów wschodnich, wyprzedza o jedno stulecie to, co dzieje się pomiędzy Kościołami. Papież kładzie fundament, sieje ziarno zbliżenia ekumenicznego, które być może za kilka dekad nastąpi. i . ' _ . filozof, teolog, dziennikarz, korespondent „Los Angeles Times" i „Washington Post", prowadzi Instytut Etyki Życia Społeczne- . ' ■ ■ go, zajmuje się tematyką z pogranicza duchowości i kultury, po . _ ju polsku wydał Ostateczną rewolucję, mieszka w Waszyngtonie. 94 ORIENTACJE
		

/0095_0001.djvu

			Zmaganie się z upływem czasu i tęsknota za wiecznym trwaniem to problem kluczowy dla zrozumienia twórczości Ivana Slavfka, który na otaczający go świat patrzy nieustannie sub specie aeternitatis. Czas dla niego nie jest przekleństwem, ale Bożym darem, ponieważ — jak pisze w jednym ze swoich wierszy — czas jest materią, „w której pracuje Opatrzność" ANDRZEJ BABUCHOWSKI Monolog duszy Słuchałem głosu ptaków — tych różnych pohukiwań, gwizdów, świergo¬ tów, krakań, świstów. Piękna muzyka jest niewątpliwie poselstwem Ducha, posiada Jego pieczęć i potrafi przeniknąć nas do głębi. Ale nawet brzmienie najszlachetniejszych skrzypiec nie ma w sobie tej drapieżności, tej dziko¬ ści, tej oszałamiającej tęsknoty, jaka drży choćby w krzyku żołny. Moja propozycja jest nieco ryzykowna. Chciałbym podzielić się reflek¬ sjami na temat dzieła, które mocno mnie poruszyło, a jednocześnie nie mogę polecić go polskiemu Czytelnikowi, ponieważ napisane zostało po czesku i — z różnych względów — nie ma chyba zbyt wielkich szans na ukazanie się w naszym kraju. Nie będzie to więc typowa recenzja, lecz raczej rodzaj streszczenia, krótka opowieść o książce, liczącej prawie 600 stron, i o jej autorze... Tytuł Hory roku (najlepszym polskim odpowiednikiem byłoby tu określenie: Kopa lat) sugeruje, że mamy do czynienia z bardzo modną dziś formą literacką — dziennikiem. Czy rzeczywiście? Już na pierwszej stronie zauważamy próbę zakwestionowania tego ter¬ minu: „Nie jest to dziennik, jest to raczej rozmowa, ale z kim? Z sobą sa¬ mym czy z Bogiem?” Autor książki, 80—letni Ivan Slavik, najwybitniejszy z żyjących dziś poetów czeskich, w latach 1946-1948 redaktor opiniotwórczego dwuty¬ godnika „Yyśehrad”, tłumacz, eseista, odkrywca wielu niesłusznie zapo¬ ORIENTACJE 95
		

/0096_0001.djvu

			ANDRZEJ BABUCHOWSKI znanych zjawisk w literaturze swego narodu, ale także znawca i populary¬ zator kultur prekolumbijskich, przeżywa w ostatnim czasie prawdziwy twór¬ czy boom. Jest to w znacznym stopniu wynik długoletniego milczenia pisa¬ rza. Był niechętnie widziany przez komunistycznych wydawców, dlatego do czasu Aksamitnej Rewolucji 1989 roku dość rzadko publikował swoje oryginalne teksty. Koncentrował się głównie na przekładach. Hopkins, Bau¬ delaire, Mallarmé, Rimbaud, Verlaine, Péguy, Claudel, Eichendorff, Mô- rike, Novalis, Bunin, Juana Inès de la Cruz — to tylko niektóre nazwiska z imponującej listy tłumaczonych autorów. Urodzony 23 stycznia 1920 roku w Pradze, w rodzinie o tradycjach pro¬ letariackich, dopiero w wieku 25 lat przyjmuje chrzest (ojcem chrzestnym poety był znany prozaik dwudziestolecia międzywojennego, Jan Cep). W tym też czasie zawiązuje się przyjaźń Slavika z innym wybitnym poetą czeskim o imieniu Ivan (nie pada wprawdzie jego nazwisko, ale możemy domyślać się, że chodzi o zmarłego w ubiegłym roku Ivana Divisa). Poznaliśmy się w «zielonych latach», które w naszym pokoleniu nastąpiły późno, dopiero po zakończeniu wojny. Miałem dwadzieścia pięć lat i właś¬ nie przeżyłem nawrócenie. Po wakacjach 1948 roku, już żonaty, zacząłem pracować w gimnazjum w Domażlicach. Dostawałem od Ivana listy, w któ¬ rych opisywał swoje wizje. Było w nich coś z duchowości maryjnej. Zwie¬ rzał się też, że ma zamiar napisać dramat o tym, jak Chrystus przyszedł ponownie na świat i znowu został ukrzyżowany. Potem nagle bez uprzedze¬ nia przysłał list, że znalazł swoje mocne oparcie w marksizmie, w sprawie¬ dliwości tu na ziemi i dla ziemi, i że żal mu mojej chorej duszy. W latach sześćdziesiątych jego nazwisko zaczęło pojawiać się w czasopismach i na okładkach książek. (...) Postanowiłem napisać do niego, do „Mladej Fronty”, gdzie wówczas pracował. I oto następnego dnia przyszedł (zupełnie niezależnie) list od nie¬ go, który minął się z moim, z informacją, że się nawrócił i przyjął chrzest. Znowu zaczęliśmy się intensywnie spotykać, w niektórych sprawach róż¬ niąc się od siebie, w innych będąc sobie bardzo bliscy. Jak widać, Slavik nie przeżywał typowej dla wielu intelektualistów fa¬ scynacji marksistowską utopią. Udało mu się też, głównie ze względu na młody wiek i brak literackiego dorobku w okresie przedwojennym, unik¬ 96 ORIENTACJE
		

/0097_0001.djvu

			MONOLOG DUSZY nąć tragicznego losu czeskich pisarzy katolickich, skazywanych przez re¬ żim na wieloletnie więzienie. Od momentu konwersji jego życie upływa nieprzerwanie pod znakiem wierności Bogu i Kościołowi, a dodatkowe tego świadectwo stanowi twórczość literacka, m.in. wspaniały cykl wierszy o czeskich świętych pt. Lux sanctorum czy znakomita biografia świętego Jana Nepomucena. Jednak w żadnej z dotychczasowych książek Slavika chrześcijański sposób rozumienia i odczuwania świata nie ujawnia się z taką siłą i w takiej pełni, jak to obserwujemy w jego najnowszym dziele. Powróćmy zatem na karty dziennika: Cała ta rotacja — czytamy w krytycznych uwagach na temat Dialektykiprzy¬ rody Engelsa i materia) i stycznych koncepcji bytu — wszystkie przejścia od mgławic do materii, do protoplazmy, do życia i do świadomości nie rozwią¬ zują zasadniczej sprawy: poczucia indywidualnego istnienia, bycia samym sobą — to jest właśnie dusza, tak cenna, tak krucha rzecz. Co się dzieje z jej jestem po śmierci? Materia przekształca się w materię, ale co się dzieje z tym jestem? W innym miejscu autor stwierdza wyraźnie: Samotność jest czymś podstawowym, nieodłącznym od naszej egzystencji — szczerze można rozmawiać tylko z Bogiem. Tylko On zna nas lepiej niż my siebie. (...) Będzie to monolog duszy, jej rozpamiętywanie w ułamkach ocalonej ciszy, wyrwanej nieprzyjaznemu czasowi, aby sobie w ogóle uświa¬ domiła, że istnieje, że jest. Zapiski Slavika powstawały nieregularnie, na przestrzeni trzydziestu lat. Rozpoczynają się w roku 1960, po którym następuje jedenastoletnia prze¬ rwa, a kończą — w 1990, wraz z nadejściem wolności. Wbrew temu, co zdają się zapowiadać przywołane wyżej cytaty, książka ta nie składa się — na szczęście — z samych górnolotnych myśli. Zresztą któż by to wytrzymał na tylu stronach! Dusza poety „rozpamiętuje” więc także sprawy zwyczaj¬ ne, codzienne, proste, czasem gubi się w banalnych rozterkach, objawia swoje sympatie, niechęci, uprzedzenia, lęki, depresje, złości. Jest szczera aż do bólu. Wspomnienia z dzieciństwa, młodzieńcze igraszki, odpoczy¬ nek na łonie przyrody, pierwsze doznania erotyczne, małżeństwo, życie ro- ORIENTACJE 97
		

/0098_0001.djvu

			ANDRZEJ BABUCHOWSKI dzinne, krewni, znajomi, śmierć i narodziny, ulubione lektury, muzyka, te¬ atr, malarstwo, filozofia, polityka, historia, naród — słowem niczego, co ludzkie, dusza w swoim monologu nie pomija. Ba, oprócz zdarzeń na jawie rejestruje również senne marzenia: Sen złożony jest z obrazów jak z kamyków — pisze SIavik — ale najważ¬ niejszy jest on sam, sen. (...) W moim śnie nie było nic sensownego, tylko ta nieuchwytna tęsknota, niematerialna i czysta. Potem zaczęły się małe cza¬ ry, mieszanie się rzeczywistego z nierzeczywistym i możliwego z niemoż¬ liwym. Gdybym tego snu nie pochwycił słowami, w ciągu kilku dni roz¬ padłby się w owo fosforyzowanie niepamięci, przez które przepływa nasze życie. Zmaganie się z upływem czasu i tęsknota za wiecznym trwaniem to pro¬ blem kluczowy dla zrozumienia twórczości Ivana Slavika, który na otacza¬ jący go świat patrzy nieustannie sub specie aeternitatis. Czas dla niego nie jest przekleństwem, ale Bożym darem, ponieważ —jak pisze w jednym ze swoich wierszy — czas jest materią, „w której pracuje Opatrzność” Kiedy stałem przy Drażowskim stawie, wyciekała z niego cienkim strumycz¬ kiem pręga topniejącej wody. Woda szemrała niepowtarzalnym pradźwię- kiem, w którym wyczuwa się wiosnę. Ten szmer żywy, ożywiony, żyjący. Jest w nim to samo życie, co w moim psie, w krzyku ptaka i we mnie, dopóki bije moje serce. Jest radosny i stanowi zaprzeczenie nicości. Celem nadrzędnym tej twórczości jest poszukiwanie i odnajdywanie sen¬ su, m.in. w historii, w kapryśnych i nierzadko bardzo tragicznych losach własnego narodu: Tak jak dzisiaj ziemia pokryta jest u nas barokowymi kościołami, tak też wznosi się na niej las niewidzialnych świątyń, zniszczonych przez husytów katedr i klasztorów, z których tylko jako nostalgiczne wspomnienie pozo¬ staje tu i ówdzie nadłamany ostrołuk. Z bolesnych lekcji czeskiej historii płynie jednocześnie głęboka troska o przyszłość. Dusza poety pod koniec swego monologu (z datą 5 czerwca 1990 roku) nie upaja się bezkrytycznie odzyskaną wolnością: 98 ORIENTACJE
		

/0099_0001.djvu

			MONOLOG DUSZY Wizyta Papieża, a wcześniej kanonizacja Agnieszki w Rzymie, choć miały charakter masowy, były reprezentatywne jedynie dla niewielkiej części spo¬ łeczeństwa, większość pozostaje religijnie obojętna. Nie chcę przez to ne¬ gować znaczenia nadprzyrodzonej interwencji Agnieszki ani roli kard. Tomaśka, czy doniosłości papieskiej pielgrzymki. To wszystko jest jednak na razie tylko ziarnem, które dopiero musi dojrzeć. Hory roku Ivana Slavika to naprawdę piękne świadectwo intelektualnej odwagi i religijnej żarliwości. To także ważny przyczynek do lepszego zro¬ zumienia czeskich dziejów oraz samych Czechów. ur. 1944, absolwent filologii polskiej UJ, tłumacz literatury cze- A N D R Z f f skiej, redaktor „Gościa Niedzielnego", mieszka w Katowicach, BABUCHOWSKI wydał antologię czeskiej poezji metafizycznej „Na ostrzu pło¬ mienia" Książka wydawnictwa W drodze Na ostrzu płomienia Antologia czeskiej poezji metafizycznej XX wieku wybór, przekład i opracowanie Andrzej Babuchowski Ukryte oblicze czeskiej poezji, oblicze metafizyczne, mniej znane \ V V ’ 7 '-<1 ' ( lub nieznane w ogóle. Poezja umlczena — zmuszona do mil- r 2 ï \ { T_J_^ V;V czenia, przez lata unicestwiana, skazana na wieczny „niebyt” — przynosi „krajobrazy łaski”, świadczy o wielkości człowie¬ czego ducha. Obecni w tym wyborze Frantiśek Lazeckÿ, Véclav René, Vladimir Vokolek, Zdenék Rotrekl, Ivan Slavik i wielu innych — to poeci wybitni, dlatego antologia stanowi dzieło nie tylko pionierskie, nie tylko ważne, ale i piękne, i mądre; dzieło dobre. stron 232, cena 17 zł ORIENTACJE 99
		

/0100_0001.djvu

			I Wydaje się, iż Agnieszka Holland swoim ostatnim filmem pokonuje na skróty drogę, którą chciał, ale nie zdołał przebyć Kieślowski. Ta religijna jednoznacz¬ ność Holland jest zaskakująca. Zaskakująca, a jednocześnie — podejrzana. KRZYSZTOF KORNACKI Biblia pauperum dla inteligencji Chcąc dobrze odczytać Trzeci cud Agnieszki Holland, trzeba zwrócić uwagę na wyraźną obecność problematyki religijnej w kinie ostatnich lat. Wystarczy wspomnieć o tak różnych pod względem gatunku, rangi arty¬ stycznej i wymowy, ale jednakowo ważnych i głośnych filmach, jak Prze¬ łamując fale von Triera, czy inspirowanych filozofią New Age (i w jej ra¬ mach neognozą) — Matrix, Cube i Gwiezdnych wojnach. W Polsce poja¬ wiła się Faustyna �?ukaszewicza, Brat naszego Boga i Słaba wiara (z cyklu Opowieści weekendowe) Zanussiego, Pokuszenie Sass, Szamanka Żuław¬ skiego, filmy Kolskiego czy Kotlarczyk (Odwiedź mnie we śnie), a dekadę wcześniej oczywiście filmy Kieślowskiego. Po nakręceniu Trzeciego cudu Holland zrealizowała Dybuka i przygotowuje się do kolejnej realizacji, która ma dotykać, jak zapewnia, tematyki religijnej. W tym kontekście nie tyle problematyka podjęta przez reżyserkę wydaje się zaskakująca (jak sugeru¬ ją krytycy), ile raczej sposób jej ujęcia, odbiegający od potocznego wy¬ obrażenia o twórczości autorki Zabić księdza. Miłość kontra wiara Warto w tym miejscu wskazać na wyraźną analogię pomiędzy wymie¬ nionymi powyżej filmami podejmującymi tematykę religijną. Bardzo czę¬ sto podkreśla się w nich antagonizm między wiarą a miłością. Na gruncie polskim widać to w Pokuszeniu Barbary Sass (1995) i w Historiach miło¬ snych Jerzego Stuhra (1997). Filmom tym patronują dzieła Krzysztofa Kie- 100 ORIENTACJE
		

/0101_0001.djvu

			BIBLIA PAUPERUM DLA INTELIGENCJI ślowskiego: Bez końca i Niebieski (1993). W pierwszym żona popełnia sa¬ mobójstwo, by połączyć się z duchem męża, w drugim zaś wyraźne walory¬ zowany pozytywnie Hymn do miłości, jednocześnie pozbawiony jest reli¬ gijnego kontekstu — miłość jest boska, niezależnie od faktu istnienia bądź nieistnienia Boga. We wszystkich tych filmach dochodzi w mniejszym lub większym stopniu do nadwartościowania miłości, zastąpienia nią wiary czy nawet do przebóstwienia miłości. Ciekawe, iż jest to zabieg stale obecny od czasów „szkoły polskiej”, widoczny w wielu obrazach tej formacji arty¬ stycznej. Można powiedzieć, że od kilku dekad miłość coraz rzadziej wy¬ stępuje w triadzie obok wiary i nadziei. Cuda istnieją Agnieszka Holland wpisała się w tę tradycję. Stworzyła film amerykań¬ ski i jednocześnie w opisanym powyżej antagonizmie — bardzo polski. Ksiądz w filmie Holland ma do wyboru albo wiarę i sakrament kapłaństwa, albo miłość do kobiety. I wybiera — odmiennie od bohatera filmu Stuhra — sutannę. Nie może być inaczej, cuda bowiem w filmie Agnieszki Hol¬ land to nie cuda domniemane, ale realne. Trzeba powiedzieć, iż żaden z polskich filmów nie osiągnął tego stopnia konfesyjności, co Trzeci cud. Żaden twórca nie posunął się tak daleko w wyznaniu swojej wiary w cuda. Na przykład ingerencje boskie w Fausty¬ nie nie są odbierane tak emocjonalnie, gdyż widzowie od początku są przy¬ gotowani na objawienie. Znając, choćby w najogólniejszym zarysie, postać siostry Kowalskiej, oczekują boskiej ingerencji, i gdy nadchodzi, czują się rozczarowani, gdyż żaden z cudów nie jest w stanie zaspokoić oczekiwań kogoś, kto jest pewien, że on nastąpi — nawet w kinie. Cuda w filmie Holland są zaskakujące, nieprzewidywalność bowiem jest istotą cudu. Tak samo jak zupełna ich nieprzystawalność do paradygmatu pokazywanej na ekranie rzeczywistości. Siła wymowy tego filmu tkwi w tym, iż cuda pojawiają się w dziele nominalnie realistycznym, którego wiodącym tematem jest psychologiczny problem utraty i odzyskiwania wiary. W tak zarysowanym świecie pojawia się coś, co wykracza poza jego zasa¬ dy. I porusza, gdyż reżyserka zrobiła wiele, aby nadać momentom ingeren¬ ORIENTACJE 101
		

/0102_0001.djvu

			KRZYSZTOF KORNACKI cji boskiej opisywany przez Rudolfa Otto dialektyczny charakter objawie¬ nia Innego — połączenie fascynacji i grozy. Piękne, stylizowane zdjęcia cudów połączone są z groźnymi, „nieziem¬ skimi” motywami muzycznymi; ze zdjęciami z monumentalizującej, nie¬ naturalnej tzw. żabiej perspektywy (gdy ojciec Shore dotyka krwawych łez toczonych przez posąg); z nieostrością, gdy pojawia się po ozdrowieniu Maria Witkowski (nieostrość ta wyrównuje poziomy pomiędzy nierealno¬ ścią a realnością). Nie powinno nikogo dziwić, iż momentami czujemy ciarki na plecach znane nam z filmów grozy, gdyż takie same zabiegi stosuje się, realizując horrory. Tyle tylko, że w horrorze od początku zgadzamy się na fantastyczność świata przedstawionego, jesteśmy przygotowani na obja¬ wienie drugiej, wykraczającej poza materię strony rzeczywistości. Na skróty drogą Kieślowskiego W Trzecim cudzie zaskoczenie potęguje fakt, iż prędzej spodziewaliby¬ śmy się tak wiarygodnych cudów w filmach innych twórców. Tymczasem pojawiają się one w twórczości autorki Olivier, Oliver, która wykazuje w tym zaledwie o 8 lat wcześniejszym filmie bardzo daleko idącą skłon¬ ność do zacierania granic tożsamości świata przedstawionego, niejedno¬ znaczności, nadawania znamion tajemniczości realnemu światu. A tu tym¬ czasem taka jednoznaczność... Wydaje się, iż Holland swoim ostatnim filmem pokonuje na skróty drogę, którą chciał, ale nie zdołał przebyć Kieślowski. Porównajmy dla przykładu dwie sceny płaczącego posągu. U Holland jest to jednoznaczny cud, u Kie¬ ślowskiego (w pierwszej części Dekalogu) krople na policzkach figury Maryi są woskowe, ale mogą być równie dobrze boskiej proweniencji — wszyst¬ ko zależy od widza. Nawet w Bez końca, w którym posunął się Kieślowski najdalej jak mógł w tematyce metafizycznej (pokazując zmarłego, poru¬ szającego się w świecie żywych), nie mamy jednocześnie do czynienia z religijną waloryzacją. Religijna jednoznaczność Holland jest zaskakująca, ale jednocześnie — podejrzana. Gwałtowność formy, w jakiej objawiła się religijność Agniesz¬ ki Holland niesie niezwykłą siłę płynącą ze świadectwa nowo nawrócone¬ 102 ORIENTACJE
		

/0103_0001.djvu

			BIBLIA PAUPERUM DLA INTELIGENCJI go. Gdyby chcieć w tym miejscu porównywać dwa filmy dotykające tema¬ tyki religijnej: Faustyną i Trzeci cud, to ten drugi wygrałby rywalizację autentycznością ukazanej biografii, obcą hagiograficznemu z ducha filmo¬ wi �?ukaszewicza. Autentyzm świadectwa jest jedną z najskuteczniejszych broni w procesie ewangelizacji. Z drugiej strony ta gwałtowność konfesji u reżyserki ceniącej różnorod¬ ność tematyki wzbudziła moją nieufność i pytanie o trwałość ekranowej wiary w cuda. Nie dane mi było obejrzeć następnej realizacji Holland dla Teatru Telewizji (Dybuk Salomona Anskiego), ale z relacji krytyki wynika, iż tę religijną jednoznaczność, obecną w Trzecim cudzie, kwestionuje. Rów¬ nież w wywiadach Holland podkreśla, iż balansuje pomiędzy wiarą a nie¬ wiarą w cuda. Twierdzi, że gdy kręciła Trzeci cud, to wierzyła. Indywidual¬ ną kwestią odbiorcy jest to, czy tak niecierpliwe i zmienne podejście do spraw wiary ocenia pozytywnie, czy też negatywnie, czy woli drogę Kie¬ ślowskiego, czy drogę Holland. Pozorny dramat psychologiczny Wątpliwości co do statusu konfesji zawartej w Trzecim cudzie przenoszą się na warstwę formalną filmu, skłaniają do przyjrzenia się jego dramatur¬ gii. Już przy pobieżnym oglądzie widać, iż fabuła filmu oparta jest o sche¬ mat narracyjny rodem z kina sensacyjnego, a film detektywistyczny zmie¬ nia się w drugiej części w dramat sądowy (nie jest to bynajmniej zarzut). W tym filmie niepokojący jest wyraźny brak jednorodności pomiędzy poszczególnymi płaszczyznami tematyczno-stylistycznymi dzieła. Na szkie¬ let dramatu sensacyjnego nałożony jest dramat psychologiczny. Pomysł jest dobry — księdza borykającego się bardzo poważnie ze swoją wiarą uczy¬ nić detektywem badającym prawdziwość bądź fałsz pojawiających się cu¬ dów. Stawką w tym procesie nie jest prawda, ale odzyskanie wiary. Wiemy, iż bohater od początku jest typem człowieka wątpiącego, którego wiarę wzmocnić może tylko wyraźna ingerencja Boga w jego życie. Na jej sku¬ tek, jak mniema, zostaje księdzem, ale wątpliwości dopadają go krótko po wstąpieniu do seminarium — wydaje mu się, iż Bóg nie dotrzymał warun¬ ków umowy. Z czasem, jako „zabójca cudów”, traci resztki wiary, odcho¬ ORIENTACJE 103
		

/0104_0001.djvu

			KRZYSZTOF KORNACKI dzi ze zgromadzenia, w przypływie rozpaczy woła o boską ingerencję. I doczekuje się cudów dokonywanych za sprawą zmarłej Helen 0’Regan. Przechodzi wewnętrzną ewolucję, porzuca kobietę, w której się zakochał. I tu okazuje się, iż największą słabością filmu jest to, co jest jego naj¬ większą zaletą — realność cudów. Ich autentyczność eliminuje prawdziwy dramat psychologiczny, a ewolucję wewnętrzną bohatera czyni pozorną. Już otwierająca scena cudu w Bystrzycy wyznacza realność boskiego świa¬ ta i narzuca sens wiary w niego. Toteż powrót Franka do Boga jest tylko kwestią czasu — my widzowie wiemy to, czego jeszcze Frank nie wie, ale się wkrótce się dowie. Dlatego jego wybór między Kościołem a kobietą jest pozorny — dramat psychologiczny, aby był wiarygodny, musi stawiać za¬ równo bohatera, jak i widzów, w sytuacjach realnego wyboru. Zaletą aktu wolnego wyboru jest zaś to, iż nie wynika on z żadnej konieczności (nie byłby wyborem), jego wadą zaś — iż nie daje nigdy stuprocentowej pew¬ ności. Innymi słowy: im mniej cudów, tym więcej prawdziwej psychologii. Najlepszym sposobem sprawdzenia wartości filmu jest obejrzenie go po raz drugi. Niestety, wtedy Trzeci cud wypada blado (poza zdjęciami cudów i retrospekcji). Tym, co niesie emocje przy pierwszym oglądzie filmu, jest sensacyjność intrygi. Zaskakuje gwałtowność religijnego confesio, wyra¬ żona w scenach cudów. To takie krzepiące: obejrzeć na ekranie cuda i upew¬ niać się o ich istnieniu. Również bliskość naszego codziennego doświad¬ czenia i doświadczenia ojca Shore’a powoduje, iż film odbieramy pozy¬ tywnie. Warto jednak pamiętać, że również w telenowelach obserwujemy podobieństwo doświadczeń, a nie warunkują one jakości kreacji. Przy dru¬ gim obejrzeniu znika tajemnica (znamy rozwiązanie), efekt zaskoczenia realnością cudów oraz fascynacja głównym bohaterem. Widać za to np. nierówność kreacji Harrisa — lepszy jest w tych scenach, gdy gra mężczy¬ znę, niż gdy gra księdza. Trzeci cud znajdzie pewnie wielu zwolenników. Ja od Agnieszki Hol¬ land oczekiwałem więcej, niż tylko biblii pauperum dla inteligencji. ur. 1970, doktorant i wykładowca filmoznawstwa na Uniwer¬ sytecie Gdańskim, wiceprezes Stowarzyszenia Plenipotentów J. Tadeusza, mieszka w Gdańsku. 104 ORIENTACJE
		

/0105_0001.djvu

			KIEDY SI�? MODLISZ Modlitwa do świętego Jacka Święty Jacku, wielki Polaku i cudotwórco, zatroskany o los Twojej i naszej Ojczyzny! Świadomi niebezpieczeństw, jakie zagrażają naszym dzieciom, oddajemy je pod Twoją szczególną opiekę. Jak kiedyś za swego życia leczyłeś chore ciała, przywracałeś kalekom wzrok i słuch, tak teraz użyj swej cudownej mocy, by zachować w naszym dzieciach największy skarb, jakim jest wiara i miłość Boga, a jak Ty przeszedłeś przez wezbrane wody Wisły i Dniepru, tak spraw, by one przeszły bezpiecznie przez burzliwy okres rozwoju. Nie daj, by naszym dzieciom zabrakło kiedykolwiek chleba, a przez sieroctwo, by pozbawione zostały opieki rodziców. Niech dojrzewają w zdrowiu i spokoju tak jak Boże Dziecię dojrzewało w Nazarecie, a Ty bądź im zatroskanym ojcem. Niech będą naszą radością i chwałą, chlubą naszej Ojczyzny i Kościoła, a Bóg niech będzie w nich błogosławiony. Amen. KIEDY SI�? MODLISZ 1 05
		

/0106_0001.djvu

			SZUKAJĄCYM DROGI Ofiara Abrahama Najkrócej mój problem przedstawia się następująco: gdyby jakiś współczesny oj¬ ciec usłyszał rozkaz z nieba, że ma własnego syna złożyć w ofierze Bogu, natych¬ miast wysłalibyśmy go do psychiatry. Tymczasem Abrahama, który gotów był zabić w ofierze swojego syna Izaaka, Pismo święte przedstawia jako wzór wiary. Uczestniczyłem niedawno w dyskusji na ten temat. Dwa pytania, jakie sformu¬ łował mój niewierzący kolega, bardzo mnie zaniepokoiły: czy w imię wiary wolno zawiesić jakąś normę moralną? Intuicyjnie czuję, że nie. jednak, jeśli mam rację, ofiary Abrahama nie tylko nie powinno się wychwalać, ale nawet nie dałoby się usprawiedliwić. Pytanie drugie: czy Bóg ma prawo rozkazać ojcu zamordowanie własnego syna? Czy w ogóle ma prawo rozkazać komuś zabicie kogoś niewinne¬ go? Zdaniem wspomnianego kolegi, pytanie to obala sam sens wiary w Boga. Jeśli odpowiemy „tak", to przypisujemy Bogu niesprawiedliwość, a przecież o Bogu należy z góry założyć, że jest sprawiedliwy. Z kolei odpowiedź „nie" oznacza, że Bóg musi się podporządkować jakimś prawom wyższym od siebie, a przecież o Bogu należy z góry założyć, że jest najwyższy. Zatem — wywodzi mój kolega — samo pojęcie Boga jest wewnętrznie sprzeczne. Na pewno też wezwalibyśmy pogotowie psychiatryczne, gdyby ktoś usi¬ łował sobie wyłupić oko albo odrąbać rękę. Zarazem nikogo nie dziwi fakt, że słynna wypowiedź Pana Jezusa na ten temat (Mt 5,29n) wcale nie zwięk¬ sza ryzyka takich zachowań. Po prostu nikomu nie przychodzi do głowy, że wezwania Pana Jezusa do odcięcia sobie ręki i wyłupienia oka można by rozumieć materialnie. W ogóle dobrze nie podnosić problemów tam, gdzie ich nie ma. Oczywiście, zawsze może się zdarzyć, że jakiegoś problemu nie było, a w pewnym momencie się pojawia. Niemniej znamienny jest fakt, że w ciągu niespełna czterech tysięcy lat, jakie upłynęły od czasów Abrahama, nie odnotowano przypadku, ażeby jakiś ojciec poczuł się we¬ zwany złożyć na jego wzór ofiarę z własnego syna. Żaden też z kościelnych komentatorów tego biblijnego wydarzenia nie zastanawiał się nad tym, że komuś z nas mogłoby się zdarzyć znaleźć się w sytuacji podobnej jak Abraham. Poprzez wieki zawsze rozumiało się samo przez się, że powołanie Abrahama i jego relacje z Bogiem są podobnie niepowtarzalne, jak powołanie Matki Najświętszej czy apostoła Pawła. 106 SZUKAJĄCYM DROGI
		

/0107_0001.djvu

			OFIARA ABRAHAMA Dopiero w komentarzach pozakościelnych — począwszy od Kierkegaarda — pojawił się ten rodzaj dramatycznych niepokojów, tak jakby Abraham był zwyczajnym jedermannem i jakby podobna próba mogła stać się kiedyś problemem kogoś z nas. Skomentujmy jeszcze dylemat, którego obie strony prowadząjakby do ne¬ gacji Boga. Jest to jeden z tych dylematów, w których więcej podstępu niż logiki. Jeżeli np. na pytanie: „Czy ty wreszcie przestaniesz kraść?”, wolno mi odpowiedzieć jedynie „tak” albo „nie”, bez trudu można mi „udowodnić”, że jestem złodziejem. Podobnie bolszewiccy agitatorzy „udowadniali” sprzecz¬ ność samego pojęcia Bożej wszechmocy. Pytali: „Czy Bóg mógłby stwo¬ rzyć taki kamień, którego nie mógłby podnieść?” — i wydawało im się, że każda z alternatyw wyklucza Bożą wszechmoc. Ale co jest warta logika, która usiłuje budować na fałszywym fundamencie? Czy w ogóle wolno wyobrażać sobie Boga, który zajmuje się podnoszeniem kamieni? Analogicznie, czy w ogóle wolno wyobrażać sobie Boga, który podlega albo nie podlega prawu moralnemu? Przecież prawo moralne w Nim ma swoje źródło i jeżeli my nie zawsze prawidłowo potrafimy odróżnić dobro od zła, to bierze się to z naszego grzechu, czyli z naszego oddalenia od Boga. Nasze zabawy w wydawanie sądów moralnych na temat Pana Boga świadczą o kompletnym rozmijaniu się naszych pojęć o Nim z tym, kim On jest naprawdę. To nawet niepoważne wyobrażać sobie, że jesteśmy jakimiś nadbogami, mającymi moc wzywać Pana Boga przed swoje trybunały i roz¬ strzygać, jakie warunki musi On spełnić, żebyśmy Go raczyli uznawać. Nie będę ukrywał, że nie umiem sobie wyobrazić tego, żeby Bóg naka¬ zywał komukolwiek zabicie niewinnego człowieka. Ale nie dlatego, żeby Bóg wspólnie z nami podlegał przykazaniu „Nie zabijaj” (przecież to jest Jego przykazanie!), lecz dlatego, że On jest samym życiem i źródłem wszel¬ kiego życia stworzonego. On nawet jeżeli dopuszcza śmierć jako nieuchron¬ ną konsekwencję oddzielenia się od Niego (podobnie jak żarówka przesta¬ je świecić już w pół sekundy po odłączeniu od prądu), to przecież zarazem uzdalnia nas do tego, żebyśmy nasze podleganie śmierci starali się prze¬ mienić w oczekiwanie życia ostatecznego i wiecznego. Tutaj ktoś może postawić pytanie: Czy jednak Bóg nie kazał Abrahamo¬ wi złożyć syna w ofierze, a więc go zabić? Na to odpowiedziałbym, para- SZUKAJĄCYM DROGI 107
		

/0108_0001.djvu

			JS frazując świętego Augustyna: non est homicidium, sed mysterium, „cho¬ dziło tam nie o zabójstwo, ale o tajemnicę”. Mówiąc inaczej: przede wszyst¬ kim spróbujmy zobaczyć radykalną niepowtarzalność Bożego wezwania, jakie przyszło Abrahamowi realizować. Bo to nie było jedno z wielu we¬ zwań, z jakimi Bóg przychodzi do ludzi. Powołanie Abrahama było zupeł¬ nie wyjątkowe i być może dopiero w życiu wiecznym dowiemy się tego, co ' naprawdę stało się wówczas na górze Moria. Na czym polegała ta niepowtarzalność drogi Abrahama? Czy rzeczywi¬ ście jego osoba nie ma analogii w całej historii zbawienia? Otóż Pan Bóg, rzecz jasna, wielu swoich przyjaciół uczył postawy całkowitego zawierze¬ nia i jej od nich oczekiwał. Ale jednego jedynego Abrahama uczynił zało¬ życielem swojego ludu i tylko od niego zażądał, żeby w tym powołaniu był on obrazem Chrystusa. Z tego właśnie powodu Bóg oczekiwał od Abraha¬ ma, że w postawie zawierzenia — i to wbrew wszelkim miarom zdrowego rozsądku — będzie trwał przez całe lata. Nie domyślimy się tego, jak wielką łaską Abraham musiał zostać obda¬ rzony, ażeby przez długie lata z wiarą nieść wciąż ponawianą przez Boga obietnicę, że będzie ojcem ludu liczniejszego niż gwiazdy na niebie — a wciąż był tylko bezdzietnym i coraz bardziej sędziwym starcem. Przypo¬ mnijmy, co o tej wierze Abrahama pisał apostoł Paweł: „On to wbrew na¬ dziei uwierzył nadziei, że stanie się ojcem wielu narodów zgodnie z tym, co było powiedziane: takie będzie twoje potomstwo. I nie zachwiał się w wierze, choć stwierdził, że ciało jego jest już obumarłe — miał już pra¬ wie sto lat — i że obumarłe jest łono Sary. I nie okazał wahania ani niedo¬ wierzania co do obietnicy Bożej, ale się wzmocnił w wierze. Oddał przez to chwałę Bogu i był przekonany, że mocen jest On również wypełnić to, co obiecał” (Rz 4,18-21). Fakt faktem, że narodziny Izaaka stanowiły poniekąd empiryczne po¬ świadczenie, że Bóg ma zwyczaj wywiązywać się ze swoich obietnic, nawet jeśli wszystkie okoliczności zdają się wskazywać na to, że to jest niemożliwe. Ten moment musimy zauważyć szczególnie, jeśli naprawdę zależy nam na odsłonięciu rąbka tajemnicy, czym było Boże żądanie, żeby Abraham złożył ofiarę z jedynego syna. Tuż przedtem bowiem Bóg dał Abrahamowi nową obietnicę: już nie tylko przyrzekał mu potomstwo licz- 108 SZUKAJĄCYM DROGI
		

/0109_0001.djvu

			OFIARA ABRAHAMA ne jak gwiazdy na niebie, ale uściślił, że „tylko od Izaaka będzie nazwane twoje potomstwo” (Rdz 21,12). Wystarczy zauważyć to uściślenie Bożej obietnicy, żeby straciły sens różne współczesne dramatyzowania, jakie są snute na marginesie ofiary na górze Moria. O ileż głębiej wczytał się w sens tamtej ofiary autor Listu do He¬ brajczyków, który napisał: „Przez wiarę «Abraham, wystawiony na próbę, ofiarował Izaaka, i to jedynego syna» składał na ofiarę, on, który otrzymał obietnicę, któremu powiedziane było: «Z Izaaka będzie dla ciebie potom¬ stwo». Pomyślał bowiem, iż Bóg mocen wskrzesić także umarłych, i dlate¬ go odzyskał go, jako podobieństwo [śmierci i zmartwychwstania Chrystu¬ sa]” (Hbr 11,17-19). Krótko mówiąc, kto interpretując opis ofiary Abrahama, pomija w nim wymiar Bożej tajemnicy, bezwiednie przeinacza sens całego wydarzenia. Trzeba jednak wiedzieć, że tajemnica ofiary Abrahama zawiera jeszcze parę dalszych momentów, które przeoczyli zarówno S0ren Kierkegaard, jak Gu¬ staw Herling-Grudziński — żeby wspomnieć tylko najbardziej znanych pozakościelnych jej komentatorów. Zauważmy zatem, że dokładnie na miejscu ofiary Abrahama, na górze Moria, miała w przyszłości stanąć świątynia jerozolimska. Czytamy o tym w Drugiej Księdze Kronik (3,1). Jeśli pamiętać, że ta niegdyś jedyna w świecie świątynia Boga prawdziwego była obrazem i zapowiedzią Chry¬ stusowego Kościoła, góra Moria spontanicznie przywodzi na myśl górę Kalwarii. Tym jednak różnią się te dwie ofiary na tych dwóch górach, że na górze Kalwarii Ojciec Przedwieczny „nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał” (Rz 8,32), natomiast Izaak zszedł z góry Moria zdrowy i cały. Wiele wskazuje na to, że właśnie na dzień ofiary Izaaka wskazywał Pan Jezus, kiedy w sporze z faryzeuszami wypowiedział tajemnicze słowa: „Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień — ujrzał go i ucieszył się” (J 8,56). Na to, że słowa te odnoszą się właśnie do góry Mo¬ ria, wskazuje zaznaczona w Księdze Rodzaju (Rdz 22,14) ludowa etymolo¬ gia, wedle której wyraz „Moria” znaczy: „miejsce, gdzie Pan się ukazuje” Jeszcze jeden moment jest solidarnie niezauważany przez prawie wszyst¬ kich pozakościelnych komentatorów ofiary Abrahama. Mianowicie zarów- SZUKAJACYM DROGI 109
		

/0110_0001.djvu

			JS no żydowska, jak chrześcijańska tradycja zgodnie podkreślają, że Izaak — kiedy zorientował się, że to on ma zostać złożony w ofierze — z radością się na to zgodził. Czy sędziwy Abraham „byłby w stanie związać trzydzie- stosiedmioletniego [według innej tradycji: dwudziestopięcioletniego] m꿬 czyznę wbrew jego woli?” (s. 226) — pyta retorycznie jeden ze starożyt¬ nych rabinów w midraszu Bereszit Rabbah „Tak, to ja jestem owcą! — słowa te wkłada w usta Izaaka mniej więcej współczesny wspomnianemu rabinowi biskup Amfiloch z Ikonium. — Dla¬ czego nie wyjawiłeś, że to ja mam być zabity? Czemu mnie oszukiwałeś, jak gdybym nie był chętny ofiarować się Bogu? Oczywiście, jestem gotów i błagam cię o to, cieszę się i raduję z tego” (s. 206). „Jeden cieszył się z tego — to cytat z midraszu Pesiqta Rabbati — że złoży ofiarę, drugi cieszył się, że zostanie złożony na ofiarę. Abraham cie¬ szył się, że zwiąże syna w ofierze, Izaak cieszył się, że zostanie związany na ofiarę. Abraham cieszył się, że zabije w ofierze. Izaak cieszył się, że zostanie zabity w ofierze” (s. 202). „Co powinno bardziej wzbudzić nasz podziw i porwać w zachwycie? — z kolei entuzjazmuje się święty Jan Złotousty, jednoznacznie podpowiada¬ jąc nam, żebyśmy w Izaaku zauważyli obraz Chrystusa. — Odwaga Pa¬ triarchy czy posłuszeństwo jego syna? Nie szarpie się i nie wyrywa, nie skarży się, lecz oddaje się posłuszny swemu ojcu. Cichy baranek złożony na ołtarzu, oczekuje w pokornym zawierzeniu ciosu z ręki ojca” (s. 237). Jak Pan widzi, do autentycznego zrozumienia trudnych opowieści staro¬ testamentalnych niezbędne jest staranne przypatrzenie się im zarówno w ich kontekście bezpośrednim, jak w kontekście całej tradycji biblijnej, ale również w świetle tradycji późniejszych, zwłaszcza jeszcze starożyt¬ nych. Jeśli się tego zaniedba, to nawet tak wnikliwi myśliciele jak Kierke¬ gaard czy Herling-Grudziński mogą się gruntownie rozminąć z autentycz¬ nym sensem tych opowieści. P 1 Ten i wszystkie następne cytaty pochodzą z przepięknej książki księdza Krzysztofa Bardskie- go, Abraham — tajemnica ojcostwa, Kraków 1999. Liczby w nawiasie wskazują na stronę, na której przytaczany cytat w tej książce się znajduje. I 1 0 SZUKAJĄCYM DROGI
		

/0113_0001.djvu

			KRAJOWA ZAGRANICZNA opłacona w kraju opłacona za granicą WP�?ATY NA KONTO złotówkowe dewizowe 1 egzemplarz kwartalna półroczna roczna • ze zleceniem 1 egzemplarz kwartalna półroczna roczna • ze zleceniem 1 egzemplarz kwartalna półroczna roczna 1 egzemplarz półroczna roczna 7,00 zł 15.00 zł 30.00 zł 60.00 zł wysyłki pocztą zwykłą 10.00 zł 30.00 zł 60.00 zł 120.00 zł wysyłki pocztą lotniczą 1 5,00 zł 45.00 zł 90.00 zł 180.00 zł 4,50 USD 27.00 USD 54.00 USD PKO BP II O. Poznań 10204030-72430-270-1 PKO BP II O. Poznań 10204030-72430-270-2161787 Przy zamówieniu wiekszej ilości egzemplarzy udzielamy korzystnych rabatów.